niedziela, 1 czerwca 2014

Gdzieś ...

Opowiem Wam o mieście, w którym bywam najczęściej. Oczywiście nie licząc tego, w którym mieszkam i mojej rodzinnej miejscowości. To miejsce niezwykłe, trudne do jednoznacznego określenia. Ma wiele twarzy, można powiedzieć, że sprawia wrażenie ulepionego z różnych elementów.W zasadzie podczas każdej kolejnej wizyty odkrywam je na nowo, zawsze jest to jakieś zaskoczenie, bo za każdym razem trafiam w inną przestrzeń. Już sam wjazd do miasta jest inny w zależności od strony świata, z której się nadjeżdża. Najładniej jest od strony południowej. Ten wjazd jest najbardziej malowniczy, niemal bajkowy, bo wita nas ogromny, stary park. Wielkie drzewa, mnóstwo krzewów, trawniki okolone klombami. Przez środek parku przepływa rzeka, nad którą zwieszają swoje wiotkie gałęzie wiekowe, powyginane wierzby. Wyjątkowo duży, drewniany most jest jakby bramą wjazdową dla przybyszów. Mimo, że odwiedzałam to miasto wielokrotnie, tylko raz wjeżdżałam przez ten most. Była pełnia wiosny, wszystko niemal eksplodowało zielenią, słońce odbijało się od tafli wody, kolory kwiatów były tak czyste, tak intensywne, jak tylko w maju potrafią być. Dziwne, że nigdy potem do tego parku nie trafiłam, ale nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Wyobrażam sobie, że równie piękny jest jesienią, gdy wierzby płaczą liśćmi ...

Wjazd od północy to zupełnie inne klimaty. Trochę jak z amerykańskiego filmu, krajobrazy z jakiegoś prowincjonalnego miasteczka w Montanie, czy Utah, żółte łany pszenicy, czy innego zboża, może kukurydzy, nie pamiętam, w każdym razie żółte były i ciągnęły się niemal po widnokrąg. A miedzy nimi, to niewiarygodne, ale piaszczysta, nawet nie do końca ubita droga, dopiero przy wlocie do miasta przechodząca w bruk, prawdziwe kocie łby ciągnące się aż do samego rynku. Czy są jeszcze gdzieś, prawdziwe piaszczyste drogi? Nie wiem, wydawałoby się, że nie, ale tam taka droga jest. Nie mam pojęcia jak się po niej jeździ autem, zwłaszcza w deszczowe dni, ja pokonywałam ją pieszo, raz tylko gdy opuszczałam to miasto po jednej z wizyt. To było lato, do tej pory pamiętam jak pszeniczne kłosy falowały poruszane wiatrem. I zapach pamiętam rozgrzanego upałem piachu, z nutką sosnowej woni niesionej od okalających miasto lasów.

Miasto raczej nie jest małe. Jest chyba nawet dość spore. Nie wiem jednak dokładnie jaki obszar zajmuje ani ilu ma mieszkańców. Przedmieścia z wysokimi blokami usytuowanymi niemal na pustynnie bezdrzewnej przestrzeni sprawiają wrażenie, że ludzi jest tu sporo. Czy to osiedla sypialnie zbudowane dla pracowników okolicznych fabryk, których czarne i i dymiące złowrogo kominy widać z zachodniej strony? Nie jestem pewna, nie zapuszczałam się tam zbyt często. Zbyt są smutne, niemal orwellowsko przygnębiające i beznadziejne. Wielkie betonowe ściany i małe okienka, jak czarne kropki na tle betonowej szarości. I ten nisko snujący się ponury smog, nie tyle otulający, co obezwładniający domy paraliżującym uściskiem.

Jakże inna jest  centralna część miasta, wyraźnie widać, że dużo starsza, z niską kamieniczną zabudową, gdzieniegdzie tylko oszpeconą "nowoczesną" architekturą z epoki gierkowskiego PRL-u.  Obok stylowych, dwupiętrowych kamieniczek niskie, betonowe klocki-pawilony. Sprawiają wrażenie upchniętych naprędce, bez specjalnego pomysłu, wsuniętych w wolne przestrzenie na siłę. Szarobure, niedoskonałe łaty na rasowej, kolorowej, choć już dotkniętej patyną przestrzeni starego miasta. W idealnie odrestaurowanych, barwnych kamieniczkach ulokowały się banki, ekskluzywne restauracje, czy galerie (te prawdziwe... sztuki, a nie handlowe), pawilony to głównie sklepy, które też sprawiają wrażenie, jakby zatrzymały się gdzieś w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekspedientki mają tam nakrochmalone czapeczki na głowie i buty nazywane kiedyś zdrowotkami. Asortyment też jakby przeniesiony z tamtych lat. W sklepie tekstylnym są materiały nawinięte na kartonowe "deseczki", a w "1001 drobiazgów" jest tysiąc i jeden, a może i dwa tysiące drobiazgów przeróżnych. Wyobraźcie sobie, że znalazłam też sklep nabiałowy, w którym sprzedawano śmietanę nalewaną taką dziwaczną chochlą-miarką prosto do kanek i słoików przynoszonych przez klientów z domu. Ostatni raz widziałam coś takiego, gdy byłam małą dziewczynką... 

Zabawne, że moim najpiękniejszym wspomnieniem z tego miasta nie jest ani ten park bajkowy, ani panorama miasta oglądana z zamkowego wzgórza (tak, bo jest tam też zamek na wzgórzu), ani inny zabytek. Najpiękniejsze i najbardziej wyraźne wspomnienie stamtąd to ... sklep z używaną odzieżą, szmateks, lumpeks, "dior", czy jak tam jeszcze zwą to miejsce. Nie byle jaki jednak, nie taki, jakie widujemy w naszych miastach i miasteczkach. To był sklep magiczny niemalże. Ogromny, z mnóstwem pomieszczeń usytuowanych na kształt labiryntu, połączonych korytarzami, schodami raz w górę, raz w dół. W każdym pomieszczeniu był inny rodzaj towaru. Nie było to upchnięte byle jak na wieszakach ani skłębione w wielkich koszach. Nie było bezładnego przemieszania bluzek ze spodniami, szalików oplatających sukienki, nie było tego lumpeksowego chaosu. Niemal nieograniczona przestrzeń pozwalała wyeksponować towar w cudownie malarskich kompozycjach, ułożyć w martwe natury kuszące oczy, karmiące zmysły. Każde pomieszczenie stanowiło osobną całość, coś jakby dział, tyle, że w typowym sklepie są banalne podziały na odzież damską, męską, buty, akcesoria itp. Tutaj był na przykład pokój z szyldem "twój pierwszy bal" z sukniami, pantofelkami i biżuterią, albo inny o intrygującej nazwie "kiedy, jeśli nie dziś?" pełen kolorowych, szalonych w formie ubrań, peruk przeróżnych i butów na zwariowanych obcasach. Był pokój pełen starych winylowych płyt i kaset magnetofonowych, inny z regałami pełnymi buteleczek z perfumami o tak oryginalnych zapachach jak "pączki babci Józi", "fiołki z rowu przy cmentarzu", "słomkowy kapelusz zostawiony na łące za stodołą" czy "tatarak ze stawu przy pałacu". Zapamiętałam tylko nazwy tych perfum, które otworzyłam i powąchałam. Rzeczywiście pachniały tak, jak obiecywała etykietka. A było ich tysiące... Podobno spędziłam w tym sklepie kilka dobrych godzin, tak przynajmniej twierdził mój Małż, który czekał na mnie w pobliskiej kawiarni, aż w końcu zniecierpliwiony tym czekaniem i zaniepokojony moją nieobecnością oderwał mnie dzwonkiem telefonu od lady dokładnie w chwili, gdy wybierałam jedną z buteleczek. Dla mnie to było jak chwila, jakbym była poza czasem. I podobnie jak z parkiem bajkowym, czy drogą wśród wzgórz byłam tam tylko raz jeden. Zabawne, ale za każdym razem, gdy powracałam do miasta, pierwszym miejscem, do którego kierowałam swoje kroki był ten sklep. To znaczy miejsce, w którym wydawało mi się, że stał... Miałam wrażenie, że było to niemal w centrum rynku, nie sposób nie trafić, a jednak ... błądziłam wśród wąskich uliczek, zaglądałam nawet w podwórza... Niestety. Nikt z zagadniętych po drodze mieszkańców nie umiał mi wskazać drogi, mało tego większość nie miała pojęcia o czym mówię.

Wczoraj też byłam w tym mieście. Tym razem przyleciałam samolotem. Nawet nie wiedziałam, że jest tu lotnisko, szczerze mówiąc niewiele pamiętam z samego przylotu. Zresztą było ciemno, a ja byłam po kilku lampkach wina. Boję się latać, więc dość szybko staram się "znieczulić". I znowu, jak zwykle pobiegłam do rynku, mijając po drodze maleńki sklep z zegarami, znowu minęłam ratusz bo wciąż mi się wydawało, że to właśnie za nim był ten niesamowity sklep i znowu poczułam smak zawodu, gdy zamiast mojego sklepu zobaczyłam jakieś inne budynki. Czy to możliwe, żeby nie pamiętać drogi?

Co to za miasto spytacie zapewne, jak się nazywa? No cóż... sama chciałbym to wiedzieć. Na razie wiem tylko jedno. To jedyne miejsce, które śni mi się tak często i tak wyraźnie.

Dobranoc.


21 komentarzy:

  1. Lubię tu zaglądać..............

    OdpowiedzUsuń
  2. Mirus kochana....mniej wina :) nie, zartuje oczywiscie, ale jak zwykle kolejne postowe dzielo!!! pewnie sie powtarzam, ale naprawde twoj styl pisania jest niesamowicie piekny, kazde slowo umiejetnie dopasowane w zdaniu, nie brak tu niczego...po prostu literackie cudo :) :) a co do miasta...tez chetnie bym sie tam wybrala, jesli w koncu uda ci sie namierzyc to miejce- to daj znac, zwlaszcza adres tego sklepu z perfumami z fiolkow z rowu przy cmentarzu (jestem ciekawa ich zapachu :) ). buziaczki i milej niedzieli (u nas w koncu zaswiecilo sloneczko :) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha :)) Może rzeczywiście nadużyłam lekko tej sobotniej nocy. Ale czy ty się czasem nie widziałaś z moim Małżem, bo ten tekst, to jakby z jego ust wyjęty ;))). A co do sklepu z zapachami, to na pewno dam Ci znać, gdy go wreszcie odnajdę. Pozdrawiam cieplutko. Ponoć wraca pogoda i wreszcie słoneczko zastąpi pluchę.

      Usuń
  3. Ha! Wiedziałam:))) Takie piękne miejsce, tak poetyczne ( apetyczne) mogło się tylko przyśnić:)))
    Nazwy perfum mnie upeniły w przeczuciu, a Ania z Zielonego wzgórza mogłaby Ci pozazdrości (sennej) fantazji co do nazw zapachów i działów tego sklepu- labiryntu.
    N Alicja z Krainy Czarów rónież nie umiałaby wysnić bardziej intrygującego miejsca:)))

    I ja mam miejsca ze snów, w których coś było, a raptem tam, gdzie być nadal powinno - ściana. Nawet taki film pamiętam. Cóż to było? kobieta poszukuje bloku , kamienicy, z której wyszła rano i ...
    Ściskam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe porównania. Mocno na wyrost, ale miłe bardzo. Tego filmu nie kojarzę tego filmu, ale to wcale nie znaczy, że go nie widziałam. Mam "dar" szybkiego zapominania filmów, mogę oglądać je po kilka razy i wciąż nie pamiętać jak się kończyły. Pozdrawiam cieplutko.

      Usuń
  4. Czy senne miasteczka mają swoje miejsce też w rzeczywistości? Mam w swej pamięci jedno takie które zjawiło się jakoby wyczarowane ze snu lub wyjęte z dziewiętnastowiecznej akwareli. Jedne, jedyne takie do którego dotarłem na piechotę i tym sposobem też z niego oddaliłem się. Nieraz miałem ochotę pojechać do niego, ale teraz wiem że tego nie zrobię, ale...po prostu pójdę tamtymi drogami i bezdrożami mając w pamięci fragmenty wędrówki sprzed lat i oczekując powtórnego oczarowania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli przechowujemy w naszej pamięci jakieś niezwykłe obrazy, czy wrażenia z przeszłości lepiej nie konfrontować ich z teraźniejszością. To już raczej nie będzie tamto miasteczko, być może nie odnajdziesz już żadnego z zapamiętanych zakątków. Nie przywrócisz tamtych obrazów i oczarowań a możliwe, że utracisz też te, które przechowywałeś we wspomnieniach. Więc czy warto wracać?

      Usuń
    2. A czy dotyczy to również ludzi? oznaczałoby to zatrzymanie wizerunku sprzed lat i unikanie konfrontacji z teraźniejszością. A czy dotyczy to również siebie ? Nie patrzmy w lustro tam jest teraz ktoś inny. Ktoś kiedyś na kartach książki zatrzymał swój portret...a obrazy nieodnawiane i tak się zacierają pokryte patyną czasu

      Usuń
    3. Niewiele mi się zdarzyło tak zwanych "spotkań po latach", niestety przeważnie można je podsumować krótkim "czar prysł". Pieszczone latami wspomnienia, idealizowane z każdym mijającym rokiem obrazy w konfrontacji z rzeczywistością zszarzały, zbladły, niemal znikły a w zamian ... no cóż... w zamian przyszedł banał.

      Usuń
  5. Swego czasu, dość dawno temu miałam takie sny, nigdy jednak nie wracalam w te same miejsca...
    Przemierzałam z logiczną ciągłością cała Europę,począwszy od jej północnych krańców, na południowych kończąc...
    Chyba marzenia były kiedyś silniejsze i miały większą moc sprawczą:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy marzenia miały kiedyś większą moc sprawczą? Też mi to czasem przychodzi do głowy... A może to my mamy z czasem mniej siły i determinacji by je realizować i zamieniać w rzeczywistość? Zatopieni w codzienności odsuwamy je w kąt, zaganiani, wtłoczeni w schematy... Żal...

      Usuń
  6. Rzadko miewam piękne sny a tak piękne to tylko pozazdrościć, bo to przecież jakby się przeżywało drugie życie. Ja wynagradzam to sobie tworząc swoje własne iluzje w każdej wolnej chwili, pewnie wielu powiedziałoby, że tak robią osoby niezbyt twardo stąpające po ziemi, ale trudno. Zazdroszczę, że tak doskonale wszystko pamiętasz i, że to tak poukładane, ale w końcu pewnie tak jak Twój poukładany świat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sny o TYM mieście to wyjątki. Innych nie pamiętam tak wyraźnie i tak fabularnie. Niestety te "inne" zdarzają mi się zdecydowanie najczęściej. Ciekawe dlaczego? Nie zastanawiam się nad tym. Po prostu lubię te noce, gdy znowu jestem w moim mieście. Pozdrawiam cieplutko Ciebie i Twoje iluzje.

      Usuń
  7. Piękny sen i pięknie opisany. Czy rzeczywistość dorównałaby snom?
    PS. Dziękuję za odwiedziny:) Jeśli tak trudno spotkać się w wirtualnym świecie, to może w realnym?:) Ściskam:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżbyś wybierała się do Krakowa Haniu? Jeśli tak, to koniecznie daj znać kiedy, z przyjemnością spotkam się z Tobą :)))))

      Usuń
    2. A tak:) Co prawda dopiero w listopadzie. Rodzinka wybiera się na koncert, który niezbyt mnie interesuje, więc będę wolna:)

      Usuń
    3. Haneczko, już się ciesze na listopad, bo zakładam, że się spotkamy. :))))) Koniecznie!!!

      Usuń
    4. Ja też mam taką nadzieję:) Dam znać odpowiednio wcześnie:) Buziaczki ślę ze słonecznej dziś Warszawy:*

      Usuń
  8. zabrałaś mnie w magiczne miejsce! dziękuję ,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję :))) Pozdrawiam.

      Usuń

Twój komentarz jest dla mnie wyróżnieniem...