W piątek po południu wyrzucam ze słownika słowa "muszę" i "trzeba". Od piątkowego wieczoru rządzi słowo CHCĘ. Budzę się i albo zostaję w łóżku, bo CHCĘ poczytać, albo wstaję, bo CHCĘ usmażyć nam na śniadanie racuchy z jabłkami. CHCĘ zostać w szlafroku do południa, no to zostaję, szlafrok i frotowe skarpety idealnie pasują do kubka z pachnącą, gorącą kawą. Zamiast cukru głos Marka Niedźwieckiego i Jego muzyka. Nie patrzę na zegarek, nie pędzę. Zaglądam do Was. Wreszcie mam czas poczytać, pooglądać, wreszcie mogę napisać trochę dłuższy komentarz, zanurzyć się w słowa. Znowu odkrywam nowe blogi, fantastyczne miejsca, pełne inspiracji. Pasek z "ulubionymi" znowu się wydłuża .
Natycham się, natycham i czuję nagle, że też CHCĘ coś zrobić. W zasadzie to nawet czuję, że muszę, ale przecież słowo muszę wyrzuciłam wczoraj ze słownika. CHCĘ więc, ale to mocne CHCĘ. Wyciągam ze składziku dawno zabejcowane i porzucone pudełko, farbę, lakier (na szczęście jeszcze nie zaschły). Serwetka, literka, kilka machnięć pędzelkiem, kilka przetarć do gołej bejcy i już mam! Pudełko na kosmetyki.
Prościutkie, trudno to nawet nazwać dekupażem, serwetka raczej symbolicznie, trochę przecierek żółtą i niebieską farbą (żeby pasowało do wzoru na kafelkach). Może kiedyś pokuszę się o jakiś bitum, albo kropeczki, ale na razie jest tak.
Zdjęć jest dużo, bo od tak dawna nie miałam aparatu w rękach i od tak dawna nie widziałam w domu takiego słońca, że mnie poniosło. CHCIAŁO mi się. Napstrykałam fotek przynajmniej na pięć kolejnych postów. Dawno już tak się nie leniłam w weekend. W poprzednie, jak nie malowanie (od roku, krok po kroku malujemy kolejne pomieszczenia w domu), to sprzątanie po malowaniu, albo jakieś całodzienne zakupy, bo coś trzeba było koniecznie kupić a oczywiście mimo sklepów pękających w szwach tego czegoś nie było w pierwszym, ani drugim, ani trzecim ... A dziś laba. Totalne lenistwo. Jak zaczęłam, tak kończę sobotę w szlafroku i z Wami przy komputerze. Z tą różnicą, że rano kawa a teraz czerwone, wytrawne z Chile.
A jutro ?
Jutro pewnie będzie mi się CHCIAŁO wyprasować tę górę ciuchów, która mi przez tydzień urosła. Całe szczęście, że mam "Lśnienie" do słuchania. Niby film znam na pamięć, niby książkę też przeczytałam, a jednak uszami wyłapuję niuanse, których wcześniej nie zauważyłam. Dzięki Bogu za audiobooki !!!
Póki co jednak, wciąż jeszcze jest sobota. Ja wiem, że już prawie północ, ale póki nie idziemy spać póty sobota, nieprawdaż? Mam nadzieję, że upływa Wam równie przyjemnie. Tego Wam życzę.
Obiecałam sobie, że nie napiszę ani słowa o tej, co to miała sobie już pójść w cholerę (przepraszam), ale z jakiegoś powodu zawróciła. Nie wiem, kluczy zapomniała, albo nie była pewna, czy żelazko wyłączyła, w każdym razie wróciła. I chyba jej mleko wykipiało, bo się wściekła i z tej złości na nas też wylała wszystko co w tych garnkach było. Cały śnieg, jaki jej został wywaliła na nas w trzy dni raptem. Zapasy mrozu też postanowiła zużyć do końca. No i mamy znowu wszechobecną biel, łopaty, skrobaczki, pługi, poślizgi, grube szaliki i długie paltoty. I pomyśleć, że w zeszłym tygodniu śmigałam już w kusym, wiosennym płaszczyku. A może mi się to tylko śniło? Już nie jestem pewna.
Obiecałam sobie, że zignoruję ten fakt, zacisnę zęby i przeczekam. Ponoć jeszcze tylko kilka dni i będzie wreszcie wiosna. Oby, bo już bym posprzątała ogródek, ogarnęła garaż (to taka nasza rodzinna tradycja), nawet okna bym umyła, choć nie przepadam za tym akurat. Strasznie mnie nosi a okoliczności przyrody nie pozwalają dać upust chuciom ;)). I zamiast "eksplozji namiętności" ograniczam się do "delikatnych pieszczot". A to okap przetrę, a to poprasuję odkładane na kiedyś prześcieradła i poszewki, garnki w szafce poprzekładam... satysfakcja niewielka, bo i efekt mało widoczny, ale jakoś człowiek przetrwa. Ja wiem, że to troszkę trąci skrzywieniem, ale dopiero jak się tak porządnie umorduję, ukurzę, jak wyniosę na śmietnik sterty niepotrzebnych klamotów składanych w garażu przez zimę, wory z zeszłorocznym zielskiem wyrwanym w ogródku, to wtedy dopiero czuję, że zima się skończyła. Spływa ze mnie ta zima symbolicznie pod prysznicem, który sobie funduję po takiej "gospodarczej" sobocie. Oby stało się to jeszcze przed świętami!
A pamiętacie, że w zeszłym roku było to samo? Też zima zawróciła. Pamiętam jak pewnej niedzieli, w pośpiechu wracałam na strych po odłożone tam zimowe kurtki i buty, bo nagle po kilkunastu pięknych, ciepłych dniach wrócił śnieg i mróz. Może to tak ma być, tylko my robimy się coraz bardziej niecierpliwi i nie umiemy spokojnie poczekać aż przyroda sama da nam to, co dać powinna. Z naturą nie wygramy, to jeden z ostatnich bastionów nie zdominowanych przez człowieka. Przyroda, żywioł, potrafią pokazać nam, gdzie jest nasze miejsce. I nie trzeba do tego tajfunów i trzęsień ziemi, wystarczy "nieoczekiwany atak zimy" i mamy paraliż. I cóż możemy? Nic, co najwyżej ponarzekać...
No i jak to u mnie, miało nie być o zimie a trzy akapity natrzaskałam. Mało tego, ten czwarty też jeszcze będzie "w temacie", bo tak mi właśnie zaświtało, że to może przeze mnie ta zima wróciła. Od razu uspokajam, to nie megalomania, uświadomiłam sobie tylko, że ja tej zimy ani razu nie wyrżnęłam dupskiem na chodnik a małą świecką tradycją jest, że przynajmniej jeden taki radosny upadek co roku zaliczam. A tej zimy nic, mimo, że mam dość śliskie buty, udało się jakoś uniknąć nagłego zetknięcia z podłożem. Zima też to zauważyła i wróciła, by odebrać swoje. I tak sobie myślę, że może ja dzisiaj wzuję te moje ślizgające się kozaczki i przejdę się z nonszalancką nieostrożnością po osiedlu, zaliczę malowniczą glebę i obwieszczę, że tradycji stało się zadość i niech już zima sobie idzie precz. Co Wy na to? Sama jestem ciekawa, czy to by pomogło. Ale zrobię to dopiero wieczorem, po ciemku, bo choć cel sam w sobie zbożny, to głupio tak publicznie robić z siebie przedstawienie. :)))
Tymczasem popracuję sobie jeszcze w ciepłym biurze, na szczęście dziś jest wyjątkowo spokojnie, dlatego jestem w stanie pozaglądać na Wasze blogi i sama coś skrobnę. Rzadko mam taką okazję w dni powszednie, dlatego rozkoszuje się tym faktem, smakuję tę niespieszność ... niby nic, a cieszy jak niespodziewany prezent. Korzystając z okazji posprzątałam też troszkę w moich plikach ze zdjęciami i znalazłam dowody moich dekupażowych poczynań z ostatnich miesięcy. Niewiele tego, ale wyciągnę je na światło dzienne, choćby po to, by umiejscowić je sobie w czasie.
Te dwa pudełka na płyty czekały na swoją kolej prawie dwa lata. Już wtedy wiedziałam, że ozdobię je tą piękną serwetką z kluczem wiolinowym. Czas jednak mijał, serwetki trafiały na inne przedmioty i gdy się w końcu dokopałam do zapomnianych i zakurzonych pudełek, to miałam już tylko jedną i to napoczętą. Starczyło na jedno pudełko. Na drugim wylądował więc kolejny serwetkowy "samograj" - kolorowe pojazdy na fajnym kolażowym tle. I teraz jedno pudełko jest muzyczne, a drugie kojarzy mi się z kinem lat 60-tych, więc będę w nim przechowywać stare filmy.
Zimą zrobiłam też kolejną skrzyneczkę na klucze. Tym razem mniejszą, bo do tych długich z dodatkową półeczką jakoś się zraziłam. W okienku znowu łódka, tło spokojne, barwione kilkoma odcieniami bejcy. Na razie nie znudził mi się jeszcze ten motyw, delikatny, nostalgiczny, taki po prostu "mój". Ten egzemplarz poszedł do ludzi, ale muszę w końcu zrobić podobny dla siebie, bo u nas klucze wciąż się poniewierają na komodzie w przedpokoju.
Kwiatowe wieszaki też już kiedyś robiłam, ale znowu mnie naszło...
I to tyle z zimowych porządków. W kolejce do fotografa czeka kilka przedmiotów zrobionych dla Oli no i szale boa, które machnęłam hurtem w kilka wieczorów po mocno stresujących dniach. Niech no tylko wróci słońce, to zrobię im sesję w plenerze.
Tymczasem posyłam Wam weekendowe uściski i garść nutek na dobre popołudnie. Muzyka z cudownego, ciepłego filmu "Dom nad jeziorem" . A tytuł fragmentu pasuje idealnie do dzisiejszych moich rozważań.
Bardzo bym chciała mieć taką amerykańską skrzynkę na listy.
Miłego weekendu.
P.S. 22:02
Zrobiłam co mogłam, trzy kursy z domu do śmietnika. Żeby nie było, że łażę jak głupia po ciemku to wyniosłam trochę śmieci z garażu. Naprawdę się starałam... niestety, nie wyszło... przepraszam. Może jutro się uda. Dobranoc.
Gdyby papiery i serwetki do dekupażu pachniały adekwatnie do motywu, jaki się na nich znajduje, to nigdy nie zrobiłabym niczego w lawendowe wzorki. Jestem jedną z nielicznych, jeśli nie jedyną blogerką "hendmejdową", która nie podziela zachwytu koleżanek nad aromatem tej delikatnej i niewątpliwie uroczej roślinki. Roślinka owa zapewne wyczuwa moją niechęć, bo choć co roku sadzę w ogródku najpiękniejszy krzaczek przytargany z giełdy kwiatowej, to w kilka tygodni zamiast bujnej zielono-fioletowej kępy mam marny badyl o podeschłych łodygach. Słowo honoru, że dbam i pielęgnuję, bo choć zapach jest mi niemiły, to widokiem chciałabym cieszyć oczy jak najdłużej. No nie rosną i już! Mam nadzieję, że mój lawendowy "coming out" nie sprawi, że wpadnę w towarzyski ostracyzm i blogosfera wybaczy mi tę inność.
Na szczęście dla mnie serwetki nie pachną, więc z ogromną przyjemnością popełniam czasem jakiś dekupażowy wytworek ozdobiony lawendą. Dziś postanowiłam zebrać w jednym miejscu wszystko, co powstało w ciągu ostatnich miesięcy. Oczywiście z użyciem, najukochańszej serwetki...
Zacznę od czegoś dużego. Od lustra, które kupiłam w wielkim szalonym porywie zachwytu i przytargałam do domu z drugiego końca Krakowa nie zważając zupełnie żem w 8 miesiącu ciąży a droga do domu komunikacją miejską z kilkoma przesiadkami. Nie muszę żadnej z Was tłumaczyć, że jak się kobieta na coś uprze, to nie zważa na głos rozsądku tylko realizuje swoją wizję, wiem, że znacie to uczucie. A moja wizja była wówczas taka, że piękne, drewniane lustro w głębokim granacie, surowo ciosane i ozdobione gipsowymi amorkami MUSI opuścić sklep i jak najszybciej zawisnąć w moim domu. Lustro szczęśliwie dowiozłam ( brzuch też) i lat dziesięć cieszyłam oczy jego urodą. Próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie, na którym byłoby je widać w wersji przed metamorfozą, ale przekopać moje pliki to prawdziwa syzyfowa praca. Wierzę w Waszą wyobraźnię. Lustro było piękne, romantyczne i miało jeszcze jedną ogromną zaletę - strasznie wiotko w nim wyglądałam :))))) Dopóki było jedynym dużym lustrem w naszym domu byłam przekonana, że mam zgrabny tyłek. Potem niestety sprawiłam sobie lustrzane drzwi do szafy i ... no wiecie, szok!. Ale mniejsza o mój tyłek. Lustro! Mimo upływu lat to ono wcale nie przestało mi się podobać, jednak co tu dużo mówić, padło ofiara drugiej cechy, którą jak podejrzewam ma większość z Was - potrzeby zmiany. Wiecie jak to jest, gdy niby wszystko fajnie poukładane, poustawiane, niby nie ma się czego czepić a patrzysz na jakiś kąt w mieszkaniu i zaczyna Cię "swędzieć", musisz coś zmienić, poprzestawiać, przemalować. Najlepiej natychmiast. Taki właśnie przymus wewnętrzny poczułam pewnego dnia patrząc na moje anielskie lustro i nie myśląc wiele zabrałam się do pracy. Poodrywałam anioły, gipsowe były i kruche, więc proceder przeżyły tylko dwa z pięciu, potem opaliłam warstwę farby i pasty strukturalnej, która pod farbą tworzyła malownicze nierówności. Potem było skrobanie, szlifowanie i wreszcie malowanie kilkoma kolorami na raz. Na koniec gałązki lawendy, lakier et voila! Nowe stare lustro gotowe.
Zdjęcia robione w sierpniu, kiedy jeszcze bujnie kwitła cała ogródkowa zielenina
Rama w nowych kolorach, ale tafla nadal w magiczny sposób odejmuje kilogramy :)))
Czy teraz jest ładniejsze? Nie wiem. Ale jest inne i to mnie cieszy. W tej wersji kolorystycznej nie pasuje już do naszej sypialni, więc zawisło w pokoju Oli, ku radości małej elegantki :)))
A teraz już bez zbędnych opowieści same zdjęcia przedmiotów wykończonych ostatnio.
Zawieszany na ścianie pojemniczek na listy, karteluszki lub cokolwiek innego...
kompromitująca mnie jako panią domu plama po winie, ślad po udanym wieczorze :), zabawne, że nie zauważyłam jej podczas robienia zdjęć
i fragment plecków... uwielbiam takie niuansiki nawet, gdy ich nie widać :)
I jeszcze wieszak na ręczniki papierowe z małym bonusem w postaci serduszkowej zawieszki...
Fotki marnej jakości, ale od tygodnia Kraków zasnuwają na przemian smog i mgła, wiec światła mamy jak na lekarstwo. Nawet wyjście z aparatem w plener niewiele pomogło, zwłaszcza, że z zimna trzęsłam się jak osika i trudno mi było złapać ostrość.
Więcej tworów do kompletu nie będzie, bo ostatnie dwie serwetki zalałam sobie własno-grabio-ręcznie kawą ( a było posprzątać bałagan?!) a nowych zakupów do decou- na razie nie planuję. Coraz mniej mam czasu na tę przyjemność a zapasy do wykorzystania spore, więc będę się wyżywać na innych wzorach.
Ściskam cieplutko ! I jeszcze muzyka na dziś... myślę, że bardzo pasuje do tej gęstej szarości, jaką znowu mam za oknem...
Próbując odejść troszkę od kociej tematyki i perypetii ze znalezieniem domu dla naszych maluchów szukałam weny przeglądając zdjęcia z moimi ostatnimi deku-popełnieniami. Mimo, że mało dekupażuję, to jednak dokańczam powoli to czy tamto, głównie "dalsze ciągi" do rzeczy już zrobionych i pokazywanych na blogu. Może w kolejnych postach wrzucę te wszystkie komplety hurtem, żeby zamknąć temat mojej wiosenno-letniej dłubaniny. Nie spodziewam się, by długie jesienno-zimowe wieczory wpłynęły jakoś pozytywnie na ilość zdekupażowanych przedmiotów, podejrzewam nawet, że wręcz przeciwnie. Latem, kończąc pracę ok 17-18 miałam jeszcze szansę na malowanie przy dziennym świetle co najmniej przez dwie-trzy godziny. Teraz ciemność zapada tak szybko, a ja, nie ma co ukrywać coraz gorzej widzę. Długie godziny spędzane dzień w dzień przed monitorem dały się we znaki moim oczom. Dobieranie odcienia farby na tło do obrazków, czy wycinanie drobnych elementów serwetki przy żarówce kończy się często wielkim porannym wytrzeszczem oczu, kiedy to w świetle dziennym odkrywam co narobiłam. A potem jest zdzieranie, przemalowywanie a najczęściej odkładanie w kąt na bliżej nieokreślone potem. Pamiętam, kilka miesięcy temu Tabu pisała o swoich perypetiach z literaturą słoiczkowo-buteleczkową w łazience. Myślałam sobie wtedy, jak dobrze, że mnie to jeszcze nie dotyczy, zawsze miałam sokoli wzrok. I co? Ano przyszła i na mnie pora. I teraz ja mam wszystkie instrukcje na wyciągnięcie ręki... całkiem dosłownie niestety. No dobra, ale nie o tym być miało.
Miało być o tym, że nie będzie o kotach . I nie będzie, ale jakoś tak przypadkiem pozostanę w klimacie rozstań i pożegnań. Bo przedmiot, który dzisiaj pokazuję miał być prezentem podarowanym "na pamiątkę" naszemu pierwszemu i jedynemu jak dotąd wikaremu, człowiekowi, który naszą przeciętną, nijaką i zgnuśniałą zbiorowość parafialną zmienił w tętniącą życiem, pomysłami i wydarzeniami społeczność. Dzięki niemu starzy mieszkańcy bardziej przyjaźnie traktowali element napływowy zasiedlający nowe bloki a "nowi" szybko się asymilowali. Organizował akcje charytatywne i zajęcia sportowe, świetlicę dla dzieci i siłownię dla młodzieży. Grał z nami w siatkówkę i jeździł na narty. Człowiek instytucja nie znający słowa "niemożliwe". I nagle, gdy już wszyscy myśleli, że R. będzie z nami na zawsze przyszedł rozkaz z góry, że czas na zmiany. I w środku lata, prosto z kolonii nad morzem, na jakie co rok zabierał autokar dzieciaków odjechał do innej parafii. Decyzja była nagła, środek wakacji, ale plotka rozeszła się migiem. Migiem też parafialni oficjele zorganizowali księdzu pożegnanie. Wszystko z pompą, delegacje, kwiaty, prezenty i przemówienia. Ja akurat nie przepadam za takim sztywnym schematem, ale jestem w stanie zrozumieć, że musi być oficjalnie i w kancik. Ale kiedy zobaczyłam te "kossaki", te kryształy rżnięte i te kosze kwiecia wręczane, to drobiazg, jaki przygotowałam dla R. wydał mi się taki śmiesznie marny, że aż się rumieńcem wstydu zalałam... Pomyślałam, że tylko się wygłupię. I sobie darowałam. I nie wręczyłam.
I tak pudełko na herbatę, spokojne w kolorystyce i niezbyt ozdobne, bo w końcu dla mężczyzny i księdza robione zostało mi w domu. Na pamiątkę.
Świat przyspieszył i nie ma na to rady. Narzekanie na brak czasu stało się tak powszechne, że już przestaje kogokolwiek dziwić. Wszyscy mamy go zbyt mało, chociaż podejrzewam, że im jesteśmy starsi, tym ten brak odczuwamy dotkliwiej. Może dlatego, że w przeciwieństwie do nastolatków mamy większą świadomość, że nie jest nam dany w ilości nieograniczonej. Świadomość nieuchronnej skończoności przychodzi z wiekiem a razem z nią poczucie, że można z czymś nie zdążyć, coś przegapić, zaniechać... Ale skoro na wszystko czasu nie starcza, to skąd mamy wiedzieć co wybrać, na czym się skupić, by pod koniec życia nie myśleć o straconych okazjach i niespełnionych marzeniach. I nie mam wcale na myśli tylko dużych spraw i przedsięwzięć, ale nawet te drobne, malutkie. Bo życie składa się przecież z drobiazgów... Podziwiam ludzi, którzy od wczesnych lat życia wiedzą czego od tego życia chcą, wiedzą, co chcą robić i cały czas ku temu konsekwentnie dążą. Ja nigdy nie miałam takiej pewności, dlatego moje wybory w wielu przypadkach nie były tak do końca "moje". Czasem decydowałam pod wpływem emocji, czasem sugerowałam się tym, co wybrali inni i szłam za nimi jak ciele, a czasem wybierałam coś, co pozwalało mi odsunąć ostateczną decyzję w czasie. Wiele razy decydowało za mnie życie, poddawałam się sytuacji, bo innego wyjścia nie było, albo po prostu nie miałam wystarczająco dużo sił i motywacji by się o to inne wyjście upomnieć. Nie znaczy to wcale, że żałuję tych wyborów-nie wyborów. Patrząc wstecz mogę powiedzieć, że wszystko poukładało mi się w całkiem fajne życie. Może tylko czasem mam gorszy dzień i wtedy uwierają mnie różne drobiazgi. Jak zadry, które trzeba po prostu powyciągać, żeby znowu było dobrze.
Bo życie składa się przecież z drobiazgów...
Ostatnio najbardziej uwierał mnie brak czasu dla siebie. Żyłam jak automat nastawiony na wykonywanie obowiązków. Praca, dom, zobowiązania, terminy... wszystko w biegu i stresie. Bo trzeba... Słowa "trzeba", "muszę " "powinnam" stały się moją mantrą. Robiłam, co do mnie należało, aż zaczęłam się łapać na tym, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia, bo każdy wyglądał tak samo. Siadałam o szóstej rano przy laptopie i wstawałam od niego po północy z małą przerwą na ogarnięcie domowych niezbędności. Zaczynałam zapominać jak smakuje pita niespiesznie kawa z przyjaciółką - sąsiadką, ile może dać dłuższa rozmowa przez telefon z kimś bliskim, czy zwykłe wałęsanie się po sklepach - niby drobiazgi, ale to przecież one budują naszą normalność. Wiadomo, że praca jest ważna, bo przecież trzeba kupić chleb i buty na zimę, ale czy za dwadzieścia, trzydzieści lat będę pamiętała, że w kwietniu 2012 miałam ileś tam zleceń a w maju podpisałam jakąś umowę? Podejrzewam, że nie. Ale jestem przekonana że będę wciąż pamiętała smutek w głosie Taty, gdy zadzwoniłam że nie będę na Jego okrągłych urodzinach, że nie zapomnę zapłakanych oczu mojej córki, gdy wpadłam zdyszana na szkolną imprezę zbyt późno, by zobaczyć jej występ... Dlatego chcę poprzestawiać troszeczkę mój plan dnia, skrócić nieco czas pracy by mieć go więcej dla bliskich i dla siebie. Bo siebie też ostatnio "odstawiłam na bok". A jak to wczoraj powiedziała moja przyjaciółka-sąsiadka "masz kobieto 44 lata i nie robisz się coraz młodsza, może więc przestaniesz startować w wyścigu na żonę miesiąca i pracownika roku i zrobisz coś tylko dla siebie". No nie ma co ukrywać, upływ czasu uświadamia mi oprócz niezawodnej Lucy (cmok!) również moje lustro. Szczere i bezwzględne do bólu. Dlatego do mojego tygodniowego grafiku wpisałam squash w soboty i step we wtorki i czwartki (to dla ciała). Wyjęłam też mój dekupażowy warsztacik i zamierzam codziennie, choć na jedno maźnięcie pędzlem do niego zaglądać (to dla ducha). I pójdę na zakupy, bo w mojej szafie wcale nie widać wiosny!
Powrót do dekupażu zaowocował skromnym komplecikiem, który będzie idealnie pasował na białe biurko w romantycznym pokoju niekoniecznie małej dziewczynki. Zabawne, że w założeniu wcale nie miał tak wyglądać, ale zaczęłam go robić podczas pierwszego meczu naszej reprezentacji i zupełnie nieświadomie zamiast sepii i oliwkowych zieleni poszłam w barwy narodowe. Rzadko kiedy jestem zadowolona z efektu końcowego moich dekupażowych improwizacji, ale tym razem mogę powiedzieć, że mi wyszło :))) Oczywiście na miarę moich amatorskich umiejętności. A kiedy człowiekowi wychodzi, to ma ochotę na więcej, więc macham pędzlem w trakcie wszystkich wieczornych meczów i lada moment znowu coś skończę.
Uff! Zapomniałam już ile czasu zajmuje pisanie posta, a zwłaszcza obróbka i wklejanie zdjęć. Nowy układ niestety pod tym względem nie jest zbyt "przyjazny". Zaczęłam rano, gdy wszyscy domownicy jeszcze spali a kończę po południu. Znowu ciśnie się na usta marudzenie o uciekającym czasie. Ale to już było na początku, więc nie będę powtarzać. Nie ma co narzekać, czasu nie rozciągnę, mogę jedynie najlepiej wykorzystać ten, który mam. Dlatego z mocnym postanowieniem dbania o to, co najważniejsze idę dopieścić mój real. A wieczorem oczywiście trzymam kciuki za naszych!