Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decoupage. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 maja 2014

Bo nawet najdłuższy kiedyś się kończy ...

No i minął. Do północy jeszcze kilka chwil, ale już teraz długi majowy weekend A.D. 2014 można wrzucić do szufladki "przeszłość". Chociaż aura nie mogła się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciw nam to jednak odpoczywanie i cudowne nicnierobienie można było uprawiać nie zważając na (nie)pogodę. Taki był mój zamysł - odzyskać dawno nieodczuwaną niespieszność, zapomnieć o słowach "trzeba" i "muszę" i przesnuć się przez te cztery dni bez żadnych planów i patrzenia na zegarek. Chyba mi się udało. Przede wszystkim się wyspałam. W czwartek prawie do dziesiątej. Dla kogoś, kto codziennie wstaje o piątej to podwójna porcja snu. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tyle spać. Potem kawa, długo celebrowana w ogródku. Nogi wystawione do słońca, leniwie kartkowana gazeta, po obu stronach płotu sąsiedzi równie niespiesznie obchodzący Święto Pracy. Południe witamy w szlafrokach, cudowne słońce, ptaki śpiewają jak szalone, żaby z pobliskich stawów wtórują im, choć środek dnia to chyba nie pora na żabie koncerty. Jest cudnie! Obiad? Nie chce nam się spędzać tego dnia przy garnkach. Zjemy na mieście. Bawimy się w turystów. Znajdujemy w internecie restaurację, w której nigdy nie byliśmy, rezerwujemy stolik. Jedziemy na Rynek, tam zawsze się coś dzieje, a nawet jeśli nie, to też jest ciekawie. W tłumie przechodniów migają twarze znane z ekranu, Zbigniew Wodecki, Andrzej Sikorowski ...  Nie wychodząc z roli turysty zaglądamy do galeryjek i sklepów z pamiątkami. W jednym z nich Ola wynajduje maleńką ceramiczną, ręcznie malowaną broszkę. Obok na półce stoi maleńki, szkliwiony kubeczek. Jest uroczo niedoskonały i zupełnie niepraktyczny, ale to mnie właśnie w nim urzeka. Mamy swoje "pamiątki z Krakowa" :)) 

 
 
 
 Spacer kończymy w "Dynia Resto Bar" na Krupniczej. Miła obsługa, smakowite dania a do tego jeszcze bliskie mi klimaty w wystroju wnętrza - ściana z gołej cegły, stolarka okienna w szarych przecierkach, klimatyczny ogródek. Obiad dla czterech osób z deserem (pyszne crummble z malin !!) i kawą nie rujnuje kieszeni. Wracamy na naszą krakowską wieś, mimo późnego popołudnia wciąż skąpaną w słońcu. Sąsiedzi siedzą wciąż w swoim ogrodzie, prognozy na kolejne dni są nieciekawe, więc trzeba wykorzystać to cudowne, niemal letnie ciepełko. Lubię te nasze niezobowiązujące sąsiedzkie pogwarki, bez umawiania, bez przygotowania, ktoś przynosi wino, ktoś przypomina sobie, że ma w zamrażalniku lody... impreza bez imprezy. 

Cztery wolne dni mijają szybko... za szybko, ale dla mnie to niemal jak urlop. Komputer wyłączony,  nie zaglądam do firmy. Nawet, jeśli jest tam jakiś mail z super-mega-pilną-sprawą-do-załatwienia-na-wczoraj to i tak niczego nie zmieni, że przeczytam go w święto. Wybaczcie Klienci, ale my też jesteśmy tylko ludźmi, nie cyborgami albo krasnoludkami i mamy prawo do odpoczynku. W tych dniach całkiem świadomie i zupełnie bez poczucia winy z tego prawa korzystaliśmy. 

Zamiast maili i faktur i pism urzędowych było więc to:

 

Ciepła chusta (moja pierwsza) z 200 g angielskiej mieszanki 40 % wełny i 70 % akrylu powstała tylko dlatego, że natrafiłam na blog Drutoterapia, na którym znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie - jak i od której strony zacząć? Zaczęłam, a potem to już żal było przerywać, tak fajnie i szybko szło. I dobrze, bo chusta bardzo się przydała w sobotnie, okropnie zimne popołudnie. 

 

 i to:
 
Nie, nie zmieniły mi się upodobania kolorystyczne i nie opanowało mnie pasteLOVE szaleństwo, ale chyba tak mi właśnie wczoraj w duszy grało. Wyciągnęłam z kąta stary obrazek zrobiony gdzieś na początku mojej zabawy z dekupażem, odarłam z pierwotnych motywów, zeszlifowałam ile się dało stare tło, dodałam "zepsute" kiedyś drewniane serce i zupełnie bezmyślnie zamieniłam w taki cukierkowy obrazeczek 3D, który całkiem niechcący wpasował się w kolorystykę łazienki dla gości. Nieskromnie powiem, że chociaż to zupełnie nie moje kolory to efekt końcowy bardzo mi się podoba.

Udało mi się wygrzebać z archiwum zdjęcie deski (bo raczej trudno nazwać to obrazkiem) w wersji sprzed metamorfozy ... tak to wyglądało do wczoraj


a tak wygląda dziś w miejscu docelowym...

Tak jak lubię, przedmioty zupełnie nieprzydatne, zajęcia niekonieczne, ale cudownie relaksujące, oczyszczające głowę i kojące nerwy. A w tle niemal przez cały weekend "Trójka" i  Lista Przebojów i Polski Top Wszech Czasów, Markomania i Sjesta. Muzyką więc kończę ten wpis. Chciałam Wam polecić najnowszą piosenkę Perfectu "Wszystko ma swój czas", niestety jest zbyt świeża i nie ma jej jeszcze w sieci (fragmentu można posłuchać na stronie LP3, bo jest już w zestawie do głosowania). Dlatego żegnam się cudownym, lirycznym, idealnym na tę porę "Pod niebem pełnym cudów" Raz Dwa Trzy.


Miłego i spokojnego tygodnia!

niedziela, 30 marca 2014

Metamorfoza komódki ...

Oj, przysmęciłam wczoraj. Całe szczęście mało kto przeczytał te moje śródnocne wynurzenia. Z założenia na blogu nie miało być tego typu tekstów, nie chce nikogo wciągać w moje smutki i kłopoty. Tutaj miałam się chwalić rękodziełem, opowiadać o książkach i filmach a czasem tak sobie blablać  o duperelkach. I tak będzie, bo na całe szczęście taki prawdziwie głęboki dół nie dopada mnie zbyt często a jak się to już przydarza, to internet jest ostatnią rzeczą do której mam ochotę zaglądać. Wtedy raczej szukam jakiegoś zajęcia, z pozoru bezmyślnego, które zajmuje mi ręce i troszeczkę głowę. Żeby nie myśleć o tym, co uwiera i boli, żeby się zresetować, a czasem, żeby w pocie wysiłku fizycznego "urodzić" niechcący rozwiązanie problemu. 

Komódka, którą dzisiaj chcę pokazać jest efektem takiego "zasypywania dołka". Pierwotna wersja powstała już dawno temu i w zasadzie zaraz po zrobieniu przestała mi się podobać. Mam wrażenie, że zrobiłam ją na siłę, zupełnie bez pomysłu i bez specjalnej potrzeby. Ot, stała sobie taka goła, ja akurat miałam wolną chwilę, więc złapałam pierwszą z brzegu serwetkę i ... machnęłam koszmarek. Motywy z tej serwetki, skądinąd bardzo fajne pojedynczo zupełnie zniknęły zestawione obok siebie na czterech szufladkach. Z bliska jeszcze można się było dopatrzeć sensu, ale z daleka widać było tylko jakiś szarobury chaos. Nie schowałam jej w kąt tylko dlatego, że była mi potrzebna w przedpokoju do przechowywania wisiorków, bransoletek i innej biżuterii, którą lubię zakładać na siebie tuż przed wyjściem. Jako praktyczny mebelek sprawdzała się doskonale, ale jej wygląd gryzł mnie coraz bardziej.
Do zeszłego weekendu. W ciągu jednego popołudnia rower, skuter i samochód zniknęły pod gorącym podmuchem z opalarki a na ich miejscu pojawiły się "moje" motywy. Mam wrażenie, że składowe elementy skomponowały się same, wycinałam i kleiłam je jak w transie. I teraz mam w stu procentach "moją" komódkę.

 
Przestawiając szufladki mogę delikatnie acz zauważalnie zmieniać obrazek.


 

A to wersja "before".  Komódka w miejscu docelowym.


 

Zasłuchana w cudowne "sjestowe" melodie pozdrawiam Was ciepło. Niech to cudowne, niedzielne popołudnie będzie zapowiedzią równie pięknego tygodnia. Nie tylko pod względem aury.  Ściskam Was!

sobota, 1 marca 2014

Marzec :))) ...

No i mamy marzec! Stwierdzenie mało odkrywcze, ale za to jakie radosne. Przyznam, że pierwszy raz od lat zima minęła mi tak szybko i tak bezboleśnie. Co roku, u schyłku października przytłacza mnie perspektywa niemal sześciu miesięcy zimna i mroku . Pobudki w ciemności i powroty z pracy "w nocy" przyprawiają mnie o depresję a na widok schnącego i zamierającego ogrodu sama szarzeję. Zima mi się dłuży, mam wrażenie, że o tej porze roku czas spowalnia swój upływ. A w tym roku niespodzianka! Zima przyszła późno, nie doskwierała aż tak bardzo, śnieg dozowała z rozsądkiem (przynajmniej tu u nas) i bardzo szybko zaczęła ustępować miejsca przedwiośniu. W połowie lutego już mieliśmy zieloną trawę spod której wystawały języczki tulipanów i szafirków. Dziś piękna, wiosenna pogoda wygoniła mnie do ogródka. Zaprosiłam do współpracy grabie, miotłę i solidny wór na śmieci i uprzątnęłam trawnik z resztek jesiennych liści, odsłoniłam rabatki. Każdej jesieni zakopuję kilkanaście nowych cebul, zapominam co i gdzie wkopałam, więc każdej wiosny ze zdziwieniem witam nowe kwiatki, z dziecinnym zaskoczeniem, że miałam tak dużo cebulek pod ziemią. Teraz zielenią się ślicznie na tle świeżo poruszonej ziemi. W taki dzień jak dziś mam ochotę góry przenosić, a wobec braku takowych w pobliżu przynajmniej posprzątać garaż, czy upiec drożdżowe bułeczki. 

A'propos pieczenia. W tym tygodniu spotkała mnie wielka niespodzianka. Moja blogowa Przyjaciółka Hania obdarowała mnie znienacka paczuszką, w której były upieczone przez nią ciasteczka. Był problem ze zrobieniem pamiątkowej fotografii, bo chętnych do spałaszowania prezentu było wielu. W paczuszce były również inne cudeńka, bo Hania jest prawdziwą mistrzynią dekupażu, co możecie zobaczyć na jej blogu pocomito Dostałam uroczą, drewnianą szczotkę do włosów i serduszko z moim ukochanym motywem różyczek w sepii. Wszystko tak dopieszczone, wygładzone, prawdziwie perfekcyjne. Serduszko pokryte jest z jednej strony czymś, czego nie znam a co daje niesamowitą, aksamitną wręcz gładkość, nie można przestać go głaskać. Haniu, bardzo Ci dziękuję, wiesz już, że sprawiłaś mi tym ogromną radość. 

 
 
  Zdjęcie szczotki dość marne, ale próbowałam uchwycić maleńkie logo Hanutki . Widać?


Moja kwiatkowa robótka powoli się rozrasta.  W ciągu ostatniego tygodnia nie przybyło zbyt wiele kwiatków, ale przez weekend nadgonię. Wykrystalizowała się już ostateczna koncepcja kolorystyczna. Szaroniebieskie kwiatki okolę czarną ramką. Przez to całość będzie może troszkę smutniejsza, ale za to bardziej "moja". Jednak pastele to nie są moje klimaty i zawsze jakość ciągnie mnie ku czerni. Dlatego będzie mniej więcej tak:

 
 
 


 Stan na dziś - 55 kwiatków, dziesięć już ma ramki. Myślę, że to połowa, żeby całość miała konkretne wymiary potrzebna mi będzie jakaś setka elementów.


A na zakończenie zdjęcie z cyklu "Nie istnieje tak małe pudełko, w które nie mógłbym się wcisnąć. Nasza Luna uwielbia kartonowe pudełka, "zaprzyjaźnia" się z każdym, które przynosimy do domu przy okazji zakupów. Wciśnięcie się do niewielkiego przecież pudełka po mieszance krakowskiej udało jej się dopiero za trzecim podejściem. Szkoda, że nie nakręciłam tych kombinacji przodem, tyłem ...




Miłego weekendu kochani! Cieszmy się nim!

sobota, 1 lutego 2014

Bo weekend jest po to ...

żeby robić tylko to, co się CHCE

W piątek po południu wyrzucam ze słownika słowa "muszę" i "trzeba". Od piątkowego wieczoru rządzi słowo CHCĘ. Budzę się i albo zostaję w łóżku, bo CHCĘ poczytać, albo wstaję, bo CHCĘ usmażyć nam na śniadanie racuchy z jabłkami. CHCĘ zostać w szlafroku do południa, no to zostaję, szlafrok i frotowe skarpety idealnie pasują do kubka z pachnącą, gorącą kawą. Zamiast cukru głos Marka Niedźwieckiego i Jego muzyka. Nie patrzę na zegarek, nie pędzę. Zaglądam do Was. Wreszcie mam czas poczytać, pooglądać, wreszcie mogę napisać trochę dłuższy komentarz, zanurzyć się w słowa. Znowu odkrywam nowe blogi, fantastyczne miejsca, pełne inspiracji. Pasek z "ulubionymi" znowu się wydłuża .

Natycham się, natycham i czuję nagle, że też CHCĘ coś zrobić. W zasadzie to nawet czuję, że muszę, ale przecież słowo muszę  wyrzuciłam wczoraj ze słownika. CHCĘ więc, ale to mocne CHCĘ. Wyciągam ze składziku dawno zabejcowane i porzucone pudełko, farbę, lakier (na szczęście jeszcze nie zaschły). Serwetka, literka, kilka machnięć pędzelkiem, kilka przetarć do gołej bejcy i już mam! Pudełko na kosmetyki. 
  
 
 
 Prościutkie, trudno to nawet nazwać dekupażem, serwetka raczej symbolicznie, trochę przecierek żółtą i niebieską farbą (żeby pasowało do wzoru na kafelkach). Może kiedyś pokuszę się o jakiś bitum, albo kropeczki, ale na razie jest tak. 



 Zdjęć jest dużo, bo od tak dawna nie miałam aparatu w rękach i od tak dawna nie widziałam w domu takiego słońca, że mnie poniosło. CHCIAŁO mi się. Napstrykałam fotek przynajmniej na pięć kolejnych postów. Dawno już tak się nie leniłam w weekend. W poprzednie, jak nie malowanie (od roku, krok po kroku malujemy kolejne pomieszczenia w domu), to sprzątanie po malowaniu, albo jakieś całodzienne zakupy, bo coś trzeba było koniecznie kupić a oczywiście mimo sklepów pękających w szwach tego czegoś nie było w pierwszym, ani drugim, ani trzecim ...  A dziś laba. Totalne lenistwo. Jak zaczęłam, tak kończę sobotę w szlafroku i z Wami przy komputerze. Z tą różnicą, że rano kawa a teraz czerwone, wytrawne z Chile. 


A jutro ?

Jutro pewnie będzie mi się CHCIAŁO wyprasować tę górę ciuchów, która mi przez tydzień urosła. Całe szczęście, że mam "Lśnienie" do słuchania. Niby film znam na pamięć, niby książkę też przeczytałam, a jednak uszami wyłapuję niuanse, których wcześniej nie zauważyłam. Dzięki Bogu za audiobooki !!!

Póki co jednak, wciąż jeszcze jest sobota. Ja wiem, że już prawie północ, ale póki nie idziemy spać póty sobota, nieprawdaż? Mam nadzieję, że upływa Wam równie przyjemnie. Tego Wam życzę.


Dobranoc!

piątek, 15 marca 2013

A idźże już !!

Obiecałam sobie, że nie napiszę ani słowa o tej, co to miała sobie już pójść w cholerę (przepraszam), ale z jakiegoś powodu zawróciła. Nie wiem, kluczy zapomniała, albo nie była pewna, czy żelazko wyłączyła, w każdym razie wróciła. I chyba jej mleko wykipiało, bo się wściekła i z tej złości na nas też wylała wszystko co w tych garnkach było. Cały śnieg, jaki jej został wywaliła na nas w trzy dni raptem. Zapasy mrozu też postanowiła zużyć do końca. No i mamy znowu wszechobecną biel, łopaty, skrobaczki, pługi, poślizgi, grube szaliki  i długie paltoty. I pomyśleć, że w zeszłym tygodniu śmigałam już w kusym, wiosennym płaszczyku. A może mi się to tylko śniło? Już nie jestem pewna. 

Obiecałam sobie, że zignoruję ten fakt, zacisnę zęby i przeczekam. Ponoć jeszcze tylko kilka dni i będzie wreszcie wiosna. Oby, bo już bym posprzątała ogródek, ogarnęła garaż (to taka nasza rodzinna tradycja), nawet okna bym umyła, choć nie przepadam za tym akurat. Strasznie mnie nosi a okoliczności przyrody nie pozwalają dać upust chuciom ;)). I zamiast "eksplozji namiętności" ograniczam się do "delikatnych pieszczot". A to okap przetrę, a to poprasuję odkładane na kiedyś prześcieradła i poszewki, garnki w szafce poprzekładam... satysfakcja niewielka, bo i efekt mało widoczny, ale jakoś człowiek przetrwa. Ja wiem, że to troszkę trąci skrzywieniem, ale dopiero jak się tak porządnie umorduję, ukurzę, jak wyniosę na śmietnik sterty niepotrzebnych klamotów składanych w garażu przez zimę, wory z zeszłorocznym zielskiem wyrwanym w ogródku, to wtedy dopiero czuję, że zima się skończyła. Spływa ze mnie ta zima symbolicznie pod prysznicem, który sobie funduję po takiej "gospodarczej" sobocie. Oby stało się to jeszcze przed świętami!

A pamiętacie, że w zeszłym roku było to samo? Też zima zawróciła. Pamiętam jak pewnej niedzieli, w pośpiechu wracałam na strych po odłożone tam zimowe kurtki i buty, bo nagle po kilkunastu pięknych, ciepłych dniach wrócił śnieg i mróz. Może to tak ma być, tylko  my robimy się coraz bardziej niecierpliwi i nie umiemy spokojnie poczekać aż przyroda sama da nam to, co dać powinna. Z naturą nie wygramy, to jeden z ostatnich bastionów nie zdominowanych przez człowieka. Przyroda, żywioł, potrafią pokazać nam, gdzie jest nasze miejsce. I nie trzeba do tego tajfunów i trzęsień ziemi, wystarczy "nieoczekiwany atak zimy" i mamy paraliż. I cóż możemy? Nic, co najwyżej ponarzekać... 

No i jak to u mnie, miało nie być o zimie a trzy akapity natrzaskałam. Mało tego, ten czwarty też jeszcze będzie "w temacie", bo tak mi właśnie zaświtało, że to może przeze mnie ta zima wróciła. Od razu uspokajam, to nie megalomania,  uświadomiłam sobie  tylko, że ja tej zimy ani razu nie wyrżnęłam dupskiem na chodnik a małą świecką tradycją jest, że przynajmniej jeden taki radosny upadek co roku zaliczam. A tej zimy nic, mimo, że mam dość śliskie buty, udało się jakoś uniknąć nagłego zetknięcia z podłożem. Zima też to zauważyła i wróciła, by odebrać swoje. I tak sobie myślę, że może ja dzisiaj wzuję te moje ślizgające się kozaczki i przejdę się z nonszalancką nieostrożnością po osiedlu, zaliczę malowniczą glebę i obwieszczę, że tradycji stało się zadość i niech już zima sobie idzie precz. Co Wy na to? Sama jestem ciekawa, czy to by pomogło. Ale zrobię to dopiero wieczorem, po ciemku, bo choć cel sam w sobie zbożny, to głupio tak publicznie robić z siebie przedstawienie. :)))

Tymczasem popracuję sobie jeszcze w ciepłym biurze, na szczęście dziś jest wyjątkowo spokojnie, dlatego jestem w stanie pozaglądać na Wasze blogi i sama coś skrobnę. Rzadko mam taką okazję w dni powszednie, dlatego rozkoszuje się tym faktem, smakuję tę niespieszność ... niby nic, a cieszy jak niespodziewany prezent. Korzystając z okazji posprzątałam też troszkę w moich plikach ze zdjęciami i znalazłam dowody moich dekupażowych poczynań z ostatnich miesięcy. Niewiele tego, ale wyciągnę je na światło dzienne, choćby po to, by umiejscowić je sobie w czasie.

Te dwa pudełka na płyty czekały na swoją kolej prawie dwa lata. Już wtedy wiedziałam, że ozdobię je tą piękną serwetką z kluczem wiolinowym. Czas jednak mijał, serwetki trafiały na inne przedmioty i gdy się w końcu dokopałam do zapomnianych i zakurzonych pudełek, to miałam już tylko jedną i to napoczętą. Starczyło na jedno pudełko. Na drugim wylądował więc kolejny serwetkowy "samograj" - kolorowe pojazdy na fajnym kolażowym tle. I teraz jedno pudełko jest muzyczne, a drugie kojarzy mi się z kinem lat 60-tych, więc będę w nim przechowywać stare filmy.

 
 


Zimą zrobiłam też kolejną skrzyneczkę na klucze. Tym razem mniejszą, bo do tych długich z dodatkową półeczką jakoś się zraziłam. W okienku znowu łódka, tło spokojne, barwione kilkoma odcieniami bejcy. Na razie nie znudził mi się jeszcze ten motyw, delikatny, nostalgiczny, taki po prostu "mój". Ten egzemplarz poszedł do ludzi, ale muszę w końcu zrobić podobny dla siebie, bo u nas klucze wciąż się poniewierają na komodzie w przedpokoju.





 Kwiatowe wieszaki też już kiedyś robiłam, ale znowu mnie naszło...



I to tyle z zimowych porządków. W kolejce do fotografa czeka kilka przedmiotów zrobionych dla Oli no i szale boa, które machnęłam hurtem w kilka wieczorów po mocno stresujących dniach. Niech no tylko wróci słońce, to zrobię im sesję w plenerze.

Tymczasem posyłam Wam weekendowe uściski i garść nutek na dobre popołudnie. Muzyka z cudownego, ciepłego filmu "Dom nad jeziorem" . A tytuł fragmentu pasuje idealnie do dzisiejszych moich rozważań.



Bardzo bym chciała mieć taką amerykańską skrzynkę na listy.


Miłego weekendu.



P.S. 22:02
Zrobiłam co mogłam, trzy kursy z domu do śmietnika. Żeby nie było, że łażę jak głupia po ciemku to wyniosłam trochę śmieci z garażu. Naprawdę się starałam... niestety, nie wyszło... przepraszam. Może jutro się uda. Dobranoc.






niedziela, 20 stycznia 2013

To nie jest tak...


 Czy słyszałyście już to...?



David Bowie po latach przerwy wrócił do studia i nagrał nową płytę. Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką muzyki D.B., ale gdy byłam nasto-, czy wczesno-dziestolatką bardzo mi imponował. Wydawał mi się kimś niesamowicie silnym i charyzmatycznym. Sprawiał wrażenie kogoś, kto może mieć wszystko i zrobić wszystko, co zechce. Emanował taką nieokiełznaną, kosmiczną wręcz energią, która wydawała się nigdy nie wyczerpywać. Jako nastolatka marzyłam by być jego China Girl ;))),  jeszcze teraz na samo wspomnienie "Let's dance" czuję ciarki. A duet z Tiną Turner pamiętacie? Mmmmmm! W latach 80-tych Bowie był prawdziwym królem nie tylko sceny, ale też życia, "pożerającym" je ze zwierzęcą zachłannością.
A potem zniknął, wyciszył się i nagle... taki powrót. Nie słyszałam całej płyty, premiera zapowiadana jest dopiero na marzec, ale jeśli cała jest w klimacie tego singla, to ja kupuję ją w ciemno. I nie dlatego, że wracają wspomnienia, nie dlatego że "lew zaryczał". Wręcz przeciwnie. Od bardzo dawna nie jestem już naiwną pensjonarką zauroczoną siłą jego błękitnego spojrzenia i męskiej energii. Teraz doceniam wrażliwość i wzruszają mnie oznaki słabości. Bo tamtego Davida Bowie już nie ma. Jest starszy pan, który ma świadomość, że już nie jest herosem i że nie każdy już szczyt zdobędzie. I że już ma bliżej niż dalej... I chociaż jego błękitne oczy wypełnia smutek (jak bardzo go widać), a iskra w nich się ledwie tli, to ja grzeję się w tym nikłym światełku. I widzę prawdę o człowieku, i świadomość  przemijania i siłę wspomnień i nadzieję ...

Nie wiem, czy o tym właśnie są teksty na tej płycie, ale ja to właśnie "słyszę" w jego głosie, w sposobie śpiewania, nawet w tej ciszy na końcu. I choć to smutne, to ten smutek jest piękny. I dlatego kupię sobie tę płytę, choć nigdy nie byłam fanką Davida Bowie.

................................... * ...............................

Pozostanę jeszcze przez chwil kilka w klimacie zdarzeń i spraw pięknych, choć smutnych. Już od dawna miałam wielką ochotę podzielić się z Wami pewnym filmem z YT. Znalazłam go przypadkiem, pod koniec grudnia, gdy przeczesywałam YT w poszukiwaniu piosenki. Była rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego i strasznie chciałam usłyszeć i zobaczyć "Odchodząc". Odnalazłam ten teledysk a na pasku na ekranie pojawił się inny tytuł. Kliknęłam...chciałam zobaczyć... To nie była kolejna piosenka Republiki, to nie był wywiad z G.C, ale wrzucony przez kogoś prywatny film z pogrzebu  Grzegorza Ciechowskiego. Nie ma na nim sensacyjnych ujęć i dramatycznych obrazków. To, co mnie zatrzymało na kilka minut w moim codziennym biegu, co wbiło mnie w fotel i wycisnęło z oczu łzy to nie obrazek rodem z brukowców. To pożegnanie wygłoszone przez Jana Wołka,  człowieka, który jest poetą, osobą niezwykle wrażliwą, ale w tej sytuacji przede wszystkim przyjacielem.

Nie umieszczam tego filmu na blogu dla sensacji, nie chcę niczym epatować. Chcę Wam pokazać jak pięknie można mówić o drugim człowieku. Żyjemy w czasach, gdy dużo łatwiej jest mówić o innych źle, rzucać bezkarnie oszczerstwa, pomówienia, opluwać i obrzucać błotem. Dlatego, takie słowa, jak te należy w sobie zatrzymać i nauczyć się wypowiadać je wobec innych nie tylko przy okazji "ostatniego pożegnania". 

 

To nie jest tak, że na siłę szukam wokół siebie rzeczy smutnych. Naprawdę staram się z optymizmem przeżywać każdy dzień. Może po prostu moja wrażliwość odwróciła się na razie w stronę szarości, choć cały czas szukam kolorowych nitek do mojej tęczy szczęścia.


................................... * ...............................

Na koniec pokażę Wam efekt tych poszukiwań. Mam wrażenie, że ten drobiazg powstał przy niewielkim tylko udziale mojej świadomości. Nie wiem, czy czytałyście "Rękę mistrza" Kinga, ale to było własnie tak jak z bohaterem tej książki i jego obrazami. Powstawały pod wpływem jakiejś siły, która przyciągała go do sztalugi i kierowała jego ręką. Zeszłej niedzieli, pierwszej naprawdę spokojnej po tym całym grudniowym i noworocznym młynie, długiej i leniwej poczułam, że MUSZĘ coś zrobić. Spokojnie, nie zwariowałam i żadne głosy ani mroczne siły mnie nie opętały. Tylko takie poczucie, że jak nie wstanę z fotela, nie odstawię filiżanki z kolejną kawą, to zwariuję. Nie zważając zupełnie na to, że to niedziela i że "dzień święty należy święcić" popędziłam do garażu, wyciągnęłam pudło ze starymi klamotami, nieudanymi próbami z początków mojej zabawy z dekupażem, złapałam jakąś deskę z winogronowym obrazkiem, szlifierkę i w amoku jakimś zdarłam ją niemal do białości. Potem chwyciłam jakieś nieudane walentynkowe serduszko, opalarkę i parząc sobie palce zdarłam z serca całą czerwoność i różane ozdóbki. 
Zdarte do gołego drewna na tyle, na ile pozwoliła wżarta głęboko bejca pobieliłam lekko suchym pędzlem, skleiłam, dodałam sznurek, zawieszki kupione kiedyś w Beads z zamiarem robienia biżuterii i wreszcie naklejkę, którą przysłała mi kiedyś Roksana z Retro Feelings I już nawet nie lakierowałam tylko natychmiast złapałam za młotek, wbiłam gwóźdź w ścianę i zawiesiłam. 



I nie wiem czy to, co powstało jest ładniejsze od pierwowzorów poświęconych na ten cel. Nie ma to żadnego znaczenia, bo ten obrazek powieszony na wprost schodów, którymi co rano schodzę do kuchni by zrobić sobie pierwszą kawę ma w sobie tyle pozytywnej energii, że jest dla mnie jak amulet. Patrzę na niego ilekroć schodzę z góry i zawsze się uśmiecham. Wierzcie lub nie, ale on powstał sam, właśnie po to, bym mogła wreszcie zamknąć czas smutku i chmurnej szarości i odnalazła w sobie nadzieję na odnalezienie różowych okularów.







Dziękuję Wam za wszystkie wpisy pod poprzednim postem. Dziękuję za maile.  Dziękuję za dobre i ciepłe słowa. I za to, że jesteście. Bardzo, bardzo.