Gdy w późny piątkowy wieczór pustą ulicą wracałam do domu na niebie pysznił się wielki okrągły księżyc. Odcinał się wyjątkowo wyraźnie od czarnego jak sadza nieba, choć miejskie latarnie starały się osłabić ten kontrast swoim sztucznym światłem. Niezwykła, jak na tę porę cisza (wszak w weekend miasto nie zasypia przed świtem) pogłębiała jeszcze ten efekt. Stanęłam na chwilę i patrzyłam jak zauroczona. Weszłam do domu i chciałam opowiedzieć o tym, a zdobyłam się jedynie na banalne "piękna pełnia dzisiaj". Zdanie, które w żaden sposób nie oddało tego, co naprawdę widziałam. W głowie był festiwal emocji i przeżyć a język ulepił z tego raptem trzy banalne słowa...
Ileż razy tak się dzieje! Słowa nie nadążają za tym, co w głowie, czy w sercu, spłycają, gubią to, co najważniejsze. Podobnie jest z próbą zamknięcia takiego widoku na fotografii. Oczy widzą magiczny, hipnotyzujący obraz a na zdjęciu wychodzi banalny kiczowaty landszafcik.
Ileż razy tak się dzieje! Słowa nie nadążają za tym, co w głowie, czy w sercu, spłycają, gubią to, co najważniejsze. Podobnie jest z próbą zamknięcia takiego widoku na fotografii. Oczy widzą magiczny, hipnotyzujący obraz a na zdjęciu wychodzi banalny kiczowaty landszafcik.
Kiedy dziś rano, z kubkiem gorącej kawy przemierzałam wirtualne ścieżki blogosfery wpadło mi w oko zdanie, które idealnie ilustruje owo poczucie niemożności oddania słowami niektórych zjawisk, bezradności wobec ich siły oddziaływania, banalności formy, bezużyteczności narzędzi jakimi dysponujemy.
"... doznaję czasami krótkich, dziwnych, gwałtownych objawień piękna, nieznanego, nieuchwytnego i zaledwie zdradzającego się w pewnych słowach, widokach, pewnych zabarwieniach świata, pewnych sekundach... Nie potrafię go ani dać poznać innym, ani wyrazić, ani opisać, zachowuję je dla siebie ... " Guy de Maupassant
Nie jestem chyba prawdziwą blogerką. Może wcale nie zasługuję na to miano. Stworzyłam to miejsce z myślą o dzieleniu się z innymi moją pasją, ale teraz, gdy dla rękodzieła nie mam niemal wcale czasu blog przestał być blogiem "hendmejdowym" a stał się ... no właśnie, czym stał się Poukładany Świat? Mógłby być pamiętnikiem domowych zdarzeń, jednak szanując prywatność pozostałych członków mojej rodziny nie mogę i nie chcę zbyt szczegółowo wchodzić w naszą codzienność. Pewne zdarzenia są zbyt intymne, by wyciągać je na forum, inne znowu wydają się zbyt banalne, by zawracać Wam nimi głowę. Czasem przemycę migawki z domu, zdjęcia wybranych wnętrz, szersze lub węższe kadry, ale dzieje się to na tyle rzadko, że trudno nazwać mój blog wnętrzarskim. Mógłby być blogiem kulturalnym, ale zważywszy, że na jego strony trafia tylko ułamek tego, co przeczytam, obejrzę, czy usłyszę, to jest co najwyżej notesem do wpisania wrażeń po obejrzanym filmie, czy przeczytanej książce. Lubię się czasem rozpisać na tematy przeróżne, ale też nie tak często by nazwać blog psychologicznym czy społecznym.
Czymże więc jest Poukładany Świat? Może odskocznią od codzienności, oknem z którego wychylam się do Was i wołam, hej! co słychać? I miło mi jest, gdy czasem machacie do mnie wirtualnie ręką i odpowiadacie wirtualnym "hej !"w komentarzu.
Na co dzień nie myślę blogiem, nie wyrobiłam w sobie nawyku łapania za aparat i utrwalania zdarzeń w kadrze. Nie fotografuję tego co gotuję, albo piekę, bo w tym właśnie momencie myślę o gotowaniu i pieczeniu a nie o blogu. Pięknie nakryty stół, fantazyjnie podana potrawa... uświadamiam sobie, że mogłam zrobić im zdjęcie dopiero wówczas, kiedy już są historią.
Gdy ostatnio przerabiałam stary stół kuchenny to dopiero przy ostatniej warstwie lakieru pomyślałam, że przecież mogłam zrobić zdjęcia przed i po, albo wzorem koleżanek blogerek pokazać wszystkie etapy pracy w formie postu DIY. Tak samo było, gdy zajęłam się metamorfozą prostego, sosnowego taboretu z Ikei dopasowując go do tegoż stołu.
Nie jestem jednak prawdziwą blogerką, więc przechodzę nad tym szybko do porządku dziennego. Nie rozpamiętuję nie napisanych postów i utraconych ujęć. Nie żałuję, że mój blogowy kącik jest taki ubogi. I bez moich zdjęć internet jest już pełen kolorowych kubków z parującą kawą, smakowicie wyglądających ciast z owocami, kolorowych pledów, ścian udekorowanych obrazami albo odrestaurowanych starych mebli. I bez moich wypocin jest w sieci dość recenzji filmów, opisów książek albo linków do pięknej muzyki. Nie oszukujmy się - pisząc kolejny post nie dodam niczego, czego by już tam nie było, nie pisząc nie pozbawię świata niczego istotnego... Dlaczego więc tu jestem? Odpowiedź jest bardzo prosta.
Jestem tu dla siebie. Dla siebie dzisiaj, żeby odreagować troszkę codzienność, dla siebie jutro, bo nic tak dobrze nie pilnuje chronologii zdarzeń jak blogowe archiwum. I jeszcze, a może przede wszystkim dla siebie pojutrze, by kiedyś, po latach przypomnieć sobie jaka byłam i co czułam, myślałam i robiłam.
A "Poukładany Świat" jest i pozostanie moim wirtualnym powiernikiem ulotnych emocji i nieobiektywnych spostrzeżeń. Miejscem, w którym mimo wszystko będę podejmowała próby opisania, nazwania i przekazania tego piękna, które od czasu do czasu gwałtownie się przede mną objawia.
Od każdej reguły jest wyjątek. Czasem uda się zamknąć piękno w kadrze.
5.07.2009 - zachód słońca w Kryspinowie















