Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Groniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katarzyna Groniec. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

Koncert, koncert, koncert

O tym, że piątkowy wieczór, to moja ulubiona część tygodnia mówiłam już wiele razy. Cudownych kilka godzin, podczas których mogę zrzucić z siebie cały trud minionych dni, przestać myśleć o tym co stresuje, zapomnieć o słowach "trzeba", "muszę" i "powinnam". Przeważnie pomaga mi w tym muzyka płynąca z radia, bo Lista Przebojów Trójki to obowiązkowy element tego wieczora, podobnie jak lampka (lub dwie) czerwonego wina. I świece. Teraz, gdy mrok dopada mnie już w drodze z pracy świece to podstawa. Zapalam je w każdym pomieszczeniu, w którym przebywamy, tak bardzo lubię ich ciepłe migotanie. I tylko, gdy idę w końcu do łóżka po takim przedłużonym już o kilka nocnych godzin piątuniu Małż przewracając się na drugi bok pyta, czy na pewno wszystkie pogasiłam, bo kiedyś spalę dom ...
Czasem jednak ten przyjemny piątkowy czas staje się jeszcze przyjemniejszy... 
Wczoraj też była muzyka (chociaż nie z LP3), też było wino, choć tym razem grzaniec ze styropianowego plastikowego kubeczka. Świec nie było, ale nastrój z ciemności wydobyły reflektory... 
Wczoraj był koncert.
Kasi Groniec.
Z piosenkami z jej najnowszej płyty "Zoo z piosenkami Agnieszki Osieckiej".
Gdy tylko dowiedziałam się, że Kasia Groniec będzie w Krakowie, do tego tak blisko, bo w klubie Studio na Miasteczku Studenckim, popędziłam "w internety" kupić bilety. Żeby nie zabrakło. I dobrze zrobiłam, bo sala była wypełniona po brzegi. Kraków kocha Katarzynę :)))
I ja kocham to,co Ona robi. Przyznam, że w ciemno biorę wszystko, co zaśpiewa, chociaż do niektórych piosenek musiałam dojrzewać nieco dłużej. Mam większość jej płyt. Oprócz tej ostatniej, ale dziś już wiem, że i tę lukę zapełnię (Mikołaju, widzisz? Uśmiecham się do Ciebie najładniej jak umiem).
Mimo niemal bezkrytycznej fascynacji całym dotychczasowym dorobkiem Kasi trochę się bałam tej płyty. No bo piosenki ze słowami Agnieszki Osieckiej to klasyka. Wszyscy je znamy, wiele potrafimy zaśpiewać lub przynajmniej zanucić. Interpretacje Maryli Rodowicz, Skaldów, Kaliny Jędrusik, czy Magdy Umer mamy w głowach od dziecka. Zaśpiewanie ich inaczej to niemal świętokradztwo. Zaśpiewanie ich lepiej niż poprzednicy - niemożliwość.
A jednak!
Można inaczej, można nawet bardzo inaczej i jest to nadal piękne, nadal mocne, nadal chwyta za gardło, przewraca człowiekowi trzewia i wyciska łzy wzruszenia. Ale Ona to po prostu potrafi!
Wszystkie wybrane na płytę piosenki dostały nowe aranżacje, niektóre mocno odjechane. Nie spodziewajcie się "plumkania" na pianinie i delikatnej gitarki. Jest dużo elektroniki, mocna gitara i niesamowita perkusja.  Nie jestem znawcą muzyki, bardziej ją czuję niż wiem, ale dla mnie taka zmiana to coś, co tym piosenkom się należało. Były jak schowane na strychu porcelanowe figurki po babci. Piękne, ale troszkę niemodne, lekko przykurzone. Kasia wyjęła je z kredensu, zdmuchnęła ten kurz, i pokazała nam, że mały lifting, odrobina farby, chęci, talentu, pracy, serca i figurka znowu może stanąć na honorowym miejscu w salonie.
A przy tym wszystkim ... jak to jest podane! Bo koncert to nie tylko "pani przy mikrofonie". To mały spektakl z kilkuminutowych jednoaktówek. Kasia nie tylko śpiewa, Kasia gra całą sobą, czasem tylko stopą (bosą), czasem dołączają ręce, by za chwilę porwać cale ciało w szalony taniec po scenie... a potem znowu zastygać bez ruchu... wszystko w rytm emocji.To niesamowite, ile energii wyzwala się w tak drobnym ciele. Nic nie jest przypadkowe, ruchy dłoni, odwrócenie głowy, hip-hopowy taniec, bańki mydlane wypuszczane nad głową, ucieczka w ciemność ... i głos... mocny, pewny, pełen emocji. Parafrazując usłyszane w radiu słowa Krystyny Jandy, opisującej swoje przeżycia podczas spektaklu - z pierwszym dźwiękiem, pierwszymi słowami każdej piosenki zapadałam w sen, z którego budziły mnie dopiero oklaski. Może sen, to nie najlepsze określenie, może to było wejście w jakąś inną rzeczywistość... Cudowne uczucie wyciągania na wierzch własnych uczuć i emocji...
Na dużym ekranie w tle cały czas trwała projekcja, trudno to nazwać filmem, raczej multimedialnym obrazem nastrojów idealnie zgrany z treścią śpiewanej właśnie piosenki.

Tego się nie da opowiedzieć, słowa są zbyt banalne a moje opowiadanie kalekie. To trzeba zobaczyć i przeżyć po prostu. Dlatego, jeśli na ulicy Twojego miasta zobaczysz plakat zapraszający na koncert Katarzyny Groniec daj się skusić. Przeżyjesz magiczną dwugodzinną podróż do wnętrza siebie. Warto!



Niestety zdjęcia można było robić tylko podczas pierwszego utworu, ale i te udały nam się raczej marnie. Gdy jednak zajrzałam na stronę Katarzyny Groniec na FB zobaczyłam, nie bez przyjemności, że całkiem przypadkiem znaleźliśmy się na zdjęciu ilustrującym wczorajsze wydarzenie. Oczywiście trzeba się mocno wpatrywać, żeby nas zobaczyć, ale jesteśmy!!! Chyba sobie w końcu założę konto na FB ;)

Najchętniej zilustrowałabym ten wpis wersją "Nim wstanie dzień" lub "Uciekaj moje serce" - obie cudowne - niestety nie ma ich w sieci. A "Króliczka " (tu bardzo ładny klip z YT)  pewnie wszyscy znają z Trójki, więc tym razem korzystam z jedynego nagrania koncertowego, jakie znalazłam.
Fragment koncertu "Zoo ..." w bliskich mi ze względów sentymentalnych Siedlcach... widzę, że u nich ta piosenka też była śpiewana na bis :)))



 https://www.youtube.com/watch?v=tH9op0Gcv9o


Wciąż mam w głowie tę muzykę. Niestety, dziś jest już "tylko" sobota, więc czas wrócić na ziemię .

Miłego weekendu!

P.S.  Ponieważ wciąż nie mogę uwolnić się od tego nastroju i "drążę temat" w internecie znalazłam wywiad, jakiego Kasia Groniec udzieliła Markowi Niedźwieckiemu. Oprócz rozmowy jest też pełna wersja "Kokainy" , cudna ... kto ciekawy podaję link:

https://www.polskieradio.pl/9/344/Artykul/1538676,Katarzyna-Groniec-o-plycie-ktorej-mialo-nie-byc
 

sobota, 3 sierpnia 2013

Namieszałam ...

No nie wyszło! 
A już się cieszyłam. Pozostały wszystkie posty z komentarzami, tło, lista Obserwatorów, szablon. Nie było tylko zakładek z ulubionymi blogami, ale na to byłam przygotowana i z tym sobie poradziłam. Potem odkryłam, że stary blog, choć pousuwany i pozamieniany we wszystkich możliwych miejscach nie chce ustąpić pola nowemu. Nowy post nie pojawił się na Waszych paskach, gdy do wyszukiwarki wpisywałam stary adres pojawiała się informacja, że już nie istnieje, ale nowego nie było widać. Wciąż spokojnie czekałam, bo przecież nazwa nowa, więc może trzeba jej trochę poużywać, wtedy i googlowe wyszukiwarki ją wynajdą. Zaczęłam do Was zaglądać pod nowym nickiem, podawałam ścieżkę dostępu. Praca mozolna, bo sporo już Was Kochane do mnie zaglądało, ale myślałam, nie ma sprawy, warto, intencja jest słuszna, więc krok po kroczku, jedną po drugiej przywołam... Wczoraj wieczorem jednak załamałam się zupełnie. Okazało się bowiem, że nie tylko Wy nie widzicie mojego nowego bloga, ale nawet ja sama nie jestem w stanie otworzyć żadnego starego wpisu przez skrót tytułu. Pojawiała się ta durna informacja, że blog nie istnieje. Wkurzona postanowiłam skorzystać z podpowiedzi Jerzy_nki i najpierw wyeksportować stary blog na dysk twardy a potem zaimportować go pod nowy adres. Oczywiście od razu to zrobiłam, przywróciłam stary blog, kliknęła Eksportuj, blog się pięknie wyeksportował do mojego komputera, tylko niestety za diabła nie wiedziałam gdzie dokładnie. Nie było go na pulpicie, nie było go na żadnym dysku lokalnym (choć oczywiście ścieżka dostępu wskazywała dysk lokalny), a żeby zaimportować blog w nowe miejsce trzeba było skopiować go z tego właśnie miejsca. Próbowałam, szukałam, klęłam na siebie, że mi się zachciało zmian, na Bloggera, że taki durny, na moją komputerową indolencję i na moje popyrtanie, żeby wszystko robić już, zaraz, natychmiast. W końcu zaczęłam ryczeć i zaćmiona już swoją bezradnością i przerażona, że teraz to już całkiem straciłam blog zdesperowana poszłam do sypialni ,budzić Małża, żeby ratował durną żonę. A było już sporo po północy i Małż spał sobie od godziny przynajmniej. Całe szczęście, że sypialnię mamy na poddaszu i że w połowie drogi zaćma mnie opuściła. Przecież nie obudzę go z powodu takiej bzdury, spróbuję jeszcze raz, a jak się nie uda zostawię ten cały rozgrzebany majdan i rano spróbujemy razem. Wróciłam, ochłonęłam i chyba rozum mi zaskoczył na miejsce bo odnalazłam tą kopię na dysku.
Niestety radość trwał tylko kilka minut. Stary blog zaimportował się do nowego, ale oprócz postów i komentarzy nie przeniosło się nic więcej. NIC!!!! Miałam dwa blogi - stary Poukładany Świat w wersji kompletnej sprzed tej całej akcji i nowy, niemal pusty, beznadziejnie nijaki - i dwie opcje. Zostawić stary, pod starą nazwą i wrócić do blogowania na nim biorąc na klatę wszystkie anonimowe komentarze, albo brnąć w nowy odtwarzając w nim wszystko od zera nie mając wcale pewności, że się uda.  Przyznam, że o pierwszej w nocy decyzja była prosta. Z moją wiedzą techniczną szanse na sukces z nowym blogiem były marne, więc ...

Witajcie Kochane na moim starym blogu!!!!


Nadal jestem "poukładana", nadal jestem nieanonimowa, wracam na tarczy, ale wracam.
Przepraszam te wszystkie dziewczyny, które pozmieniały sobie ustawienia, żeby widzieć mój nowy blog. Dziękuję Wam za szybką reakcję i mam nadzieję, że wybaczycie mi ten bałagan i przywrócicie Poukładanego do swoich "ulubionych".
Wszystko, co robimy, wszystko, co nas spotyka jest dla nas jakąś lekcją. Ja też się kilku rzeczy dzięki tym zawirowaniom nauczyłam. O sobie też :))
I wiecie co? Przeraża mnie to, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od technologii, których używamy i jak bardzo w starciu z nimi bezradni...Niedługo trzeba będzie kończyć studia informatyczne tylko po to, by normalnie funkcjonować w codziennej rzeczywistości.

A podsumowaniem tego całego zamieszania niech będzie piosenka, która dziś rozpoczęła mój dzień. Przypadek, a jaki trafiony...


Zapowiada się bardzo upalny weekend, my spędzimy go w drodze. Po dwóch tygodniach "wolności" przywozimy dzieciaki z wakacji. Znowu w domu będzie głośno :))))

Trzymajcie się cieplutko!