środa, 31 grudnia 2014

Szczęśliwego 2015 !!!

No i stało się! Ostatnia kartka na ściennym kalendarzu czeka na zerwanie. Przyszła uświęcona tradycją pora podsumowań, refleksji i postanowień noworocznych. Ja w tym roku odpuszczam. Nie chcę roztrząsać tego, co było, czego nie było, co by mogło być inaczej, lepiej, ładniej... Niczego też nie postanawiam. I tak nigdy nic z tego nie wychodzi. Zapisanie na papierze, czy publiczne ogłoszenie światu nie gwarantuje spełnienia, więc po co? Życie przyniesie nowe zadania, nowe propozycje, które przyjmę lub odrzucę, skieruje mnie na nowe tory lub pozostawi tu gdzie jestem, obdarzy lub zabierze... jak to życie. A ja, poddam się temu lub powalczę. Przyjmę lub odrzucę. Jak co roku...  Jeśli mogę sobie czegokolwiek życzyć na nadchodzący rok, to zdrowia i spokoju. Jak to będę miała, to wszystkiemu innemu podołam. Z nadzieją, że tak będzie zerwę dziś o północy tę ostatnią, samotną kartkę z kalendarza.


W jedwabnej sukni albo bawełnianym dresie, 
na szpilkach albo w kapciach z misiem, 
w wielkiej sali balowej, przed telewizorem, 
na stoku, w kinie, na Rynku w Krakowie,
w kraju czy za granicą,
w tłumie ludzi, albo w małym gronie najbliższych,
z kieliszkiem szampana albo filiżanką herbaty z sokiem,
przy miseczce kawioru, albo talerzu poświątecznego bigosu
tańcząc do rana albo śpiąc w ciepłej pościeli
daleko od domu, blisko,
śpiewając, czytając, oglądając filmy
gdziekolwiek, jakkolwiek, z kimkolwiek
po swojemu i bez przymusu
powitajcie nowy rok
z nadzieją
z miłością
z wiarą
z uśmiechem 

Niech Wam się spełni!!!




Dziękuję, że byliście!

Dziękuję, że jesteście!

Mam nadzieję, że nadal ze mną będziecie.


środa, 24 grudnia 2014

sobota, 13 grudnia 2014

Czy to na pewno grudzień...?

Chudy kalendarz na ścianie pokazał dziś kartkę z trzynastką. Chudy, bo już niewiele mu zostało życia. Wszak grudzień... połowa grudnia nawet. Za jedenaście dni Wigilia ... widać już ten przedświąteczny pośpiech. W sklepach tłumy. Ludzie pchają wózki pełne po brzegi, dźwigają siatki wypchane prezentami. Z głośników płyną już "dżinglebelsy" i "merrychristmasy", pachną suszone śliwki ... rozpylają ten zapach w sklepie, czy tylko mi się zdaje? Aniołek z wielkimi styropianowymi skrzydłami sprzedaje opłatki. To wszystko ma w nas budować nastrój radosnego oczekiwania na ciepłe, rodzinne, pełne samych pozytywnych emocji Święta. Czy skutecznie? Nie wiem. Może byłam jakoś szczególnie wyczulona, ale mam wrażenie, że widziałam dziś więcej niż zwykle par kłócących się wśród sklepowych alejek. On z miną męczennika pchający wózek, Ona pędząca przed nim z amokiem w oczach. On ma wyraźnie dość, Ona ma dość, że On ma dość i nawet nie próbuje tego ukrywać. Padają słowa na k ..., nie ma znaczenia, że inni ludzie oglądają się słysząc podniesione głosy. Jest pośpiech, nerwy i wzajemne pretensje. Za jedenaście dni przy pięknie zastawionym stole przełamią się opłatkiem i złożą sobie piękne życzenia. Dziś Ona myśli tylko o tym, czy zdąży kupić, ugotować, sprzątnąć, ogarnąć. On marzy o tym, żeby już wyjść ze sklepu...  

Dzisiejsza pogoda (przynajmniej w Krakowie) nie sprzyjała wczuwaniu się w klimat Bożego Narodzenia. Bliżej jej było Wielkanocy. To pewnie zasługa Aleksandry, która całą swą siłę i grozę zostawiwszy na Pomorzu do nas przyniosła prawdziwie wiosenne ciepło. Wykorzystałam to, by zrobić ostatnie porządki w ogródku. Zgrabiłam ostatnie liście, obcięłąm malwy, które trwały w kwitnieniu aż do pierwszych dni grudnia, pomyłam i poskładałam puste donice. I to wszystko w bluzce z krótkim rękawkiem i okularach przeciwsłonecznych. Jak tak dalej pójdzie, to do naszych prawnucząt Mikołaj będzie przyjeżdżał nie saniami zaprzęgniętymi w renifery, ale na rowerze. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko temu. :)))

Ostatnie promienie słońca wykorzystałam, by strzelić kilka fotek kolejnej poduszce, która w porównaniu z poprzedniczką powstała w ekspresowym tempie. Z racji miesiąca powstania została nazwana "grudniową".




 Trochę inny przód, trochę inny tył, ale razem tworzą zgrany duet.
 




A w kolejce czeka trzecia siostra, tym razem  o afrykańskich korzeniach ;))) Mam już trochę tych elementów i  pomysł, żeby tym razem była to poduszka okrągła.  Jak wszystko dobrze pójdzie pojawi się na blogu już w styczniu.


  Tymczasem wypijam ostatni łyk wina...rzucam ostatnie spojrzenie na listę ulubionych blogów i zamykam drzwi z napisem "sobota"... kolejna, która minęła zbyt szybko. Miłej niedzieli moi drodzy. Otulam Was kojącym głosem Leonarda Cohena. Odpoczywajcie!

 https://www.youtube.com/watch?v=-6B2E337aDc
 
P.S. Muszę to napisać. Obejrzałam sobie wczoraj "Sierpień w hrabstwie Osage". Może to nie jest najlepszy film na czas świątecznych spotkań z rodziną (zwłaszcza tą rzadko lub niechętnie odwiedzaną), ale jest piękny, prawdziwy i wart zauważenia. Nie wiem dlaczego reklamuje się go jako tragikomedię, ja zaśmiałam się na nim chyba tylko raz. Jest gorzki, prawdziwy i zmusza do zastanowienia nad sobą  i swoimi relacjami z bliskimi. I po raz kolejny udowadnia, że Meryl Streep wielką aktorką jest. I Julia Roberts też.  A Dermot Mulroney... ach, jak on mi się kiedyś podobał! Polecam Wam bardzo, ale może dopiero po Świętach ;))

niedziela, 30 listopada 2014

listopadowa...

Miałam nadzieję...
... że uda mi się zrobić przynajmniej dwie szybko i bez komplikacji,
... że pokazując je tutaj "odczaruję" tę blogową niemoc, jaka mnie dopadła jesienią,
... że wrócę do siebie i do Was, bo Was też zaniedbałam (ale nie zapomniałam)

... niestety

Listopad to nie jest dobry czas na planowanie odpoczynku, relaksu i niespieszności. Listopad, grudzień, styczeń to gorący czas w mojej branży. Patronują mu pośpiech i stres. Paradoksalnie, im bliżej świąt, im głośniej brzmią w mediach radosne dzwoneczki i nawoływania do bliskości i miłości, tym więcej nerwów i złych emocji w słuchawce telefonu i w mailowej poczcie. Zaborczo atakują nas przez osiem "biurowych" godzin , a potem, zamiast pozostać w szufladzie, zamknięte do rana na klucz podstępnie pchają się do auta i jadą z nami do domu. Te bardziej złośliwe, budzą w środku i tak zbyt krótkiej nocy, szaleją w głowie, przyprawiają o kołatanie serca i niemal fizyczny strach przed kolejnym dniem. W takich momentach zazdroszczę tym, którzy potrafią odciąć się, nie brać wszystkiego tak osobiście do siebie, robić co trzeba w pracy ale po ośmiu godzinach wyjść nie tylko fizycznie, ale też mentalnie z biura i po prostu ŻYĆ. Jestem zadowolona, jeśli uda mi się w ciągu tych kilku godzin po pracy "ogarnąć" tę przyziemną codzienność na tyle, by nie gromadzić sobie zaległości. Uprać, uprasować, posprzątać jako tako. I jeszcze choć kilka zdań zamienić z dziećmi, żeby wiedzieć, co u nich... Bardzo się przydaje umiejętność robienia kilku rzeczy na raz ... oko maluję przegryzając kanapkę, w wannie przepytuję Młodą przed klasówką.  I odliczam dni do weekendu. Do piątkowego wieczoru. Wtedy zwalniam... przyhamowuję... jestem sama ze sobą, dla siebie. Święty czas. 
 

 

  lubię wino z kostką lodu ... 
 

  

W normalnej rzeczywistości taką poduszkę zrobiłabym w jeden dzień, no może dwa. Zrobienie tej zajęło dokładnie miesiąc. Nazwę ją więc "listopadowa". 
 

 przód z babcinych kwadratów w kolorze zgaszonej zieleni i spokojnego brązu

 tył spokojny, słupki dziergane w poprzek

W koszyczku czekają zaczęte i porzucone elementy drugiej, bliźniaczej kolorystycznie. Jeśli się uda, skończę w grudniu. 



Chciałabym. 

I jeszcze bym chciała częściej tu zaglądać.
I do Was też częściej ... nie tylko zaglądać, ale rozmawiać z Wami w komentarzach.

I odpisać wreszcie na te listy nieodpisane.

Chciałabym.



Marketa Irglova "This Right Here"  https://www.youtube.com/watch?v=N1eotn3hWGQ

Boże...jakie to piękne!!!!

czwartek, 30 października 2014

Chyli się październik ...

Chyli się październik, że tak mało odkrywczo zacznę ten post. Chyli i ku końcowi zmierza. Jakoś tak szybko minął, podobnie jak poprzednie miesiące. Postrzeganie tempa upływu czasu wzrosło mi tak gdzieś od kwietnia, kiedy to zachłysnęłam się radosną świadomością, że zima poszła precz, że już i słońce i zieloność i wieczory długie i ciepłe. I cieszyłam się na myśl o ogrodzie wychodzącym z burej, smutnej nijakości i o długich z sąsiadami rozmowach pod gwiazdami i o jasnych porankach, gdy wstawanie do pracy aż tak nie boli... 
Nie wiedzieć kiedy świeża zieleń ustąpiła zieleni ciemniejszej nieco, lekko przybrudzonej a potem, mam wrażenie, że w mgnieniu oka wszystko stało się pomarańczowe, czerwone i żółte, a zaraz potem łyse  i co? I znowu zima za pasem. Listopad, to chyba najokropniejszy miesiąc w roku. Nie znajduję w nim niczego, co by mogło powodować, że mogłabym myśleć o nim z przyjemnością.  Ciemne poranki, jeszcze ciemniejsze wieczory, zimno, mokro, wietrznie. Smutek pogody na zewnątrz człowieka przekłada się na równie smutne i ponure nastroje w jego wnętrzu ze szczególnym uwzględnieniem samego ducha. Melancholia włazi w człowieka i sporo się trzeba nagimnastykować, żeby ją choć na chwilę przegonić. Od listopada więcej jem (nie tylko czekolady), więcej piję, staję się bardziej podatna na smuteczki. I tylko co rano, wysuwając stopy spod ciepłej kołdry powtarzam sobie "byle do wiosny, byle do wiosny ...", z taką mantrą jakby łatwiej.

Choć po zszyciu milionapięćsetstudziewiećset kawałków pledu zarzekałam się, że nigdy więcej takich robótek, to wytrzymałam w postanowieniu ledwie tydzień. Ostatniej niedzieli nosiło mnie już tak bardzo, tak mnie łapki swędziały a kosz z włóczkami niemal na środku pokoju stojący krzyczał wielobarwnym wnętrzem, że poległam. Oczywiście bez specjalnego planu, ot, chciałam zobaczyć jak będzie wyglądało połączenie kolorów. Powstał jeden babciny kwadracik, potem drugi, trzeci, kolejne... do wieczora pół poduszki było gotowe. W międzyczasie i projekt sensowny w głowie zaświtał - kilka poduch o różnych kształtach i różnymi wzorami, ale w jednej kolorystyce. Kanapa w domowym biurze straszyła od dawna pustką brązowego obicia, dostanie więc trzy-cztery poduchy w kolorach jeszcze październikowych.

Zdjęcia "we wnętrzu" pokażę i o szczegółach opowiem, gdy już całość będzie już gotowa, tymczasem, jako zajawka pierwszy, dziewiczy kwadrat, który załapał się na ostatnią chyba w tym roku sesję w ogrodzie.


Od niedzieli Kraków tonie we mgle. Od świtu do nocy. Jedyny plus to cisza nad dachem, bo większość przy- i odlotów z Balic została odwołana. Strach się wzbijać w niebo, ale i po ziemi wieczorem strach jeździć. Mleko takie, że kiedy wczoraj musiałam pojechać do sklepu, to mój Małż, który shoppingu nienawidzi jak pewnie trzy-czwarte przedstawicieli jego płci zaproponował, że mnie zawiezie "no bo jak ty taka ślepa pojedziesz?..." No fakt, nawet w okularkach na nosie nie czuję się zbyt pewnie za kółkiem mglistą nocą, dlatego już nie zgrywam chojraka, tylko pozwalam się wozić. A do okularów powoli przywykam i już nawet rozpoznaję tę kobietą, która mi czasem mignie w szybie mijanych witryn sklepowych. Czasami się do niej uśmiechnę a ona mi nawet ten uśmiech odwzajemnia. Cóż mi pozostaje? Jeśli nie mam na coś wpływu, to muszę to przynajmniej zaakceptować, a z czasem, kto wie, może nawet polubić.

A skoro o polubieniach mowa, to podzielę się z Wami moim ostatnim muzycznym "polubieniem". Znam Go od dawna, jeszcze z koncertów w klubach studenckich, gdy oboje byliśmy o te niemal trzydzieści lat młodsi. Cenię za lekkość z jaką wymyśla teksty proste, a mądre jednocześnie, tą taką nienachalną, niewydumaną mądrością "zwyczajnego człowieka". Oczarował mnie ostatnią swoją piosenką, zapowiedzią najnowszej płyty.
"Kup sobie psa" Piotr Bukartyk ... posłuchajcie na dobranoc.


Nie żebym nie chciał cię znać
Albo że kładę się spać
No to mów:
Co takiego stało się?

Bo wyobraźni mi brak
By nagle uznać za fakt
Że ot tak
Przypomniałaś sobie mnie…

Co do mnie: tak, jestem sam
I nawet dobrze się mam
Wierz lub nie, poradziłem sobie z tym
Już chyba wiem czego chcę
Niczego nie mam za złe
Bo co złe, ulotniło się jak dym

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Nawet nie nudzę się zbyt
Jest tyle książek i płyt
Minie wiek, zanim przebrnę przez to sam
Na szczęście czasu mam w bród
W lodówce wódka i lód
A mój pies lubi słuchać, gdy mu gram

I możesz mówić co chcesz
Że ja skrzywdziłem Cię też
Zgodzę się, dziś już stać mnie na ten gest
A nim zgorzkniejesz do cna
Też radzę: kup sobie psa
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl 
Nie najlepsza myśl
 

https://www.youtube.com/watch?v=oOe841OpJCg

Na zakończenie mam jeszcze pytanie do blogerek z Bloggera. Od kilku dni bowiem przestał mnie nachodzić anonimowy spam. Nie, żebym narzekała, bo regularne sprzątanie tych śmieci, zajmowało mi dobrą chwilę i nieźle wkurzało. Zastanawia mnie tylko, czy to jakaś ogólna akcja Bloggera blokująca dostęp spamerów do blogów, czy po prostu mój blog jest tak nieciekawy, że nawet chińscy sprzedawcy środków na potencję przestali go odwiedzać ;))  Niczego nie zmieniałam w ustawieniach, nie włączałam moderacji ani nie ograniczałam dostępu dla wpisów anonimowych (nie wszystkie wszak anonimy to spam). Czy zauważyłyście to samo u siebie?

niedziela, 19 października 2014

Pled, którego miało nie być ...



 Czy ktoś jeszcze pamięta, szaroniebieskie "african flowers", którymi chwaliłam się w jednym z postów? Pewnie nikt. I nic dziwnego, sama musiałam zerknąć do archiwum, żeby sprawdzić kiedy dokładnie zaczęłam je robić. Było to w ... lutym, dziesięć miesięcy temu.

23 lutego 2014 roku napisałam, że wracam do szydełkowania i pokazałam Wam kwiatki, które miały się stać wiosenną chustą. No cóż... jak się pewnie domyślacie chustą wiosenną się nie stały. W międzyczasie zaświtał mi bowiem pomysł, żeby może pójść dalej i zrobić mały pledzik do przykrycia kolan w czasie letnich, nocnych posiadówek w ogrodzie. Dokupiłam trzeci motek kolorowej Alize i dorobiłam kolejne kilkadziesiąt kwiatków, a potem te wszystkie kwiatki obwiodłam jeszcze naokoło na czarno. Gdyby w pewnym momencie nie zabrakło mi czarnej włóczki  zakończyłabym narzutkę z "afrykanów" choćby siłą rozpędu. Bo te kwiatuszki robiły się niemal same, elementów przybywało szybciutko, endorfinki wydzielały się na sam widok rosnącej górki. Jednak gdy zużyłam wszystkie zgromadzone motki włóczki, to się okazało, że nie mam już czym tych kawałków obwodzić. Trzeba było dokupić przynajmniej dwa czarne motki. Niestety akurat wtedy, zabrakło w sklepie tej mojej czarnej włoczki . Inne nie chciałam, więc odłożyłam robótkę do czasu nowej dostawy. 

Trochę to trwało, a ja codziennie patrzyłam na te kawałeczki, układałam je sobie w kompozycje, oglądałam, zmieniałam, znowu oglądałam. I tak jakoś odwidział mi się ten pledzik. Zaczęłam rozmyślać, czy jest mi w ogóle potrzebny. No bo mam kilka pledów przeróżnych , po co mi kolejny? Wprawdzie kolejny, w szarościach i błękitach idealnie pasowałby do sypialni, ale tam, leżałby tylko jako element "martwej natury" na zaścielonym łóżku. No więc czy ja chcę takie coś mieć? Przecież miałam się tym otulać, choćby siedząc przy komputerze w chłodne, zimowe wieczory. Ale w gabinecie, w którym pracuje wieczorami królują oliwkowe zielenie i ciepłe brązy. Szarość i błękity nijak tam nie pasują, zgrzytać będą okrutnie... no to na co mi taki otulacz, który bym musiała gdzieś chować, czy wynosić na czas nieużywania. Patrzyłam tak na tą ponad setkę kawałeczków i coraz większą niechęć do nich czułam, coraz mniej chętnie wyjmowałam je z koszyka. No to może poduszki z nich zrobię ? Rzucę je w sypialni na łóżko, a może kiedyś na kanapy w salonie. Na pewno będą tam pasowały. Tylko najpierw salon muszę przemalować na szaro i kupić wreszcie nową kanapę z grafitowym obiciem. Tak... wtedy te poduchy będą idealnie pasować. Ale zaraz, wtedy też będzie pasował pled ! To może jednak pled a nie poduchy? Ta gonitwa myśli powoli stawała się przykrywką dla zwykłego zniechęcenia robótką. Zanim czarna włóczka pojawiła się w sklepie zdążyłam schować  kwiatki w wielkim pudle i przestałam o nich myśleć. Gdy zamówione kłębki dotarły domu nie miałam już najmniejszej ochoty na ich używanie. Przeszło mi.

Przez długie miesiące moje śliczne "african flowers" były stertą elementów, które zaczynały powoli pokrywać się nie tylko symbolicznym, ale tym całkiem realnym  kurzem. 

I nagle nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd przyszedł impuls. Jakieś zdjęcie w sieci, rzut oka na smutne, szare pudełko wciśnięte w kąt, żółty uśmiech szydełka, które mignęło mi wśród długopisów na biurku i  już wiedziałam. Jednak chcę mieć pled ! Wielki, ciepły i jedyny w swoim rodzaju.

No to zrobiłam. Trwało to kilka kolejnych tygodni, bo brak czasu i kiepski wzrok pozwalały na szydełkowanie tylko w weekendy, ale od wczoraj mam. Pierwszy, samodzielnie wymyślony, własnoręcznie wydziergany pled na długie zimowe wieczory. Po dość pochmurnym i mokrym tygodniu słońce zaświeciło tak pięknie, że mogłam sfotografować go w plenerze.

Voila !

Na kolejny zapewne nie zdecyduję się zbyt szybko, bo o ile szydełkowanie było prawdziwą przyjemnością i relaksem, to zszywanie tych stu kilku elementów było koszmarnym i nudnym procesem. Podziwiam cierpliwość wszystkich, którzy robią takie pledy w większych ilościach. Za zszywanie tych wszystkich babcinych kwadratów czy afrykańskich kwiatuszków macie dziewczyny mój wielki szacunek.

A teraz jak zwykle garść technicznych danych ku (mojej zwłaszcza) pamięci:
turecka włóczka Alize Cotton Gold - bawełna 55% , akryl 45%, motek 100 g/330 m
nr 3251 (różne odcienie błękitu i szarości) - 3 motki
nr 60 (czarna) - 6 motków
szydełko nr 3,75

Pled ma wymiary 230 x 85 cm  , składa się ze 108 elementów.


Kot, żywo zainteresowany tematem pomagał mi na każdym etapie pracy ... 



Chociaż czasem mieliśmy odmienne wizje ...
 


Tydzień temu, też było pięknie, więc  choć nie wszystko było zszyte zrobiłam pierwsze zdjęcie...



Żegnam Was owinięta moim pledem i otulona muzyką, która ostatnio znowu do mnie wróciła...





Do następnego wpisu!

sobota, 13 września 2014

Jak Ona śpiewa !!!!! ...

Uwielbiam Ją od zawsze. Przede wszystkim za wspaniały, magiczny i wywołujący ciarki na skórze głos. Za wzruszenia, które niesie każda z jej piosenek, za wspomnienia, które przywołują. Za piękno, jakim emanuje, gdy tylko pojawi się na scenie, czy na ekranie. Jej uroda należy raczej do tych "nienachalnych", ale piękno, jakie ma wewnątrz, prawda emocji, które przekazuje głosem sprawia, że nie można oderwać od niej wzroku. Hipnotyzuje, przykuwa uwagę i na długo pozostawia pod wrażeniem.

Od dawna już nie koncertowała, z rzadka śpiewała publicznie. Myślałam, że nie nagra już niczego nowego. A tu taka niespodzianka. Nowa płyta. Stare, cudowne piosenki, standardy z Jej i nie tylko Jej repertuaru wykonane na nowo, w duetach na głos kobiecy, Jej głos, i  głosy męskie, znane lub mniej znane. Stevie Wonder, Billy Joel, Andrea Bocelli, Michael Buble i inni. Piękne aranżacje, na szczęście nie nazbyt rewolucyjne, nie odbiegające daleko od oryginału, ale jednak nowe, świeże. Każda z piosenek to osobna opowieść, osobna historia, rozmowa, dialog na dwa uzupełniające się głosy. Głos Barbry Streisand wciąż cudowny, chociaż nie da się nie usłyszeć, że ma on już ponad siedemdziesiąt lat. Boże! Jestem o kilka dekad młodsza od Niej a jakże często mam wrażenie, że już wszystko co piękne jest poza mną, że już nie mam siły, że mi się nie chce. Gdy słucham (na razie jeszcze tylko na YT) fragmentów z płyty "Partners" myślę sobie, że może jednak nie, że może jeszcze nie czas na gnuśność, starość i zatapianie się we wspomnieniach przeszłości, że w każdym wieku można zrobić coś nowego, z każdego kolejnego etapu trzeba wyłapać to, co pozytywne i tego się trzymać. Trzeba otrzepać się ze smuteczków i czarnych myśli i zamiast oglądać się za siebie wyciągnąć szyję i  zerknąć co tam widać z  przodu. Może akurat za kolejnym zakrętem czeka nowy pomysł, nowa szansa.

Na nowej płycie Barbry Streisand "Partners" jest wiele pięknych piosenek. Ta uwiodła mnie najbardziej ...


Gdyby ktoś miał ochotę na oryginalną wersję tej piosenki, to umieściłam ją w jednym z postów ... ho ho ... cztery lata temu... Cudowny film "The Way We Were" ... piękna historia, świetne role Barbry i Roberta Redforda.


 
A ten obrazek już  dawno temu "ukradłam" od Agnieszki.  Aguś, nie gniewasz się? Ten motyl niebieski jakoś tak pasuje do mnie i do moich ostatnich przemyśleń.



A teraz uciekam życząc Wam miłego i spokojnego weekendu. Mój właśnie taki ma być. Leniwy, nieśpieszny, ze snuciem się od jednego niekoniecznego zajęcia ku drugiemu. Totalne "nicniemuszę" z nowa płytą Barbry w tle.

Ściskam!

piątek, 5 września 2014

Post dedykowany...


Niby taki drobiazg... nieduży kawałek tekturki... kolorowy z jednej strony, z drugiej literki napisane ODRĘCZNIE. Nie oszukujmy się... w dobie maili, sms-ów, twitterów i fejsbuków coraz rzadsze zjawisko. Dlatego tak cieszy.
Prawdziwa, przysłana tradycyjną pocztą pocztówka z wakacji. Namacalny dowód, że komuś się chciało. Adres zapisać... kartkę wybrać... pocztę znaleźć... znaczek kupić. Niespodzianka.  Zaskoczenie. Radość ogromna.
Sama od dawna takich kartek już nie wysyłam. Tym bardziej wzrusza mnie, że komuś się chciało...
A przecież znamy się tylko stąd...

Haniu, dziękuję.



 Niecierpliwie i z wielką radością czekam na listopad. 
Buziaki.

sobota, 30 sierpnia 2014

Całkiem fajna sobota ...

Bez planu, spontanicznie ... idealny sposób, by odreagować całotygodniowy stres...


   ostatni rzut oka na "całość" i można wychodzić ... ;))) (taki żarcik)



 
nie dalej niż dwadzieścia kilometrów od domu ...



 
wrzucamy na luz ... 


 i już jest magicznie ...



są nawet grzyby ... 


spokojnie ... tych nie zbieramy



ale te już tak ... 


choć ilość nie jest imponująca ...



należy nam się kilka chwila odpoczynku podczas którego bułka z serem smakuje jak nigdy

 

A teraz siedzę z lampką wina przed tv i po raz kolejny daję się porwać historii mieszkańców  "Domu nad jeziorem".

 




Pozdrawiam Was najcieplej.




niedziela, 10 sierpnia 2014

Szarlotka ...

Jeśli dobrze pamiętam, to na tym blogu nie zamieściłam ani jednego przepisu kulinarnego. Kucharka ze mnie marna, raczej intuicyjna, kiedy przepisów na potrawy szukam w necie, spisuję je z ekranu byle jak na kartce, potem wykorzystuję zmieniając proponowane przez autora produkty na to, co akurat mam w kuchni i bardzo nieortodoksyjnie traktując informacje o miarach i wagach poszczególnych składników. O dziwo, zazwyczaj wychodzi z tego coś smacznego i oryginalnego, jednak jest to wyczyn z racji powyższych poczynań jednorazowy. Nie do powtórzenia (no bo te zmiany w przepisie czynione ad hoc) i najczęściej nie do  odnalezienia ponownie w necie, bo nie mam zwyczaju zapisywać sobie w Ulubionych źródła przepisu. Kartka z notatką upaprana czym się da też na zakończenie produkcji ląduje w koszu. Ma to swoje plusy, bo gdy przyjmuje gości na stół trafia zawsze coś nowego, czego u mnie jeszcze nie jedli. Niestety, gdy potrawa gościom zasmakuje, nie ma żadnych szans na powtórkę. 
Mam jednak kilka dań, które robię bez podpowiedzi, bez karteczek, przepis mam w głowie, miary i wagi też. Jedną z nich jest szarlotka. Oczywiście, kto zajrzał do Poukładanego Świata kilka dni temu zrozumie dlaczego akurat o niej dzisiaj napiszę.  Właśnie tak - to ciąg dalszy mojego małego udziału w akcji "Jedz jabłka na złość ...". I chociaż przepisów na szarlotki jest w sieci multum i trochę , łatwiejszych, trudniejszych, klasycznych i z "wynalazkami" dokładam mój - banalnie prosty, ekspresowo szybki na ...

szarlotkę z Poukładanego Świata



Składniki (zawsze na oko, zawsze plus/minus)
- pół kilo mąki 
- szklanka cukru pudru (pewnie jakieś 200-250 g, ja zawsze daję małą szklankę, bo nie lubię bardzo słodkiego ciasta, ale jak jabłka są kwaśne, to można sypnąć hojniej)
- kostka masła, ale też mixełka a nawet margaryny...przedostatnio robiłam z nowej Kasi z dodatkiem masła i było OK + 1 dodatkowa łyżka masła prawdziwego
- 2 jajka (nie wiem...może jedno by wystarczyło, ale ja daję dwa)
- aromat waniliowy lub (co wolę ) cytrynowy
- oczywiście jabłka -  5 to minimum, ale i 7 nie będzie za dużo

Najpierw oczywiście zagniatamy kruche ciasto. Wszyscy wiemy, że trzeba to zrobić szybko, żeby go nie ogrzać. Zaczynam więc do wlania kilku solidnych kropel aromatu do szklanki z cukrem. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla ciasta, ja robię to na początku tylko dla tego, że wtedy mam jeszcze czyste ręce. Potem mąka. Jak mam czas, przesiewam, jak się spieszę nie przesiewam. Świat się nie wali gdy mąka jest wsypana prosto z torebki. Paluchem zaznaczam sobie połowę i sypię do miski. Niektórzy producenci pomagają takim kuchennym ignorantom, co to miarki w kuchni nie mają i zaznaczają na woreczku kreskami ćwierć, pół itd... Jajka rozbijam do miseczki. Do mąki skrajam jak najmniejsze kawałki masła i najpierw nożem a potem już palcami mieszam aż się jako tako połączą. Potem sypię cukier, dodaję jajka i szybciorkiem gniotę. Jak każde kruche formuję w kulę, zawijam niekoniecznie szczelnie w folię aluminiową i wkładam do lodówki. Według większości przepisów pobyt ciasta w lodówce powinien trwać od pół godziny do godziny. Sprawdziłam po wielokroć, że nie ma to specjalnego znaczenia. Jeśli nagle muszę porzucić pieczenie i wyjść z domu, to ciastu to nie przeszkadza. Leży w lodówce ile musi. Jak lekko przemarznie to nawet lepiej dla późniejszych poczynań, ale to za chwilę.
Gdy ciasto leży w lodówce czas zająć się jabłkami. Ta czynność zawsze spada na kogoś z moich domowników, bo ja niestety nie jestem w stanie ani obrać ani pokroić jabłka. Gęsia skórka i ciarki na całym ciele pojawia mi się gdy tylko słyszę dźwięk noża wbijającego się pod skórkę. Te same objawy mam nawet wtedy, gdy ktoś obok mnie głośno gryzie twarde jabłka. Głupia przypadłość, ale da się z tym żyć. Ale wracając do przepisu.
Obrane i pocięte na małe kawałki jabłka (5 sztuk) wrzucam na głęboką patelnię lub do rondla, w którym rozpuściłam solidną łyżkę masła (tym razem już prawdziwego). Mieszam i dodaję wodę. Tu już na oko, tak żeby jabłka się "rozpiekły" a nie pływały w soku. Dosładzam cukrem, najczęściej brązowym i też na oko - ilość zależy od gatunku jabłek, kwaśnym sypię solidniej. Gdy jabłka się rozpadną odstawiam je na bok do ostudzenia. Gdy są ciepłe dosypuję rodzynki. My akurat lubimy rodzynki, więc nie żałuję, ale jak ktoś nie lubi to można je sobie darować.

Jabłka stygną, można więc włączyć piekarnik (termoobieg i 180 stopni ). Zanim się nagrzeje wykładam blachę ( 20 x 25 cm) papierem do pieczenia, wyjmuję z lodówki ciasto i szybko (bo mięknie) ścieram na tarce o grubych oczkach jakieś 2/3 kuli. Starte wiórki rozprowadzam równomiernie po całej blasze i ugniatam ręką, żeby pokryć cały spód. Nie robię rantów ani wyższych boczków, jabłka i tak zatrzyma papier.
Chowam resztę ciasta do lodówki a blachę wstawiam do nagrzanego piekarnika na jakieś 15 minut, ale to też na oko, ciasto ma być lekko podpieczone, ale jeszcze nie całkiem upieczone. W trakcie tego kwadransa wracam do przestudzonych jabłek. Obieram (rękami Małża lub dziecięcia któregoś) jeszcze 2 jabłka i ścieram je (też nie osobiście) do tych z rondla. Mieszam całość. 
Wyjmuję ciasto z piekarnika i szybko wykładam na nie jabłka a potem ścieram równo na całą powierzchnię pozostałą część ciasta. Wkładam blachę do piekarnika na jakieś 20-25 minut.

A potem to już zależy czy potrafimy się oprzeć ... czekamy aż ciasto wystygnie lub pałaszujemy na ciepło. 



Smacznego!




sobota, 2 sierpnia 2014

A czy Ty zjadłeś już dzisiaj jabłko?

Kto tu zagląda regularnie pewnie zauważył, że rzadko zdarzają mi się wpisy okolicznościowe. Niewiele u mnie postów "z okazji". Zgodnie z ujawnioną na początku mojej blogowej przygody wizją bloga nie przyjmuję zaproszeń, nie ulegam propozycjom wpisów reklamowych, czy sponsorowanych. Jak mi się coś podoba to piszę o tym bezinteresownie, jeśli coś mnie mocno zawiedzie równie bezinteresownie wyżalę się Wam na blogu cały czas mając świadomość, że są to moje własne, mocno subiektywne oceny. Staram się też nie komentować tutaj za bardzo aktualnych wydarzeń. Ani tych błahych z krainy pudelka i ostatnich stron pisemek kobiecymi zwanych, ani tych poważnych. Nie włączam się (blogiem oczywiście) w akcje przeróżne, nie kultywuję rocznic państwowych ani prywatnych, Co mam robić i świętować, robię w realnym świecie, nie zawracając Wam głowy relacjami. Mój blog to mój pamiętnik, chaotyczny, niesystematyczny, wbrew nazwie coraz mniej poukładany. I taki pewnie pozostanie, bo jak zdążyłam zauważyć próby usystematyzowania go, nadania mu jakiejś konkretnej linii, przypisania do konkretnej, nazwanej i opisanej szufladki a przede wszystkim systematycznego uzupełniania spełzają na niczym. Mój blog jest taki jak ja - nieprzewidywalny, zmienny, czasem nudnawy, z przebłyskami (niewielkimi) szaleństwa.  

Po cóż ten wstęp "od autora" spytacie?

Ano z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dzięki czteroletnim staraniom mojej licealnej nauczycielki polskiego wszystko, co piszę musi mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. To może być denerwujące, bo w epoce szybkiego przekazywania skróconych komunikatów zabiera jakże cenny czas słuchacza i czytelnika, ale nic na to nie poradzę. Tak już mam. Dziękuję Pani Profesor!
Drugi powód jest taki, że zamierzam złamać moje zasady i tym razem całkiem świadomie, choć nadal bezinteresownie zachęcić Was do udziału w akcji, o której usłyszałam ostatnio. Nazywa się ona  "Postaw się Putinowi, jedz jabłka i pij cydr". O co w niej chodzi? Szczegóły są dostępne w sieci, ale mówiąc najprościej jedzmy polskie jabłka! Z danych wyczytanych w GW wynika, że my, Polacy zjadamy jedną czwartą tego, co produkują nasi sadownicy, dwie czwarte przetwarza się na koncentraty, kolejną ćwiartkę wysyłaliśmy do Rosji.  Żeby "uratować" tę ćwiarteczkę wystarczy, że każdy z nas zje tylko dwa razy więcej niż do tej pory. Jadłeś jedno jabłko dziennie - zjedz dwa, jadłeś kilogram w tydzień - kup i zjedz dwa. To niewielka różnica dla jednej osoby ale gdy jest nas kilka milionów....
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy udowodniła, że nie trzeba przelewów z kilkoma zerami ani wielkich zbiurokratyzowanych organizacji, żeby "bezboleśnie" dla jednostki zebrać ogromne pieniądze. Z najmniejszych grosików wrzucanych przez dzieciaki budowały się niewiarygodne sumy.
Kilogram jabłek kosztuje jakieś dwa złote. To nie majątek. Dorzućmy do koszyka w supermarkecie dodatkowych kilka jabłek. Schrupmy je w drodze do domu. Z pozostałych upieczmy szarlotkę, usmażmy mus... 

Przyznam się Wam, że nie przepadam za jabłkami. Jem rzadko a lubię jedynie Lobo, odmianę miękką, nietrwałą i pogardzaną przez wielbicieli chrupiącego miąższu. Ale dla tej sprawy postanowiłam się przemóc i przywrócić jabłkom miejsce w moim codziennym menu. Rodziny nie muszę namawiać, to sami jabłkożercy. Dziś z zakupów, oprócz standardowej porcji przynieśliśmy dodatkowy kilogram antonówek na szarlotkę. I jeszcze cydr, wino z jabłek, idealny napój na upalne dni, wspaniała alternatywa dla kalorycznego piwa. Wieczorem wzniesiemy nim toast w modnej ostatnio sienkiewiczowskiej konwencji ;))) ... na pohybel!



A czy Ty zjadłeś już dzisiaj jabłko?

środa, 23 lipca 2014

bo ja lubię wracać ...

Powroty, powroty, powroty. Lubię wracać. Wracać do przeczytanych kiedyś książek, do filmów, które już widziałam, do wspomnień, do miejsc z przeszłości. Ale najbardziej chyba lubię wracać do domu. Do własnych czterech kątów, do własnego łóżka, do ulubionego kubka na kawę i do rytuałów niezauważalnych na co dzień, których brak czasem doskwiera, gdy jestem gdzieś poza domem na dłużej. I chociaż każdy wyjazd, nawet najkrótszy jest jak odświeżający powiew, jak zastrzyk nowości, odstępstwo od rutyny, to jednak dopiero otwierając furtkę podwórka, przekraczając próg domu czuję, że jestem we właściwym miejscu mojej życiowej układanki.


Miałam nadzieję, że po kilkudniowym pobycie w rodzinnych stronach będę miała materiał na długi post o powrotach do przeszłości. Niestety, w większości miejsc, które odwiedziłam nie znalazłam tego, co od tylu lat pielęgnowałam we wspomnieniach. Jedynie las wciąż stoi, jak stał i wciąż te same ścieżki go przecinają. I pachnie taka samo jak przed laty. Tak jak podejrzewałam dzieci nie dostrzegły tej magii, którą chciałam im pokazać. Grzybów niestety nie było, więc nawet tym nie mogłam ich zachęcić. Były za to pajęczyny osiadające na twarzach, kłujące gałęzie dzikich malin i jeżyn, tajemnicze "cosie" wpadające do kaloszy i uniemożliwiające chodzenie, ogólnie mówiąc NUDA i NIC CIEKAWEGO. Nawet jagody, wciąż przecież owocujące na krzaczkach były dla Młodej "jakieś dziwne" i na nic się zdało tłumaczenie, że te, które kupujemy w osiedlowym warzywniaku też ktoś zerwał w lesie. Tamte, pakowane w plastikowe pudełeczka były ok, te z krzaka były podejrzane. Przestałam namawiać, gdy zza pleców usłyszałam pytanie mojego dorosłego już od ponad roku Synia  "a te żółte robaczki ze środka jagód też się je?" Zamarłam, bo jak żyję ponad czterdzieści lat nie słyszałam o "żółtych robaczkach" w czarnych jagodach. Kazałam sobie pokazać to "dziwo" i zamarłam po raz drugi, gdy okazało się, że Synio żeby nie schylać się do krzewinek jagód zerwał sobie podobne z solidnego krzaka kruszyny (chyba!). Na szczęście nie były smaczne, więc co zjadł to wypluł, ale już do wieczora wypatrywaliśmy ewentualnych objawów zatrucia. 

W drodze powrotnej z lasu skręciliśmy jeszcze do wsi, w której mieszkali Dziadkowie, ale i tam ślady przeszłości zniknęły pod świeżym tynkiem nowych, murowanych domów i za coraz bardziej solidnymi i szczelnymi ogrodzeniami. A pamiętam, że gdy byłam dzieckiem płoty stawiano tylko od strony ulicy, z tyłu, za domami nie były potrzebne. Sąsiadom łatwiej było zachodzić do siebie od podwórza a my, dzieciaki ganialiśmy od końca wsi do końca niewstrzymywani przez furtki i parkany. A i te dwa wsi końce, między kościołem od wschodu i szkołą od zachodu teraz jakby zbliżyły się do siebie. Kiedyś była to wyprawa niemal po horyzont, teraz kilka chwil autem. Kościół już nie drewniany, sklepu od dawna nie ma, bo każdy i tak woli autem do pobliskiego miasteczka wyskoczyć a szkoła zamknięta na cztery spusty straszy pustymi oczodołami okien. I tylko jedno zostało jak wtedy - nadal nie ma chodnika, tylko piach ubity, teraz (o dziwo) już po obu stronach asfaltowej przelotówki. Pewnie już więcej tam się nie wybiorę, właśnie dlatego, by obrazy z teraz nie zatarły mi tych piękniejszych i bardziej kolorowych z przed wielu lat.


Tak jak nie wybiorę się już więcej na stary żydowski cmentarz leżący naprzeciwko domu moich Rodziców. W dzieciństwie właśnie tam najczęściej bawiliśmy się z naszą "bandą", przedzierając się przez krzaki, wspinając na drzewa i budując szałasy z gałęzi. Już wówczas cmentarzem był on tylko z nazwy, trzydzieści-kilka lat po wojnie nie było w miasteczku ani Żydów ani zbyt wielu śladów ich obecności. Wśród zarośli gdzieniegdzie tylko wystawały połamane resztki kamiennych macew, pod mchem skrywały się hebrajskie napisy. My dzieci, nie mieliśmy pojęcia czym były i skąd się tam wzięły. Świadomość, że "mogiłki" to nie przypadkowa kupa krzaków i drzew, ale miejsce pochówku i przede wszystkim fragment historii miasteczka przyszła dużo później. Poszłam tam z Małą, chciałam pokazać gdzie w jej wieku bawiłam się z przyjaciółmi w Tarzana, czy w Indian. Obeszłyśmy go wokół, ale nie miałam odwagi zapuścić się w głąb. Nie rozpoznałam tamtych ścieżek, zniknęły wszystkie "tajne wejścia", czyli dziury w drucianej siatce. Teraz nawet siatki już nie ma...

Nigdy więcej nie pójdę już na spacer wokół ogromnego sadu, na brzegu którego stał nasz dom. Można go było obejść naokoło, można było skrótem przebijać się przez środek. Stałym elementem naszych wakacyjnych zabaw były wyścigi do torów kolejowych (kto pierwszy do słupa?). Gdy przejeżdżał towarowy koniecznie trzeba było zatrzymać się i policzyć wagony, kiedy jechał osobowy machaliśmy do podróżnych i cieszyliśmy się jak wariaci, kiedy oni nam odmachiwali. Na końcu sadu stała drewniana komórka na skrzynki. Nikt jej nie zamykał, więc anektowaliśmy ją na nasz letni domek - meble ze skrzynek, jakieś naczynia przyniesione z domów, stare koce i już mieliśmy wspaniałą bazę na deszczowe dni. Od strony miasta był niewielki stawik w założeniu rybny, ale jedynymi stworzenia jakie w nim żyły były żaby. Był okropnie zamulony i zarośnięty zielskiem, ale komu to przeszkadzało. Kąpaliśmy się w tej błotnistej wodzie niemal codziennie, a jak nam się znudziło pływanie biegliśmy między drzewka i krzewy najeść się do woli owoców. Sad należał do szkoły ogrodniczej, więc rosło w nim wszystkiego po trochu - od czereśni, wiśni, śliwek po gruszki i jabłka w kilku gatunkach, porzeczki w trzech kolorach i agrest. Czegóż chcieć więcej ? Raj. 
A potem raj zmienił właściciela, potem kolejny raz a teraz jest wielkim polem rzepaku i nie ma już ścieżek wokół i na przestrzał. Zabrałam Małża na spacer pod te tory, piaszczystą ścieżką wśród rzepaku i owsa i chociaż pięknie zachodziło słońce i sarnę zobaczyliśmy to już też nie było to ...


Powrót do przeszłości nie zawsze się udaje. Na szczęście powrót do domu przebiegł bez niespodzianek. Dzięki fantastycznym sąsiadom nasze kwiaty nie zwiędły, pomidory nie oklapły a kot nie usechł z głodu i tęsknoty. Nawet przez chwilę sprawiał wrażenie, że się cieszy na nasz widok :)))



 Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja po każdym wyjeździe łapię "syndrom gniazda". Choćbym nie wiem jak posprzątała przed wyjazdem to po powrocie zaczynam układać, przekładać, pucować. Tak jak kot na powitanie ociera się o moje nogi tak ja "ocieram" się o moje cztery kąty. Ścierką do kurzu na przykład :))). Taki mus. Tym razem naszło mnie na pieczenie. Ledwie przekroczyłam próg domu dopadła mnie natrętna myśl, że muszę upiec drożdżowe bułeczki. Tym bardziej, że przywiozłam od Mamy słoik wiśni. No i upiekłam. I gdy z piekarnika zaczął dochodzić zapach ciasta, ciuchy kręciły fikołki w cicho szumiącej pralce a przede mną na stole stał mój ulubiony kubek z kawą poczułam, że jestem na swoim miejscu. Wróciłam.


Teraz sobie przypomniałam o tej piosence... wydaje mi się, że idealnie ilustruje powyższy tekst ...