Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

Gwałtowne objawienia piękna ...

Gdy w późny piątkowy wieczór pustą ulicą wracałam do domu na niebie pysznił się wielki okrągły księżyc. Odcinał się wyjątkowo wyraźnie od czarnego jak sadza nieba, choć miejskie latarnie starały się osłabić ten kontrast swoim sztucznym światłem. Niezwykła, jak na tę porę cisza (wszak w weekend miasto nie zasypia przed świtem) pogłębiała jeszcze ten efekt. Stanęłam na chwilę i patrzyłam jak zauroczona. Weszłam do domu i chciałam opowiedzieć o tym, a zdobyłam się jedynie na banalne "piękna pełnia dzisiaj". Zdanie, które w żaden sposób nie oddało tego, co naprawdę widziałam. W głowie był festiwal emocji i przeżyć a język ulepił z tego raptem trzy banalne słowa... 
Ileż razy tak się dzieje! Słowa nie nadążają za tym, co w głowie, czy w sercu, spłycają, gubią to, co najważniejsze. Podobnie jest z próbą zamknięcia takiego widoku na fotografii. Oczy widzą magiczny, hipnotyzujący obraz a na zdjęciu wychodzi banalny kiczowaty landszafcik.
Kiedy dziś rano, z kubkiem gorącej kawy przemierzałam wirtualne ścieżki blogosfery wpadło mi w oko zdanie, które idealnie ilustruje owo poczucie niemożności oddania słowami niektórych zjawisk, bezradności wobec ich siły oddziaływania, banalności formy, bezużyteczności narzędzi jakimi dysponujemy.


"... doznaję czasami krótkich, dziwnych, gwałtownych objawień piękna, nieznanego, nieuchwytnego i zaledwie zdradzającego się w pewnych słowach, widokach, pewnych zabarwieniach świata, pewnych sekundach... Nie potrafię go ani dać poznać innym, ani wyrazić, ani opisać, zachowuję je dla siebie ... "  Guy de Maupassant


Nie jestem chyba prawdziwą blogerką. Może wcale nie zasługuję na to miano. Stworzyłam to miejsce z myślą o dzieleniu się z innymi moją pasją, ale teraz, gdy dla rękodzieła nie mam niemal wcale czasu blog przestał być blogiem "hendmejdowym" a stał się ... no właśnie, czym stał się Poukładany Świat? Mógłby być pamiętnikiem domowych zdarzeń, jednak szanując prywatność pozostałych członków mojej rodziny nie mogę i nie chcę zbyt szczegółowo wchodzić w naszą codzienność.
Pewne zdarzenia są zbyt intymne, by wyciągać je na forum, inne znowu wydają się zbyt banalne, by zawracać Wam nimi głowę. Czasem przemycę migawki z domu, zdjęcia wybranych wnętrz, szersze lub węższe kadry, ale dzieje się to na tyle rzadko, że trudno nazwać mój blog wnętrzarskim. Mógłby być blogiem kulturalnym, ale zważywszy, że na jego strony trafia tylko ułamek tego, co przeczytam, obejrzę, czy usłyszę, to jest co najwyżej notesem do wpisania wrażeń po obejrzanym filmie, czy przeczytanej książce.  Lubię się czasem rozpisać na tematy przeróżne, ale też nie tak często by nazwać blog psychologicznym czy społecznym. 

Czymże więc jest Poukładany Świat? Może odskocznią od codzienności, oknem z którego wychylam się do Was i wołam, hej! co słychać? I miło mi jest, gdy czasem machacie do mnie wirtualnie ręką i odpowiadacie wirtualnym "hej !"w komentarzu.

Na co dzień nie myślę blogiem, nie wyrobiłam w sobie nawyku łapania za aparat i utrwalania zdarzeń w kadrze. Nie fotografuję tego co gotuję, albo piekę, bo w tym właśnie momencie myślę o gotowaniu i pieczeniu a nie o blogu. Pięknie nakryty stół, fantazyjnie podana potrawa... uświadamiam sobie, że mogłam zrobić im zdjęcie  dopiero wówczas, kiedy już są historią.
Gdy ostatnio przerabiałam stary stół kuchenny to dopiero przy ostatniej warstwie lakieru pomyślałam, że przecież mogłam zrobić zdjęcia przed i po, albo wzorem koleżanek blogerek pokazać wszystkie etapy pracy w formie postu DIY. Tak samo było, gdy zajęłam się metamorfozą prostego, sosnowego taboretu z Ikei dopasowując go do tegoż stołu. 
Nie jestem jednak prawdziwą blogerką, więc przechodzę nad tym szybko do porządku dziennego. Nie rozpamiętuję nie napisanych postów i utraconych ujęć.  Nie żałuję, że mój blogowy kącik jest taki ubogi. I bez moich zdjęć internet jest już pełen kolorowych kubków z parującą kawą, smakowicie wyglądających ciast z owocami, kolorowych pledów, ścian udekorowanych obrazami albo odrestaurowanych starych mebli. I bez moich wypocin jest w sieci dość recenzji filmów, opisów książek albo linków do pięknej muzyki. Nie oszukujmy się - pisząc kolejny post nie dodam niczego, czego by już tam nie było, nie pisząc nie pozbawię świata niczego istotnego... Dlaczego więc tu jestem? Odpowiedź jest bardzo prosta.

Jestem tu dla siebie. Dla siebie dzisiaj, żeby odreagować troszkę codzienność, dla siebie jutro, bo nic tak dobrze nie pilnuje chronologii zdarzeń jak blogowe archiwum. I jeszcze, a może przede wszystkim dla siebie pojutrze, by kiedyś, po latach przypomnieć sobie jaka byłam i co czułam, myślałam i robiłam.

A "Poukładany Świat" jest i pozostanie moim wirtualnym powiernikiem ulotnych emocji i nieobiektywnych spostrzeżeń. Miejscem, w którym mimo wszystko będę podejmowała próby opisania, nazwania i przekazania tego piękna, które od czasu do czasu gwałtownie się przede mną objawia.



Od każdej reguły jest wyjątek. Czasem uda się zamknąć piękno w kadrze. 
5.07.2009  - zachód słońca w Kryspinowie

sobota, 30 maja 2015

Nowy domownik ...

Tak się nomen omen poukładało, że przez cały maj nie miałam czasu na blogowanie. Nic na to nie poradzę, że w pojedynku real-wirtual wygrywa ten pierwszy. Ale to chyba normalne. Życie jest ważniejsze niż opisywanie życia, dlatego niestety częstotliwość moich pojawień jest odwrotnie proporcjonalna do mojej aktywności w świecie rzeczywistym. Żeby jednak blog rzęsą nie zarastał oraz oczywiście, tradycyjnie "ku pamięci" to przynajmniej jeden wpis w miesiącu chciałabym popełnić, więc rzutem na taśmę, u schyłku maja witam Was wciąż tutaj zaglądających. Niewielu, ale nie ilość wszak a jakość się liczy.
Oczywiście wpis ten nie pojawia się li tylko dlatego, by statystyce blogowej stało się zadość. Tak bez powodu, to chyba by mi się nie chciało pisać, a podejrzewam, że i weny by nie starczyło, bo co na siłę, to wiadomo ... bez sensu. No dobra, przejdźmy do rzeczy bo coś mi się ten wstęp niepotrzebnie rozłazi :))))

Pomysł narodził się spontanicznie. O dziwo, nikt nie protestował, nikt się nie wahał, nikt nie wytoczył argumentów na nie. Dyskusja trwała kilka chwil, kolejnych kilka zajęło wyszukanie najważniejszych informacji w internecie, troszkę dłużej zajęła podróż do sklepu. Nawet jeśli był cień wątpliwości, czy aby na pewno ... zniknął, gdy tylko spojrzeliśmy na nią po raz pierwszy "na żywo".  I do domu wróciliśmy już z nią. Przyznam, że chociaż miał to być prezent dla dzieci z okazji Dnia Dziecka, to wychodząc ze sklepu zoologicznego z klatką, poidełkiem, jedzeniem, siankiem i przede wszystkim z NIĄ sama cieszyłam się jak dziecko.

Panie, Panowie, przedstawiam Wam Nesti, naszą nową przyjaciółkę, przytulankę, śliczną królisię karzełka.

zwierzątko swobodnie mieści się w dłoniach 13-latki
 
Malutka skradła nasze serca od pierwszej chwili, nawet Luna, dość niechętna innym zwierzętom z zaciekawieniem spogląda na nowego domownika.  Zdjęcia nie oddają jej urody. Królisia ma cudowne oczy, jedno błękitne, drugie brązowe z niebieską plamką i śmieszny, płaski pyszczek, który nadaje jej wygląd zadumanego nad tajemnicą istnienia filozofa (choć jeden złośliwiec powiedział, że płaski pyszczek to efekt solidnego zderzenia ze ścianą), a futerko tak miękkie, że nie można się powstrzymać od tulenia i głaskania. Mam nadzieję, że kolejne sesje zdjęciowe, zwłaszcza te ogródku pozwolą mi pokazać Wam całe piękno naszej nowej pupilki. Trudno ją sfotografować, bo ucieka z kadru, więc wszystkie zdjęcia wyszły mi oczywiście nieostre, ledwie dwa udało się wybrać.

prawe oczko brązowe z maleńką niebieską plamką

zapomnieliśmy kupić miseczkę na pokarm, w tej roli nie używana maselniczka ... królik swobodnie się w niej mieści :)


Na zakończenie, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym...

Dziś jest sobota, dwadzieścia lat temu był wtorek. Kilka minut przed północą na świecie pojawił się nowy człowiek. Nie za duży, nie za ciężki. Zwinnie, sprawnie i nie przysparzając mi zbyt wielkiego bólu. Mój Synio malutki i taki wówczas bezbronny. Teraz mój Synio, jest wyższy ode mnie, silny, opiekuńczy, troskliwy i ciepły, po prostu fajny facet. Mam wrażenie, że ledwie wczoraj skakał z kanapy na podłogę a ja podkładałam kołdry, koce i poduszki, żeby sobie nie obił małego ciałka. Dziś skacze salta i inne "fikołki", których aż boję się oglądać, bo też rwałabym się do podkładania poduszek.Kiedyś to ja wybierałam książeczki, które miałam czytać mu przed snem, zabawki i ubranka. Dziś mój Chłopczyk poleca mi filmy, które warto obejrzeć i próbuje mnie nakierować, na kogo mam głosować... Czas... to niewiarygodne, jak pędzi.

Kubasku! 100 lat! Niech Ci się spełniają marzenia! 


środa, 29 kwietnia 2015

starsza pani na linie ...




W sobotnie popołudnie usłyszałam 
- w środę nie idziesz do pracy!

Powiedziane tonem nie znoszącym sprzeciwu nie pozostawiało miejsca na dyskusje. Ale umówmy się ... wolny dzień w środku tygodnia ... no kto by nie chciał?

Dziś rano padło tylko jedno pytanie. 
- Masz wygodne buty? 
- No mam ...
- No to bądź gotowa o dziesiątej.

No to byłam.

Oprócz wygodnych butów zabrałam też kurtkę, bo choć słońce świeciło cudownie, to termometr pokazał ledwie 12 stopni . Podobno taka właśnie pogoda została specjalnie zamówiona.

Punkt dziesiąta  siedziałam w samochodzie. Niewiele ponad godzinę później byliśmy na miejscu.

A tam okazało się, że Małż oprócz cudownego wyjazdu za miasto, kilku godzin bez pracy, stresów, myślenia o obowiązkach, dzieciach, pracy itp. zafundował mi (zupełnie bezwiednie) podróż do przeszłości. Nie miał pojęcia, że ten urodzinowy wyjazd do Ogrodzieńca będzie dla mnie także powrotem do przeszłości. Bo całkiem przypadkiem zawiózł mnie do miejsca, które zwiedzałam jako nastolatka podczas jednego ze szkolnych obozów wędrownych. Wróciły wspomnienia wakacyjnej wędrówki z plecakiem Szlakiem Orlich Gniazd... aż trudno uwierzyć, że to było ponad trzydzieści lat temu. 

Ruiny zamku w Ogrodzieńcu...








a potem spacer do Grodu na Górze Birów...




W drodze powrotnej, za namową drogowskazu pozwoliliśmy sobie zboczyć nieco w prawo. Pustynia Błędowska. Tak blisko Krakowa a wstyd przyznać, nigdy tam nie byliśmy. Niestety, terenu strzegą tabliczki "uwaga niewybuchy". 

 
Nie zaryzykowaliśmy wejścia za ogrodzenie, chociaż ślady kół i butów świadczyły, że byli tacy, których zakaz nie powstrzymał. Za to tuż obok, jakby na pocieszenie było to...

no to my jak te dzieci ....



i tak swoje czterdzieste siódme urodziny spędziłam zjeżdżając na linie



Zdegustowanych nadmiarem mojej osoby na zdjęciach przepraszam. Mam świadomość, że jest ich dzisiaj wyjątkowo dużo, choć marne, bo z telefonu ( nie jakość się liczy, ale atmosfera... i wspomnienia...  ) ale "dziś są moje urodziny" i jakoś tak mam nastrój, by sobie siebie na bliżej nieokreślone potem zachować. 

Dobrej nocy...

czwartek, 1 stycznia 2015

Ruszamy z jedynki, czyli refleksje noworoczne

Jeśli prawdą jest stwierdzenie, że jaki Sylwester taki cały rok to mój 2015 będzie spokojny. Zapanuje w nim równowaga pomiędzy pracą a życiem domowo-towarzyskim. Choć do biura nie poszłam, to podgoniłam troszkę papierkową robotę w domu a potem bez specjalnego spinania się przygotowałam kameralną kolację dla Sąsiadów, z którymi postanowiliśmy żegnać stary rok przy kilku partyjkach remika. Po raz kolejny przekonałam się, że gdy wkraczam do kuchni bez poczucia, że muszę, to potrawy, nawet te nowe, albo troszkę bardziej skomplikowane wychodzą mi niemal idealnie. Im mniejsze mam wobec nich oczekiwania i im mniej się przejmuję efektem końcowym (co oczywiście nie oznacza, że mi na nim nie zależy) tym bardziej udany jest efekt końcowy. Tym razem przebojem stołu były nie faszerowane jajka, nie paszteciki z farszem grzybowym (w tym przypadku o stres przyprawiła mnie jazda od sklepu do sklepu w poszukiwaniu ciasta francuskiego, ale tak to jest, jak sobie człowiek przypomina o tym o szesnastej), nie sałatka z paluszków krabowych (stały punkt każdej imprezy od kiedy Jola "sprzedała" mi przepis - Joluś, ściskam mocno!) i nawet nie bigos. Przebojem, ale też mistrzem pozytywnego zaskoczenia było ciasto bananowe według przepisu z zabranej od niechcenia ostatniej gazetki Biedronki. Zrobiłam je tylko dlatego, że w koszyczku zaczynały już smętnie brązowieć cztery banany, którym,  jak na perfekcyjną panią domu przystało ;)) nie mogłam pozwolić się zmarnować. Przepis okazał się ułomny, ponieważ na liście składników nie było mąki, natomiast w opisie wykonania stało czarno na białym "dodać mąkę". OK, dodać mąkę, ale ile???? Tego już nie napisano, ale na szczęście wujek Google znał milionpięćsetstodziewięćset przepisów na ciasto vel chlebek bananowy, więc z pierwszego z brzegu zaczerpnęłam potrzebną wiedzę i szybkimi ruchami trzepaczki, bo ciasto nie wymaga nawet użycia miksera, sporządziłam miksturę, która po 45 minutach pieczenia i udekorowaniu polewą czekoladową została królową stołu. 
Gdyby porzekadło "jaki Sylwester taki cały rok" analizować dalej, to spędzę go w towarzystwie życzliwych mi i sympatycznych osób. Tradycją naszej części ulicy jest sylwestrowe spotkanie tuż po północy pod garażem jednego z sąsiadów, gdzie popijając szampana i oglądając okołoosiedlowe pokazy fajerwerków składamy sobie życzenia i gawędzimy przez godzinkę. Nawet, jeśli na co dzień nasze kontakty ograniczają się do "dzień dobry", czy zdawkowych rozmów gdzieś w przelocie, to tego dnia jesteśmy wielką osiedlową rodziną. Potem albo wracamy do swoich domów, albo, co nierzadkie ktoś kogoś porywa do siebie, dwie-trzy małe domówki łączą się w jedną większą, grupy przemieszczają i tak impreza rozpoczęta u jednego sąsiada kończy się o świcie u kogoś innego. Takie niewymuszone, spontaniczne imprezy sa zwykle najbardziej udane. Nasza skończyła się grubo po czwartej rano.

Jest jednak inne powiedzenie, że cały rok będzie taki, jaki Nowy Rok. Jeśli ono jest prawdziwe, to mój 2015 będzie niespieszny i leniwy. Mój 1 stycznia zaczął się w okolicach południa. Mocne postanowienie niemieszania trunków uchroniło mnie przed bólem głowy i efektem tańczących ścian. W szlafroku i ciepłych skarpetach, z resztkami wczorajszej fryzury wypiłam poranną (południową?) kawę, zagryzając ostatnim kawałeczkiem bananowej pyszności.


Ogarnąwszy delikatnie teren wczorajszych karciano-tanecznych zabaw, zapędziwszy zmywarkę do pracy osiadłam na czas dłuższy na kanapie ograniczając swoją aktywność do czynności niekoniecznych. Dawno nie miałam okazji tak po prostu pomarnotrawić czasu. Stary katalog IKEI, przekartkowany kiedyś pobieżnie teraz przejrzałam bardziej dokładnie. Złapałam się na tym, że coraz bardziej podoba mi się coś, co jest chyba podstawową cechą stylu tego sklepu - totalny miks stylów, kolorów, faktur mebli, które na pierwszy rzut oka kompletnie różne tworzą zaskakująco spójną i klimatyczną całość. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mieć w jednym pomieszczeniu meble np. z różnych kompletów. Jak kupowałam stół z bejcowanej na ciemno sosny, to logicznym wyborem wydawały się takie same krzesła, komoda, stolik pod telewizor itp. Tylko taki "zestaw" wydawał mi się oczywisty. Spokojny, dopasowany, ale ... nudny. Teraz łapię się na tym, że podoba mi się zupełnie przeciwna koncepcja. Meble z różnych parafii, różne faktury drewna, miks wzorów. To oczywiście wymaga większego skupienia i wyczucia koloru, bo łatwo popaść w chaos i bałagan, ale jeśli zachowa się proporcje i nie przedobrzy, efekt może być niesamowity. Popatrzcie na to zdjęcie.


 Meble z różnych serii, białe, szare, czerwone. Fotel w paski, zasłona w kratę, salonowy uszak obok z założenia kuchennego pomocnika...ale całość - dla mnie idealna. Nic nie zgrzyta, chociaż mogłoby. Tak właśnie widzę nasz przyszły salon, którego remont mamy nadzieję szczęśliwie zakończyć w tym roku. Może już nawet w tym miesiącu. To chyba najdłuższy remont jednego pokoju w historii tego osiedla. Pamiętam, że gdy dwa lata temu rodził się pomysł gdzie zorganizować Sylwestra dla dość sporej liczby osób rzuciliśmy - róbmy u nas, zaczynamy remont salonu, to możemy szaleć. Potem nasi ówcześni goście pytali nas, no jak tam salon? skończyliście? Coraz niezręczniej było odpowiadać, że nawet nie zaczęliśmy. Rok temu znowu pytanie, gdzie robimy Sylwestra? No jak to gdzie? U nas, bo wiecie, zaczynamy remont ... W końcu jednak pomysł nabrał "mocy urzędowej" i  jakieś dwa miesiące temu przestaliśmy o tym mówić a ZACZĘLIŚMY działać. 

Siedziałam sobie dzisiaj na kanapie i ogarnęłam wzrokiem (i obiektywem aparatu) stan aktualny. Zdjęcia z dziś byłyby idealne do sesji before-after, ale ponieważ znam siebie i wiem, że taka sesja i taki wpis nigdy nie powstanie, to dziś dla swojej i mężowskiej mobilizacji pokażę publicznie jak ściany wyglądają teraz:

 



Prawda, że uroczo? To białe na pierwszym zdjęciu, to nie skutek sylwestrowych szaleństw ale to, co trzeba było zrobić ścianom przed malowaniem, bo niestety po 10 latach ujawniło się sporo spękań tynku. Dom się rusza i niestety pęka. Te ozdobne wzory w kilku odcieniach brązu na kominku i za choinką, to próbki pięciu odcieni farby, które rozmieściłam w kilku miejscach, żeby się upewnić jaki ostatecznie chcę mieć. Bo, że będzie to czekoladowy brąz, to wiedziałam od początku, ale w życiu nie myślałam, że tych brązów jest aż tyle. Po dwóch miesiącach wpatrywania się w te próbki pozostał wybór między dwoma najciemniejszymi odcieniami, które różnią się od siebie naprawdę nieznacznie. Zanim Małż wykona cała czarną robotę - przeniesienie lamp w inne miejsca, usunięcie kinkietów, pociągnięcie kabli tam, gdzie ich dotąd nie było a usunięcie innych z miejsc niepotrzebnych, ... to w końcu się zdecyduję i wtedy już będzie z górki. Bo malowanie to fraszka w porównaniu z tym wszystkim, co robi się przed nim. A po malowaniu to już same przyjemne rzeczy, zakup nowej kanapy, krzeseł, malowanie tych mebli, które zostają, przerabianie innych, nowe karnisze, nowe zasłony, nowe lampy, obrazki, półeczki, durnostojki. Będzie zupełnie inaczej, mam nadzieję, że lepiej i że wreszcie salon stanie się taki, jak sobie wymarzyłam.

Tymczasem jednak zanurzam się w beztroskim nicnierobieniu, w tle snuje się kolejna odsłona trójkowego Topu Wszechczasów, pachnie trzecia już kawa, trzaskają drwa w kominku. 
Jest cudnie!


Gdyby taki miał być cały najbliższy rok, to ja nie mam nic przeciwko temu. 

I Wam również tego życzę.

środa, 16 lipca 2014

Urlop... urlopik maleńki ...

Mam i ja! To znaczy będę mieć. Od jutra. Całe sześć dni. Ktoś powie, co to za urlop, cztery dni z weekendem? Dla mnie jednak nawet taka niedługa przerwa w normalnym funkcjonowaniu praca-dom-praca-w-domu to spore wyzwanie. I powód do bezsenności już od kilku nocy. No bo jakże to? Nie przyjdę do biura? Nie zrobię SAMA, tego, co robię codziennie. Ktoś zrobi to zamiast mnie? Czy zrobi dobrze? A czy nie zapomni? Wiem, że to pytanie retoryczne, bo przecież nie ma ludzi niezastąpionych, a to co robię, to nie są jakieś magiczne sztuczki, które znają tylko nieliczni. Od tygodnia przekazuję moim dwóm niezrównanym pracownicom nowe obowiązki, spisuję procedury, żeby miały łatwiej, tłumaczę, wyjaśniam, pewnie już mają dość, bo wciąż dopytuję, czy już to im przekazałam, czy aby na pewno wiedzą? Nie śmiejcie się, ja wiem, że to pachnie zaawansowanym pracoholizmem, ale nic na to nie poradzę. Wiem, że dziewczyny sobie poradzą, są świetnie zorganizowane, inteligentne i znają temat a i tak zastanawiam się jak to będzie jak mnie przez tych kilka dni nie będzie... Małż mi cały czas powtarza, że normalnie będzie i żebym w to wreszcie  uwierzyła i zaczęła myśleć o pakowaniu walizki. I straszy, że jak będę nadal tak panikować, to mi jeszcze laptop schowa i nie pozwoli zabrać ze sobą na wakacje. A laptop przecież musi ze mną jechać już nawet nie z powodu pracy, która się w nim chowa, ale z powodu internetu i poczty i bloga przede wszystkim. Bo na wakacjach mam zamiar troszkę nadrobić blogowe zaległości i pobuszować po Waszych stronach. A może i napiszę coś, może jakiś króciutki raporcik z urlopiku wysmaruję. Kto wie, kto wie ...

Urlopik nasz króciutki spędzimy u moich Rodziców, w mojej rodzinnej miejscowości. Nie wiem już kiedy ostatnio pojechałam tam na dłużej niż dwa dni. Najczęściej wpadaliśmy jak po ogień zostawić dzieci na wakacje lub je z nich odebrać. Rekord pobiliśmy przyjeżdżając w sobotę po południu i jeszcze tego samego dnia wracając. A nie wspomniałam Wam, że to  ponad czterysta kilometrów w jedną stronę.  Tym razem pobędziemy kilka dni, będzie dość czasu i na rozmowy, na które zawsze go brak i na spacery po dawno nie widzianej okolicy i na odwiedziny u koleżanek z liceum (Reniu, będę na pewno!). Przede wszystkim jednak musimy pójść do lasu. Nie pierwszego lepszego, ale tego, który wciąż do mnie wraca we wspomnieniach z dzieciństwa. Lasu we wsi, w której mieszkała moja Babcia. Spędzałam tam niemal każde wakacje, cudownie beztroskie, pełne biegania z innymi dzieciakami a to od podwórka do podwórka, a to po ogrodach pełnych krzewów i drzew owocowych, które objadaliśmy bez opamiętania, a to nad stawy, w których kąpaliśmy się beztrosko nie zważając na wodę niezbyt czystą i na dno muliste i na kaczki i gęsi pływające obok. Najfajniejsze jednak były wyprawy do lasu, oddalonego od wsi na tyle blisko, by nie stracić z oczu dachów domów i na tyle daleko, by czuć emocje związane z prawdziwą wyprawą i nadzieję na ekscytujące przygody. A przygodą był wówczas wszystko. Ot, choćby przeganianie o świcie krów na pastwisko za lasem. Kuzynka, dla której był to codzienny obowiązek nie mogła uwierzyć w nasz entuzjazm dla wstawania o czwartej rano tylko po to, by pędzić na bosaka po piachu (wtedy we wsi był bruk na szosie i ubity piach w miejscu chodnika) i długą witką naganiać krowy na właściwą ścieżkę. I dla powrotu przez las wśród jagodowych dywanów, wśród krzaków malin dzikich i jeżyn. Dla nas to było warte i tej nocy krótkiej i zmęczenia i nawet tych cierni wyciąganych z brudnych pięt po powrocie do domu. Gdy wujek wybierał się rano na grzyby też bez zastanowienia wstawaliśmy z kurami i taszczyliśmy za nim niemal tak wielkie jak my sami kosze wiklinowe. I nurkowaliśmy pod drzewa w poszukiwaniu maślaków i robiliśmy zawody kto znajdzie największego i najpiękniejszego prawdziwka,  przekrzykiwaliśmy się kto ma więcej w koszyku i czy kurki się liczą, czy nie liczą. Mam nadzieję odnaleźć chociaż echo tamtych emocji wracając do tego lasu po tylu latach. I mam maleńką, choć pewnie płonną nadzieję, że moje dzieci chociaż iskierkę zachwytu nad tym miejscem z siebie wykrzeszą.
Ale nawet, jeśli one nie zauważą tej magii, nie poczują tego specyficznego zapachu, tego niesamowitego, niemal fizycznego "dotyku" lasu to ja na pewno, z przyjemnością powrócę do przeszłości...


Jeszcze tylko pakowanie (nie lubię, nie lubię) i śmigamy. Życzcie nam pogody!

niedziela, 22 czerwca 2014

No cóż ... i na mnie przyszło ...

To już się powoli staje tradycją, że gdy zbliża się weekend zacieram łapki z radości, że wreszcie odkurzę mój blog, uporządkuję kołaczące się po łepetynie myśli przeróżne i przeleję je w zgrabniutki, długi i obficie okraszony zdjęciami post. Niestety wbrew prawom fizyki im więcej mam czasu, tym mam go mniej, więc ostatnio na planach i zamiarach się wszystko kończy. Tym sposobem mijają tygodnie a mój blog rzęsą zarasta a "super przemyślenia" o świecie i życiu dezaktualizują się albo odlatują gdzieś w niebyt. Niewielka pewnie to strata dla czytającej ten blog "ludzkości", coraz mniej licznej, na co sobie oczywiście sama zapracowałam (chociaż tu by bardziej pasował neologizm "zaleniłam"). Nie mam poczucia misji, nie sądzę też, by moje wynurzenia na tematy aktualne były komukolwiek niezbędne do życia, ale mimo wszystko wciąż jeszcze  lubię ten mój blog i lubię czasem napisać w nim kilka zdań, jeśli nie dla czytelnika mniej lub bardziej anonimowego, to dla siebie samej, choćby "ku pamięci".

Miałam nadzieję, że weekend dłuższy o dwa dni pozwoli mi  jednak przełamać impas. Słowo honoru, miałam nie tylko szczerą chęć ale i bardzo głębokie przekonanie, że tym razem, to już nie ma siły żebym czegoś nie napisała.  Nawet się w głowie ułożył temacik zgrabny, nie zdradzę jaki, bo, kto wie, może jednak go w końcu wykorzystam, ale cóż... W środowy wieczór nie siadłam do pisania, bo "przecież ma jeszcze cztery dni wolnego", zresztą zaraz po pracy dopadła mnie przemożna potrzeba doprowadzenia chałupy do błysku i zamiast buszować po blogosferze latałam na mopie, przeganiałam pająki, zadomowione już bezczelnie w kątach za meblami, pucowałam szyby, lustra i półki, które zazwyczaj omiatałam jedynie wzrokiem a nie ścierką. W poczuciu prawdziwego spełnienia padłam późnym wieczorem na fotel i jedyne, na co miałam jeszcze siły to było obserwowanie jak na mundialu Chile ekspediuje do domu Hiszpanię (lampka chilijskiego wytrawnego wina zupełnie przypadkowo wpasowała się w klimat meczu).

W czwartek odsypiałam codzienne pobudki o świcie a potem przez pół dnia snułam się po domu zdziwiona, że nic nie muszę...

W piątek trochę popracowałam, ale tylko tyle ile chciałam i kiedy chciałam, więc to się nie liczyło jako praca, ale troszkę zniechęciło do komputera.

W sobotę rano stwierdziłam, że starczy już tego odpoczywania i nicnierobienia i marnowania wolnego czasu i ogłosiłam, że jedziemy do Wrocławia. Mój plan obejmował aquapark dla dzieciaków i saunę dla starszaków. Małż szybko omiótł internet i dorzucił wejście na skytower i oglądanie panoramy miasta z 49 pietra najwyższego wrocławskiego wieżowca i ewentualnie gokarty... Było fajnie... wróciliśmy koło północy, padnięci... nie było szans na pisanie.

Dzisiaj ... Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie niedziela to już przedsionek poniedziałku. Nie umiem się nią cieszyć, bo myślę, za często i za dużo o tym, co będzie jutro. I żeby zagłuszyć te myśli szukam zajęć odległych od tego, co kojarzy się z pracą, a więc też z komputerem. Dziś dopadła mnie potrzeba jakiejś zmiany w salonie. Impuls był nagły i tak silny, że musiałam coś zrobić już teraz, zaraz natychmiast. Moi chłopcy wiedzą, że gdy dopada mnie taki "mus", to nie ma co mnie studzić, odradzać, że nie wolno wówczas używać przy mnie słowa "później". Wiedzą, że choćby nie wiem co będę dźwigać, przesuwać, przewieszać i że w takiej sytuacji można mi tylko pomóc albo zejść z drogi. Tym razem pomogli, co więcej mieli własne pomysły i posunęli się dalej niż sama miałam śmiałość się posunąć. W ten sposób zrobiliśmy razem pierwszy, ale dość radykalny krok ku odkładanemu na bliżej niesprecyzowaną przyszłość generalnemu remontowi tej części domu, co nie ukrywam cieszy mnie bardzo, bo salon to wstyd przyznać najmniej spójna, najmniej przytulna i najmniej "moja" część domu i czas już najwyższy, żeby to zmienić. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w te wakacje.

Jutro poniedziałek. Znowu pobudka o piątej, znowu stres i nerwy, jak niemal każdego dnia. Jedno jednak będzie ten dzień różniło od poprzednich. W zasadzie o tym miał być ten wpis i pewnie by był, gdyby powstał w środę. Bo w środę przeżywałam to straszliwie... bo to jak symboliczne przejście do kolejnego etapu, zamknięcie jakiegoś okresu. Wyjątkowo trudno było mi się z tym pogodzić, nie chciałam tego zaakceptować, pewnie dlatego zwlekałam z wizytą u lekarza. Bagatelizowałam objawy. Niestety nie dało się dłużej oszukiwać samej siebie ... 

Od środy moje widzenie z bliska wspomagają one...


Jutro po raz pierwszy zasiądę do pracy mając na nosie okulary do pracy przy komputerze i czytania.




W planach, dość bliskich niestety druga para do widzenia z oddali, do prowadzenia auta ...


Czas robi swoje...

niedziela, 1 czerwca 2014

Gdzieś ...

Opowiem Wam o mieście, w którym bywam najczęściej. Oczywiście nie licząc tego, w którym mieszkam i mojej rodzinnej miejscowości. To miejsce niezwykłe, trudne do jednoznacznego określenia. Ma wiele twarzy, można powiedzieć, że sprawia wrażenie ulepionego z różnych elementów.W zasadzie podczas każdej kolejnej wizyty odkrywam je na nowo, zawsze jest to jakieś zaskoczenie, bo za każdym razem trafiam w inną przestrzeń. Już sam wjazd do miasta jest inny w zależności od strony świata, z której się nadjeżdża. Najładniej jest od strony południowej. Ten wjazd jest najbardziej malowniczy, niemal bajkowy, bo wita nas ogromny, stary park. Wielkie drzewa, mnóstwo krzewów, trawniki okolone klombami. Przez środek parku przepływa rzeka, nad którą zwieszają swoje wiotkie gałęzie wiekowe, powyginane wierzby. Wyjątkowo duży, drewniany most jest jakby bramą wjazdową dla przybyszów. Mimo, że odwiedzałam to miasto wielokrotnie, tylko raz wjeżdżałam przez ten most. Była pełnia wiosny, wszystko niemal eksplodowało zielenią, słońce odbijało się od tafli wody, kolory kwiatów były tak czyste, tak intensywne, jak tylko w maju potrafią być. Dziwne, że nigdy potem do tego parku nie trafiłam, ale nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Wyobrażam sobie, że równie piękny jest jesienią, gdy wierzby płaczą liśćmi ...

Wjazd od północy to zupełnie inne klimaty. Trochę jak z amerykańskiego filmu, krajobrazy z jakiegoś prowincjonalnego miasteczka w Montanie, czy Utah, żółte łany pszenicy, czy innego zboża, może kukurydzy, nie pamiętam, w każdym razie żółte były i ciągnęły się niemal po widnokrąg. A miedzy nimi, to niewiarygodne, ale piaszczysta, nawet nie do końca ubita droga, dopiero przy wlocie do miasta przechodząca w bruk, prawdziwe kocie łby ciągnące się aż do samego rynku. Czy są jeszcze gdzieś, prawdziwe piaszczyste drogi? Nie wiem, wydawałoby się, że nie, ale tam taka droga jest. Nie mam pojęcia jak się po niej jeździ autem, zwłaszcza w deszczowe dni, ja pokonywałam ją pieszo, raz tylko gdy opuszczałam to miasto po jednej z wizyt. To było lato, do tej pory pamiętam jak pszeniczne kłosy falowały poruszane wiatrem. I zapach pamiętam rozgrzanego upałem piachu, z nutką sosnowej woni niesionej od okalających miasto lasów.

Miasto raczej nie jest małe. Jest chyba nawet dość spore. Nie wiem jednak dokładnie jaki obszar zajmuje ani ilu ma mieszkańców. Przedmieścia z wysokimi blokami usytuowanymi niemal na pustynnie bezdrzewnej przestrzeni sprawiają wrażenie, że ludzi jest tu sporo. Czy to osiedla sypialnie zbudowane dla pracowników okolicznych fabryk, których czarne i i dymiące złowrogo kominy widać z zachodniej strony? Nie jestem pewna, nie zapuszczałam się tam zbyt często. Zbyt są smutne, niemal orwellowsko przygnębiające i beznadziejne. Wielkie betonowe ściany i małe okienka, jak czarne kropki na tle betonowej szarości. I ten nisko snujący się ponury smog, nie tyle otulający, co obezwładniający domy paraliżującym uściskiem.

Jakże inna jest  centralna część miasta, wyraźnie widać, że dużo starsza, z niską kamieniczną zabudową, gdzieniegdzie tylko oszpeconą "nowoczesną" architekturą z epoki gierkowskiego PRL-u.  Obok stylowych, dwupiętrowych kamieniczek niskie, betonowe klocki-pawilony. Sprawiają wrażenie upchniętych naprędce, bez specjalnego pomysłu, wsuniętych w wolne przestrzenie na siłę. Szarobure, niedoskonałe łaty na rasowej, kolorowej, choć już dotkniętej patyną przestrzeni starego miasta. W idealnie odrestaurowanych, barwnych kamieniczkach ulokowały się banki, ekskluzywne restauracje, czy galerie (te prawdziwe... sztuki, a nie handlowe), pawilony to głównie sklepy, które też sprawiają wrażenie, jakby zatrzymały się gdzieś w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekspedientki mają tam nakrochmalone czapeczki na głowie i buty nazywane kiedyś zdrowotkami. Asortyment też jakby przeniesiony z tamtych lat. W sklepie tekstylnym są materiały nawinięte na kartonowe "deseczki", a w "1001 drobiazgów" jest tysiąc i jeden, a może i dwa tysiące drobiazgów przeróżnych. Wyobraźcie sobie, że znalazłam też sklep nabiałowy, w którym sprzedawano śmietanę nalewaną taką dziwaczną chochlą-miarką prosto do kanek i słoików przynoszonych przez klientów z domu. Ostatni raz widziałam coś takiego, gdy byłam małą dziewczynką... 

Zabawne, że moim najpiękniejszym wspomnieniem z tego miasta nie jest ani ten park bajkowy, ani panorama miasta oglądana z zamkowego wzgórza (tak, bo jest tam też zamek na wzgórzu), ani inny zabytek. Najpiękniejsze i najbardziej wyraźne wspomnienie stamtąd to ... sklep z używaną odzieżą, szmateks, lumpeks, "dior", czy jak tam jeszcze zwą to miejsce. Nie byle jaki jednak, nie taki, jakie widujemy w naszych miastach i miasteczkach. To był sklep magiczny niemalże. Ogromny, z mnóstwem pomieszczeń usytuowanych na kształt labiryntu, połączonych korytarzami, schodami raz w górę, raz w dół. W każdym pomieszczeniu był inny rodzaj towaru. Nie było to upchnięte byle jak na wieszakach ani skłębione w wielkich koszach. Nie było bezładnego przemieszania bluzek ze spodniami, szalików oplatających sukienki, nie było tego lumpeksowego chaosu. Niemal nieograniczona przestrzeń pozwalała wyeksponować towar w cudownie malarskich kompozycjach, ułożyć w martwe natury kuszące oczy, karmiące zmysły. Każde pomieszczenie stanowiło osobną całość, coś jakby dział, tyle, że w typowym sklepie są banalne podziały na odzież damską, męską, buty, akcesoria itp. Tutaj był na przykład pokój z szyldem "twój pierwszy bal" z sukniami, pantofelkami i biżuterią, albo inny o intrygującej nazwie "kiedy, jeśli nie dziś?" pełen kolorowych, szalonych w formie ubrań, peruk przeróżnych i butów na zwariowanych obcasach. Był pokój pełen starych winylowych płyt i kaset magnetofonowych, inny z regałami pełnymi buteleczek z perfumami o tak oryginalnych zapachach jak "pączki babci Józi", "fiołki z rowu przy cmentarzu", "słomkowy kapelusz zostawiony na łące za stodołą" czy "tatarak ze stawu przy pałacu". Zapamiętałam tylko nazwy tych perfum, które otworzyłam i powąchałam. Rzeczywiście pachniały tak, jak obiecywała etykietka. A było ich tysiące... Podobno spędziłam w tym sklepie kilka dobrych godzin, tak przynajmniej twierdził mój Małż, który czekał na mnie w pobliskiej kawiarni, aż w końcu zniecierpliwiony tym czekaniem i zaniepokojony moją nieobecnością oderwał mnie dzwonkiem telefonu od lady dokładnie w chwili, gdy wybierałam jedną z buteleczek. Dla mnie to było jak chwila, jakbym była poza czasem. I podobnie jak z parkiem bajkowym, czy drogą wśród wzgórz byłam tam tylko raz jeden. Zabawne, ale za każdym razem, gdy powracałam do miasta, pierwszym miejscem, do którego kierowałam swoje kroki był ten sklep. To znaczy miejsce, w którym wydawało mi się, że stał... Miałam wrażenie, że było to niemal w centrum rynku, nie sposób nie trafić, a jednak ... błądziłam wśród wąskich uliczek, zaglądałam nawet w podwórza... Niestety. Nikt z zagadniętych po drodze mieszkańców nie umiał mi wskazać drogi, mało tego większość nie miała pojęcia o czym mówię.

Wczoraj też byłam w tym mieście. Tym razem przyleciałam samolotem. Nawet nie wiedziałam, że jest tu lotnisko, szczerze mówiąc niewiele pamiętam z samego przylotu. Zresztą było ciemno, a ja byłam po kilku lampkach wina. Boję się latać, więc dość szybko staram się "znieczulić". I znowu, jak zwykle pobiegłam do rynku, mijając po drodze maleńki sklep z zegarami, znowu minęłam ratusz bo wciąż mi się wydawało, że to właśnie za nim był ten niesamowity sklep i znowu poczułam smak zawodu, gdy zamiast mojego sklepu zobaczyłam jakieś inne budynki. Czy to możliwe, żeby nie pamiętać drogi?

Co to za miasto spytacie zapewne, jak się nazywa? No cóż... sama chciałbym to wiedzieć. Na razie wiem tylko jedno. To jedyne miejsce, które śni mi się tak często i tak wyraźnie.

Dobranoc.


niedziela, 4 maja 2014

Bo nawet najdłuższy kiedyś się kończy ...

No i minął. Do północy jeszcze kilka chwil, ale już teraz długi majowy weekend A.D. 2014 można wrzucić do szufladki "przeszłość". Chociaż aura nie mogła się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciw nam to jednak odpoczywanie i cudowne nicnierobienie można było uprawiać nie zważając na (nie)pogodę. Taki był mój zamysł - odzyskać dawno nieodczuwaną niespieszność, zapomnieć o słowach "trzeba" i "muszę" i przesnuć się przez te cztery dni bez żadnych planów i patrzenia na zegarek. Chyba mi się udało. Przede wszystkim się wyspałam. W czwartek prawie do dziesiątej. Dla kogoś, kto codziennie wstaje o piątej to podwójna porcja snu. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tyle spać. Potem kawa, długo celebrowana w ogródku. Nogi wystawione do słońca, leniwie kartkowana gazeta, po obu stronach płotu sąsiedzi równie niespiesznie obchodzący Święto Pracy. Południe witamy w szlafrokach, cudowne słońce, ptaki śpiewają jak szalone, żaby z pobliskich stawów wtórują im, choć środek dnia to chyba nie pora na żabie koncerty. Jest cudnie! Obiad? Nie chce nam się spędzać tego dnia przy garnkach. Zjemy na mieście. Bawimy się w turystów. Znajdujemy w internecie restaurację, w której nigdy nie byliśmy, rezerwujemy stolik. Jedziemy na Rynek, tam zawsze się coś dzieje, a nawet jeśli nie, to też jest ciekawie. W tłumie przechodniów migają twarze znane z ekranu, Zbigniew Wodecki, Andrzej Sikorowski ...  Nie wychodząc z roli turysty zaglądamy do galeryjek i sklepów z pamiątkami. W jednym z nich Ola wynajduje maleńką ceramiczną, ręcznie malowaną broszkę. Obok na półce stoi maleńki, szkliwiony kubeczek. Jest uroczo niedoskonały i zupełnie niepraktyczny, ale to mnie właśnie w nim urzeka. Mamy swoje "pamiątki z Krakowa" :)) 

 
 
 
 Spacer kończymy w "Dynia Resto Bar" na Krupniczej. Miła obsługa, smakowite dania a do tego jeszcze bliskie mi klimaty w wystroju wnętrza - ściana z gołej cegły, stolarka okienna w szarych przecierkach, klimatyczny ogródek. Obiad dla czterech osób z deserem (pyszne crummble z malin !!) i kawą nie rujnuje kieszeni. Wracamy na naszą krakowską wieś, mimo późnego popołudnia wciąż skąpaną w słońcu. Sąsiedzi siedzą wciąż w swoim ogrodzie, prognozy na kolejne dni są nieciekawe, więc trzeba wykorzystać to cudowne, niemal letnie ciepełko. Lubię te nasze niezobowiązujące sąsiedzkie pogwarki, bez umawiania, bez przygotowania, ktoś przynosi wino, ktoś przypomina sobie, że ma w zamrażalniku lody... impreza bez imprezy. 

Cztery wolne dni mijają szybko... za szybko, ale dla mnie to niemal jak urlop. Komputer wyłączony,  nie zaglądam do firmy. Nawet, jeśli jest tam jakiś mail z super-mega-pilną-sprawą-do-załatwienia-na-wczoraj to i tak niczego nie zmieni, że przeczytam go w święto. Wybaczcie Klienci, ale my też jesteśmy tylko ludźmi, nie cyborgami albo krasnoludkami i mamy prawo do odpoczynku. W tych dniach całkiem świadomie i zupełnie bez poczucia winy z tego prawa korzystaliśmy. 

Zamiast maili i faktur i pism urzędowych było więc to:

 

Ciepła chusta (moja pierwsza) z 200 g angielskiej mieszanki 40 % wełny i 70 % akrylu powstała tylko dlatego, że natrafiłam na blog Drutoterapia, na którym znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie - jak i od której strony zacząć? Zaczęłam, a potem to już żal było przerywać, tak fajnie i szybko szło. I dobrze, bo chusta bardzo się przydała w sobotnie, okropnie zimne popołudnie. 

 

 i to:
 
Nie, nie zmieniły mi się upodobania kolorystyczne i nie opanowało mnie pasteLOVE szaleństwo, ale chyba tak mi właśnie wczoraj w duszy grało. Wyciągnęłam z kąta stary obrazek zrobiony gdzieś na początku mojej zabawy z dekupażem, odarłam z pierwotnych motywów, zeszlifowałam ile się dało stare tło, dodałam "zepsute" kiedyś drewniane serce i zupełnie bezmyślnie zamieniłam w taki cukierkowy obrazeczek 3D, który całkiem niechcący wpasował się w kolorystykę łazienki dla gości. Nieskromnie powiem, że chociaż to zupełnie nie moje kolory to efekt końcowy bardzo mi się podoba.

Udało mi się wygrzebać z archiwum zdjęcie deski (bo raczej trudno nazwać to obrazkiem) w wersji sprzed metamorfozy ... tak to wyglądało do wczoraj


a tak wygląda dziś w miejscu docelowym...

Tak jak lubię, przedmioty zupełnie nieprzydatne, zajęcia niekonieczne, ale cudownie relaksujące, oczyszczające głowę i kojące nerwy. A w tle niemal przez cały weekend "Trójka" i  Lista Przebojów i Polski Top Wszech Czasów, Markomania i Sjesta. Muzyką więc kończę ten wpis. Chciałam Wam polecić najnowszą piosenkę Perfectu "Wszystko ma swój czas", niestety jest zbyt świeża i nie ma jej jeszcze w sieci (fragmentu można posłuchać na stronie LP3, bo jest już w zestawie do głosowania). Dlatego żegnam się cudownym, lirycznym, idealnym na tę porę "Pod niebem pełnym cudów" Raz Dwa Trzy.


Miłego i spokojnego tygodnia!

niedziela, 30 marca 2014

?



Pierwszy raz chyba nie mam pomysłu na tytuł. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe zaćmienie umysłu, zrzucam je na karb późnej pory ... trzeciej lampki wina ... zmęczenia. Może zanim skończę ten post coś mi zaświta, a jeśli nie, to trudno. Czy zawsze musi być tytuł? Brak tytułu też jest pewnego rodzaju tytułem. Bo jak nazwać to, co się ostatnio dzieje? Paradoksalnie niby nie dzieje się nic nowego, nic ciekawego ale to, co jest absorbuje mnie całą. Ciało i umysł. Porwała mnie firmowa rzeczywistość. I niestety nie jest to romantyczny rapt (czy ktokolwiek jeszcze kojarzy to słowo?) zakochanego młodzieńca, zorganizowany za przyzwoleniem porywanej panny, ale brutalne porwanie dla okupu, niestety w moim przypadku z marną szansą na ten okup... Kiepskie perspektywy nie pozwalają na spokojny sen. Budzą mnie koszmary. Wczoraj śniła mi się moja babcia. Widziałam ją taką maleńką, siwiutką...siedziała u lekarza, nie była chora, była po prostu słaba, bardzo zmęczona... rzadko pamiętam tak dokładnie szczegóły snu, ten jednak został we mnie wyraźnym obrazem i dźwiękiem. Zdanie, które babcia powiedział do lekarki ... "wiem, że już nie będę biegać, ale żeby choć jeszcze siłę mieć w garnkach pomieszać, krowę wydoić" ... obudziłam się zlana łzami. A dziś znowu śniło mi się jak płakał mój syn, wielkie szklące się w słońcu łzy na jego policzkach... Czy te sny niosą jakieś znaczenia? Wierzycie w takie znaki? 
Myślicie czasem o końcu? Pewnie niespecjalnie. Większość z Was, to młode, pełne życia dziewczyny. Dopiero zaczynacie. Budujecie domy, macie małe dzieci. Wtedy myśli się o przyszłości w kategorii realizacji planów. Są siły, jest energia, są marzenia do spełnienia. Koniec , śmierć jest abstrakcją, czymś, co dotyczy innych, starszych. Ale przecież ona wpisana jest w nasze życie od dnia narodzin. Nasze baterie wyczerpują się. Zastanawiacie się czasem nad tym, jak to jest? Czy to można wyczuć, czy można się na to przygotować?
Dlaczego właśnie dziś naszły mnie takie myśli? Czy to tylko przez sny z ostatnich nocy? Ostatnio moje myśli wciąż krążą wokół tego tematu. Irracjonalne uczucie, że wszystko, co miało mi się przydarzyć mam już za sobą, że choć wstaję co rano, wykonuję swoje codzienne obowiązki, oddycham, to jest już raczej wegetacja, nie prawdziwe życie. Że częściej myślę o przeszłości, że przestałam marzyć. Kilka dni temu szłam ulicą i jakoś tak uderzyła mnie świadomość, że mam już 46 lat. Nie chodzi o to, że nagle policzyłam to sobie i mnie oświeciło, nie. Uświadomiłam sobie, że do tej pory, w środku wcale tego nie czułam, że myśląc o sobie widziałam kogoś innego. Nie tą kobietę w wieku mocno balzakowskim, z siwymi odrostami, coraz głębszymi zmarszczkami i bolącym kręgosłupem. Tak widziało mnie lustro i mijający mnie ludzie. Nie ja. I nagle, właśnie wtedy na ulicy zobaczyłam te swoje 46 lat, zderzyłam się z nimi niemalże. I przeraziłam się, że przecież to już rzeczywiście bliżej niż dalej, że czas powoli sprzątać swój bałagan, zbierać zabawki ... Mam dziwne przeczucie, że nie pojadę już do Irlandii, że już nie nauczę się grać na pianinie, że już nie zdążę schudnąć tak, by włożyć wymarzone skórzane spodnie. Zostawiałam te wszystkie rzeczy na bliżej nieokreślone "kiedyś".  Tylko czy to "kiedyś" nastapi?





* - ilustracje pochodzą z książki M. Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny" , dawno nie dostałam tak trafionego prezentu. Mam nadzieję, że Wam o niej niedługo napiszę.