Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biżuteria. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2013

Wolna środa ...

9:00
Zrobiłam sobie wolny dzień. Bez planów na wyjazd, czy wyjście gdzieś konkretnie. Dzień na posnucie się z kąta w kąt i robienie tego, co mi przyjdzie do głowy. Żeby odetchnąć, żeby się zatrzymać, żeby niczego nie musieć. Żeby nie zwariować, żeby poczuć, że jestem i że mam jakieś inne życie niż to związane z pracą. Chociaż tak do końca od pracy nie uciekłam, nie umiem się całkiem wyłączyć i odciąć i troszeczkę doglądam "wirtualnie". Ale świadomość, że wcale nie muszę tego robić jest cudowna i bardzo odprężająca.

11:00
Z samego rana zagniotłam ciasto na jagodzianki. Myślałyście, że odpuszczę? W żadnym wypadku! Wciąż mam niedosyt i wciąż poszukuję smaku z dzieciństwa. Ciasto już urosło, właśnie podzieliłam je na małe porcje i zgodnie z sugestią Margarytki "zostawiłam do napuszenia", za kwadrans będę nadziewać... Dziś wypróbowałam ten przepis. Tym razem mąkę odmierzyłam z iście aptekarską precyzją, może dlatego ciasto dość długo kleiło się do rąk zanim uzyskało idealną konsystencję.

12:00
Czas jest jednak wielką zagadką. Wciąż pędzi jak szalony by nagle przystanąć ... na kwadrans ... niemiłosiernie długie piętnaście minut.

12:15
Kręcę lukier. Magiczna czynność. Zwykły cukier, zwykła cytryna, zwykła woda. Niezwykły, lekko kwaskowy smak, by zrównoważyć słodycz jagodowego nadzienia.


To jest to!!!! Udały się! :))) Są idealnie puszyste, trochę za słodkie, ale takie były jagody ze słoika.


Jestem z siebie dumna. Pierwszą połowę wolnej środy uważam za udaną. Druga, mam nadzieję, nie zepsuje tego wrażenia, choć zgodnie z planem ma być bardziej gospodarczo-porządkowa.

 17:00
Gdybym normalnie poszła do biura już bym była w domu po pracy. Teraz w biegu podgrzewałabym ulepiony wieczorem obiad a po nim, także pędem gnałabym na zakupy. Wszak jutro dzień wolny także dla sklepów, trzeba więc nakupić chleba, mąki, cukru itp. Czy w Waszej okolicy też widać u ludzi taki przedświąteczny przymus zrobienia zapasów na "dzień bez sklepu"? Tego się chyba nigdy nie oduczymy i na zawsze pozostanie w nas strach, że "chleba zabraknie". Korzystając z niespieszności wybrałam się dziś do Lidla dużo wcześniej niż zwykle, a i tak zastałam półki z pieczywem i lodówki z grillowymi gotowcami przetrzebione przez pierwszy poranny, czy przedpołudniowy szturm. Nie będę się wybielała, sama też nakupiłam więcej, niż potrzebowałam, zapomniałam tylko o  ... chlebie. 
Zanim jednak przyłączyłam się do tego rytuału wstąpiłam do mieszczącego się po w tym samym budynku Pepco. Rzadko odwiedzam ten sklep, bo odnoszę wrażenie, że prawie nic tam się w asortymencie nie zmienia. Dlatego im rzadziej bywam, tym większą mam szansę na jakieś odkrycie, zwłaszcza na półkach z wyprzedażą. Tym razem oko szperacza zawędrowało ku wieszakom z ozdóbkami i zatrzymało się na wisiorku-zegarku. Nie wiem czy pamiętacie, ale wisiorki i zegarki ( razem i z osobna) to mój bzik, nie mam ich nigdy dość i przyznam szczerze nie gardzę nawet egzemplarzami z pogranicza kiczu i tandety, jeśli tylko mnie czymś ujmą? W tym wypadku odezwał się we mnie pierwiastek męski, którego ostatnio odkrywam w sobie nadmiar  i najzwyczajniej w świecie rzuciłam się na "fajną laskę". Ikona kobiecego stylu i urody w wersji słodko seksownej czy seksownie słodkiej, kobieta, z którą łączą mnie niestety jedynie inicjały, czyli  boska Marylin Monroe. 



Mój egzemplarz jest grafitowy z czarnymi cyferkami i wskazówkami. Była jeszcze wersja w złocie, ale to nie mój styl. Drażnią mnie tylko te kolorowe wzorki, które widać na pierwszym zdjęciu. Pojawiają się tylko, gdy patrzy się na zegarek pod pewnym kątem i nie zauważyłam ich w sklepie, dopiero moja Ola-sroczka wypatrzyła "śliczne serduszka i gwiazdki" na szkiełku. No ale nie będę grymasić, mam śliczny biżutek za jedyne 15 złotych

Nie sądzicie, że będzie idealny do wąskich spodni i małego czarnego sweterka?


 
 
















19:00
Świadomość, że nic nie muszę sprawia, że chcę wziąć się za całkiem przyziemne zajęcia. Myję dwa okna, spoglądam zza czystych szyb na chylące się ku zachodowi słońce. Czy wiecie, że dzień jest już krótszy od najdłuższego o ponad godzinę?

22:00
Środa powoli dobiega końca. Wieczór spędzamy rodzinnie. Dobry film, lampka czerwonego wina, ciepłe światło świec i druty. Kolejny ciepły szal, który już dawno powinnam była skończyć, ale trzydziestostopniowe upały nie sprzyjały bliskim kontaktom z wełną.  




To był bardzo dobry, zwyczajny dzień. A jutro wszyscy leniuchujemy. Jak miło...


Dobrej nocy.


PS
22:30 - zostały cztery jagodzianki. Teoretycznie mamy jutro szansę na słodkie śniadanie dla każdego. Teoretycznie ;))

niedziela, 18 listopada 2012

Motywatorki ... czyli jak nie piszę, to nie piszę, ale jak już zacznę to nie mogę przestać

Kiedy praca zawodowa wiąże się bardzo ściśle z siedzeniem przy komputerze i kiedy jest to wielogodzinne siedzenie od bladego świtu do ciemnej nocy, powiązane z ogromną dawką stresu, to co tu dużo gadać, relaksu w komputerze już się raczej nie szuka. Aby odpocząć uciekam od niego, chociaż pokusa jest ogromna, bo blogi, bo inspiracje... Jednak nie mam siły na kolejne godziny z oczami wpatrzonymi w ekran. Oczy zresztą też powoli nie dają rady. Zwłaszcza przy tabelkach, maleńkich rubryczkach w których coraz częściej duże S wygląda jak 5 a 1 jak I...

Nie tylko oczy uświadamiają mi, że nie mam już 20 lat. Niestety...patrzę ostatnio w lustro z coraz większym przerażeniem. Strasznie się posypałam. To niewiarygodne jak bardzo widać na twarzy zmęczenie, brak snu, nieregularne posiłki, a często morze kawy zamiast nich. Włosy, paznokcie, cera... łykanie tabletek dostępnych bez recepty, niesystematyczne łykanie, nie daje widocznych efektów. Moja fryzjerka regularnie opieprza mnie za tę moją niesystematyczność, kiedy przy myciu włosów zgarnia z umywalki  całe ich garście. Załatwia mi jakieś extra tabletki do łykania, jakieś fiolki z miksturami do wcierania a mi zapału i "karności" wystarcza na tydzień. Ech! Szkoda gadać. Widzę, że znowu marudzę a ja tak bardzo nie lubię i nie chcę marudzić "publicznie".

Dobra, robimy błłłłłłł i zamazujemy jak Madzia Karwowska. Ktoś pamięta?

Motywatorki. O nich być miało i będzie. To one wyrwały mnie z mocy "demotów" i zmobilizowały do napisania znowu kilku słów. One, czyli Pantera i Shabby Shop postanowiły obdarować mnie tym oto wyróżnieniem. 



Chociaż za łańcuszkami wyróżnień, podobnie, jak wiele blogerek nie przepadam i nawet przez czas jakiś miałam na bocznym pasku banerek z informacją, że się w to nie bawię, to jednak miło mi się zrobiło, że choć blog mój powoli "rzęsą zarasta" (że skorzystam z powiedzonka Pani Michaliny Wisłockiej), że tyle mnie tu, co kot napłakał, to odnajdują mnie nowe osoby i nie dość, że chce im się rzucić okiem na moje wpisy, to jeszcze deklarują się jako obserwatorki i na dzień dobry obdarowują  komplementem. I to nie byle jakim... zagranicznym ;))) Dziękuję Wam moje drogie za to wyróżnienie, przyjmuję je z wielką radością i traktuję jak porządny,  pozytywny kopniak - motywator. Przede wszystkim jednak dziękuję Wam i pozostałym nowym obserwatorkom za to, że tutaj zajrzałyście, że przysiadłyście na moim wirtualnym niebieskim krzesełku i porozmawiałyście ze mną chwilkę, bo czymże jest każdy komentarz jak nie rozmową właśnie.

Wyróżnienie Libster Blog to nie tylko obrazek do wklejenia, ale też, a może przede wszystkim pytania, na które wyróżniony powinien odpowiedzieć. Potem należy komplet tych samych, lub własnych pytań puścić dalej w świat, co na końcu tego posta uczynię.

Jakie pytania zadały mi dziewczyny? Zacznę może chronologicznie od Pantery.

1. Jaką porę roku najbardziej lubisz?
Drogą eliminacji bez zastanowienia odrzucam zimę. Przy wielu okazjach pisałam, że jej nie cierpię. Mogłabym bez żalu obejść się bez śniegu, lodu i mrozu. A dom w ciepłym kraju, do którego mogłabym wyjeżdżać na tych kilka miesięcy w połowie października to jedno z moich marzeń. Ponieważ nie lubię skrajności, to także lato z upałami i miejskim kurzem nie jest moim ulubionym okresem. Zostają dwie pory roku o umiarkowanym klimacie. Obie lubię, jednak swoje naj- oddaję wiośnie. Za zapach powietrza w dzień marcowej odwilży, za pierwszą zieleń, która już nigdy potem nie jest taka czysta, za wspomnienie pierwszych fiołków zbieranych w rowie przy starym żydowskim cmentarzu i czapki zdejmowanej po kryjomu, gdy tylko znikałam z zasięgu wzroku mamy, za to uczucie lekkości, gdy pierwszy raz zamieniam kozaki na lekkie czółenka...

2. Czy mając nadmiar pieniędzy poprawiłabyś coś chirurgicznie w urodzie?
 No cóż...czas zrobił swoje. Są dni, gdy macham na to ręką, bo taka jest kolej rzeczy. Kiedy indziej użalam się nad sobą i mam ochotę tłuc lustra. Wtedy też powraca pokusa, by sobie coś, gdzieś wstrzyknąć. Na szczęście w totolotka nie wygrywam, majątku po dalekiej bezdzietnej ciotce nie dziedziczę, więc nadmiarem pieniędzy nie grzeszę, za to mam przy sobie kogoś, kto kocha mnie razem z moimi zmarszczkami i bruzdami. mam też internet i czasem oglądam zdjęcia tych, które sobie urodę "poprawiły". Ponieważ jednak kobieta zmienną i nieprzewidywalną jest, nawet dla samej siebie, to nie wiem co mi strzeli do starej, siwej głowy za rok czy za pięć lat...

3. Cel podroży marzeń.
I tu znowu mam problem, bo ja w sumie nie mam jakichś specjalnych pragnień związanych z podróżami. Przejść się po  skąpanym we mgle irlandzkim wrzosowisku, albo przejechać kompletnie pustą drogą, gdzieś na południu Stanów, z jak toczą się po niej niesione wiatrem kule nieznanej  mi z nazwy rośliny. I może jeszcze Paryż...tak... Paryż wiosną.

4. Osoba (może być już nieżyjąca), z którą chciałabym porozmawiać.
I znowu powrót do przeszłości... ludzie spotkani kiedyś...znajomi bliżsi czy dalsi. Jednym chciałabym powiedzieć 'przepraszam", innych znowu zapytać "dlaczego?".

5. Film stulecia to:
Niezmiennie "Pożegnanie z Afryką". Z wielu powodów.

6. Wschód, czy zachód słońca?
Nie ma dla mnie nic piękniejszego niż niebo tuż przed wschodem słońca. Niesamowita cisza w powietrzu i niemal wyczuwalne przez skórę delikatne drżenie powietrza, w chwili gdy pojawia się światło... Wschód, zdecydowanie.

7. Morze, czy jeziora?
Jeziora. Mają w sobie magię i spokój. Morza się boję, bo nie lubię nie widzieć brzegu. Nie mam w sobie nic z odkrywcy, więc nie inspiruje mnie tajemnicze "coś" za horyzontem. I nie ma znaczenia, czy to zimny Bałtyk, czy gorąca plaża nad Morzem Śródziemnym. A jeziora, to masa fajnych wspomnień, to pływanie kajakiem, to piwo ciągnięte za łódką na sznurku i ryba ze smażalni, to ognisko i spanie w namiocie, to wędrówki wzdłuż brzegu i łowienie raków (sto lat temu w Nidzkim jeszcze były)

8. Jaki poeta przemawia do Ciebie najlepiej?
Leśmian. Zawsze mnie niesamowicie wzruszał i rozczulał. W liceum nauczyłam się kilku wierszy na pamięć. "Dwoje ludzieńków" pamiętam do dziś.

9. Co chciałabyś koniecznie zobaczyć, zanim odejdziesz w zaświaty?
Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy, jest zbyt osobista, by ją tutaj ujawniać.

10. Czy chciałabyś wystąpić w filmie/na scenie?
Nie! Nie! Nie! Peszę się nawet wtedy, gdy zbyt długo przygląda mi się jeden człowiek a co dopiero wiele osób na raz. Przed kamerą, tak jak przed obiektywem aparatu spinam się i przestaję być sobą. 


A teraz pytania Ewy

1. Kot czy pies? - zdecydowanie kot

2. Chcieć czy móc? - chociaz przy każdej okazji powtarzam za Wojciechem Mannem "gdy czegoś nie wolno a bardzo się chce, to można" to jednak na co dzień  moje "chcieć" zbyt często kapituluje przed "móc", a raczej "nie móc"

3. Żółty czy zielony? - zielony, w niemal wszystkich odcieniach

4. Róża czy mak? - zawsze mnie ciągnie ku temu, co nietrwałe, delikatniejsze i słabsze. Dlatego mak.

5. Transfer czy decoupage? - nie próbowałam transferu, więc póki co decoupage

6. Romans czy kryminał? - najchętniej dobre połączenie jednego z drugim.

7. Miasto czy wieś? - tak szczęśliwie los mnie "umościł", że mam dwa w jednym.

8. Sok czy woda? - woda

9. Spódnica czy spodnie? - sukienka :)) kocham sukienki, chociaż w sytuacjach pospieszno-ekspresowych zazwyczaj wskakuję w dżinsy.

10. Szatyn czy blondyn? - im bardziej usiłuję sklasyfikować tak zwany "mój typ", tym mocniej jestem przekonana, że go po prostu nie mam. Sam Elliot jest siwy jak gołąbek a jest całkiem wysoko na mojej TOP10 ;))) Bo nie w kolorze włosów tkwi przecież to COŚ.

 

11 Narty czy łyżwy? - łyżwy


Jak zwykle mnie poniosło i niektóre pytania potraktowałam jako okazję do napisania czegoś więcej o sobie. Taki malutki zawoalowany ekshibicjonizm ;))) 

Pora na moje pytania...

1. Rumba czy walc?
2. Lot balonem czy skok na bungee?
3. Jakiej cechy charakteru nie lubisz u siebie najbardziej?
4. Przygoda z dzieciństwa, na wspomnienie której zaśmiewasz się lub płaczesz do dzisiaj.
5. Przełamać słabość, wygrać z nałogiem. Osobiste zwycięstwo, z którego jesteś najbardziej dumna.

A teraz mam wielką nadzieję na długie, pełne opisów i dygresji odpowiedzi od:



Jeśli ktoś z wymienionych nie ma ochoty na zabawę, to uszanuję brak odzewu, jeśli jednak zechcecie poświęcić kilka chwil na odpowiedź, to z wielką radością będę jej wypatrywać na Waszych blogach.

A już zupełnie na koniec, pochwalę się  biżuterią, którą popełniłam dla znajomej mojej znajomej. Miały być maki i na tym skończyła się podpowiedź, więc zrobiłam dwie wersje do wyboru. Mimo, że motyw jest letni, to wydaje mi się, że taka drewniana biżuteria świetnie pasuje do zimowych ciepłych swetrów. Mam nadzieję, że nowa właścicielka też tak uważa i że nie ciepnęła tych biżutków w ciemny kąt.









Tymczasem spokojnej końcówki weekendu Wam życzę. 
Odpoczywajcie tak, jak lubicie najbardziej.


P.S. Żadnego posta nie pisałam tyle czasu... ten powstawał ponad tydzień, więc wybaczcie mi jego długość.





sobota, 24 września 2011

Nie chryzantemy, nie wrzosy ...




Na przekór jesieni, na przekór wrzosowym fioletom i chryzantemowym burgundom myślami wciąż błądzę wśród maków i bławatków. Jednak maki owe już nie całkiem letnie, nie całkiem czerwone. Już je mgła poranna lekko przydymiła, już smużki pajęczych nitek oplotły, już wieczorne chłody jędrność płatkom zabrały. Nie odebrały im jednak urody, choć piękno to już jakby bardziej ulotne, nietrwałe.








Mam nadzieję jednak, że zatrzymane na drewnianym przedmiocie zostanie z kimś dłużej niż do pierwszych przymrozków. Koralik-wisior, jeszcze wczoraj zdobił opalony dekolt. Bransoletka dopasowywała swoją czerwień i zieleń do letniej, białej sukienki. Jutro jedno i drugie będzie się miękko ocierać o ciepły, czarny golf i długą, jesienna spódnicę. Kolczyki jeszcze pamiętają chłodny cień rzucany przez słomkowy kapelusz. Już niedługo wtopią się w oliwkowe tło dużego, ciepłego szala.

Ale jeszcze nie dziś... jeszcze nie teraz...



wtorek, 23 sierpnia 2011

Grasz w zielone?

Gram! Masz zielone? Mam?

Czy ktoś jeszcze wie skąd się wzięło to zapytanie? Jest na pewno starsze niż ja, bo pamiętam, że gdy Mama je powtarzała za moich szczenięcych lat, to już wtedy pachniało lamusem. My już nie grywaliśmy w zielone, ale jeszcze rozumieliśmy metaforę zawartą w tekście W.Młynarskiego. Moim dzieciom musiałabym to już wytłumaczyć... gdyby kiedyś, przypadkiem miały ochotę pochylić się nad tym tekstem. Tylko, czy to pokolenie "pochyla się" jeszcze nad jakimkolwiek tekstem? Nie mówię o poezji, takiej prawdziwej, ale nawet nad tekstem piosenki, którą słyszy z radia. Czy zastanawia się o czym ona mówi? Wątpię, zwłaszcza, że czasem, gdy słucham takiego "hitu" to mam wątpliwości, czy ten, który napisał tekst sam się nad nim pochylił. Czy on sam wiedział o czym pisze, czy może tylko liczył sylaby żeby pasowały do długości dźwięków?

Ja mam taką skazę, że wsłuchuję się w tekst i lubię podumać nad tym, co autor chciał przez to powiedzieć. A ponieważ teksty piosenek atakują mnie zewsząd, to nad nimi zdarza mi się głównie popastwić. Kiedy jeszcze pracowałam w biurze, miałam przyjemność przebywać te osiem godzin i pięć dni w tygodniu z bardzo fajnymi, inteligentnymi dziewczynami. Z nimi, a zwłaszcza z jedną Ewą, w przerwach pomiędzy plotkami o domu, dzieciach i zakupach (oczywiście w tym czasie klikałyśmy dzielnie w klawiaturki służbowych komputerów pchając nasz codzienny służbowy wózek zadań do przodu) rozbierałyśmy na czynniki pierwsze jakiś tekścik z mruczącego w tle radia. To była cudowna gimnastyka dla umysłu, gdy na podstawie bzdurnych czasami do bólu linijek budowałyśmy nowy sens i nową opowieść. Oj brakuje mi tego teraz bardzo, bo sama ze sobą to się już tak nie poprzekomarzam, sama siebie nie zainspiruję do spojrzenia na zdanie z innej strony, sama sobie nie podsunę pomysłu na ... Nie zapomnę jak wałkowałyśmy przez kilka dni popularny wówczas hit Moniki Brodki "Nawet mnie nie znasz" . Kto jest podmiotem lirycznym? Czy tajemniczy On, to on, czy może ten drugi, co z nią? No i te cudowne "lek przestanie trwać", "prawda rozstrojona" i śpiewanie do "innego niego" ... jakież to pole dla wyobraźni :))) Od razu dodam, że nic nie mam do Moniki B. i bardzo lubię jej słuchać i że to był tylko taki pierwszy tekst, który mi przyszedł dziś do głowy (tak sobie myślę, że mogło paść na Piaska, ale już niestety nie pamiętam jakim jego tekstem się wówczas zajmowałyśmy,wiem tylko, że był równie inspirujący).

Ale przecież ja nie o tym chciałam!!!!!

No właśnie! Bo może powinnam teraz zanalizować swoją pisaninę pod kątem pojawiających się nagminnie dygresji oraz dygresji do dygresji, nawiązań do skojarzeń i wtyków nagłych nie na temat, które powodują, że sam autor, czyli ja zapomina z jakiego powodu zasiadł do klawiatury. Bo ja chciałam z lekkim poślizgiem opowiedzieć o naszym niedzielnym spacerze. Oczywiście dzisiaj, po dwóch dniach poziom euforii związanej z tym wydarzeniem oklapł nieco i gdybym pisała na gorąco, zaraz po powrocie do domu, to tych ochów, achów i wow-ów byłoby więcej a tak... A tak będzie jak będzie, raczej już tylko w tonie kronikarskim, ku pamięci (mojej , bardzo dziurawej). Wszystko oczywiście przez tą całą blogową "linię technologiczną", a zwłaszcza przez zdjęcia. No bo przyznasz, że ściąganie zdjęć z aparatu na komputer, zapisywanie, wybieranie odpowiednich ujęć z miliona pięćset stu dziewięćset, które robimy (na wszelki wypadek), zmniejszanie ich i fotoszopowanie (tu ramka, tam szlaczek) i ... zamiast przyjemności przelania na monitor wrażeń i przeżyć mamy żmudną robotę edytorską. Przynajmniej dla mnie żmudną, bo ja niestety drygu do fotografowania nie posiadam, ustawieniami w aparacie się nie ekscytuję, uparcie używam tylko jednego "obrazeczka" na pokrętełku, który oznacza NIECH SIĘ TA CHOLERNA LAMPA NIE WŁĄCZA! no i zdjęcia mam jakie mam. A do postu to i te byle jakie by się przydały, bo tekst bez obrazków jest jakiś taki pustawy. A że niechęć do obróbki jest większa niż potrzeba pisania bloga to i posty coraz rzadsze i jeśli chodzi o wydarzenia opisywane, lekko przeterminowane.

No dobrze, ale ja znowu zbaczam a tu owo tytułowe "zielone" czeka. No bo "zielone" jest tyleż przypadkowym co wspaniałym efektem wyprawy na Rynek Główny, na którym już od paru dni trwają XXXV Targi Sztuki Ludowej. Sztuka mniej lub bardziej ludowa, rękodzieło przeróżne na kilkudziesięciu straganach wystawiane to pokusa wielka i MUSIAŁAM tam być. Dlatego ku niezadowoleniu małolatów, które zdecydowanie wolały basen i przy średnio euforycznym, ale jednak poparciu Małża pojechaliśmy na Rynek. Ja oczywiście od razu zanurkowałam między stragany by popatrzeć, nasycić się i zainspirować po prostu . Z ilości budek można było wywnioskować, że najbardziej popularnym rękodziełem wśród twórców ludowych jest ... pandorkowa biżuteria :) Stoisk z ową biżuterią i półproduktami było więcej niż garncarzy, wikliniarzy i tkaczy razem wziętych. Ale kto powiedział, że artysta ludowy to musi być koniecznie babunia z szydełkiem albo wąsaty rzeźbiarz z dłutkiem, nieprawdaż? Sama też wypatrywałam stoisk z dekupażem spodziewając się, że i ten rodzaj twórczości ludowej znajdzie się na targach. Był, owszem, całe dwa stragany. Jeden bogaty w różne różności, herbaciarki, skrzyneczki i pudełeczka. Motywy serwetkowe znane, ale podane bardzo fajnie i przede wszystkim porządnie wykończone - widać że były szlifowane, dopieszczane i lakierowane wiele razy. Drugie stoisko, to kompletna amatorszczyzna - takie decou- to potrafi robić moja Ola - troszkę farby (ponoć przecierki !!!), główka aniołka i bejca. Ani grama lakieru i zadry na palcach od samego trzymania. O cenę nie pytaj... ludzie cenią swoją pracę, oj cenią.

Pobuszowałam też troszeczkę w dekupażowej biżuterii, bo chociaż sama sobie potrafię zrobić kolczyki czy bransolkę, to jednak czasem mi oczy wychodzą z zachwytu nad niektórymi motywami. Prawie kupiłam piękne duże kółka z motywem podobnym do tych, jakie ostatnio pokazywała Noa TUTAJ !!. Te wielkie oczy i ta melancholia wypisana na twarzy. Ale nie kupiłam, bo moja córcia całkiem na głos uświadomiła mi, że chyba lepiej będzie jak sobie kupię coś, czego sama na pewno nie zrobię i pokazała mi stoisko z biżuterią ceramiczną. Po kim to dziecko jest takie rozsądne? No nie mam pojęcia.
W każdym razie odłożyłam już prawie moje kolczyki i poszłam za dzieckiem. Oj miała malutka czuja, miała. Od razu rzuciły mi się w oczy kulki na długich biglach w niesamowitym odcieniu zieleni. Całkiem proste, ale miały w sobie to COŚ, co sprawiło, że po przymiarce przed małym lusterkiem już zostały na moich uszach.



Przy okazji stworzyły taki komplet-nie-komplet z moim ulubionym pierścionkiem. Świetnym tłem dla nich wydają się być surowe w kolorze domki od Jolanny.


A tak przy okazji...
Pierścionek kupiłam dawno temu przez internet. Może na allegro, może w jakiejś galeryjce... nie pamiętam. Pamiętam tylko, że to była miłość od pierwszego wejrzenia i do dziś robi na oglądających duże wrażenie swoim nietypowym kształtem i kolorem. Jeszcze mi się wtedy nie śniło blogowanie i nie miałam pojęcia o istnieniu tylu fantastycznych dziewczyn robiących biżuterię. I tak się czasem zastanawiam. Może ktoś, kto tu zagląda rozpozna w nim swoje dzieło.


Strasznie długi ten mój dzisiejszy post, ale powiem Ci, że to jeszcze nie koniec spaceru i nie koniec zielonych zdobyczy. Bowiem z drugiej strony Sukiennic, obok kościółka Św.Wojciecha rozlokował się targ staroci. No to skoro już tam byłam... wiadomo. Trzeba było chociaż rzucić okiem. No to rzucałam, bo na więcej nie pozwalały niestety wybujałe żądania cenowe sprzedawców. Pomacałam, powzdychałam i odkładałam z bólem serca. Do czasu aż... No właśnie. Do czasu aż okiem swoim sokolim dostrzegłam coś, co mnie najpierw wmurowało w ziemię, potem kazało łapką po siebie sięgnąć. Rzecz magiczna, bo od pierwszego spojrzenia nań (i to nie jest żadna figura stylistyczna) słyszałam bardzo wyraźne CZEKAM WŁAŚNIE NA CIEBIE. Wiem, że to głupio zabrzmi, ale od samego początku miałam dziwne uczucie, że to, co trzymam w ręku już kiedyś do mnie należało. Wyglądało znajomo a ja czułam coś jakby radość z odnalezienia zguby. Nie wiem, czy to mój Tata miał kiedyś dokładnie taki zegarek, czy ktoś inny, na tyle ważny, że ten zielony cyferblat tak bardzo wbił mi się w pamięć. A może w poprzednim wcieleniu nosiłam go na ręce. Niesamowite uczucie deja vu w stosunku do kawałka starego przedmiotu.


Tysiąc osób wyrzuci zdezelowany grat do śmieci, kilka odnajdzie w nim inspirację i zamieni w coś pięknego, jedna odzyska zaklęte w zieleni niejasne wspomnienie czegoś dobrego.

I to by było na tyle... Jesteś tu jeszcze? Nie zanudziłam Cię? Wiem, było długo, ale czasem po prostu nie umiem inaczej. Na zakończenie jeszcze kilka dźwięków. Wydają się pasować...






niedziela, 7 sierpnia 2011

z tęsknoty za latem...

Świadomie i bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia większość dzisiejszego dnia spędziłam w ogrodzie, zatopiona w lekturze, zmieniając tylko kubki z kawą i pozycję na ławce, żeby to niesamowite, wielkie i gorące słońce równomiernie wygrzało i chociaż troszeczkę opaliło moje blade ciało. Gdyby nie osy i komary, które niestety po ostatnich deszczowych dniach mocno się uaktywniły,to byłoby wręcz idealnie, ale i tak do ideału było blisko. Spoglądając spod ciemnych okularów na ścianę zieleni jaka otacza nasz dom i na kwitnące wokół kwiaty przypomniałam sobie, że w aparacie mam zdjęcia dekupażowej biżuterii, którą malowałam przez cały lipiec. Za oknami było szaro, krople deszczu spływały po szybach a ja tak bardzo tęskniłam za kolorem, za słońcem, za prawdziwym latem. Zupełnie intuicyjnie powstały więc bransoletki i kolczyki pełne barw, kwiatów i motyli. Takie, które można założyć do białych, falbaniastych spódnic i małych bluzeczek, do jednokolorowych sukienek, ale też do jasnych dżinsów i prostego topu. Dziewczęce, wesołe, prawdziwie wakacyjne.




Biżutki te cieszą mnie podwójnie, bo ... szklą się, błyszczą i połyskują !!!! Do tej pory używałam tylko lakierów akrylowych, wodnych, cudownie bezzapachowych ;). Wszystko ślicznie, ładnie, ekologicznie, ale brakowało mi tego efektu. W końcu przełamałam się, kupiłam poli-śmierdziucha, rozpuszczalnik do czyszczenia pędzla i wreszcie mam to, do czego wzdychałam oglądając pięknie wykończone przedmiociki na blogach bardziej doświadczonych dekupażystek. Oczywiście musiałam uciekać z lakierowaniem do ogrodu, bo wszyscy zaczynaliśmy niebezpiecznie "odlatywać", oczywiście zmarnowałam najlepszy pędzel, ale wszystko to nic wobec efektu. Mam nadzieję, że widać to choć troszkę na moich zdjęciach.








A teraz jeszcze jeden powód mojej radości i dumy. Wisior..., to znaczy prawie wisior. Na razie jest to po prostu kulka (wielka kulka), bo zabrakło mi i rzemyków i ładnych tasiemek i zakończeń do zawieszek. Ale proszę uruchomić wyobraźnię. W produkcji są już kolejne okrąglaski, w drodze (mam nadzieję) zamówione półprodukty, więc niedługo będę mogła się znowu pochwalić wisiorem wiszącym. Może nawet na człowieku ;)))

A poniżej komplecik, który z kwiatkami ma związek mocno umowny, chociaż w obłych kształtach i zakrętaskach można się jakowegoś stylizowanego kwiecia dopatrzeć. Inspiracją dla stworzenia tego zestawu było jakieś "pudelkowe" zdjęcie celebrytek X i Y ubranych ( o zgrozo!!!) w identyczne sukienki o takich mniej więcej kolorach. Dramatyzm owego wydarzenia nie tkwił bynajmniej w odważnym zestawieniu oranżu z różem, ale w "straszliwym" fakcie pochodzenia sukienki z popularnej sieciówki. Nie zawracając sobie głowy udziałem w pasjonującej sondzie "Która z pań wyglądała w owej kreacji gorzej? " wyciągnęłam z szuflady serwetkę w najmodniejszych kolorach sezonu i machnęłam komplet biżuterii niekoniecznie dla bywalczyń bankietów z okazji otwarcia nowego butiku w "stolycy".




A teraz chyba znowu wyciągnę biżuteryjne golaski i kolorowe serwetki i będę zaklinać ładną pogodę, bo niestety po pięknym, słonecznym dniu przyszedł chłodny wieczór, chmury i ... a to niespodzianka ... deszcz. :((( No cóż, chyba nie dane nam jest lato tego lata. Mimo wszystko miłego tygodnia wszystkim życzę.

poniedziałek, 16 maja 2011

Ale jestem ...


Aż się boję napisać, że wszystko wraca do normy, bo chociaż nie jestem przesądna to jednak nie chciałabym zapeszyć. No to tylko tak cichutko szepnę zainteresowanym i zaniepokojonym moim milczeniem (nie tylko na blogu), że moje życie wskoczyło już na normalne tory, "pociąg" zwolnił do standardowej dla mnie prędkości i znowu zamierzam poukładać sobie moją codzienność tak, by wystarczyło w niej czasu i na pracę i na dom i na przyjemności. A jeśli przyjemności to oczywiście decou-. Stara stolnica, która jest moim "warsztatem" wróciła z całym bałaganem puszek, słoiczków miseczek itp. na honorowe miejsce w salonie i pewnie zostanie tam przynajmniej do kolejnej "oficjalnej" wizyty. Bo ci mniej oficjalni goście i tak zwykle przesiadują w kuchni nie zwracając uwagi na biurowo-warsztatową stylizację za ścianą.
Rzuciłam się więc na decou jak zgłodniały rekonwalescent na pierwszy po szpitalnej diecie obiad. Od razu dwa spore przedmioty, ale na razie sza!, bo to niespodzianki. Pochwalę się nimi jak tylko dotrą na miejsce. W kolejce czekają następne lusterka i komódki, bo w przypływie euforii i "wolności" pojechałam do IKEI i skusiłam się na promocyjna ofertę - sklejkowa komódka z czterema szufladkami za niecałe 20 zł to prawdziwa okazja. Na razie nie mam na nie jakiegoś konkretnego pomysłu, lubię mieć takie "golaski" pod ręką i czekać na inspirację. Niektóre przedmioty czekają bardzo długo na swój czas, ale ja tak wolę, bez pośpiechu, bez presji terminów...pomału.

Przy okazji czyszczenia komputera z niepotrzebnych foto-śmieci odnalazłam kilka przedmiotów, których nie pokazywałam na blogu.
Zdjęcia poniżej można by podpisać jednym zdaniem - " z jednej serwetki, czyli szkocka oszczędność", bo do oklejenia tych wszystkich drobiazgów zużyłam tylko jedną serwetkę. Zazwyczaj nie wyrzucam nawet małych skrawków i ścinków, chowam je w osobnym pudle i każdą nową pracę zaczynam od grzebania w tych maleństwach. Szkocka, czy poznańska natura odzywa się we mnie najbardziej, gdy mam pojedyncze egzemplarze serwetek, no bo jak kupuję całą paczkę to i zamach przy wycinaniu mam jakby szerszy. :))) A tę serwetkę miałam tylko jedną. Powiem jeszcze, bo chyba nie zrobiłam tego wcześniej, że dostałam ją od wspaniałej dziewczyny. Marta, autorka bloga Deco-pasja zorganizowała u siebie candy, którego nie wygrałam, ale w ramach "podziękowania za podziękowanie" zostałam obdarowana całym pakietem rozmaitych serwetek i co ciekawe ani jednej nie miałam w swoich niemałych w końcu zbiorach. Dziękuję Ci jeszcze raz Martusiu za piękny gest.

A wracając do serwetki, to kiedy po raz pierwszy podeszłam do niej z nożyczkami za oknami była bardzo wczesna i bardzo szara wiosna. A mi się już tak bardzo chciało słońca i ciepła...
No więc na pierwszy ogień poszło serducho do zawieszenia gdziekolwiek, byle w zasięgu spragnionego kolorów wzroku.


Po wycięciu serduszek zostało jeszcze troszkę serwetki na zakładkę,


a potem okazało się, że wystarczy jeszcze na bransoletki (cieniutkie, ale za to dwie) i kolczyki do kompletu.



Gdybym się uparła, to jeszcze bym ze ścinków wymodziła wisiorek, ale się już nie upierałam :)))).


A potem zaświeciło słońce i mogłam zrobić tym cudnym kwiatom sesję zdjęciową w plenerze. I takiego słońca Wam życzę na nadchodzące dni, bo maj nas w tym roku jakoś nie rozpieszcza.