Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyróżnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyróżnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 listopada 2012

Motywatorki ... czyli jak nie piszę, to nie piszę, ale jak już zacznę to nie mogę przestać

Kiedy praca zawodowa wiąże się bardzo ściśle z siedzeniem przy komputerze i kiedy jest to wielogodzinne siedzenie od bladego świtu do ciemnej nocy, powiązane z ogromną dawką stresu, to co tu dużo gadać, relaksu w komputerze już się raczej nie szuka. Aby odpocząć uciekam od niego, chociaż pokusa jest ogromna, bo blogi, bo inspiracje... Jednak nie mam siły na kolejne godziny z oczami wpatrzonymi w ekran. Oczy zresztą też powoli nie dają rady. Zwłaszcza przy tabelkach, maleńkich rubryczkach w których coraz częściej duże S wygląda jak 5 a 1 jak I...

Nie tylko oczy uświadamiają mi, że nie mam już 20 lat. Niestety...patrzę ostatnio w lustro z coraz większym przerażeniem. Strasznie się posypałam. To niewiarygodne jak bardzo widać na twarzy zmęczenie, brak snu, nieregularne posiłki, a często morze kawy zamiast nich. Włosy, paznokcie, cera... łykanie tabletek dostępnych bez recepty, niesystematyczne łykanie, nie daje widocznych efektów. Moja fryzjerka regularnie opieprza mnie za tę moją niesystematyczność, kiedy przy myciu włosów zgarnia z umywalki  całe ich garście. Załatwia mi jakieś extra tabletki do łykania, jakieś fiolki z miksturami do wcierania a mi zapału i "karności" wystarcza na tydzień. Ech! Szkoda gadać. Widzę, że znowu marudzę a ja tak bardzo nie lubię i nie chcę marudzić "publicznie".

Dobra, robimy błłłłłłł i zamazujemy jak Madzia Karwowska. Ktoś pamięta?

Motywatorki. O nich być miało i będzie. To one wyrwały mnie z mocy "demotów" i zmobilizowały do napisania znowu kilku słów. One, czyli Pantera i Shabby Shop postanowiły obdarować mnie tym oto wyróżnieniem. 



Chociaż za łańcuszkami wyróżnień, podobnie, jak wiele blogerek nie przepadam i nawet przez czas jakiś miałam na bocznym pasku banerek z informacją, że się w to nie bawię, to jednak miło mi się zrobiło, że choć blog mój powoli "rzęsą zarasta" (że skorzystam z powiedzonka Pani Michaliny Wisłockiej), że tyle mnie tu, co kot napłakał, to odnajdują mnie nowe osoby i nie dość, że chce im się rzucić okiem na moje wpisy, to jeszcze deklarują się jako obserwatorki i na dzień dobry obdarowują  komplementem. I to nie byle jakim... zagranicznym ;))) Dziękuję Wam moje drogie za to wyróżnienie, przyjmuję je z wielką radością i traktuję jak porządny,  pozytywny kopniak - motywator. Przede wszystkim jednak dziękuję Wam i pozostałym nowym obserwatorkom za to, że tutaj zajrzałyście, że przysiadłyście na moim wirtualnym niebieskim krzesełku i porozmawiałyście ze mną chwilkę, bo czymże jest każdy komentarz jak nie rozmową właśnie.

Wyróżnienie Libster Blog to nie tylko obrazek do wklejenia, ale też, a może przede wszystkim pytania, na które wyróżniony powinien odpowiedzieć. Potem należy komplet tych samych, lub własnych pytań puścić dalej w świat, co na końcu tego posta uczynię.

Jakie pytania zadały mi dziewczyny? Zacznę może chronologicznie od Pantery.

1. Jaką porę roku najbardziej lubisz?
Drogą eliminacji bez zastanowienia odrzucam zimę. Przy wielu okazjach pisałam, że jej nie cierpię. Mogłabym bez żalu obejść się bez śniegu, lodu i mrozu. A dom w ciepłym kraju, do którego mogłabym wyjeżdżać na tych kilka miesięcy w połowie października to jedno z moich marzeń. Ponieważ nie lubię skrajności, to także lato z upałami i miejskim kurzem nie jest moim ulubionym okresem. Zostają dwie pory roku o umiarkowanym klimacie. Obie lubię, jednak swoje naj- oddaję wiośnie. Za zapach powietrza w dzień marcowej odwilży, za pierwszą zieleń, która już nigdy potem nie jest taka czysta, za wspomnienie pierwszych fiołków zbieranych w rowie przy starym żydowskim cmentarzu i czapki zdejmowanej po kryjomu, gdy tylko znikałam z zasięgu wzroku mamy, za to uczucie lekkości, gdy pierwszy raz zamieniam kozaki na lekkie czółenka...

2. Czy mając nadmiar pieniędzy poprawiłabyś coś chirurgicznie w urodzie?
 No cóż...czas zrobił swoje. Są dni, gdy macham na to ręką, bo taka jest kolej rzeczy. Kiedy indziej użalam się nad sobą i mam ochotę tłuc lustra. Wtedy też powraca pokusa, by sobie coś, gdzieś wstrzyknąć. Na szczęście w totolotka nie wygrywam, majątku po dalekiej bezdzietnej ciotce nie dziedziczę, więc nadmiarem pieniędzy nie grzeszę, za to mam przy sobie kogoś, kto kocha mnie razem z moimi zmarszczkami i bruzdami. mam też internet i czasem oglądam zdjęcia tych, które sobie urodę "poprawiły". Ponieważ jednak kobieta zmienną i nieprzewidywalną jest, nawet dla samej siebie, to nie wiem co mi strzeli do starej, siwej głowy za rok czy za pięć lat...

3. Cel podroży marzeń.
I tu znowu mam problem, bo ja w sumie nie mam jakichś specjalnych pragnień związanych z podróżami. Przejść się po  skąpanym we mgle irlandzkim wrzosowisku, albo przejechać kompletnie pustą drogą, gdzieś na południu Stanów, z jak toczą się po niej niesione wiatrem kule nieznanej  mi z nazwy rośliny. I może jeszcze Paryż...tak... Paryż wiosną.

4. Osoba (może być już nieżyjąca), z którą chciałabym porozmawiać.
I znowu powrót do przeszłości... ludzie spotkani kiedyś...znajomi bliżsi czy dalsi. Jednym chciałabym powiedzieć 'przepraszam", innych znowu zapytać "dlaczego?".

5. Film stulecia to:
Niezmiennie "Pożegnanie z Afryką". Z wielu powodów.

6. Wschód, czy zachód słońca?
Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż niebo tuż przed wschodem słońca. Niesamowita cisza w powietrzu i niemal wyczuwalne przez skórę delikatne drżenie powietrza, w chwili gdy pojawia się światło... Wschód, zdecydowanie.

7. Morze, czy jeziora?
Jeziora. Mają w sobie magię i spokój. Morza się boję, bo nie lubię nie widzieć brzegu. Nie mam w sobie nic z odkrywcy, więc nie inspiruje mnie tajemnicze "coś" za horyzontem. I nie ma znaczenia, czy to zimny Bałtyk, czy gorąca plaża nad Morzem Śródziemnym. A jeziora, to masa fajnych wspomnień, to pływanie kajakiem, to piwo ciągnięte za łódką na sznurku i ryba ze smażalni, to ognisko i spanie w namiocie, to wędrówki wzdłuż brzegu i łowienie raków (sto lat temu w Nidzkim jeszcze były)

8. Jaki poeta przemawia do Ciebie najlepiej?
Leśmian. Zawsze mnie niesamowicie wzruszał i rozczulał. W liceum nauczyłam się kilku wierszy na pamięć. "Dwoje ludzieńków" pamiętam do dziś.

9. Co chciałabyś koniecznie zobaczyć, zanim odejdziesz w zaświaty?
Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy, jest zbyt osobista, by ją tutaj ujawniać.

10. Czy chciałabyś wystąpić w filmie/na scenie?
Nie! Nie! Nie! Peszę się nawet wtedy, gdy zbyt długo przygląda mi się jeden człowiek a co dopiero wiele osób na raz. Przed kamerą, tak jak przed obiektywem aparatu spinam się i przestaję być sobą. 


A teraz pytania Ewy

1. Kot czy pies? - zdecydowanie kot

2. Chcieć czy móc? - chociaz przy każdej okazji powtarzam za Wojciechem Mannem "gdy czegoś nie wolno a bardzo się chce, to można" to jednak na co dzień  moje "chcieć" zbyt często kapituluje przed "móc", a raczej "nie móc"

3. Żółty czy zielony? - zielony, w niemal wszystkich odcieniach

4. Róża czy mak? - zawsze mnie ciągnie ku temu, co nietrwałe, delikatniejsze i słabsze. Dlatego mak.

5. Transfer czy decoupage? - nie próbowałam transferu, więc póki co decoupage

6. Romans czy kryminał? - najchętniej dobre połączenie jednego z drugim.

7. Miasto czy wieś? - tak szczęśliwie los mnie "umościł", że mam dwa w jednym.

8. Sok czy woda? - woda

9. Spódnica czy spodnie? - sukienka :)) kocham sukienki, chociaż w sytuacjach pospieszno-ekspresowych zazwyczaj wskakuję w dżinsy.

10. Szatyn czy blondyn? - im bardziej usiłuję sklasyfikować tak zwany "mój typ", tym mocniej jestem przekonana, że go po prostu nie mam. Sam Elliot jest siwy jak gołąbek a jest całkiem wysoko na mojej TOP10 ;))) Bo nie w kolorze włosów tkwi przecież to COŚ.

 

11 Narty czy łyżwy? - łyżwy


Jak zwykle mnie poniosło i niektóre pytania potraktowałam jako okazję do napisania czegoś więcej o sobie. Taki malutki zawoalowany ekshibicjonizm ;))) 

Pora na moje pytania...

1. Rumba czy walc?
2. Lot balonem czy skok na bungee?
3. Jakiej cechy charakteru nie lubisz u siebie najbardziej?
4. Przygoda z dzieciństwa, na wspomnienie której zaśmiewasz się lub płaczesz do dzisiaj.
5. Przełamać słabość, wygrać z nałogiem. Osobiste zwycięstwo, z którego jesteś najbardziej dumna.

A teraz mam wielką nadzieję na długie, pełne opisów i dygresji odpowiedzi od:



Jeśli ktoś z wymienionych nie ma ochoty na zabawę, to uszanuję brak odzewu, jeśli jednak zechcecie poświęcić kilka chwil na odpowiedź, to z wielką radością będę jej wypatrywać na Waszych blogach.

A już zupełnie na koniec, pochwalę się  biżuterią, którą popełniłam dla znajomej mojej znajomej. Miały być maki i na tym skończyła się podpowiedź, więc zrobiłam dwie wersje do wyboru. Mimo, że motyw jest letni, to wydaje mi się, że taka drewniana biżuteria świetnie pasuje do zimowych ciepłych swetrów. Mam nadzieję, że nowa właścicielka też tak uważa i że nie ciepnęła tych biżutków w ciemny kąt.









Tymczasem spokojnej końcówki weekendu Wam życzę. 
Odpoczywajcie tak, jak lubicie najbardziej.


P.S. Żadnego posta nie pisałam tyle czasu... ten powstawał ponad tydzień, więc wybaczcie mi jego długość.





środa, 7 marca 2012

Wracam?

Mija młodość jak woda,
Czoło chmurzy się częściej -
A tu nagle pogoda,
Taka dobra pogoda na szczęście!

Nikt otuchy nie doda,
Cienie kłębią się gęściej -
Aż tu nagle pogoda,
Taka dobra pogoda,
Odpowiednia pogoda na szczęście!

Coraz trudniej po schodach,
Coraz puściej w kredensie -
Aż tu nagle pogoda,
Taka dobra pogoda,
Odpowiednia pogoda na szczęście!

/Agnieszka Osiecka/



To, co od kilku dni widzę przez okno, to już prawdziwie wiosenny obrazek. Po zimie nie ma śladu, niebo jest tak niebieskie a słońce tak żółte jakby chciały obudzić najgłębiej zakopaną cebulkę, najbardziej zaspanego susła. Jakby chciały przywołać wszystkie ptaki. Gdy tak zerkam za okno, to i we mnie budzi się potrzeba powrotu. Bardzo bym chciała wrócić do blogowej aktywności. Bardzo mi jej brakuje. Blog był dla mnie miejscem odreagowania rzeczywistości, ucieczką od tego co zwyczajne do świata dobrej energii i pozytywnych wzruszeń. Jednak z dnia na dzień miałam coraz mniej czasu na zaglądanie do tego świata. Najpierw przestałam pisać, ale wciąż jeszcze zaglądałam na zaprzyjaźnione blogi, komentowałam... potem i na to nie było szans, rzucałam tylko okiem w pośpiechu... a potem ... nawet nie otwierałam strony...

Minął miesiąc od ostatniego wpisu, dla niektórych to tylko miesiąc, dla mnie aż trzydzieści dni. Bo przecież nie można żyć tylko pracą i codziennymi obowiązkami. Musimy mieć ten margines, choćby najcieńszy na ... siebie po prostu. Choćby po to, by nie stać się robotem automatycznie wykonującym tylko zaplanowane czynności. Musimy mieć czas na sprawy niekonieczne. Ja muszę. I dlatego, choć czasu wcale nie mam więcej, to wracam. Bo chcę, bo jest mi to potrzebne. Ale też dlatego, że są osoby, które też chcą bym tu była. I dały mi znać, że czekają na mnie. I bardzo mnie tym zaskoczyły i wzruszyły. Bo przecież znamy się tylko stąd, a jednak... Wy wiecie, że o Was mówię... dziękuję, dziękuję, dziękuję... to dzięki Waszym mailom piszę dzisiaj.
To nie będzie post o czymś konkretnym, raczej taka rozgrzewka dla palców ( czy tylko palców?), bo trudno się pisze po dłuższej przerwie. W zasadzie powinno być jak z jazdą na rowerze, ale jednak nie jest. Jest raczej jak pierwszego dnia w szkole po wakacjach, radość ze spotkania z klasą miesza się z lekkim zawstydzeniem. Mam wrażenie, że straciłam przez ten miesiąc płynność, że skostniałam troszkę, zesztywniałam... już jestem, ale jeszcze nie całkiem. Troszkę w zawieszeniu...

... zawieszenie... wieszanie... wieszaki... znowu ciąg skojarzeń prowadzący od tekstu do zdjęć. Zdjęć wieszaków, które ozdobiłam chyba jeszcze w listopadzie, w styczniu doczekały się szybkiej (bardzo szybkiej i nieprofesjonalnej) sesji zdjęciowej a dziś dopiero się nimi pochwalę. W sumie chyba nie ma czym, żadne mecyje, ale jestem z nich zadowolona.

Dwa "gazetowe" zrobiłam na zamówienie. Zupełnie przez przypadek wyszły mi w wersji męskiej (ciemna bejca) i damskiej (jasny brzeg) i tym sposobem zamiast jednego wieszaka powstał gazetowy komplet dla Pani i Pana. Ciekawa jestem, czy się spodobał.




Reszta, to wariacje na temat kwiecia przeróżnego. Jest nieśmiertelna lawenda, są krokusy i moje ulubione kwiatki w lekko ludowej stylizacji.










Podczas mojej nieobecności spotkała mnie jeszcze jedna, niezwykle miła niespodzianka. Otóż Jaddis wybrała między innymi mnie do zabawy w "Tell Me About Yourself".


Bardzo Ci dziękuję Kochana, to miłe, że o mnie pomyślałaś. Postaram się w następnym poście wypełnić warunki związane z tym wyróżnieniem muszę tylko znaleźć rzeczy, których jeszcze o mnie nie wiecie :))). Mam wrażenie, że odsłoniłam się już całkowicie.

Tymczasem ściskam mocno wszystkich, którzy tu czasem zaglądają. Jak dobrze, że jesteście!

środa, 27 lipca 2011

Nagrody, splendory, zwierzenia...

Zasady zabawy:
Podziękuj i podaj link blogera, który przyznał Ci tę nagrodę

O tym, że mam swojego blogowego "awarda" zdecydowały dwie wspaniałe kobiety: Mirelka i Emocja. Dwie dziewczyny, dwa blogi - cudowne i jakże różne... Jak ja kocham tę naszą blogową różnorodność! Mirelka wzruszyła mnie zaliczając mój blog do "kącików spokojności", Emocja dostrzegła moje "poukładane przemyślenia". Dziękuję Wam za to, że jesteście, że zaglądacie i przede wszystkim za to, że pojawiacie się w komentarzach. Bo przecież komentarze to to, co blogowe tygrysy cenią sobie najbardziej.

Skopiuj i wklej logo na swoim blogu


Nominuj 16 innych cudownych blogów
(nie można nominować blogera, który Ci przyznał nagrodę)

To nie jest łatwe. Banał, wiem. Czas jakiś temu właśnie z powodu tej kłopotliwej konieczności wyboru zrezygnowałam z odbierania i przyznawania wyróżnień. No bo wszystkie blogi, które mam na stałe "przypięte" na bocznym pasku, to właśnie te, które lubię, do których zaglądam, które komentuję częściej lub rzadziej. Niektóre już mają to wyróżnienie. Dlatego nie wybiorę szesnastu blogów, ale tylko trzy dziewczyny, które odwiedzałam, które lubiłam a które zamilkły z niewiadomego powodu. Może się odezwą, może będzie im miło, że ktoś pamięta. Oczywiście nie zmuszam do zwierzeń, nie wszyscy musimy czy chcemy otwierać się w sieci. Ale zapraszam...

Jasnobłękitną z bloga "... błękitno mi"

Filę z bloga " moja prowansja"

Olę z bloga "Radość tworzenia"

Napisz im komentarze, żeby wiedzieli, że dostali nagrodę.

Lecę, pędzę, nogi gubię :))) Lecę, bo chcę.

Napisz o sobie 7 rzeczy

Czy po dwudziestu miesiącach prowadzenia bloga, po niemal 150 wpisach i setkach zwierzeń w komentarzach do Waszych postów jest jeszcze coś, czego o sobie nie powiedziałam? Nie wiem. Możliwe więc, że wiecie już, że:

- Bardzo nie lubię zmian, lubię trwać w tym co już znam. Dużą traumą były dla mnie kolejne etapy edukacji, ponieważ kończyły coś, co było fajne lub mniej fajne, ale oswojone a rzucało mnie w niewiadomą. Nawet tak zwane "zmiany na lepsze" okupione są stresem i nieprzespanymi nocami i choć logika nakazuje poddawać się im od razu, to bez solidnego "kopa" nie ruszam. W większości przypadków owe zmiany okazują się trafione i oczywiście stukam się wtedy w głowę pytając siebie samą czemu tak się przed nimi broniłam, ale cóż... ten typ tak ma i nie ma mowy o wyciąganiu lekcji z poprzednich doświadczeń. Ofiarą tej mojej mułowatości jest najczęściej mój Mąż, któremu za lata cierpliwości i trwania przy mnie należy się pomnik przynajmniej tak wielki jak Kopiec Kościuszki.

- Bozia nie dała mi wytrwałości. Moje "opętania" różnymi pasjami i fascynacje to długa lista. Gdy mnie coś zachwyci poświęcam się temu z zapałem i oddaniem, niestety, gdy już temat jako-tako zgłębię i poznam, porzucam dla kolejnej fascynacji i dla kolejnego odkrycia. Może to się wydawać sprzeczne z tym, co napisałam w punkcie pierwszym, ale tamto dotyczy spraw zasadniczych, dużych. W kwestii pasji, hobby i innych "chorób zakaźnych" jestem typowym motylem (czasem ćmą, gdy brnę jak ślepa w rzeczy zupełnie bezsensowne).

- Silna wola... a co to takiego? Wiem, że istnieje i wiem nawet, kto zabrał moją porcję ;))) Nie mam i cierpię z tego powodu. O ile jestem w stanie wytrwać w najróżniejszych rygorach narzuconych mi przez innych, o tyle obietnice dane samej sobie łamię nagminnie. Wystarczy, że obiecam sobie - od dzisiaj nie jem słodyczy, to od razu obiekt zakazu staje się atrakcyjny jak nigdy przedtem. Ileż diet zaczętych i przerwanych z powodu pokusy nie do odparcia, ileż języków nie nauczonych... gitara, fotografowanie, wszystko padło z powodu braku silnej woli. Niestety gdy nie ma bata, nie ma wyników.

- Podzielność uwagi. Tę dostałam chyba jako rekompensatę za brak wyżej wymienionych cech. Rzeczywiście potrafię robić kilka rzeczy na raz. To też dotyczy raczej spraw mniejszej wagi, które nie wymagają ode mnie stuprocentowego skupienia. Oczywiście większość znanych mi kobiet posiada tę cechę i nawet nie zauważa niczego specjalnego w funkcjonowaniu w wersji stereo czy nawet kwadro. Ja jednak mieszkam pod jednym dachem z osobnikiem, który tej cechy nie ma, co więcej, kwestionuje na każdym kroku jej istnienie, więc ja, trochę z przekory się tym wszem i wobec chwalę.

- Wstyd się przyznać, ale mimo 40-tki z kawałkiem wciąż nie umiem "zrobić się na bóstwo". Nie jestem w stanie wykorzystać w praktyce tych wszystkich sztuczek, tricków i instrukcji, które mają zwiększyć co za małe, zmniejszyć za duże, uwydatnić, ukryć itp. Generalnie zawsze jest tak samo czyli nijak. Raz w życiu poszłam do wizażystki, żeby umalowała mnie na szkolne spotkanie po latach... Po 20 latach, więc wiecie, poważna sprawa nie można było pójść na żywioł. Efekt był niesamowity, nie byłam pomalowana, byłam po prostu młodsza. Super sprawa, ale niestety, nie do powtórzenia w warunkach domowych. To samo jeśli chodzi o włosy. Okrągła szczotka, prostownica i inne tego typu instrumenty są w moich rękach nieposłusznymi i nieprzydatnymi gratami. Ostatnio nawet moja fryzjerka mnie "zdyscyplinowała" za mój mocno zaniedbany "tył", pokazała co robić, żeby było przynajmniej trochę tak jak spod jej rąk i co? I nic oczywiście! Mimo, że zrobiłam wszystko według jej instrukcji "tyłowi" nadal bliżej jest do kopki starego siana niż do fryzury.

- Mam łatwość przyswajania sobie mało ważnych i nikomu niepotrzebnych informacji. Teksty piosenek dwa razy usłyszanych gdzieś w radiu, plotki o "gwiazdach" wyczytane z kolorowych pisemek u fryzjera, jakieś duperelki na różne tematy siedzą mi w głowie, układają się w całości i choć niczemu nie służą zajmują miejsce, które mogłyby zająć rzeczy tak istotne jak wzory matematyczne i chemiczne, paragrafy i ustawy, albo choćby numery PIN, NIP czy PESEL. Cyferki, numerki, adresy i przepisy przemykają przez mój mózg nie zatrzymując się w nim na dłużej. Z tego powodu na przykład przed każdą partyjką remika, pokera czy szachów trzeba mi przypomnieć reguły, bo nie pamiętam, nawet jeśli grałam tydzień wcześniej.

- Nie jestem specjalnie stadnym zwierzęciem. Tłum mnie przeraża i jeśli nie muszę, nie chodzę tam, gdzie muszę się gnieść, cisnąć i ocierać. Oczywiście zaciskam zęby, gdy chodzi o koncert ulubionego wykonawcy, ale i w tym przypadku wolę być dalej i widzieć gorzej niż walczyć o miejsce pod sceną. Nie lubię publicznych wystąpień, nawet jeśli całą "publiczność" stanowi grupa rodziców na wywiadówce. Lubię małe, kameralne spotkania ze znajomymi, na luzie, bez pompy. Lubię też pobyć czasem sama ze sobą.

No i to by było na tyle, by uczynić zadość regułom zabawy. Teraz pędzę powiadomić wybraną trójkę, że ich blogi uważam za "lovely" i że chętnie poznam ich sekrety.

Miłego dnia!

Żeby Wam troszkę umilić to szarobure popołudnie wrzucam coś w moich ulubionych klimatach.


czwartek, 3 lutego 2011

Wyróżniona się czuję...

Jak już wspomniałam w poprzednim wpisie, rozpieszczana jestem ostatnio różnymi przyjemnymi wydarzeniami. Dziś chciałabym pochwalić się i podziękować za podarunki, które choć niematerialne i nienamacalne, dają wiele radości i wywołują uśmiech na pysiu.

Po pierwsze dziękuję kolejnym Obserwatorkom, za to, że trafiwszy tutaj postanowiły zostać na dłużej i podczytywać moje wpisy. To już 209 osób! To naprawdę niesamowite! Czuję się zaszczycona Waszą obecnością.

Po drugie komentarze - stałym bywalczyniom bardzo dziękuję i proszę o więcej. Cieszę się, że ślad swojej obecności zostawiają też nowe osoby. To wspaniała świadomość, że tych kilka zdań, które napisałam daje Wam impuls do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami na ten czy inny temat. Dlatego proszę przy okazji tych, którzy podczytują, ale znikają bez słowa- zostawcie choć jedno zdanie, dzięki niemu i ja będę miała szansę poznać Was i Wasze blogi.

A teraz pora na wyróżnienia. Ostatnio dostałam dwa.


Pierwsze od Tabu . Z tym wyróżnieniem łączy się pewien warunek. Otóż, trzeba opowiedzieć o sobie siedem rzeczy, których się jeszcze nie mówiło tu na blogu. Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że odkryłam się przed Wami już całkowicie. Jeśli nie w moich postach, to gdzieś w komentarzach pod Waszymi. Ale dobrze, może tego akurat nie wiecie...

1) płaczę na widok starych mężczyzn... nie wiem dlaczego, to znaczy domyślam się, ale jeszcze chyba nie jestem gotowa, żeby się głośno do tego przyznać,
2) nie umiem pić z puszki i z "odjazdowych" puszkopodobnych szklanek rozdawanych swego czasu w mac-u,
3) nie zjem niczego, w czym są wiórki kokosowe
4) gazetę codzienną zaczynam od nekrologów, kilka, naprawdę wzruszających wycięłam i trzymam w biurku,
5) lubię spacerować po cmentarzach, zwłaszcza tych małych, wiejskich... wiem, że to zabrzmi głupio, ale szukam osoby, która zmarła w dniu moich urodzin...
6) w dzieciństwie dwa razy się topiłam, od tego czasu boję się wody i nigdy nie nauczyłam się pływać. Nie pamiętam jakim cudem udało mi się zaliczyć semestr basenu na studiach :))) Nie przeszkadza mi to uwielbiać wylegiwanie się w basenach z wodą termalną i ćwiczyć aquarobic.
7) boję się latać samolotem. Zawsze się bałam ale od 11 września 2001 to już jest nie strach a prawdziwa fobia.

Ufff! Niezły misz-masz, ale teraz to już chyba naprawdę wszystko o mnie wiecie. Pora na przekazanie wyróżnienia kolejnym siedmiu osobom. Nie jest to łatwe, bo wszystkie blogi, które codziennie odwiedzam, są dla mnie inspiracją, każdy "natycha mnie" czymś innym, każdy jest na swój sposób kreatywny. A tu trzeba wybrać tylko siedem? Żeby nie było, że zawsze się migam to tym razem spróbuję , ale pamiętajcie dziewczyny - wszystkie jesteście wspaniałe!
Buuuuuuuuuu! Czuję się jak laureat Oscara, który dostał 30 sekund na podziękowania a w kieszeni ma trzy kartki A4 i dylemat, którą wyciągnąć... No dobra, lecimy!

"Kreativ blogger" powędruje do:
Agi ze Ścieżką ku pełni - za to że realizuje się w rozmaitych technikach rękodzielniczych tworząc przedmioty piękne w swojej prostocie.
Agi ze Świata KaDeFee - bo kiedyś dawno temu zobaczyłam jej meksykańską werandę na deccorii, oniemiałam z zachwytu a potem ... zapomniałam gdzie to było :))) i nie umiałam trafić z powrotem. Teraz Aga założyła blog, pokazała nie tylko werandę, ale tez resztę domu i swoje kwieciste sukienki, w których się zakochałam.
Kamino70 - za biżuterię, która powinna być zapisywana na receptę na zimowe chandry i depresje
Kaprysi - za to, że z filcem czyni takie cuda, że człowiek ma ochotę wszystkie swoje wełniane swetry wrzucić do pralki i oddać Jej do przerobienia
Kesler z Pracowni agrafka - za kreatywną działalność recyclingową, której jej szczerze zazdroszczę. :)))
Lambi - bo kreatywność to nic, w porównaniu z tym, co ma w sobie ta Kobieta zmieniając "straszny dwór" w bajkowe miejsce.
Sasi73 - bo jej wpisy są lekkie jak ona sama, bo w trzech zdaniach potrafi napisać wszystko, bo dekupażuje nie tylko na serduchach ale też z serduchem.

Dziewczyny, jeśli nie przyjmujecie wyróżnień, to nie musicie ich u siebie umieszczać. Potraktujcie je jako mały dowód sympatii i zachwytu nad Waszą kreatywnością. Jeśli chcecie, to zapraszam do kontynuowania zabawy.

Zerknęłam w podgląd i widzę, że strasznie długi post mi wyszedł. A chcę jeszcze podziękować za drugie wyróżnienie, które dostałam od Madziki i Kesler. Niestety nie wiem dlaczego ani z jednego ani z drugiego bloga nie mogę skopiować ikonki z tym wyróżnieniem, wyskakuje mi błąd w skrypcie. Podejrzewam, że to ten sam błąd, który zawiesił mi możliwość dodawania blogów na boczny pasek, więc póki co nie będę na siłę nic modzić. Dziękuję Wam za tę "krasotę" z całego serca i pozdrawiam cieplutko.

A teraz już kończę. Do następnego razu :)))

niedziela, 28 listopada 2010

Zaległości w grzeczności ...


Nazbierało mi się ostatnio rzeczy do opisania. Bo i książki kolejne przeczytane i chciałoby się opowiedzieć o nich co nieco, filmy obejrzane, przemyślenia jakoweś po głowie się przewalają, dobrze by było przelać je na ten e-papier, żeby nowym miejsce zrobić. Nawet rękodzieło nowe obfotografowane czeka na swoje tadam! Wszystko to będzie jednak musiało poczekać jeszcze chwilkę, bo w dzisiejszym poście zgodnie z tytułem będę nadrabiać zaległości. I dziękować. I przepraszać.

No to po kolei, chociaż chyba nie chronologicznie...

Czas jakiś temu Sasia, a raczej jej córeczka zafundowała czytelnikom swojego bloga zagadkę. Rozgryzienie zawiłości dziecięcej logiki to prawdziwe wyzwanie a oczywista oczywistość jaka nasuwała się w odpowiedzi była tylko dowodem na to, że z wiekiem nasza wyobraźnia niestety kurczy się i zalatuje sztampą. Na szczęście wysiłek włożony w odgadnięcie połowy zadania został również doceniony i dostałam od dziewczyn nagrodę. Ja nie wiem jak Sasia to wyczuła, ale trafiła ze swoim prezentem idealnie. Wprawdzie o tym, żebym napiła się kawy nie trzeba mi przypominać, ale sama zawieszka-przypominajka właśnie z tym motywem idealnie wkomponowała się w klimat naszej kuchni. Z jakości zdjęć się nie tłumaczę, kto mnie odwiedza, wie, że marny ze mnie fotograf i nic nie da zrzucanie winy na kiepskie jesienne światło.


Kto nie był jeszcze na blogu Sasi niech nie traci czasu tylko tam pędzi. Nie dość, że można się naoglądać prześlicznego, wysmakowanego decou-, to jeszcze jest ono okraszone fajnym tekstem. A cytaty z Handzi są po prostu bezcenne!
Sasiu! Jeszcze raz Ci dziękuję, przepraszam, że dopiero teraz.

Kolejna zaległość - wyróżnienia!


Pierwsze dostałam tak dawno temu, że już za samo zaniechanie powinno mi zostać karnie odebrane. Mam jednak nadzieję, że Konstancja wybaczy mi, że dopiero dzisiaj podziękuję Jej za nie publicznie. Kto nie trafił jeszcze na blog "Na zakręcie marzeń" niech szybciutko klika w link i nadrabia. Jestem pewna, że nie oderwiecie się od niego zanim nie przeczytacie wszystkich postów. Nie przesadzę gdy powiem, że uwielbiam styl Konstancji, Jej szacunek dla języka polskiego widoczny w każdym zdaniu, dowcip subtelny i niesamowitą erudycję. A Jej wielokropki to kocham po prostu!

Drugim wyróżnieniem obdarowała mnie Madzika.

Wzruszyła mnie bardzo formułka w nim zawarta, bo to miłe, gdy dzięki temu co robimy możemy zająć chociaż kawałeczek miejsca w sercu drugiego człowieka. I to wcale nie jest żaden banał albo frazes, bo przemierzając blogowy świat chłonę tę pozytywną energię jaka bije z odwiedzanych miejsc, "natycham się " i inspiruję , uczę się nieustannie czegoś nowego i w końcu sama staję się kimś nowym. Dziękuję Ci Madziko! A teraz znowu polecę banałem, ale naprawdę strasznie trudno jest wybrać i wyróżnić trzy osoby, trzy blogi, gdy tak naprawdę wszystkie, które mam na pasku bocznym "rozkwitają w moim sercu". Żeby jednak znowu nie iść na łatwiznę, to spróbuję wybrać. Ten uroczy "motylowy" banerek przekazuję trzem utalentowanym dziewczynom: mojej idolce decoupage - Hanutce, mistrzyni igły - Sunsette oraz królowej dowcipu ... tak, tak to OLQA.

A żeby jakoś tak muzycznie zamknąć temat podziękowań wszystkim wspomnianym powyżej oraz tym, którzy właśnie kończą czytanie tego wpisu dedykuję przepiękną piosenką Janusza Radka, człowieka obdarzonego przeogromnym głosem i jeszcze większą wrażliwością.

wtorek, 12 października 2010

Ździebełko ciepełka ...*

Z chwilą nadejścia kalendarzowej jesieni nie opuszcza mnie myśl, że oto przede mną pół roku chodzenia w grubych butach, opatulania się swetrzyskami, owijania szalikami, wpadania do domu z czerwonym od zimna nosem i dopadania pierwszego lepszego źródła ciepła - kominka, kaloryfera, kubka kakao. Nie będę specjalnie oryginalna, gdy przyznam się, że nienawidzę wiatru. Deszcz jest do zniesienia - parasol, kalosze i można nawet wyjść na spacer. O ile nie wieje. Bo wtedy deszcz zacina z boku, wywija parasol na wszystkie strony i zamiast maszerować dziarsko i cieszyć się świeżym powietrzem walczy człowiek z powykręcanymi drutami kuląc się w poszukiwaniu "zawietrznej". No nie lubię! Nienawidzę wycia wiatru. Nie wiem, czy to jakaś ukryta w podświadomości trauma z dzieciństwa, czy inny czort... Nie lubię, źle mi z tym i uciekam jak najszybciej pod dach. A ostatnio tak właśnie wiało u nas wieczorami. Po mroźnych i mglistych porankach przychodził całkiem sympatyczny "babio-letni" dzień, ale wieczorami - prawdziwe wyścigi w powietrzu. Brrrr! Gdyby to było możliwe, przespałabym ten czas jak niedźwiedzie i obudziła się dopiero pierwszego dnia wiosny. Niestety, nie ma tak dobrze :(( Nie moszczę sobie legowiska i nie obrastam w tłuszczyk (chociaż... cholerka ... a jednak!), za to szykuję sobie maleńkie ździebełka ciepełka którymi zamierzam się muskać przez najbliższe miesiące.

Najpierw coś dla ciała. Wspominałam już, że zamierzam przypomnieć sobie starą umiejętność i znowu coś sobie wydziergać na drutach i szydełkiem. Nakupiłam drutów, włóczek, robiłam, prułam, zmieniałam koncepcje aż w końcu... ta dam!!!! Machnęłam swoje pierwsze mitenki :)))




Zaczęłam ostrożnie, mała rzecz prostym ściegiem. Ale okazało się, że z drutami jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina, więc nawet kciuk poszedł mi gładko i wyszedł we właściwym miejscu. Z rozpędu zrobiłam drugą parę i trzecią, którą jednak w trakcie przerobiłam na ... poszewkę na poduchę.

Tu zielone mitenki już jako poszewka zaś czerwone jeszcze w trakcie produkcji ...

Teraz do czerwonych dorabiam długaśny szalik, który mam nadzieję skończyć przed pierwszym śniegiem :)))) Oczywiście pochwalę się jak skończę.

A co dla domu ? Oczywiście świeczniki. Jesienne i zimowe wieczory nie mogą się obyć bez światła świec. Dlatego mam ich mnóstwo w latarenkach i świecznikach przeróżnych. Ostatnio niemal hurtem machnęłam kilka. Motywy nie całkiem jesienne, raczej przekornie coś w rodzaju "wspomnienia lata", ale tak mi właśnie pod koniec września w duszy grało. Oto one ...






A na koniec zostawiłam sobie jeszcze ciepełko dla duszy. Są nim Wasze odwiedziny na moim blogu, ciepłe słowa, które zostawiacie w komentarzach. Bardzo za nie dziękuję i proszę o jeszcze. Świadomość, że jest ktoś, kto chce tu zajrzeć i do tego jeszcze zaklikać grzeje mnie bardzo nie tylko o tej porze roku. Szczególnie zaś dziękuję za wyróżnienia, które ostatnio dostałam. Wiem, wiem, przyłączyłam się swego czasu do akcji "nie, dziękuję", ale wówczas przyznawanie wyróżnień zamieniło się w kłopotliwy łańcuszek. Nadal uważam, że komentarze są najlepszym wyróżnieniem, ale przecież nie będę wiśnia i nie odrzucę prezentu jaki dostałam od dziewczyn z sympatii do mnie i mojego bloga. Dlatego z serca dziękuję Marinie i Ivci a Was zapraszam na Ich blogi, naprawdę warto. Mam nadzieję, że dziewczyny wybaczą mi, że nie przekażę wyróżnień imiennie kolejnym osobom. To jest właśnie najtrudniejsze, wybrać dziesięć, gdy lubi się i odwiedza kilkadziesiąt blogów. Wszystkie są inspirujące, więc wszystkim przekazuję te urocze znaczki.



* - tytuł dzisiejszego postu ściągnęłam od Jonasza Kofty, z wiersza, który w całości można sobie przeczytać TU albo posłuchać TU
.

czwartek, 11 marca 2010

Motylowo mi ...

Lenię się ostatnio jeśli chodzi o decou-, oj lenię. Niby coś robię, ale to raczej takie drobiazgi, zaczęte i przerwane w pół drogi. Nie martwię się tym jednak zbytnio,bo uważam, że lepiej robić mało, ale z sercem niż dużo, ale bez entuzjazmu. Decou- nie jest moim źródłem utrzymania, więc robię bo lubię (Ago, wybacz cytat bez pozwolenia) i kiedy mam wenę. Teraz mam wenę na buszowanie po Waszych blogach, czytanie, oglądanie. Tyle się u was dzieje! Tyle pięknych rzeczy zrobiłyście! Podziwiam Was i bardzo zazdroszczę tej kreatywności. To wszystko wydaje się powstawać ot tak, od niechcenia. Zdaję sobie sprawę, że tak nie jest, że wkładacie w to mnóstwo pracy i czasu, ale lekkość efektu końcowego jest zadziwiająca. No więc buszuję po Waszych stronach godzinami, przy okazji pięć razy gotuję wodę na kawę, bo zapominam, że nastawiłam czajnik, przypalam ziemniaki i sosy ... znacie to?

Przy okazji witam w gronie obserwujących mój blog nowe osoby: Gabrysię ( jej całkiem młody blog jest bardzo ciepły i urzeka "normalnością"), Martinę (właścicielkę jednego z piękniejszych domów jakie widziałam), de Zeal (że ja wcześniej nie znalazłam Jej bloga, Uwielbiam Jej poczucie humoru, cudowną autoironię i lekkość pióra, klawiatury znaczy). Dziękuję, że chcecie tutaj zaglądać, że zostawiacie ślad w postaci komentarza. To bardzo miłe i bardzo to sobie cenię.

Przy okazji zahaczę jeszcze temat wyróżnień. Penelopa pierwsza zabrała głos w tej sprawie, ale przyznam, że i mnie męczyło to od pewnego czasu. Jednak "będąc młodą... blogerką" nie chciałam wyskakiwać przed orkiestrę i grymasić. Nie byłam aż tak zasypywana wyróżnieniami, więc umówmy się mile łechtane ego przysłaniało wątpliwości ;). Jednak ostatnie wyróżnienie, obwarowane regułami spowodowało, że zamiast nagrody zobaczyłam "łańcuszek szczęścia". I wiecie co? Przestraszyłam się, że coś, co w założeniu miało być dowodem, że czyjś blog nam się podoba, inspiruje, zachwyca zdewaluowało się i stało czymś kłopotliwym. Bo jak wybrać spośród dziesiątek blogów kilka, jakie kryterium zastosować, jak poradzić sobie z wyrzutami sumienia, że się kogoś pominęło? Kiedyś myślałam, że opowieści o tym, jak trudno jest przekazać wyróżnienie, to zwykła kokieteria. Sama się przekonałam jakie to niewdzięczne zadanie. Dlatego z ulgą przyjęłam inicjatywę Penelopy, pomoc Bestyjeczki i włączyłam się do akcji "Wyróżnienia są miłe, ale nie, dziękuję". Jeśli podoba Wam się mój blog, lubicie tu zaglądać, zostawcie kilka słów komentarza, napiszcie proszę emalię. To będzie dla mnie prawdziwe, szczere wyróżnienie.

Żeby jednak post ten nie pozostał golutki ;) to pokażę Wam jaki kosz na śmieci zmalowałam dla mojej Oli. Miał być oklejony tym "ludzikowym" motywem, który tak mnie zachwycił i który jest na wieszaku i sercach. Niestety (albo stety) Ola zaglądała mi przez ramię, kiedy zamawiałam kolejne serwetki. Zobaczyła na jednej piękny rój niebieskich motyli i powiedziała, że ta albo żadna. Poczekała cierpliwie na przesyłkę i teraz swoje wycinankowe śmietki może zgarniać do motylowego kosza. A ja myślę nad zrobieniem podobnego dla siebie, do mojego decou-kącika, bo to bardzo wygodny patent przy wycinaniu serwetkowych wzorków.


Wystarczyło przenieść kosz w inne miejsce a zupełnie pozmieniały mu się kolory :))
W rzeczywistości jest niebieski w wielu odcieniach tego pięknego koloru.


W poszukiwaniu lepszego światła kosz zawędrował aż na łóżko
a ja przesadziłam z "obróbką" techniczną ;)))

Na dnie przysiadł jeszcze jeden, tym razem samotny motylek.

Żegnam się więc z Wami tym razem delikatnym łopotem motylich skrzydeł. Może one przywołają wreszcie upragnioną wiosnę? Już jest jakby troszkę cieplej? U Was też?

niedziela, 7 marca 2010

Wyróżnienia puszczam w świat ...

Dostawać wyróżnienia jest bosko, że tak sobie lekko sparafrazuję linijkę piosenki Maanaamu. A pewnie, bo to cieszy, bo milutko łechce moją próżność, bo świadczy o tym, że ktoś tam po drugiej stronie komputerowego monitora czyta, ogląda, czasem komentuje. Dla takiego "młodego bloggera" jak ja każdy dopisujący się do stałych gości, każdy komentujący moje wpisy jest jak promyk słońca na zimowym niebie. Bo nawet jeśli zakładałam ten blog przede wszystkim dla siebie "ku pamięci", to miałam też nadzieję, że uchylone w ten sposób okno do mojego poukładanego świata przyciągnie spojrzenia myślących i odczuwających podobnie. I nie zawiodłam się. Blogi do których zaglądam to miejsca ciepłe, pełne życzliwości dla ludzi, pełne kreatywnych pomysłów na stworzenie swojego świata piękniejszym. Takie są, bo ich autorki są takie. Wy takie jesteście. Bez względu na to czy Waszą pasją jest haft krzyżykowy, scrapp czy decou-, czy spędzacie czas pielęgnując ogród, urządzając dom czy piekąc chleb robicie to z pasją, sercem i pięknie o tym opowiadacie. Dziękuję Wam za to, że jesteście, za to, że mogę zaglądać do waszych domów i pracowni, szukać tam inspiracji, motywacji czy po prostu relaksu. Dziękuję za komentarze, które są rodzajem rozmowy na temat podrzucony we wpisach i za emaile, które mile zaskakują i baaaaaaardzo cieszą. Jeszcze raz dziękuję też za wyróżnienia, które teraz z przyjemnością przekazuję dalej.

Otrzymane od Zielichy
...


...przekazuję dziewczynom, z którymi już po kilku zamienionych słowach poczułam prawdziwe "pokrewieństwo dusz". To Margott z "a wszystko co kocham" i Fila z "mojej prowansji".


Przyznany mi ostatnio niemal jednocześnie przez Ivcię z "Anioła z Zieleńca" i Margott z "a wszystko co kocham" ...



... przekazuje 10 blogom (bo taki jest wymóg tego wyróżnienia, ale serce boli, że nie mogę go przyznać wszystkim). Ivcia sprawdziła, że pochodzi ono z Białorusi, ja wyślę je między innymi za południową granicę.

Mam jeszcze wiązankę wyróżnień od Kaprysi i wierzcie mi, nie umiem już zdecydować komu ją przekazać. KAŻDY blog, który odwiedzam zasługuje by dostać taki bukiet i dlatego daję go wszystkim, których wpisałam sobie do Ulubionych.



Są Wasze.

A na koniec, tradycyjnie już, dedykuję Wam wszystkim przepiękny motyw muzyczny. To utwór jednego z moich ulubionych kompozytorów filmowych (i nie tylko) Shigeru Umebayashi z magicznego i hipnotyzującego obrazem i dźwiękiem filmu " Dom latających sztyletów". Miałam problem z wyborem pomiędzy krótką wersją instrumentalną z pięknymi obrazami z filmu a bardzo rozbudowaną sześciominutową wersją wokalną bez obrazków. Wybrałam złoty środek - sopran Kathleen Battle ilustrowany fragmentami filmu. Zapraszam do baśniowego świata.


sobota, 27 lutego 2010

Jest cudnie...

Tytułowe zawołanie jest moim mottem już od jakiegoś czasu. Bo choć w życiu bywają smutne chwile, trudne sytuacje, mniejsze czy większe kłopoty, choć psują nam humor źli ludzie, to kiedy popatrzę na siebie i mój mały świat mogę głośno i szczerze powiedzieć, że JEST CUDNIE! Dzisiejszy post rozwijał się w mojej głowie już od pewnego czasu. Bardzo chciałam pochwalić się pięknymi ozdobami, które ostatnio zamieszkały w naszym domu.

Dzięki talentowi Małgosi z "low flying angels"


i Mirelki ze "źródełka marzeń"



możemy codziennie cieszyć oczy prawdziwymi perełkami rękodzieła. Dobrze, że możecie obejrzeć te przedmioty także na Ich blogach, bo moje marne zdjęcia niestety nie oddają ich uroku. Dziewczyny! Jesteście mistrzyniami!

Jest cudnie!

A teraz spójrzcie, proszę na to urocze serduszko.

Czy widać jak jest pięknie ozdobione delikatną koronką, perełkami i szklącymi się lodem koralikami? Do tego jeszcze pachnie, bo wypełnione jest suszoną lawendą. To dzieło Marty z "neverending-story". Wzruszająca niespodzianka, bezinteresowny dar serca. Położyłam je na biurku tuż obok laptopa, żeby zawsze przypominało mi, że wokół nas jest więcej dobra niż zła. Dziękuję Ci Marto.

Jest cudnie!

Kaprysia z "kapryśnika" podarowała mi niedawno kilka wyróżnień. Zebrała je w zgrabny bukiecik, który oczywiście z przyjemnością i dumą umieszczę na blogu.


Dziękuję Ci Kaprysiu :)) Teraz tylko czeka mnie niewdzięczne zadanie wybrania kolejnych blogów, którym będę go mogła przekazać. Większość z Was już wie jak trudno jest podjąć decyzję, gdy każdy blog, który obserwujemy zasługuje na wyróżnienie. Ale dam radę :)

Jest cudnie!

Na koniec prezent, który przywędrował do mnie od kogoś bardzo bliskiego, a który teraz pragnę podarować wszystkim odwiedzającym mój blog. Ta cudowna porcja wzruszeń to sprawka trzech panów: Stinga (śpiewającego po francusku), Chrisa Botti (dzięki któremu trąbka nie kojarzy mi się już tylko z hejnałem z wieży Mariackiej i harcerskimi apelami ) i wreszcie francuskiego malarza symbolisty Gustave Moreau a raczej jego magicznego i alegorycznego, lekko mrocznego ale bardzo pięknego świata obrazów.

11.04.2011 - Niestety ta wersja zniknęła już z YouTube :(((( ta niestety odbiera sens powyższemu zdaniu, ale ...

Zamknijcie oczy. Dźwięki przeniosą Was nad Sekwanę. Wiosenny spacer wąskimi uliczkami Paryża? Chrupiący croissant i kawa? A może pyszna tarta i czerwone wino?



Czujecie to? Ja też. I dlatego mam znowu ochotę zawołać, że ...

Jest cudnie!