Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Bukartyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Piotr Bukartyk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2015

Inwazja chińskich znaczków ...

 Ten post miał być o czymś zupełnie innym.   

Gdy wczoraj bardzo późnym wieczorem zasiadłam do laptopa chciałam Wam opowiedzieć, jak cudnie zakończył mi się tydzień. Zasiadłam z głową pełną myśli i słów układających się w entuzjastyczną opowieść o wydarzeniu, z którego kilkanaście minut wcześniej wróciłam. O koncercie Piotra Bukartyka (Małgosiu, jeszcze raz bardzo dziękuję). Koncercie niesamowicie energetycznym, bo i ten człowiek taki jest. Koncercie czasami lirycznym, jak teksty Jego piosenek, koncercie pełnym humoru, jak to, co mówił pomiędzy piosenkami. Choć pora była już późna, to endorfiny, jakimi naładowałam się przez dwie godziny trwania koncertu tak we mnie krążyły, że nie było mowy o pójściu spać, musiałam "ulać" ich nieco przez klawiaturę na karty bloga. Niestety, gdy tylko wpisałam w wyszukiwarkę swój adres układając już w głowie pierwsze zdania nowego posta powitała mnie "niespodzianka". Zamiast strony głównej mojego bloga - znajomego okna z zieloną okiennicą i białych liter układających się z nazwę Poukładany Świat zobaczyłam dziwny niebieski odcisk psiej łapy i całą masę chińskich znaczków ułożonych na podobieństwo strony startowej naszego starego wujka Googla. W pierwszym odruchu oczywiście zamknęłam stronę i znowu otworzyłam swoją. Trzy sekundy i znowu chińskie znaczki. Kolejna próba i znowu moja strona widoczna tylko przez trzy sekundy. No przyznam Wam, że zamarłam. Na informatyce znam się tak samo jak na fizyce kwantowej i budowie silników samochodowych. Nie wgłębiam się z tajniki komputerowych wnętrzności. Używam komputera jak większość z Was, więc podobnie jak przy awarii samochodu, czy pralki gdy komputer szwankuje to wzywam fachowca. Mój "fachowiec" od komputerów już prawie drzemał na kanapie, ale na hasło "ktoś mi zhakował blog" zerwał się rześki i gotowy do walki z niewidzialnym wrogiem. Wybebeszył blog, wywrócił na lewą stronę i szukał. Nie miał łatwo, bo sam nie bloguje, nie używa więc Bloggera na co dzień i niestety błądził po omacku. A ja stałam gryząc palce i rozważając najczarniejszy scenariusz, czyli totalne i nieodwracalne uziemienie "Poukładanego Świata". I oczywiście cały czas myślałam, dlaczego ja? Jest tyle blogów z ogromną liczbą obserwatorów, blogów z kilkoma, czy kilkunastoma tysiącami odwiedzin dziennie. Po co komu taki malutki, niszowy, znany garstce ludzi blog, blogunio, blożątko? Przecież to nielogiczne i ekonomicznie nieopłacalne. Sprawdziłam losowo kilka znajomych blogów, wszystkie działały normalnie, a u mnie inwazja chińskich znaczków...
A fachowiec szukał, klikał w każdy element strony i znowu szukał ... bez skutku. I już mieliśmy odpuścić i powrócić do walki rano, kiedy Małż wrzucił zapytanie do wyszukiwarki. I okazało się, że nie tylko mój blog przekierowywał do chińskiej przeglądarki. Byli też inni blogerzy z takim samym problemem i na szczęście w sieci był już ratunek. I tu dziewczyny rada dla wszystkich Was, które "ozdabiacie" swoje blogi gadżetami spoza Bloggera. Okazało się bowiem, że wirus czy inne cholerstwo, które przekierowywało wpisujących adres mojego bloga prosto do chińskiej przeglądarki siedział w  ... liczniku odwiedzin!!!  Licznik ściągnęłam sobie zaraz na początku mojej przygody z blogowaniem, podobnie jak tapetę, czy znaczek dekorujący tekst o komentarzach. I przez pięć lat wszystko było OK  - aż do wczoraj. Bo wczoraj właśnie do strony z licznikiem ktoś podpiął to dziadostwo. Oczywiście natychmiast usunęłam licznik, po pięciu latach blogowania nie liczenie gości i nie statystyki są dla mnie ważne. Czy czyta mnie jedna osoba, czy pięć, czy pięćdziesiąt piszę, bo taką mam potrzebę. I będę pisała tak samo nie wiedząc ile mam odwiedzin. Najważniejsze, że znowu mam gdzie pisać i że mój blog nadal żyje.

Dziewczyny! Jeśli macie na stronie jakieś linki ściągnięte skądś, usuńcie je od razu. Nie ważne że do tej pory wszystko było fajnie. A tak swoją drogą, to nawet nie przypuszczałam, że świadomośc całkowitej utraty bloga i odcięcia od Was będzie dla mnie takim stresem. Serce mi waliło, ręce się trzęsły... masakra jakaś! Nikomu nie życzę, dlatego uważajcie Kochane na swoje miejsca w sieci, ustawiajcie sobie mocne hasła,  instalujcie porządne antywirusy i nie sciągajcie niczego z niepewnych źródeł (ależ jestem teraz mądra  ;) .

I tylko moje ego troszkę ucierpiało, że to jednak nie o mnie hakerom chodziło ...

No nie...żartowałam... całe szczęście, że nie o mnie i niech tak pozostanie.


wtorek, 6 stycznia 2015

Mikołaj zawrócił ...

Trzej królowie przemierzają właśnie świat a ja zamierzam pochwalić się wizytą gościa podobnego im posturą, charyzmą i brodą. Ten gość, to święty Mikołąj, który zaskoczył mnie zupełnie, gdy wczoraj pojawił się w drzwiach mojego biura. Oczywiście nie pojawił się we własnej postaci. Niestety. Przyoblekł się na tę okoliczność w granatowy uniform listonosza i zamiast saniami zaprzęgniętymi w renifery, co miałoby wreszcie sens, bo śniegu mamy pod dostatkiem, przyjechał na rowerze. Bo nasza Pani listonoszka przez okrągłe dwanaście miesięcy, bez względu na pogodę w powietrzu i stan nawierzchni śmiga na dwóch kółkach. No więc wczoraj Pani Listonoszka, jak niemal codziennie przywiozła plik korespondencji, wyegzekwowała stosowne podpisy i potwierdzenia i umknęła a ja tę stertę potraktowałam z należną jej atencją, czyli ... odłożyłam na potem. Bo czegóż się mogłam spodziewać? Faktur, rachunków, pism urzędowych, standardowego zestawu firmowej "makulatury", tyleż niezbędnej co emocjonalnie obojętnej. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zabrawszy się wreszcie za jej przeglądanie zobaczyłam kopertę ze znajomym, bynajmniej nie służbowo, nazwiskiem. Jak niecierpliwie otwierałam kopertę, to tylko moje współpracownice z pokoju wiedzą. I jak się ucieszyłam (hamując się jednakoż, bo przecież w pracy byłam) gdym zobaczyła co z tej koperty wypadło.


 Kilka postów temu przyznałam się do zachwytu tą piosenką. Napisałam kilka słów o jej autorze i wykonawcy, bo wiele miłych wspomnień mi się nasunęło. A wczoraj trzymałam w ręku płytę, mało tego, płyta miała autograf :)))))
 

Małgosiu! Już wiesz jak bardzo uszczęśliwiłaś mnie tą niespodzianką. Nie po raz pierwszy obdarowałaś mnie bez okazji, tylko dlatego, że jesteś wrażliwa, czujna i bezinteresownie hojna. Wiem, jak bardzo jesteś ostatnio zajęta, jak pochłania Cię życie zawodowe, jak mało masz czasu dla siebie, bloga i nas. A jednak znalazłaś ... i czas i chęci. Dziękuję. I bardzo ciepło pozdrawiam.
 

Z płyty tej radio udostępnia dość regularnie piosenkę tytułową, której (lubię myśleć, że również przy moim skromnym udziale) udało się zawędrować dość wysoko na trójkowej Liście Przebojów. Słyszałam też "Piasku ziarenka", mam nadzieję, że i pozostałe piosenki przynajmniej w Trójce częściej zagoszczą. Bo zasługują na to zwłaszcza dlatego, że są cudownie "po polsku" . Sami przeczytajcie - mój absolutny faworyt to "Serce na patyku"...

" właściwie nie potrzeba słów
cukrowe serce na patyku
dasz jej i
jak zje - wiadomo o co chodzi

jak nie - za rok spróbujesz znów
też nie obiecam ci wyników
przykro mi
jeszcze się taki nie urodził

co by połapał się czego ona chce
czy dla niej "nie" to "tak", skoro "tak" to "nie"
bo czasem patrzy jakby chciała cię
a czasem wszystko zje i tylko śmieje się

albo inaczej - nie zje i płacze

aż zdarzy się pewnego dnia
gdy już ją zmęczy ta zabawa
poczujesz że ją masz
chociaż nie powie ani słowa

może po prostu już tak ma
że musi trochę poudawać
żebyś przez cały czas
próbował, próbował

jakoś połapać się czego ona chce

czy dla niej "nie" to "tak", skoro "tak" to "nie"
bo czasem patrzy jakby chciała cię
a czasem wszystko zje i tylko śmieje się"


Kilka zdań i już jest opowieść. Ani jednej zbędnej linijki. Bez rozgadania a z sensem. Bez ozdóbek, udziwnień i "odwracaczy uwagi". Umiejętność, której niestety nie posiadam. Dlatego podziwiam tych, którzy potrafią. I słucham ich z upodobaniem. I zazdroszczę (pozytywnie) i uczę się.

czwartek, 30 października 2014

Chyli się październik ...

Chyli się październik, że tak mało odkrywczo zacznę ten post. Chyli i ku końcowi zmierza. Jakoś tak szybko minął, podobnie jak poprzednie miesiące. Postrzeganie tempa upływu czasu wzrosło mi tak gdzieś od kwietnia, kiedy to zachłysnęłam się radosną świadomością, że zima poszła precz, że już i słońce i zieloność i wieczory długie i ciepłe. I cieszyłam się na myśl o ogrodzie wychodzącym z burej, smutnej nijakości i o długich z sąsiadami rozmowach pod gwiazdami i o jasnych porankach, gdy wstawanie do pracy aż tak nie boli... 
Nie wiedzieć kiedy świeża zieleń ustąpiła zieleni ciemniejszej nieco, lekko przybrudzonej a potem, mam wrażenie, że w mgnieniu oka wszystko stało się pomarańczowe, czerwone i żółte, a zaraz potem łyse  i co? I znowu zima za pasem. Listopad, to chyba najokropniejszy miesiąc w roku. Nie znajduję w nim niczego, co by mogło powodować, że mogłabym myśleć o nim z przyjemnością.  Ciemne poranki, jeszcze ciemniejsze wieczory, zimno, mokro, wietrznie. Smutek pogody na zewnątrz człowieka przekłada się na równie smutne i ponure nastroje w jego wnętrzu ze szczególnym uwzględnieniem samego ducha. Melancholia włazi w człowieka i sporo się trzeba nagimnastykować, żeby ją choć na chwilę przegonić. Od listopada więcej jem (nie tylko czekolady), więcej piję, staję się bardziej podatna na smuteczki. I tylko co rano, wysuwając stopy spod ciepłej kołdry powtarzam sobie "byle do wiosny, byle do wiosny ...", z taką mantrą jakby łatwiej.

Choć po zszyciu milionapięćsetstudziewiećset kawałków pledu zarzekałam się, że nigdy więcej takich robótek, to wytrzymałam w postanowieniu ledwie tydzień. Ostatniej niedzieli nosiło mnie już tak bardzo, tak mnie łapki swędziały a kosz z włóczkami niemal na środku pokoju stojący krzyczał wielobarwnym wnętrzem, że poległam. Oczywiście bez specjalnego planu, ot, chciałam zobaczyć jak będzie wyglądało połączenie kolorów. Powstał jeden babciny kwadracik, potem drugi, trzeci, kolejne... do wieczora pół poduszki było gotowe. W międzyczasie i projekt sensowny w głowie zaświtał - kilka poduch o różnych kształtach i różnymi wzorami, ale w jednej kolorystyce. Kanapa w domowym biurze straszyła od dawna pustką brązowego obicia, dostanie więc trzy-cztery poduchy w kolorach jeszcze październikowych.

Zdjęcia "we wnętrzu" pokażę i o szczegółach opowiem, gdy już całość będzie już gotowa, tymczasem, jako zajawka pierwszy, dziewiczy kwadrat, który załapał się na ostatnią chyba w tym roku sesję w ogrodzie.


Od niedzieli Kraków tonie we mgle. Od świtu do nocy. Jedyny plus to cisza nad dachem, bo większość przy- i odlotów z Balic została odwołana. Strach się wzbijać w niebo, ale i po ziemi wieczorem strach jeździć. Mleko takie, że kiedy wczoraj musiałam pojechać do sklepu, to mój Małż, który shoppingu nienawidzi jak pewnie trzy-czwarte przedstawicieli jego płci zaproponował, że mnie zawiezie "no bo jak ty taka ślepa pojedziesz?..." No fakt, nawet w okularkach na nosie nie czuję się zbyt pewnie za kółkiem mglistą nocą, dlatego już nie zgrywam chojraka, tylko pozwalam się wozić. A do okularów powoli przywykam i już nawet rozpoznaję tę kobietą, która mi czasem mignie w szybie mijanych witryn sklepowych. Czasami się do niej uśmiechnę a ona mi nawet ten uśmiech odwzajemnia. Cóż mi pozostaje? Jeśli nie mam na coś wpływu, to muszę to przynajmniej zaakceptować, a z czasem, kto wie, może nawet polubić.

A skoro o polubieniach mowa, to podzielę się z Wami moim ostatnim muzycznym "polubieniem". Znam Go od dawna, jeszcze z koncertów w klubach studenckich, gdy oboje byliśmy o te niemal trzydzieści lat młodsi. Cenię za lekkość z jaką wymyśla teksty proste, a mądre jednocześnie, tą taką nienachalną, niewydumaną mądrością "zwyczajnego człowieka". Oczarował mnie ostatnią swoją piosenką, zapowiedzią najnowszej płyty.
"Kup sobie psa" Piotr Bukartyk ... posłuchajcie na dobranoc.


Nie żebym nie chciał cię znać
Albo że kładę się spać
No to mów:
Co takiego stało się?

Bo wyobraźni mi brak
By nagle uznać za fakt
Że ot tak
Przypomniałaś sobie mnie…

Co do mnie: tak, jestem sam
I nawet dobrze się mam
Wierz lub nie, poradziłem sobie z tym
Już chyba wiem czego chcę
Niczego nie mam za złe
Bo co złe, ulotniło się jak dym

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Nawet nie nudzę się zbyt
Jest tyle książek i płyt
Minie wiek, zanim przebrnę przez to sam
Na szczęście czasu mam w bród
W lodówce wódka i lód
A mój pies lubi słuchać, gdy mu gram

I możesz mówić co chcesz
Że ja skrzywdziłem Cię też
Zgodzę się, dziś już stać mnie na ten gest
A nim zgorzkniejesz do cna
Też radzę: kup sobie psa
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl 
Nie najlepsza myśl
 

https://www.youtube.com/watch?v=oOe841OpJCg

Na zakończenie mam jeszcze pytanie do blogerek z Bloggera. Od kilku dni bowiem przestał mnie nachodzić anonimowy spam. Nie, żebym narzekała, bo regularne sprzątanie tych śmieci, zajmowało mi dobrą chwilę i nieźle wkurzało. Zastanawia mnie tylko, czy to jakaś ogólna akcja Bloggera blokująca dostęp spamerów do blogów, czy po prostu mój blog jest tak nieciekawy, że nawet chińscy sprzedawcy środków na potencję przestali go odwiedzać ;))  Niczego nie zmieniałam w ustawieniach, nie włączałam moderacji ani nie ograniczałam dostępu dla wpisów anonimowych (nie wszystkie wszak anonimy to spam). Czy zauważyłyście to samo u siebie?

sobota, 3 sierpnia 2013

Namieszałam ...

No nie wyszło! 
A już się cieszyłam. Pozostały wszystkie posty z komentarzami, tło, lista Obserwatorów, szablon. Nie było tylko zakładek z ulubionymi blogami, ale na to byłam przygotowana i z tym sobie poradziłam. Potem odkryłam, że stary blog, choć pousuwany i pozamieniany we wszystkich możliwych miejscach nie chce ustąpić pola nowemu. Nowy post nie pojawił się na Waszych paskach, gdy do wyszukiwarki wpisywałam stary adres pojawiała się informacja, że już nie istnieje, ale nowego nie było widać. Wciąż spokojnie czekałam, bo przecież nazwa nowa, więc może trzeba jej trochę poużywać, wtedy i googlowe wyszukiwarki ją wynajdą. Zaczęłam do Was zaglądać pod nowym nickiem, podawałam ścieżkę dostępu. Praca mozolna, bo sporo już Was Kochane do mnie zaglądało, ale myślałam, nie ma sprawy, warto, intencja jest słuszna, więc krok po kroczku, jedną po drugiej przywołam... Wczoraj wieczorem jednak załamałam się zupełnie. Okazało się bowiem, że nie tylko Wy nie widzicie mojego nowego bloga, ale nawet ja sama nie jestem w stanie otworzyć żadnego starego wpisu przez skrót tytułu. Pojawiała się ta durna informacja, że blog nie istnieje. Wkurzona postanowiłam skorzystać z podpowiedzi Jerzy_nki i najpierw wyeksportować stary blog na dysk twardy a potem zaimportować go pod nowy adres. Oczywiście od razu to zrobiłam, przywróciłam stary blog, kliknęła Eksportuj, blog się pięknie wyeksportował do mojego komputera, tylko niestety za diabła nie wiedziałam gdzie dokładnie. Nie było go na pulpicie, nie było go na żadnym dysku lokalnym (choć oczywiście ścieżka dostępu wskazywała dysk lokalny), a żeby zaimportować blog w nowe miejsce trzeba było skopiować go z tego właśnie miejsca. Próbowałam, szukałam, klęłam na siebie, że mi się zachciało zmian, na Bloggera, że taki durny, na moją komputerową indolencję i na moje popyrtanie, żeby wszystko robić już, zaraz, natychmiast. W końcu zaczęłam ryczeć i zaćmiona już swoją bezradnością i przerażona, że teraz to już całkiem straciłam blog zdesperowana poszłam do sypialni ,budzić Małża, żeby ratował durną żonę. A było już sporo po północy i Małż spał sobie od godziny przynajmniej. Całe szczęście, że sypialnię mamy na poddaszu i że w połowie drogi zaćma mnie opuściła. Przecież nie obudzę go z powodu takiej bzdury, spróbuję jeszcze raz, a jak się nie uda zostawię ten cały rozgrzebany majdan i rano spróbujemy razem. Wróciłam, ochłonęłam i chyba rozum mi zaskoczył na miejsce bo odnalazłam tą kopię na dysku.
Niestety radość trwał tylko kilka minut. Stary blog zaimportował się do nowego, ale oprócz postów i komentarzy nie przeniosło się nic więcej. NIC!!!! Miałam dwa blogi - stary Poukładany Świat w wersji kompletnej sprzed tej całej akcji i nowy, niemal pusty, beznadziejnie nijaki - i dwie opcje. Zostawić stary, pod starą nazwą i wrócić do blogowania na nim biorąc na klatę wszystkie anonimowe komentarze, albo brnąć w nowy odtwarzając w nim wszystko od zera nie mając wcale pewności, że się uda.  Przyznam, że o pierwszej w nocy decyzja była prosta. Z moją wiedzą techniczną szanse na sukces z nowym blogiem były marne, więc ...

Witajcie Kochane na moim starym blogu!!!!


Nadal jestem "poukładana", nadal jestem nieanonimowa, wracam na tarczy, ale wracam.
Przepraszam te wszystkie dziewczyny, które pozmieniały sobie ustawienia, żeby widzieć mój nowy blog. Dziękuję Wam za szybką reakcję i mam nadzieję, że wybaczycie mi ten bałagan i przywrócicie Poukładanego do swoich "ulubionych".
Wszystko, co robimy, wszystko, co nas spotyka jest dla nas jakąś lekcją. Ja też się kilku rzeczy dzięki tym zawirowaniom nauczyłam. O sobie też :))
I wiecie co? Przeraża mnie to, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od technologii, których używamy i jak bardzo w starciu z nimi bezradni...Niedługo trzeba będzie kończyć studia informatyczne tylko po to, by normalnie funkcjonować w codziennej rzeczywistości.

A podsumowaniem tego całego zamieszania niech będzie piosenka, która dziś rozpoczęła mój dzień. Przypadek, a jaki trafiony...


Zapowiada się bardzo upalny weekend, my spędzimy go w drodze. Po dwóch tygodniach "wolności" przywozimy dzieciaki z wakacji. Znowu w domu będzie głośno :))))

Trzymajcie się cieplutko!