Czy ktoś jeszcze pamięta, szaroniebieskie "african flowers", którymi chwaliłam się w jednym z postów? Pewnie nikt. I nic dziwnego, sama musiałam zerknąć do archiwum, żeby sprawdzić kiedy dokładnie zaczęłam je robić. Było to w ... lutym, dziesięć miesięcy temu.
23 lutego 2014 roku napisałam, że wracam do szydełkowania i pokazałam Wam kwiatki, które miały się stać wiosenną chustą. No cóż... jak się pewnie domyślacie chustą wiosenną się nie stały. W międzyczasie zaświtał mi bowiem pomysł, żeby może pójść dalej i zrobić mały pledzik do przykrycia kolan w czasie letnich, nocnych posiadówek w ogrodzie. Dokupiłam trzeci motek kolorowej Alize i dorobiłam kolejne kilkadziesiąt kwiatków, a potem te wszystkie kwiatki obwiodłam jeszcze naokoło na czarno. Gdyby w pewnym momencie nie zabrakło mi czarnej włóczki zakończyłabym narzutkę z "afrykanów" choćby siłą rozpędu. Bo te kwiatuszki robiły się niemal same, elementów przybywało szybciutko, endorfinki wydzielały się na sam widok rosnącej górki. Jednak gdy zużyłam wszystkie zgromadzone motki włóczki, to się okazało, że nie mam już czym tych kawałków obwodzić. Trzeba było dokupić przynajmniej dwa czarne motki. Niestety akurat wtedy, zabrakło w sklepie tej mojej czarnej włoczki . Inne nie chciałam, więc odłożyłam robótkę do czasu nowej dostawy.
Trochę to trwało, a ja codziennie patrzyłam na te kawałeczki, układałam je sobie w kompozycje, oglądałam, zmieniałam, znowu oglądałam. I tak jakoś odwidział mi się ten pledzik. Zaczęłam rozmyślać, czy jest mi w ogóle potrzebny. No bo mam kilka pledów przeróżnych , po co mi kolejny? Wprawdzie kolejny, w szarościach i błękitach idealnie pasowałby do sypialni, ale tam, leżałby tylko jako element "martwej natury" na zaścielonym łóżku. No więc czy ja chcę takie coś mieć? Przecież miałam się tym otulać, choćby siedząc przy komputerze w chłodne, zimowe wieczory. Ale w gabinecie, w którym pracuje wieczorami królują oliwkowe zielenie i ciepłe brązy. Szarość i błękity nijak tam nie pasują, zgrzytać będą okrutnie... no to na co mi taki otulacz, który bym musiała gdzieś chować, czy wynosić na czas nieużywania. Patrzyłam tak na tą ponad setkę kawałeczków i coraz większą niechęć do nich czułam, coraz mniej chętnie wyjmowałam je z koszyka. No to może poduszki z nich zrobię ? Rzucę je w sypialni na łóżko, a może kiedyś na kanapy w salonie. Na pewno będą tam pasowały. Tylko najpierw salon muszę przemalować na szaro i kupić wreszcie nową kanapę z grafitowym obiciem. Tak... wtedy te poduchy będą idealnie pasować. Ale zaraz, wtedy też będzie pasował pled ! To może jednak pled a nie poduchy? Ta gonitwa myśli powoli stawała się przykrywką dla zwykłego zniechęcenia robótką. Zanim czarna włóczka pojawiła się w sklepie zdążyłam schować kwiatki w wielkim pudle i przestałam o nich myśleć. Gdy zamówione kłębki dotarły domu nie miałam już najmniejszej ochoty na ich używanie. Przeszło mi.
Przez długie miesiące moje śliczne "african flowers" były stertą elementów, które zaczynały powoli pokrywać się nie tylko symbolicznym, ale tym całkiem realnym kurzem.
I nagle nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd przyszedł impuls. Jakieś zdjęcie w sieci, rzut oka na smutne, szare pudełko wciśnięte w kąt, żółty uśmiech szydełka, które mignęło mi wśród długopisów na biurku i już wiedziałam. Jednak chcę mieć pled ! Wielki, ciepły i jedyny w swoim rodzaju.
No to zrobiłam. Trwało to kilka kolejnych tygodni, bo brak czasu i kiepski wzrok pozwalały na szydełkowanie tylko w weekendy, ale od wczoraj mam. Pierwszy, samodzielnie wymyślony, własnoręcznie wydziergany pled na długie zimowe wieczory. Po dość pochmurnym i mokrym tygodniu słońce zaświeciło tak pięknie, że mogłam sfotografować go w plenerze.
Voila !
Na kolejny zapewne nie zdecyduję się zbyt szybko, bo o ile szydełkowanie było prawdziwą przyjemnością i relaksem, to zszywanie tych stu kilku elementów było koszmarnym i nudnym procesem. Podziwiam cierpliwość wszystkich, którzy robią takie pledy w większych ilościach. Za zszywanie tych wszystkich babcinych kwadratów czy afrykańskich kwiatuszków macie dziewczyny mój wielki szacunek.
A teraz jak zwykle garść technicznych danych ku (mojej zwłaszcza) pamięci:
turecka włóczka Alize Cotton Gold - bawełna 55% , akryl 45%, motek 100 g/330 m
nr 3251 (różne odcienie błękitu i szarości) - 3 motki
nr 60 (czarna) - 6 motków
szydełko nr 3,75
Pled ma wymiary 230 x 85 cm , składa się ze 108 elementów.
Kot, żywo zainteresowany tematem pomagał mi na każdym etapie pracy ...
Chociaż czasem mieliśmy odmienne wizje ...
Tydzień temu, też było pięknie, więc choć nie wszystko było zszyte zrobiłam pierwsze zdjęcie...
Żegnam Was owinięta moim pledem i otulona muzyką, która ostatnio znowu do mnie wróciła...
Do następnego wpisu!
