Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty/szydełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą druty/szydełko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 lutego 2015

Piątunio ...

Kocham ten czas! Wiem, wiem, już to mówiłam. Jestem mało oryginalna i do znudzenia powtarzalna. Mam świadomość, że nie ja jedna wyczekuję piątkowego popołudnia, by wyskoczyć na tych kilka popołudniowych i wieczornych godzin ze sztywnego gorsetu obowiązków, terminów, spraw do załatwienia, rozmów do wykonania, pism do napisania i wreszcie odetchnąć. Zatrzymać się, zapomnieć o słowach "muszę" i "trzeba", przełączyć się na niespieszność, zająć czymś niekoniecznym.   

Piątkowy wieczór ... piątunio...

Przebierając się po powrocie do domu w wygodny dres, zamieniając ciężkie buty na ciepłe wełniane skarpety i zwijając włosy w niestaranny kok czuję, że wchodzę w tryb weekendowy. Zmywam makijaż ... niepotrzebny już dzisiaj element "przebrania" dla świata. Włączam radio ... dziś listę przebojów prowadzi Marek Niedźwiecki... cudowny, kojący głos... otwieram wino ... Czuję jak stres i zmęczenie spływają z moich barków, napięte mięśnie rozluźniają się. Nic nie muszę a tyle mogę  ... przeczesać internet, poszukać  przepisu na foccaccię ... jutro zrobię na kolację, zajrzeć na Wasze blogi, wybrać film na jutrzejszy wieczór, wyciągnąć z kosza włóczkę i zrobić kolejny kwadrat ...

Bo znowu dopadła mnie kwadracikowa epidemia. Tym razem padło na zwykłe, proste kwadraty " z iksem". A chciałam tylko sprawdzić, czy rzeczywiście tak szybko się je robi. I wpadłam. W zeszłą sobotę zrobiłam kilkanaście. Dziś mam trzy razy tyle. Jeszcze nie wiem po co je robię, już wiem, że jeszcze dwa-trzy kolory muszę dodać. Będzie taki "pstrak" w moich kolorach - oliwkowy, brązowy, szary, zgaszony turkus... Zszywanie mnie zapewne dobije, ale na razie o tym nie myślę, na razie robię kolejne elementy. 





I chociaż jest już po północy, to jeszcze nie pozwalam nadejść sobocie. Dopóki nie zasnę trwa piątek... piątunio. Trwaj chwilo, trwaj, jesteś taka piękna ...

 Zostawiam Was w tym nastroju z kolejnym utworem z najnowszej płyty Voo Voo "Dobry wieczór" . 
"Gdybym" ... taki prosty tekst, a taki wielki.

https://www.youtube.com/watch?v=aJL8_72XWik

Jakież to magiczne! Niech ta magia towarzyszy Wam w dzisiejszych snach.
Dobrej nocy moi mili...

sobota, 13 grudnia 2014

Czy to na pewno grudzień...?

Chudy kalendarz na ścianie pokazał dziś kartkę z trzynastką. Chudy, bo już niewiele mu zostało życia. Wszak grudzień... połowa grudnia nawet. Za jedenaście dni Wigilia ... widać już ten przedświąteczny pośpiech. W sklepach tłumy. Ludzie pchają wózki pełne po brzegi, dźwigają siatki wypchane prezentami. Z głośników płyną już "dżinglebelsy" i "merrychristmasy", pachną suszone śliwki ... rozpylają ten zapach w sklepie, czy tylko mi się zdaje? Aniołek z wielkimi styropianowymi skrzydłami sprzedaje opłatki. To wszystko ma w nas budować nastrój radosnego oczekiwania na ciepłe, rodzinne, pełne samych pozytywnych emocji Święta. Czy skutecznie? Nie wiem. Może byłam jakoś szczególnie wyczulona, ale mam wrażenie, że widziałam dziś więcej niż zwykle par kłócących się wśród sklepowych alejek. On z miną męczennika pchający wózek, Ona pędząca przed nim z amokiem w oczach. On ma wyraźnie dość, Ona ma dość, że On ma dość i nawet nie próbuje tego ukrywać. Padają słowa na k ..., nie ma znaczenia, że inni ludzie oglądają się słysząc podniesione głosy. Jest pośpiech, nerwy i wzajemne pretensje. Za jedenaście dni przy pięknie zastawionym stole przełamią się opłatkiem i złożą sobie piękne życzenia. Dziś Ona myśli tylko o tym, czy zdąży kupić, ugotować, sprzątnąć, ogarnąć. On marzy o tym, żeby już wyjść ze sklepu...  

Dzisiejsza pogoda (przynajmniej w Krakowie) nie sprzyjała wczuwaniu się w klimat Bożego Narodzenia. Bliżej jej było Wielkanocy. To pewnie zasługa Aleksandry, która całą swą siłę i grozę zostawiwszy na Pomorzu do nas przyniosła prawdziwie wiosenne ciepło. Wykorzystałam to, by zrobić ostatnie porządki w ogródku. Zgrabiłam ostatnie liście, obcięłąm malwy, które trwały w kwitnieniu aż do pierwszych dni grudnia, pomyłam i poskładałam puste donice. I to wszystko w bluzce z krótkim rękawkiem i okularach przeciwsłonecznych. Jak tak dalej pójdzie, to do naszych prawnucząt Mikołaj będzie przyjeżdżał nie saniami zaprzęgniętymi w renifery, ale na rowerze. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko temu. :)))

Ostatnie promienie słońca wykorzystałam, by strzelić kilka fotek kolejnej poduszce, która w porównaniu z poprzedniczką powstała w ekspresowym tempie. Z racji miesiąca powstania została nazwana "grudniową".




 Trochę inny przód, trochę inny tył, ale razem tworzą zgrany duet.
 




A w kolejce czeka trzecia siostra, tym razem  o afrykańskich korzeniach ;))) Mam już trochę tych elementów i  pomysł, żeby tym razem była to poduszka okrągła.  Jak wszystko dobrze pójdzie pojawi się na blogu już w styczniu.


  Tymczasem wypijam ostatni łyk wina...rzucam ostatnie spojrzenie na listę ulubionych blogów i zamykam drzwi z napisem "sobota"... kolejna, która minęła zbyt szybko. Miłej niedzieli moi drodzy. Otulam Was kojącym głosem Leonarda Cohena. Odpoczywajcie!

 https://www.youtube.com/watch?v=-6B2E337aDc
 
P.S. Muszę to napisać. Obejrzałam sobie wczoraj "Sierpień w hrabstwie Osage". Może to nie jest najlepszy film na czas świątecznych spotkań z rodziną (zwłaszcza tą rzadko lub niechętnie odwiedzaną), ale jest piękny, prawdziwy i wart zauważenia. Nie wiem dlaczego reklamuje się go jako tragikomedię, ja zaśmiałam się na nim chyba tylko raz. Jest gorzki, prawdziwy i zmusza do zastanowienia nad sobą  i swoimi relacjami z bliskimi. I po raz kolejny udowadnia, że Meryl Streep wielką aktorką jest. I Julia Roberts też.  A Dermot Mulroney... ach, jak on mi się kiedyś podobał! Polecam Wam bardzo, ale może dopiero po Świętach ;))

niedziela, 30 listopada 2014

listopadowa...

Miałam nadzieję...
... że uda mi się zrobić przynajmniej dwie szybko i bez komplikacji,
... że pokazując je tutaj "odczaruję" tę blogową niemoc, jaka mnie dopadła jesienią,
... że wrócę do siebie i do Was, bo Was też zaniedbałam (ale nie zapomniałam)

... niestety

Listopad to nie jest dobry czas na planowanie odpoczynku, relaksu i niespieszności. Listopad, grudzień, styczeń to gorący czas w mojej branży. Patronują mu pośpiech i stres. Paradoksalnie, im bliżej świąt, im głośniej brzmią w mediach radosne dzwoneczki i nawoływania do bliskości i miłości, tym więcej nerwów i złych emocji w słuchawce telefonu i w mailowej poczcie. Zaborczo atakują nas przez osiem "biurowych" godzin , a potem, zamiast pozostać w szufladzie, zamknięte do rana na klucz podstępnie pchają się do auta i jadą z nami do domu. Te bardziej złośliwe, budzą w środku i tak zbyt krótkiej nocy, szaleją w głowie, przyprawiają o kołatanie serca i niemal fizyczny strach przed kolejnym dniem. W takich momentach zazdroszczę tym, którzy potrafią odciąć się, nie brać wszystkiego tak osobiście do siebie, robić co trzeba w pracy ale po ośmiu godzinach wyjść nie tylko fizycznie, ale też mentalnie z biura i po prostu ŻYĆ. Jestem zadowolona, jeśli uda mi się w ciągu tych kilku godzin po pracy "ogarnąć" tę przyziemną codzienność na tyle, by nie gromadzić sobie zaległości. Uprać, uprasować, posprzątać jako tako. I jeszcze choć kilka zdań zamienić z dziećmi, żeby wiedzieć, co u nich... Bardzo się przydaje umiejętność robienia kilku rzeczy na raz ... oko maluję przegryzając kanapkę, w wannie przepytuję Młodą przed klasówką.  I odliczam dni do weekendu. Do piątkowego wieczoru. Wtedy zwalniam... przyhamowuję... jestem sama ze sobą, dla siebie. Święty czas. 
 

 

  lubię wino z kostką lodu ... 
 

  

W normalnej rzeczywistości taką poduszkę zrobiłabym w jeden dzień, no może dwa. Zrobienie tej zajęło dokładnie miesiąc. Nazwę ją więc "listopadowa". 
 

 przód z babcinych kwadratów w kolorze zgaszonej zieleni i spokojnego brązu

 tył spokojny, słupki dziergane w poprzek

W koszyczku czekają zaczęte i porzucone elementy drugiej, bliźniaczej kolorystycznie. Jeśli się uda, skończę w grudniu. 



Chciałabym. 

I jeszcze bym chciała częściej tu zaglądać.
I do Was też częściej ... nie tylko zaglądać, ale rozmawiać z Wami w komentarzach.

I odpisać wreszcie na te listy nieodpisane.

Chciałabym.



Marketa Irglova "This Right Here"  https://www.youtube.com/watch?v=N1eotn3hWGQ

Boże...jakie to piękne!!!!

czwartek, 30 października 2014

Chyli się październik ...

Chyli się październik, że tak mało odkrywczo zacznę ten post. Chyli i ku końcowi zmierza. Jakoś tak szybko minął, podobnie jak poprzednie miesiące. Postrzeganie tempa upływu czasu wzrosło mi tak gdzieś od kwietnia, kiedy to zachłysnęłam się radosną świadomością, że zima poszła precz, że już i słońce i zieloność i wieczory długie i ciepłe. I cieszyłam się na myśl o ogrodzie wychodzącym z burej, smutnej nijakości i o długich z sąsiadami rozmowach pod gwiazdami i o jasnych porankach, gdy wstawanie do pracy aż tak nie boli... 
Nie wiedzieć kiedy świeża zieleń ustąpiła zieleni ciemniejszej nieco, lekko przybrudzonej a potem, mam wrażenie, że w mgnieniu oka wszystko stało się pomarańczowe, czerwone i żółte, a zaraz potem łyse  i co? I znowu zima za pasem. Listopad, to chyba najokropniejszy miesiąc w roku. Nie znajduję w nim niczego, co by mogło powodować, że mogłabym myśleć o nim z przyjemnością.  Ciemne poranki, jeszcze ciemniejsze wieczory, zimno, mokro, wietrznie. Smutek pogody na zewnątrz człowieka przekłada się na równie smutne i ponure nastroje w jego wnętrzu ze szczególnym uwzględnieniem samego ducha. Melancholia włazi w człowieka i sporo się trzeba nagimnastykować, żeby ją choć na chwilę przegonić. Od listopada więcej jem (nie tylko czekolady), więcej piję, staję się bardziej podatna na smuteczki. I tylko co rano, wysuwając stopy spod ciepłej kołdry powtarzam sobie "byle do wiosny, byle do wiosny ...", z taką mantrą jakby łatwiej.

Choć po zszyciu milionapięćsetstudziewiećset kawałków pledu zarzekałam się, że nigdy więcej takich robótek, to wytrzymałam w postanowieniu ledwie tydzień. Ostatniej niedzieli nosiło mnie już tak bardzo, tak mnie łapki swędziały a kosz z włóczkami niemal na środku pokoju stojący krzyczał wielobarwnym wnętrzem, że poległam. Oczywiście bez specjalnego planu, ot, chciałam zobaczyć jak będzie wyglądało połączenie kolorów. Powstał jeden babciny kwadracik, potem drugi, trzeci, kolejne... do wieczora pół poduszki było gotowe. W międzyczasie i projekt sensowny w głowie zaświtał - kilka poduch o różnych kształtach i różnymi wzorami, ale w jednej kolorystyce. Kanapa w domowym biurze straszyła od dawna pustką brązowego obicia, dostanie więc trzy-cztery poduchy w kolorach jeszcze październikowych.

Zdjęcia "we wnętrzu" pokażę i o szczegółach opowiem, gdy już całość będzie już gotowa, tymczasem, jako zajawka pierwszy, dziewiczy kwadrat, który załapał się na ostatnią chyba w tym roku sesję w ogrodzie.


Od niedzieli Kraków tonie we mgle. Od świtu do nocy. Jedyny plus to cisza nad dachem, bo większość przy- i odlotów z Balic została odwołana. Strach się wzbijać w niebo, ale i po ziemi wieczorem strach jeździć. Mleko takie, że kiedy wczoraj musiałam pojechać do sklepu, to mój Małż, który shoppingu nienawidzi jak pewnie trzy-czwarte przedstawicieli jego płci zaproponował, że mnie zawiezie "no bo jak ty taka ślepa pojedziesz?..." No fakt, nawet w okularkach na nosie nie czuję się zbyt pewnie za kółkiem mglistą nocą, dlatego już nie zgrywam chojraka, tylko pozwalam się wozić. A do okularów powoli przywykam i już nawet rozpoznaję tę kobietą, która mi czasem mignie w szybie mijanych witryn sklepowych. Czasami się do niej uśmiechnę a ona mi nawet ten uśmiech odwzajemnia. Cóż mi pozostaje? Jeśli nie mam na coś wpływu, to muszę to przynajmniej zaakceptować, a z czasem, kto wie, może nawet polubić.

A skoro o polubieniach mowa, to podzielę się z Wami moim ostatnim muzycznym "polubieniem". Znam Go od dawna, jeszcze z koncertów w klubach studenckich, gdy oboje byliśmy o te niemal trzydzieści lat młodsi. Cenię za lekkość z jaką wymyśla teksty proste, a mądre jednocześnie, tą taką nienachalną, niewydumaną mądrością "zwyczajnego człowieka". Oczarował mnie ostatnią swoją piosenką, zapowiedzią najnowszej płyty.
"Kup sobie psa" Piotr Bukartyk ... posłuchajcie na dobranoc.


Nie żebym nie chciał cię znać
Albo że kładę się spać
No to mów:
Co takiego stało się?

Bo wyobraźni mi brak
By nagle uznać za fakt
Że ot tak
Przypomniałaś sobie mnie…

Co do mnie: tak, jestem sam
I nawet dobrze się mam
Wierz lub nie, poradziłem sobie z tym
Już chyba wiem czego chcę
Niczego nie mam za złe
Bo co złe, ulotniło się jak dym

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Nawet nie nudzę się zbyt
Jest tyle książek i płyt
Minie wiek, zanim przebrnę przez to sam
Na szczęście czasu mam w bród
W lodówce wódka i lód
A mój pies lubi słuchać, gdy mu gram

I możesz mówić co chcesz
Że ja skrzywdziłem Cię też
Zgodzę się, dziś już stać mnie na ten gest
A nim zgorzkniejesz do cna
Też radzę: kup sobie psa
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest
Z nami zaś, niech zostanie tak jak jest

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl

Dzwonisz bo nie najlepiej Ci ze sobą
Pytasz czy pobyć ze mną mogłabyś
Kiedyś tyle bym dał by mieć Cię obok
Dzisiaj wiem, że to nie najlepsza myśl 
Nie najlepsza myśl
 

https://www.youtube.com/watch?v=oOe841OpJCg

Na zakończenie mam jeszcze pytanie do blogerek z Bloggera. Od kilku dni bowiem przestał mnie nachodzić anonimowy spam. Nie, żebym narzekała, bo regularne sprzątanie tych śmieci, zajmowało mi dobrą chwilę i nieźle wkurzało. Zastanawia mnie tylko, czy to jakaś ogólna akcja Bloggera blokująca dostęp spamerów do blogów, czy po prostu mój blog jest tak nieciekawy, że nawet chińscy sprzedawcy środków na potencję przestali go odwiedzać ;))  Niczego nie zmieniałam w ustawieniach, nie włączałam moderacji ani nie ograniczałam dostępu dla wpisów anonimowych (nie wszystkie wszak anonimy to spam). Czy zauważyłyście to samo u siebie?

niedziela, 19 października 2014

Pled, którego miało nie być ...



 Czy ktoś jeszcze pamięta, szaroniebieskie "african flowers", którymi chwaliłam się w jednym z postów? Pewnie nikt. I nic dziwnego, sama musiałam zerknąć do archiwum, żeby sprawdzić kiedy dokładnie zaczęłam je robić. Było to w ... lutym, dziesięć miesięcy temu.

23 lutego 2014 roku napisałam, że wracam do szydełkowania i pokazałam Wam kwiatki, które miały się stać wiosenną chustą. No cóż... jak się pewnie domyślacie chustą wiosenną się nie stały. W międzyczasie zaświtał mi bowiem pomysł, żeby może pójść dalej i zrobić mały pledzik do przykrycia kolan w czasie letnich, nocnych posiadówek w ogrodzie. Dokupiłam trzeci motek kolorowej Alize i dorobiłam kolejne kilkadziesiąt kwiatków, a potem te wszystkie kwiatki obwiodłam jeszcze naokoło na czarno. Gdyby w pewnym momencie nie zabrakło mi czarnej włóczki  zakończyłabym narzutkę z "afrykanów" choćby siłą rozpędu. Bo te kwiatuszki robiły się niemal same, elementów przybywało szybciutko, endorfinki wydzielały się na sam widok rosnącej górki. Jednak gdy zużyłam wszystkie zgromadzone motki włóczki, to się okazało, że nie mam już czym tych kawałków obwodzić. Trzeba było dokupić przynajmniej dwa czarne motki. Niestety akurat wtedy, zabrakło w sklepie tej mojej czarnej włoczki . Inne nie chciałam, więc odłożyłam robótkę do czasu nowej dostawy. 

Trochę to trwało, a ja codziennie patrzyłam na te kawałeczki, układałam je sobie w kompozycje, oglądałam, zmieniałam, znowu oglądałam. I tak jakoś odwidział mi się ten pledzik. Zaczęłam rozmyślać, czy jest mi w ogóle potrzebny. No bo mam kilka pledów przeróżnych , po co mi kolejny? Wprawdzie kolejny, w szarościach i błękitach idealnie pasowałby do sypialni, ale tam, leżałby tylko jako element "martwej natury" na zaścielonym łóżku. No więc czy ja chcę takie coś mieć? Przecież miałam się tym otulać, choćby siedząc przy komputerze w chłodne, zimowe wieczory. Ale w gabinecie, w którym pracuje wieczorami królują oliwkowe zielenie i ciepłe brązy. Szarość i błękity nijak tam nie pasują, zgrzytać będą okrutnie... no to na co mi taki otulacz, który bym musiała gdzieś chować, czy wynosić na czas nieużywania. Patrzyłam tak na tą ponad setkę kawałeczków i coraz większą niechęć do nich czułam, coraz mniej chętnie wyjmowałam je z koszyka. No to może poduszki z nich zrobię ? Rzucę je w sypialni na łóżko, a może kiedyś na kanapy w salonie. Na pewno będą tam pasowały. Tylko najpierw salon muszę przemalować na szaro i kupić wreszcie nową kanapę z grafitowym obiciem. Tak... wtedy te poduchy będą idealnie pasować. Ale zaraz, wtedy też będzie pasował pled ! To może jednak pled a nie poduchy? Ta gonitwa myśli powoli stawała się przykrywką dla zwykłego zniechęcenia robótką. Zanim czarna włóczka pojawiła się w sklepie zdążyłam schować  kwiatki w wielkim pudle i przestałam o nich myśleć. Gdy zamówione kłębki dotarły domu nie miałam już najmniejszej ochoty na ich używanie. Przeszło mi.

Przez długie miesiące moje śliczne "african flowers" były stertą elementów, które zaczynały powoli pokrywać się nie tylko symbolicznym, ale tym całkiem realnym  kurzem. 

I nagle nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd przyszedł impuls. Jakieś zdjęcie w sieci, rzut oka na smutne, szare pudełko wciśnięte w kąt, żółty uśmiech szydełka, które mignęło mi wśród długopisów na biurku i  już wiedziałam. Jednak chcę mieć pled ! Wielki, ciepły i jedyny w swoim rodzaju.

No to zrobiłam. Trwało to kilka kolejnych tygodni, bo brak czasu i kiepski wzrok pozwalały na szydełkowanie tylko w weekendy, ale od wczoraj mam. Pierwszy, samodzielnie wymyślony, własnoręcznie wydziergany pled na długie zimowe wieczory. Po dość pochmurnym i mokrym tygodniu słońce zaświeciło tak pięknie, że mogłam sfotografować go w plenerze.

Voila !

Na kolejny zapewne nie zdecyduję się zbyt szybko, bo o ile szydełkowanie było prawdziwą przyjemnością i relaksem, to zszywanie tych stu kilku elementów było koszmarnym i nudnym procesem. Podziwiam cierpliwość wszystkich, którzy robią takie pledy w większych ilościach. Za zszywanie tych wszystkich babcinych kwadratów czy afrykańskich kwiatuszków macie dziewczyny mój wielki szacunek.

A teraz jak zwykle garść technicznych danych ku (mojej zwłaszcza) pamięci:
turecka włóczka Alize Cotton Gold - bawełna 55% , akryl 45%, motek 100 g/330 m
nr 3251 (różne odcienie błękitu i szarości) - 3 motki
nr 60 (czarna) - 6 motków
szydełko nr 3,75

Pled ma wymiary 230 x 85 cm  , składa się ze 108 elementów.


Kot, żywo zainteresowany tematem pomagał mi na każdym etapie pracy ... 



Chociaż czasem mieliśmy odmienne wizje ...
 


Tydzień temu, też było pięknie, więc  choć nie wszystko było zszyte zrobiłam pierwsze zdjęcie...



Żegnam Was owinięta moim pledem i otulona muzyką, która ostatnio znowu do mnie wróciła...





Do następnego wpisu!

niedziela, 4 maja 2014

Bo nawet najdłuższy kiedyś się kończy ...

No i minął. Do północy jeszcze kilka chwil, ale już teraz długi majowy weekend A.D. 2014 można wrzucić do szufladki "przeszłość". Chociaż aura nie mogła się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciw nam to jednak odpoczywanie i cudowne nicnierobienie można było uprawiać nie zważając na (nie)pogodę. Taki był mój zamysł - odzyskać dawno nieodczuwaną niespieszność, zapomnieć o słowach "trzeba" i "muszę" i przesnuć się przez te cztery dni bez żadnych planów i patrzenia na zegarek. Chyba mi się udało. Przede wszystkim się wyspałam. W czwartek prawie do dziesiątej. Dla kogoś, kto codziennie wstaje o piątej to podwójna porcja snu. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tyle spać. Potem kawa, długo celebrowana w ogródku. Nogi wystawione do słońca, leniwie kartkowana gazeta, po obu stronach płotu sąsiedzi równie niespiesznie obchodzący Święto Pracy. Południe witamy w szlafrokach, cudowne słońce, ptaki śpiewają jak szalone, żaby z pobliskich stawów wtórują im, choć środek dnia to chyba nie pora na żabie koncerty. Jest cudnie! Obiad? Nie chce nam się spędzać tego dnia przy garnkach. Zjemy na mieście. Bawimy się w turystów. Znajdujemy w internecie restaurację, w której nigdy nie byliśmy, rezerwujemy stolik. Jedziemy na Rynek, tam zawsze się coś dzieje, a nawet jeśli nie, to też jest ciekawie. W tłumie przechodniów migają twarze znane z ekranu, Zbigniew Wodecki, Andrzej Sikorowski ...  Nie wychodząc z roli turysty zaglądamy do galeryjek i sklepów z pamiątkami. W jednym z nich Ola wynajduje maleńką ceramiczną, ręcznie malowaną broszkę. Obok na półce stoi maleńki, szkliwiony kubeczek. Jest uroczo niedoskonały i zupełnie niepraktyczny, ale to mnie właśnie w nim urzeka. Mamy swoje "pamiątki z Krakowa" :)) 

 
 
 
 Spacer kończymy w "Dynia Resto Bar" na Krupniczej. Miła obsługa, smakowite dania a do tego jeszcze bliskie mi klimaty w wystroju wnętrza - ściana z gołej cegły, stolarka okienna w szarych przecierkach, klimatyczny ogródek. Obiad dla czterech osób z deserem (pyszne crummble z malin !!) i kawą nie rujnuje kieszeni. Wracamy na naszą krakowską wieś, mimo późnego popołudnia wciąż skąpaną w słońcu. Sąsiedzi siedzą wciąż w swoim ogrodzie, prognozy na kolejne dni są nieciekawe, więc trzeba wykorzystać to cudowne, niemal letnie ciepełko. Lubię te nasze niezobowiązujące sąsiedzkie pogwarki, bez umawiania, bez przygotowania, ktoś przynosi wino, ktoś przypomina sobie, że ma w zamrażalniku lody... impreza bez imprezy. 

Cztery wolne dni mijają szybko... za szybko, ale dla mnie to niemal jak urlop. Komputer wyłączony,  nie zaglądam do firmy. Nawet, jeśli jest tam jakiś mail z super-mega-pilną-sprawą-do-załatwienia-na-wczoraj to i tak niczego nie zmieni, że przeczytam go w święto. Wybaczcie Klienci, ale my też jesteśmy tylko ludźmi, nie cyborgami albo krasnoludkami i mamy prawo do odpoczynku. W tych dniach całkiem świadomie i zupełnie bez poczucia winy z tego prawa korzystaliśmy. 

Zamiast maili i faktur i pism urzędowych było więc to:

 

Ciepła chusta (moja pierwsza) z 200 g angielskiej mieszanki 40 % wełny i 70 % akrylu powstała tylko dlatego, że natrafiłam na blog Drutoterapia, na którym znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie - jak i od której strony zacząć? Zaczęłam, a potem to już żal było przerywać, tak fajnie i szybko szło. I dobrze, bo chusta bardzo się przydała w sobotnie, okropnie zimne popołudnie. 

 

 i to:
 
Nie, nie zmieniły mi się upodobania kolorystyczne i nie opanowało mnie pasteLOVE szaleństwo, ale chyba tak mi właśnie wczoraj w duszy grało. Wyciągnęłam z kąta stary obrazek zrobiony gdzieś na początku mojej zabawy z dekupażem, odarłam z pierwotnych motywów, zeszlifowałam ile się dało stare tło, dodałam "zepsute" kiedyś drewniane serce i zupełnie bezmyślnie zamieniłam w taki cukierkowy obrazeczek 3D, który całkiem niechcący wpasował się w kolorystykę łazienki dla gości. Nieskromnie powiem, że chociaż to zupełnie nie moje kolory to efekt końcowy bardzo mi się podoba.

Udało mi się wygrzebać z archiwum zdjęcie deski (bo raczej trudno nazwać to obrazkiem) w wersji sprzed metamorfozy ... tak to wyglądało do wczoraj


a tak wygląda dziś w miejscu docelowym...

Tak jak lubię, przedmioty zupełnie nieprzydatne, zajęcia niekonieczne, ale cudownie relaksujące, oczyszczające głowę i kojące nerwy. A w tle niemal przez cały weekend "Trójka" i  Lista Przebojów i Polski Top Wszech Czasów, Markomania i Sjesta. Muzyką więc kończę ten wpis. Chciałam Wam polecić najnowszą piosenkę Perfectu "Wszystko ma swój czas", niestety jest zbyt świeża i nie ma jej jeszcze w sieci (fragmentu można posłuchać na stronie LP3, bo jest już w zestawie do głosowania). Dlatego żegnam się cudownym, lirycznym, idealnym na tę porę "Pod niebem pełnym cudów" Raz Dwa Trzy.


Miłego i spokojnego tygodnia!

sobota, 1 marca 2014

Marzec :))) ...

No i mamy marzec! Stwierdzenie mało odkrywcze, ale za to jakie radosne. Przyznam, że pierwszy raz od lat zima minęła mi tak szybko i tak bezboleśnie. Co roku, u schyłku października przytłacza mnie perspektywa niemal sześciu miesięcy zimna i mroku . Pobudki w ciemności i powroty z pracy "w nocy" przyprawiają mnie o depresję a na widok schnącego i zamierającego ogrodu sama szarzeję. Zima mi się dłuży, mam wrażenie, że o tej porze roku czas spowalnia swój upływ. A w tym roku niespodzianka! Zima przyszła późno, nie doskwierała aż tak bardzo, śnieg dozowała z rozsądkiem (przynajmniej tu u nas) i bardzo szybko zaczęła ustępować miejsca przedwiośniu. W połowie lutego już mieliśmy zieloną trawę spod której wystawały języczki tulipanów i szafirków. Dziś piękna, wiosenna pogoda wygoniła mnie do ogródka. Zaprosiłam do współpracy grabie, miotłę i solidny wór na śmieci i uprzątnęłam trawnik z resztek jesiennych liści, odsłoniłam rabatki. Każdej jesieni zakopuję kilkanaście nowych cebul, zapominam co i gdzie wkopałam, więc każdej wiosny ze zdziwieniem witam nowe kwiatki, z dziecinnym zaskoczeniem, że miałam tak dużo cebulek pod ziemią. Teraz zielenią się ślicznie na tle świeżo poruszonej ziemi. W taki dzień jak dziś mam ochotę góry przenosić, a wobec braku takowych w pobliżu przynajmniej posprzątać garaż, czy upiec drożdżowe bułeczki. 

A'propos pieczenia. W tym tygodniu spotkała mnie wielka niespodzianka. Moja blogowa Przyjaciółka Hania obdarowała mnie znienacka paczuszką, w której były upieczone przez nią ciasteczka. Był problem ze zrobieniem pamiątkowej fotografii, bo chętnych do spałaszowania prezentu było wielu. W paczuszce były również inne cudeńka, bo Hania jest prawdziwą mistrzynią dekupażu, co możecie zobaczyć na jej blogu pocomito Dostałam uroczą, drewnianą szczotkę do włosów i serduszko z moim ukochanym motywem różyczek w sepii. Wszystko tak dopieszczone, wygładzone, prawdziwie perfekcyjne. Serduszko pokryte jest z jednej strony czymś, czego nie znam a co daje niesamowitą, aksamitną wręcz gładkość, nie można przestać go głaskać. Haniu, bardzo Ci dziękuję, wiesz już, że sprawiłaś mi tym ogromną radość. 

 
 
  Zdjęcie szczotki dość marne, ale próbowałam uchwycić maleńkie logo Hanutki . Widać?


Moja kwiatkowa robótka powoli się rozrasta.  W ciągu ostatniego tygodnia nie przybyło zbyt wiele kwiatków, ale przez weekend nadgonię. Wykrystalizowała się już ostateczna koncepcja kolorystyczna. Szaroniebieskie kwiatki okolę czarną ramką. Przez to całość będzie może troszkę smutniejsza, ale za to bardziej "moja". Jednak pastele to nie są moje klimaty i zawsze jakość ciągnie mnie ku czerni. Dlatego będzie mniej więcej tak:

 
 
 


 Stan na dziś - 55 kwiatków, dziesięć już ma ramki. Myślę, że to połowa, żeby całość miała konkretne wymiary potrzebna mi będzie jakaś setka elementów.


A na zakończenie zdjęcie z cyklu "Nie istnieje tak małe pudełko, w które nie mógłbym się wcisnąć. Nasza Luna uwielbia kartonowe pudełka, "zaprzyjaźnia" się z każdym, które przynosimy do domu przy okazji zakupów. Wciśnięcie się do niewielkiego przecież pudełka po mieszance krakowskiej udało jej się dopiero za trzecim podejściem. Szkoda, że nie nakręciłam tych kombinacji przodem, tyłem ...




Miłego weekendu kochani! Cieszmy się nim!