Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Torturo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Torturo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Casanova po przejściach ... czyli mężczyzna, który odczarowywał samotność

Kiedy Małż rzucił wczoraj po południu hasło KINO nie miałam problemów z podjęciem decyzji co tym razem chcę w tym kinie obejrzeć. I absolutnie głucha a raczej ślepa na gwiazdki i recenzje internautów, które mi małżonek przed oczy podstawiał uparłam się, że nic innego mnie w ten deszczowy i zimny wieczór z domu nie wyciągnie. Doświadczenie nauczyło mnie już, że gwiazdki internetowe, tak jak anonimowe komentarze na internetowych forach najczęściej nijak się mają do rzeczywistości i że najlepiej jest, gdy kieruję się własnym "trzecim okiem" ;)) Małż natomiast wybrał kino i okazało się, że oba nasze wybory były strzałem w dziesiątkę. Bo wybraliśmy się do kina, które swoje najlepsze lata ma już za sobą, które omijają amatorzy galeriańskich spacerów przed seansem i obowiązkowego popcornu w zestawie z wiadrem coli, ale które wciąż ma klimat kin sprzed epoki multipleksów, kina, które mimo ogromnej sali ma w sobie coś z kina studyjnego, czyli do "Kijowa". Urok tego miejsca, to nie tylko czar wspomnień z czasów, gdy po bilety stało się w długaśnej kolejce lub zdobywało od koników i czar filmów, które się wówczas oglądało z wypiekami na twarzach, to także urok niespieszności, smakowania czy nawet celebrowania przedsięwzięcia zwanego wyjściem do kina. 
O samym filmie, jak zwykle nie powiem zbyt wiele, z obawy, by subiektywnym opisem nikomu się nie narzucić i by rozpisując się zanadto nie zdradzić z rozpędu jakiegoś szczegółu, który by mógł popsuć innym samodzielne smakowanie historii. Chociaż chyba trudno mówić w tym przypadku o jakiejś historii, jest to raczej historyjka, przypowiastka króciutka, w Nowym Jorku się dziejąca. Gdzieś w bocznej uliczce, z dala od wielkomiejskiego zgiełku stary antykwariusz Murray Schwartz likwiduje swój sklep a w pakowaniu książek pomaga mu jego wieloletni pracownik, przyjaciel  o oryginalnym imieniu Fioravante. Obaj nie tylko zamykają sklep, zamykają także pewien etap w swoim życiu, pozostaną nie tyle bez pracy, co bez sensu, jakim była dla obu. Wprawdzie Fioravante wciąż pracuje dwa dni w tygodniu w kwiaciarni, gdzie układa oryginalne i subtelne bukiety, jednak to za mało, by zarobić na czynsz. A Schwartz, choć potrzebuje pieniędzy na życie, które dzieli z kobietą i jej trójką czy czwórką dzieci mam wrażenie, jeszcze bardziej potrzebuje kontaktu z ludźmi, bo to człowiek, który niemal żywi się rozmową, który mówiąc tworzy rzeczywistość, który mówiąc rozkwita. Z banalnego, zdawałoby się rzuconego mimochodem przez jego lekarkę zdania, że marzy jej się trójkąt miłosny z jej przyjaciółką i jakimś mężczyzną (cudnie brzmiące w ustach Allena "e menaż..") buduje scenariusz, w którym niezbyt młody i nienachalnie przystojny Fioravante, delikatny, spokojny, ze spojrzeniem spłoszonej sarny stałby się ucieleśnieniem macho, idealnym do spełnienia tej zachcianki. A on sam, delikatnie nazywający się menadżerem (bo przecież nie alfonsem) będzie takie spotkania organizował zadowalając się uczciwym procentem od stawki ustalonej za spotkanie. Mimo początkowych oporów Fioravante rozpoczyna swoją karierę i pod pseudonimem odwiedza znudzone żony bogatych mężów by spełniać ich seksualne fantazje (czy aby tylko takie...?). Do czasu, aż przyjaciel poleci go - jako świetnego masażystę Avigal, zniewolonej przez religijne zasady i obyczajowe konwenanse młodej wdowie po rabinie ...

Film ma cudowny klimat, lekko staroświecki, co podkreślają przygaszone kolory wnętrz (sepia!) i delikatnie jazzująca muzyka, której na pewno warto posłuchać także osobno. Woody Allen wciąż gada, John Torturro raczej milczy, Sharon Stone jest wciąż pełna seksownej drapieżności (chociaż w scenie pierwszego spotkania z "żigolakiem" jest uroczo zawstydzona i zdenerwowana). Mimo "wiodącego tematu" nie ma tandetnego epatowania seksem, jest natomiast, choć to w założeniu komedia kilka momentów refleksyjnych i melancholijnych. Jest też kilka "smaczków" dla poszukiwaczy aluzji i nawiązań, nie zdradzę jakich, ale na pewno je wypatrzycie.

"Casanowa po przejściach" to film napisany i wyreżyserowany przez Johna Torturro, jednak jest to film bardzo allenowski. Gdybym nie wiedziała, kto go zrobił byłabym przekonana, że to kolejna opowieść Allena, może troszkę słabsza od "O północy w Paryżu", dla mnie zdecydowanie ciekawsza niż "Zakochani w Rzymie". To chyba nic złego, że uczeń, czy może admirator wzoruje się na swoim Mistrzu, nic złego, że chce opowiadać podobnie, podobne historie. Ja na pewno będę wypatrywała kolejnej.

Spośród dostępnych w YT zwiastunów wybieram dla Was ten, który najdelikatniej odkrywa ten film. Jeśli macie ochotę na nienachalny humor i subtelne wzruszenia, jeśli lubicie klimat starych wnętrz i muzykę jak z lat 40-tych, to planując wyjście do kina spójrzcie łaskawie na ten tytuł.




Poprzedni tydzień upłynął większości z nas pod znakiem deszczu i zimna. Mam nadzieję, że był to tylko chwilowy kaprys wiosny. Niech zwiastunem pięknej pogody będzie tęcza, którą sfotografowałam nad naszym domem godzinę temu. 




Miłego tygodnia!