Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2014

Marzec :))) ...

No i mamy marzec! Stwierdzenie mało odkrywcze, ale za to jakie radosne. Przyznam, że pierwszy raz od lat zima minęła mi tak szybko i tak bezboleśnie. Co roku, u schyłku października przytłacza mnie perspektywa niemal sześciu miesięcy zimna i mroku . Pobudki w ciemności i powroty z pracy "w nocy" przyprawiają mnie o depresję a na widok schnącego i zamierającego ogrodu sama szarzeję. Zima mi się dłuży, mam wrażenie, że o tej porze roku czas spowalnia swój upływ. A w tym roku niespodzianka! Zima przyszła późno, nie doskwierała aż tak bardzo, śnieg dozowała z rozsądkiem (przynajmniej tu u nas) i bardzo szybko zaczęła ustępować miejsca przedwiośniu. W połowie lutego już mieliśmy zieloną trawę spod której wystawały języczki tulipanów i szafirków. Dziś piękna, wiosenna pogoda wygoniła mnie do ogródka. Zaprosiłam do współpracy grabie, miotłę i solidny wór na śmieci i uprzątnęłam trawnik z resztek jesiennych liści, odsłoniłam rabatki. Każdej jesieni zakopuję kilkanaście nowych cebul, zapominam co i gdzie wkopałam, więc każdej wiosny ze zdziwieniem witam nowe kwiatki, z dziecinnym zaskoczeniem, że miałam tak dużo cebulek pod ziemią. Teraz zielenią się ślicznie na tle świeżo poruszonej ziemi. W taki dzień jak dziś mam ochotę góry przenosić, a wobec braku takowych w pobliżu przynajmniej posprzątać garaż, czy upiec drożdżowe bułeczki. 

A'propos pieczenia. W tym tygodniu spotkała mnie wielka niespodzianka. Moja blogowa Przyjaciółka Hania obdarowała mnie znienacka paczuszką, w której były upieczone przez nią ciasteczka. Był problem ze zrobieniem pamiątkowej fotografii, bo chętnych do spałaszowania prezentu było wielu. W paczuszce były również inne cudeńka, bo Hania jest prawdziwą mistrzynią dekupażu, co możecie zobaczyć na jej blogu pocomito Dostałam uroczą, drewnianą szczotkę do włosów i serduszko z moim ukochanym motywem różyczek w sepii. Wszystko tak dopieszczone, wygładzone, prawdziwie perfekcyjne. Serduszko pokryte jest z jednej strony czymś, czego nie znam a co daje niesamowitą, aksamitną wręcz gładkość, nie można przestać go głaskać. Haniu, bardzo Ci dziękuję, wiesz już, że sprawiłaś mi tym ogromną radość. 

 
 
  Zdjęcie szczotki dość marne, ale próbowałam uchwycić maleńkie logo Hanutki . Widać?


Moja kwiatkowa robótka powoli się rozrasta.  W ciągu ostatniego tygodnia nie przybyło zbyt wiele kwiatków, ale przez weekend nadgonię. Wykrystalizowała się już ostateczna koncepcja kolorystyczna. Szaroniebieskie kwiatki okolę czarną ramką. Przez to całość będzie może troszkę smutniejsza, ale za to bardziej "moja". Jednak pastele to nie są moje klimaty i zawsze jakość ciągnie mnie ku czerni. Dlatego będzie mniej więcej tak:

 
 
 


 Stan na dziś - 55 kwiatków, dziesięć już ma ramki. Myślę, że to połowa, żeby całość miała konkretne wymiary potrzebna mi będzie jakaś setka elementów.


A na zakończenie zdjęcie z cyklu "Nie istnieje tak małe pudełko, w które nie mógłbym się wcisnąć. Nasza Luna uwielbia kartonowe pudełka, "zaprzyjaźnia" się z każdym, które przynosimy do domu przy okazji zakupów. Wciśnięcie się do niewielkiego przecież pudełka po mieszance krakowskiej udało jej się dopiero za trzecim podejściem. Szkoda, że nie nakręciłam tych kombinacji przodem, tyłem ...




Miłego weekendu kochani! Cieszmy się nim!

niedziela, 23 lutego 2014

Niebiesko mi, czyli powrót do szydełka ...

Po chmurnej i deszczowej sobocie nastała słoneczna i cieplutka niedziela. Zgodnie z nastrojem narzuconym przez aurę wczorajszy wieczór spędziłam przy kilku odcinkach ulubionego serialu, kilku lampkach wina i z szydełkiem w ręku. Po dwumiesięcznej przerwie przeprosiłam się z szydełkowaniem, zapomniałam już, że pledzik mi nie wyszedł i postanowiłam dać sobie kolejną szansę. Sobie i włóczce, którą kupiłam już w zeszłym roku. W przypływie euforii kupiłam kilka motków cienkich, bawełnianych włóczek z myślą o wyczarowaniu z nich jakiegoś oryginalnego ciuszka dla Oli. Brak entuzjazmu dla pomysłu u Córci połączony z moim brakiem umiejętności  sprawiły, że pomysł umarł zanim na dobre się urodził a kolorowe kłębki wepchnęłam głęboko w czeluści komody . Bo wkurzały. Wystarczyło jednak, że wyszło słoneczko i stało się jasne, że robienie kolejnego grubego szala na drutach nie ma sensu i znowu łaskawszym okiem spojrzałam na te bawełniane niteczki. Młoda nadal nie ma ochoty na dziergane przeze mnie ciuchy a umiejętności też mi nie przybyło, dlatego wymyśliłam, że zrobię sobie wiosenną chustę na bazie wzoru znanego jako "african flowers". Ponieważ mam tylko dwa kłębki szaroniebieskieskiej włóczki, to na razie robię tylko kwiatki, a na dalszy ciąg, czyli "obwódkę" kwiatka i połączenie kwiatków w całość dokupię jednolitą, czarną, ciemnoszarą lub granatową w ilości, która wystarczy, żeby wszystko zakończyć. Tak mnie wciągnęło, że przez wczorajszy wieczór przerobiłam jeden kłębek na 33 kwiatki. To niestety nie jest dużo, więc chusta nie będzie bardzo szeroka, raczej do zawiązania niż do omotania, chyba, że e-dziewiarka ma jeszcze zapasy Alize Cotton Gold w kolorze 3251, wówczas dodatkowy jeden kłębek da mi komfort bezstresowego szydełkowania. 

Tymczasem mam 33 kwiatuszki, które sobie układam i dopasowuję, by kolory kwiatków przechodziły płynnie z jednej strony chusty na drugą, myślę, że to fajny pomysł przy cztero- czy nawet pięciokolorowej włóczce. 

Jeszcze tylko garść danych technicznych dla ewentualnie zainteresowanych i dla mnie samej "ku pamięci".
Włóczka Alize Cotton Gold (100 g; 330 m.) to mieszanka 55% bawełny i 45% akrylu, miła i delikatna w dotyku. Nazywam takie włóczki "frotowymi", bo przypominają delikatnością niemowlęce śpioszki z frotte. Szydełko nr 3,75

A teraz kilka fotek zrobionych dzisiaj w słońcu wczesnego popołudnia. 









Nie pozostało już zbyt dużo weekendu, niech tych kilka godzin upłynie Wam na przyjemnościach i relaksie.

Na pożegnanie klika spokojnych nutek. Miłego słuchania.


niedziela, 17 listopada 2013

Frida grzeje kota ...

Gdybym siadła do pisania dwa tygodnie temu tytułowe "cholera jasna" z poprzedniego wpisu padałoby w każdym akapicie, a kto wie, może i szpetniejsze przekleństwo by mi się wypsnęło. Gdybym pisała ten post tydzień temu, to bym pewnie zalewała klawiaturę łzami a w tekście przeważałyby onomatopeje w stylu buuuuuuuuu,czy  łeeeeeeeeeee. Przeczekałam jednak fazę wściekłości i buntu przeciwko własnej ignorancji, przeczekałam fazę użalania się nad sobą i głaskania głupiutkiego dziecka w sobie i dziś mogę ze spokojem właściwym oglądaniu sytuacji z dystansu napisać po prostu.

Nie wyszło!

Miało być pięknie, miałam otulać zziębnięte ramiona, przykrywać lodowate stopy, wtulać twarz w delikatnie gryzącą, ale jakże naturalną wełnę, zapadać w miękkość, tonąć w cieple, grzać kości i przy okazji pławić się w rozkosznym zadowoleniu, że "własnemi ręcami" sobie tę przyjemność sprawiłam. Miałam cieszyć oczy magicznym zestawieniem kolorów, który w nasz brązowo-bury dom miał wnieść energię barw kojarzących się z Fridą Kahlo. Tak miało być i było w moich wyobrażeniach do czasu, gdy moje cudowne, wspaniałe kolorowe kwadraciki zaczęłam zszywać w całość. W zasadzie już po pierwszych dwóch rzędach widziałam, że coś jest nie tak. Wiedziałam, ale odrzuciłam te myśli uspokajając samą siebie, że dwa rzędy, to za mało, żeby mieć obraz całości, że z każdym kolejnym przyszytym kwadratem będzie lepiej. Niestety kolejne rzędy zamiast rozwiewać wątpliwości tylko je potwierdzały, ale ja wciąż pomna babcinego "głupiemu pół roboty się nie pokazuje" brnęłam oczko za oczkiem ku ostatniemu kwadratowi z nadzieją, że może na końcu, wraz z ostatnim zaciągniętym na nitce węzełkiem objawi mi się ów szal, ów pledzik mięciutki, który w mojej wyobraźni żył od kilku miesięcy. Niestety to, co leżało przede mną miało się jakoś nijak do marzeń. Bo oto moje mięciutkie kwadraciki połączone ze sobą zupełnie ową miękkość zatraciły. Nie pled miałam w rękach a derkę jakąś sztywną. Ze łzami w oczach patrzyłam na tę włosienicę pokutną i myślałam sobie "za jakie grzechy?". Gdyby to był sweter, czy szalik z jednej nitki, to bez mrugnięcia okiem sprułabym go i zaczęła od nowa. Ale "grunny square" to nie jest coś, co można pruć i przerabiać, to niezliczona ilość krótkich kawałków włóczek, której już się nie da ładnie przerobić. Nie pozostało mi nic innego, tylko polubić moją "fridę" i odnaleźć w tej sytuacji chociaż kilka plusów. Ale do tego wniosku doszłam dopiero po tygodniu, w pierwszym odruchu rzuciłam dziada w kąt, nawet nitek wiszących nie poucinałam. 
 

 
  


A po tygodniu złapałam za aparat i postanowiłam spojrzeć na "fridę" chłodnym okiem. Jak to jednak w życiu bywa najlepsze rozwiązania pojawiają się same i ty razem też tak było. Kocyk ciśnięty po sesji zdjęciowej niedbale na kanapę został niemal natychmiast zaanektowany przez Lunę i stał się ulubionym miejscem jej drzemek. 


Tym sposobem nasz kot stał się posiadaczem jedynego w swoim rodzaju, niemal dizajnerskiego a na pewno najdroższego w okolicy legowiska. Nitek ze spodu nie muszę nawet obcinac i chować, bo kot mi je dzień po dniu, powoli wfilcuje w tło. A ja w bonusie dostałam lekcję, że czasem nie wystarczy zapał i "chęć szczera", czasem warto poczekać, zmierzyć, zważyć, dopasować i przede wszystkim ... poczytać opisy na metkach i uwierzyć, że jak jest tam napisane, że włóczka nadaje się do drutów/szydełek 5 mm to nie należy robić na szydełku 2,5 mm.

W ramach pocieszenia za dobrze odrobioną, choć mało przyjemną lekcję dostałam prezent - zestaw kolorowych jak owocowe żelki szydełek w rozmiarach od 5 do 10 mm. 



 Dzięki Saśku, że napisałaś o nich u siebie na blogu, całe szczęście w "sklepie z kawą" w mojej ulubionej galerii handlowej jeszcze były. Są śliczne i nie zawaham się ich użyć ;))))) A tymczasem kończę mój pocieszacz - gruby, ciepły i naprawdę mięciutki otulacz robiony na drutach nr 10 z bardzo grubej włóczki Drops Andes Mix w kolorze brudnego różu. Sezon zimowy 2013/2014 uważam za otwarty.


Na zakończenie muszę się pochwalić prezentem, jaki przyjechał do mnie z Niemiec. Kochana, cudowna KaDeFee przysłała mi kolorowy breloczek w kształcie apetycznie-energetycznie-słodkiej muffinki. Od razu przywiesiłam go do kluczy, ale oczywiście w swoim roztrzepaniu już zdążyłam zahaczyć o jakieś ustrojstwo w torebce i wyrwać z breloczka cały zaczep. Dlatego teraz muffinka zamiast dyndać przy kluczach dekoruje półkę w kuchni. 



Zdjęcie beznadziejne, bo ciemno, ale wierzcie na słowo, że jest cudowna. Albo zajrzyjcie na blog Agusi, tam widać dużo więcej. 
Aguś, bardzo Ci dziękuję za ten bezinteresowny prezent, przyszedł do mnie w szary, deszczowy dzień i odczarował jesienne smutki.

Gdy o poranku zaczynałam pisać te słowa za oknem rozsnuła się gęsta mgła. Rozwiała się na szczęście i zmieniła w piękny słoneczny dzień. Lada moment jednak zrobi się ciemno i nostalgicznie, jak to w listopadowe wieczory. Podzielę się więc z Wami muzyką, idealną na takie dni. Podejrzewam, że nie mówi Wam nic nazwisko Dave Nilaya. To przesympatyczny Włoch, który przyjechał kilka lat temu do Krakowa i którego można posłuchać w krakowskich klubach. W zeszłym tygodniu byliśmy na jego koncercie w klubie "Studnia życzeń" na Kazimierzu. Dave śpiewa głównie covery znanych utworów, standardy jazzowe, musicalowe, czy rockowe, ale też własne kompozycje, takie jak ta...




Dave ma niesamowity głos, ogromne poczucie humoru i łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi. Na filmikach z YT niestety nie widać tego za bardzo, za to na żywo, z bliska jego energia eksploduje i szybko udziela się słuchaczom.  

Weekend powoli przesuwa się ku przeszłości, przed nami kolejny tydzień pracy. Tym razem będzie to tydzień normalnej długości, bez dni wolnych... a szkoda. rozpieściły mnie te ostatnie święta ;)). 
Życzę Wam, żeby nadchodzące dni były przede wszystkim spokojne. Sobie też. Ostatnio jakoś trudniej o spokój, mam nadzieję, że to przejściowe. Dobrego wieczoru.




Na koniec garść danych technicznych  przede wszystkim "ku pamięci", bo moja niestety dziurawa jest. 
Może komuś przyda się ta wiedza, pamiętam, że sama długo szukałam w necie tak wydawałoby się banalnych informacji ile motków każdego koloru powinnam  przygotować, żeby nie zabrakło mi jakiejś nitki na końcu robótki.

Na "fridę"  o wymiarach 45 x 145 cm zużyłam w sumie 850 g włóczki
- 8 x 50g "Drops loves You4" - 55% alpaka; 40% wełna; 5%len w ośmiu różnych kolorach (odrobinę każdego koloru zostało);
- 1 x 50g "ParisDrops41" 100% bawełna w kolorze musztardowym (loves You w kolorze żołtym nie było, ta była najbardziej zbliżona grubością, jednak różnica jakości nitki jest widoczna, niestety na niekorzyść);
- 8 x 50g "Drops loves You4" w kolorze czarnym
- szydełko nr 2,5 mm (zdecydowanie mogło być grubsze, 5 a nawet 6, kwadraty zyskałyby na wielkości i miękkości)


I już tak całkiem, całkiem na koniec, zamykając temat "fridy" dwa słowa do Madziki  - miałaś rację, trzeba było zrobić torbę taką jak u Dutch Sistars. Z tej ilości kwadratów wyszłyby dwie. Ej, głupia ja!


środa, 14 sierpnia 2013

Wolna środa ...

9:00
Zrobiłam sobie wolny dzień. Bez planów na wyjazd, czy wyjście gdzieś konkretnie. Dzień na posnucie się z kąta w kąt i robienie tego, co mi przyjdzie do głowy. Żeby odetchnąć, żeby się zatrzymać, żeby niczego nie musieć. Żeby nie zwariować, żeby poczuć, że jestem i że mam jakieś inne życie niż to związane z pracą. Chociaż tak do końca od pracy nie uciekłam, nie umiem się całkiem wyłączyć i odciąć i troszeczkę doglądam "wirtualnie". Ale świadomość, że wcale nie muszę tego robić jest cudowna i bardzo odprężająca.

11:00
Z samego rana zagniotłam ciasto na jagodzianki. Myślałyście, że odpuszczę? W żadnym wypadku! Wciąż mam niedosyt i wciąż poszukuję smaku z dzieciństwa. Ciasto już urosło, właśnie podzieliłam je na małe porcje i zgodnie z sugestią Margarytki "zostawiłam do napuszenia", za kwadrans będę nadziewać... Dziś wypróbowałam ten przepis. Tym razem mąkę odmierzyłam z iście aptekarską precyzją, może dlatego ciasto dość długo kleiło się do rąk zanim uzyskało idealną konsystencję.

12:00
Czas jest jednak wielką zagadką. Wciąż pędzi jak szalony by nagle przystanąć ... na kwadrans ... niemiłosiernie długie piętnaście minut.

12:15
Kręcę lukier. Magiczna czynność. Zwykły cukier, zwykła cytryna, zwykła woda. Niezwykły, lekko kwaskowy smak, by zrównoważyć słodycz jagodowego nadzienia.


To jest to!!!! Udały się! :))) Są idealnie puszyste, trochę za słodkie, ale takie były jagody ze słoika.


Jestem z siebie dumna. Pierwszą połowę wolnej środy uważam za udaną. Druga, mam nadzieję, nie zepsuje tego wrażenia, choć zgodnie z planem ma być bardziej gospodarczo-porządkowa.

 17:00
Gdybym normalnie poszła do biura już bym była w domu po pracy. Teraz w biegu podgrzewałabym ulepiony wieczorem obiad a po nim, także pędem gnałabym na zakupy. Wszak jutro dzień wolny także dla sklepów, trzeba więc nakupić chleba, mąki, cukru itp. Czy w Waszej okolicy też widać u ludzi taki przedświąteczny przymus zrobienia zapasów na "dzień bez sklepu"? Tego się chyba nigdy nie oduczymy i na zawsze pozostanie w nas strach, że "chleba zabraknie". Korzystając z niespieszności wybrałam się dziś do Lidla dużo wcześniej niż zwykle, a i tak zastałam półki z pieczywem i lodówki z grillowymi gotowcami przetrzebione przez pierwszy poranny, czy przedpołudniowy szturm. Nie będę się wybielała, sama też nakupiłam więcej, niż potrzebowałam, zapomniałam tylko o  ... chlebie. 
Zanim jednak przyłączyłam się do tego rytuału wstąpiłam do mieszczącego się po w tym samym budynku Pepco. Rzadko odwiedzam ten sklep, bo odnoszę wrażenie, że prawie nic tam się w asortymencie nie zmienia. Dlatego im rzadziej bywam, tym większą mam szansę na jakieś odkrycie, zwłaszcza na półkach z wyprzedażą. Tym razem oko szperacza zawędrowało ku wieszakom z ozdóbkami i zatrzymało się na wisiorku-zegarku. Nie wiem czy pamiętacie, ale wisiorki i zegarki ( razem i z osobna) to mój bzik, nie mam ich nigdy dość i przyznam szczerze nie gardzę nawet egzemplarzami z pogranicza kiczu i tandety, jeśli tylko mnie czymś ujmą? W tym wypadku odezwał się we mnie pierwiastek męski, którego ostatnio odkrywam w sobie nadmiar  i najzwyczajniej w świecie rzuciłam się na "fajną laskę". Ikona kobiecego stylu i urody w wersji słodko seksownej czy seksownie słodkiej, kobieta, z którą łączą mnie niestety jedynie inicjały, czyli  boska Marylin Monroe. 



Mój egzemplarz jest grafitowy z czarnymi cyferkami i wskazówkami. Była jeszcze wersja w złocie, ale to nie mój styl. Drażnią mnie tylko te kolorowe wzorki, które widać na pierwszym zdjęciu. Pojawiają się tylko, gdy patrzy się na zegarek pod pewnym kątem i nie zauważyłam ich w sklepie, dopiero moja Ola-sroczka wypatrzyła "śliczne serduszka i gwiazdki" na szkiełku. No ale nie będę grymasić, mam śliczny biżutek za jedyne 15 złotych

Nie sądzicie, że będzie idealny do wąskich spodni i małego czarnego sweterka?


 
 
















19:00
Świadomość, że nic nie muszę sprawia, że chcę wziąć się za całkiem przyziemne zajęcia. Myję dwa okna, spoglądam zza czystych szyb na chylące się ku zachodowi słońce. Czy wiecie, że dzień jest już krótszy od najdłuższego o ponad godzinę?

22:00
Środa powoli dobiega końca. Wieczór spędzamy rodzinnie. Dobry film, lampka czerwonego wina, ciepłe światło świec i druty. Kolejny ciepły szal, który już dawno powinnam była skończyć, ale trzydziestostopniowe upały nie sprzyjały bliskim kontaktom z wełną.  




To był bardzo dobry, zwyczajny dzień. A jutro wszyscy leniuchujemy. Jak miło...


Dobrej nocy.


PS
22:30 - zostały cztery jagodzianki. Teoretycznie mamy jutro szansę na słodkie śniadanie dla każdego. Teoretycznie ;))

niedziela, 24 marca 2013

Wupia jestem ...




Niestety muszę się do tego przyznać publicznie. Mogłabym ten przykry fakt ukrywać, ale jak zmilczę, to owszem, uratuję resztki opinii o stanie mojego rozumu, ale niestety wtedy nie zrealizuję kolejnego z moich robótkowych marzeń. Dlatego, choć mi głupio i wstyd zalewa policzki to wyznaję Wam swoją indolencję, zanik zdolności myślenia abstrakcyjnego i totalną tępotę.
O co chodzi? Ano o szalik chodzi, ale nie taki zimowy, ciepły, gruby idealny na obecną tfu, tfu pogodę. Marzy mi się szal-mgiełka, duży, ale "dziurawy", więc lekki, którym bym się mogła otulać podczas wiosennych, letnich i jesiennych wieczorów spędzanych na  pogaduszkach w ogrodzie, przy lampce wina i pysznościach niewydumanych... Na to wymarzone cudo kupiłam (w e-dziewiarce) już jakiś czas temu dwa motki przepięknej Lana Grossa w odcieniach zieleni, na blogu nietylkoSZALenstwo znalazłam piękny wzór, ze schematem nie tylko rozrysowanym, ale nawet przetłumaczonym na polski (nie znamy się Kochana, ale bardzo Ci za tę chęć dzielenia się z innymi dziękuję), zaopatrzona w druty zasiadłam przed schematem i ... zderzyłam się ze ścianą.

Poległam na dwóch elementach opisu i choć wspomagałam się najpierw sporą ilością kawy (PONOĆ pobudza zwoje do działania) a potem podobna ilością alkoholu (PONOĆ rozluźnia i wyzwala fantazję i niekonwencjonalne pomysły ) to niestety nie rozgryzłam szyfru.

A szyfr jest taki...


gdzie: 
k - oczko prawe
K2tog - dwa przerabiane razem na prawo
yo - narzut
ssk - zdjąć dwa oczka jak do przerobienia na prawo, przełożyć z powrotem na lewy drut i przerobić razem na prawo
sl1 – K2tog -psso - zdjąć jedno oczko, przerobić, dwa oczka razem i przeciągnąć przez zdjęte oczko

"Ścianę" stanowią dwa ostatnie elementy schematu, czyli ssk i sl1 – K2tog -psso. Zdjąć, przełożyć z powrotem i przerobić razem... no to po co zdjąć, skoro zaraz po tym przełożyć z powrotem? Albo w tym drugim - zdjąć, przerobić a potem przez nie przeciągnąć dwa inne... to gdzie trzymać to przerobione? No nie wiem, nie wiem, nie łapię, nie chwytam, nie ogarniam...

Podejrzewam, że bardziej doświadczone dziewiarki potrafią przetłumaczyć  to bardziej łopatologicznie. Dlatego proszę o pomoc każdego, kto wie co znaczą tajemnicze zaklęcia i potrafi mi to wyłożyć. Ja oczywiście cały czas walczę sama metodą prób i błędów, na razie bez powodzenia :((((

Najśmieszniejsze jest to, że gdy rok temu robiłam TEN szal, to w jego opisie również była tajemnicza formułka "sl1 – K2tog -psso " i ja tę formułkę wówczas jakimś cudem rozkminiłam, bo szalik wygląda tak jak powinien i oczka układają się w zgrabny ażur. Próbowałam ten wzór powtórzyć tym razem i co? No kicha! Jakiś wtórny analfabetyzm drutowy. Zamiast płaskiego oczka, wychodziło mi coś na kształt szwu pijanego chirurga. Koszmarek jakiś. 

Całe szczęście sposób robienia szala boa jest dużo prostszy, więc w ramach terapii drutami wyprodukowałam kolejne :

w kolorach morza:



 bardziej ogniste:



 "sprane" brązy:



 a na koniec raczej kolorowa ozdoba szyi niż szal...




Dziewczyny kochane, za oknem wciąż zima. Śnieg troszkę stopniał, ale mróz nie ustępuje. Macie jeszcze nadzieję na wiosenne Święta? Lekkie pantofelki, płaszcze, ciepły powiew wiatru we włosach... Życzę nam tego z całego umęczonego zimą serca.
Buziaki!

poniedziałek, 4 lutego 2013

Machnęłam sobie boa ...


 Jak ja lubię to uczucie!!! Jak mi się od wczoraj buziol cieszy!!! Biegam po domu, podskakuję i w ręce klaszczę? Każdemu, kto w zasięg szczebiotliwych ochów i achów wpadnie, pokazuję to cudo i każę głośno podziwiać. Ja wiem, że dla wielu z Was to nic takiego, że Wy to jedną ręką i z zawiązanymi oczami. Ale dla mnie to debiut absolutny, dlatego pozwólcie mi się nieskromnie pochwalić i pozachwycać i poopowiadać jak to się stało, że machnęłam sobie boa.

A było to tak.

W piątkowy wieczór przechadzałam się niespiesznie po Waszych blogach (ach ten piątkowy wieczór w towarzystwie trójkowej Listy Przebojów), rozkoszowałam się pięknym słowem i obrazkami przecudnych wytworków ( głos Marka Niedźwieckiego był tego "spaceru" idealnym dopełnieniem ). Trafiłam między innymi do Lacrimy, której mistrzostwo w posługiwaniu się szydełkiem wszyscy dobrze znamy. Tym razem moją uwagę przykuły nie serwetki i nie firanki misterne, ale cudowne i oryginalne szaliczki. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w tym energetycznym multikolorowym boa. I pewnie skończyło by się na tęsknych westchnieniach i marudzeniu pod nosem na własne łapy niezgrabne i brak umiejętności, gdybym nie włączyła filmiku z YT, który Lacrima wrzuciła pod zdjęciami. Nawet mój marny angielski nie przeszkadzał, by zrozumieć co i jak, bo wszystko jest pokazane na palcach (i drutach). A jak już zrozumiałam to dalej poszło sprintem - w sobotę rano pognałam do Galerii K., tam niestety moja euforia i radość lekko oklapły, bo niestety włóczki w wymarzonym jesiennym miksie kolorów nie było. Pasmanteria w Galerii K to jedyny znany mi sklep z włóczkami, w którym wybór Pań Ekspedientek bywa większy niż wybór włóczek, ale czasem nie mam wyjścia i zamiast jechać do lepiej zaopatrzonego sklepu, choćby na Karmelickiej jadę do GK.  Oczywiście nie zamierzałam wychodzić z niczym i zmodyfikowawszy lekko wizję mojego pierwszego boa nabyłam motek fioletowo-brązowo-szarej fantazyjnej niemieckiej Frilly (w domu okazało się, że ona niemiecka ale made in China) . Od razu też wzięłam się do roboty. Okazało się, że to rzeczywiście łatwizna, że robótki przybywa dość szybko i że zgodnie z obietnicą utalentowanej Pani z YT i niemieckich producentów włóczki na jeden szalik wystarcza jeden motek. W niedzielę po południu głośnym tadam! obwieściłam domownikom mój powrót do rzeczywistości otulona w cieplutki szaliczek. Nie jest to oczywiście to samo, co u Lacrimy, bo Ona robiła swój szal (piękny!!!!!) z trochę innej włóczki. Widziałam w necie, że gatunków fantazyjnej włóczki, którą można w magiczny sposób zamieniać w szale jest cała masa i zamierzam jeszcze wypróbować kilka innych. No bo nie odpuszczę i muszę sobie zrobić taki w kolorach jesiennych liści. I może jeszcze jakiś pastelowy... Tymczasem napawam się moim włóczkowym sukcesem  i  bezwstydnie spieszę pokazać Wam mój boa-debiut. Lacrimo, jesteś jego matką chrzestną :)) dziękuję Ci za inspirację!







Boa prezentuje półgolec, którego wycyganiłam od mojej Mamy. Może urodą nie powala, ale ciało ma niezłe. Na razie straszy zadziorami plastikowych szwów i nijakim kolorkiem, ale mam już na niego pomysł i mam nadzieje szybko się tym zająć. 

Tymczasem jednak zmykam do łóżka, bo adrenalina adrenaliną, ale spać też czasem trzeba. Spokojnej nocy i kolorowych snów!

czwartek, 2 lutego 2012

Prozac sprzedawany na motki...

Dziergam sobie bezustannie. Wcale nie muszę. Samych szalików mam dwie szuflady w komodzie. Zawsze lubiłam motać sobie coś na szyi i nie potrafię przejść obojętnie obok fajnej chusty, apaszki czy szala. I nie jest ważne, czy widzę je w sklepie, szmateksie czy jako dodatek do gazety. Podoba mi się to biorę a potem z upodobaniem noszę.

Domownicy też nie pożądają nowych dzianin. Ola nie lubi, bo ją wszystko "dusi" a chłopcy mają po szaliku i tak im dobrze. Po co więc kupuję kolejne motki i przerabiam na dzianinowe prostokąty? Dla zdrowotności! Nic mnie tak nie uspokaja jak seans z drutami. Muzyka w tle, albo film , który też bardziej słyszę niż oglądam, lampka czerwonego wina i delikatna gimnastyka nadgarstków. Odwijam kolejne warstwy kłębka, odganiam kota, który też musi zobaczyć co się dzieje, smakuję delikatną goryczkę wina, patrzę jak przybywa kolejny rządek... Odpływam w stan bez myśli, zwłaszcza tych nieprzyjemnych, wyciszam się, resetuję przed kolejnym dniem, który nie oszczędzi mi nerwów i stresu. Te włóczkowe seanse to moja psychoterapia, to mój Prozac sprzedawany na motki. Efektem ubocznym kilku ostatnich dni terapii jest kolejny szal. Inspiracją był otulacz, który wydziergała i pokazała na zdjęciach Ania z deszczowej krainy . Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i oczywiście zapragnęłam mieć identyczny o czym oczywiście uprzedziłam Aneczkę. Owa identyczność to kwestia mocno umowna, ponieważ mój otulacz nie mógł być szary, bo zapotrzebowanie na szarość wyczerpałam robiąc poprzedni szal ażurowy (który wciąż czeka na blokowanie, bije się w piersi, ale nijak nie mogę się do tego zabrać). Wymarzyłam sobie otulacz wielokolorowy, taki, żeby na smutnej płaszczyźnie zimowego palta był plamą energii , żeby na jego widok uśmiechał się nawet pochmurny dzień. Nie wiem, czy inni tak mają, ale ja, kiedy sobie coś umyślę to muszę jak najszybciej zacząć działać, każda zwłoka w realizacji planu powoduje jakieś nieokreślone "swędzenie" , poczucie, że czas umyka i się marnuje. Na szczęście w otwartej do późna Galerii Krakowskiej jest dość dobrze zaopatrzona pasmanteria. Włóczek po sufit, tylko brać. No i znalazłam! Włóczka cudo, włóczka marzenie, włóczka spełnienie tęsknot. Miękka i puszysta mieszanka wełny i akrylu, hiszpańska Katia Azteca (7824) w kolorach, które kojarzą mi się z krajobrazami Irlandii ... zgaszona zieleń trawy, przytłumiony fiolet wrzosowisk, rude ciepło zachodzącego słońca i szaroburość omszałych kamieni... wszystko to pomieszane w jednej nitce, przechodzące łagodnymi pasmami w kolejne odcienie. Chociaż cena zbiła mnie nieco z nóg, to szarpnęłam się na dwa motki. I jeszcze druty numer 6. Gdy wracałam do domu z moim skarbem, to nawet światła sygnalizacji świeciły mi na oliwkowo :))).


(nie zdążyłam sfotografować motków, więc to piękne zdjęcie pożyczyłam ze strony zamotane.pl )

Oczywiście zarwałam pół nocy bo musiałam zobaczyć jak te kolory będą się układały. A układają się niezwykle. Włóczka skręcona jest z trzech różnobarwnych niteczek i kolor główny dzięki temu zmienia się bardzo płynnie, zresztą co tu gadać, to trzeba zobaczyć, chociaż zdjęcia i tak nie oddają urody tych zestawień.




Gdy przerobiłam jeden motek włączył mi się rozum, bo wcześniej to machałam w jakimś durnym amoku. Zaczęłam sobie uświadamiać, że jak zrobię ocieplacz taki jak ma Ania, to zrobię go do szuflady. Bo na mojej pikówce nie będzie ładnie wyglądał, a jeśli miałabym go nosić po domu czy na kurtkę jesienną to mnie szybko zacznie wkurzać gruby i ciepły golf po samą brodę. A przecież robię to sobie, nie muzom i może połowa roboty to dobry czas na ochłonięcie, sprucie i zrobienie czegoś, co jednak posłuży mi zimą. O dziwo, prucie nawet mnie nie "zabolało", szybko przyszło, szybko poszło, lepiej teraz niż po zszyciu. Tym razem nabrałam mniej oczek i postanowiłam, że to jednak będzie szal. Szeroki, niezbyt długi, taki do spięcia broszą czy agrafą. Znowu dwa wieczory machania nadgarstkami i gotowy szal w kolorach jak z kadrów "Nieśmiertelnego" zadebiutował grzejąc mnie w te siarczyste mrozy.


Zastanawiam się, czy nie lepiej by wyglądał zrobiony na jeszcze grubszych drutach, ale póki co zostawiam tak jak jest, bo...

... kupiłam kolejne dwa motki Katia Azteca (7815), tym razem w odcieniach szaro-fioletowych , druty nr 8 i robię szalik dla Oli. Jak starczy, to zrobię też czapkę, zobaczę. Na ósemkach robi się trudniej, ale za to robótka jest jeszcze milsza i delikatniejsza w dotyku. W sam raz dla takiej, którą szaliki duszą ;))) Pewnie szybko pokażę efekt końcowy, bo wczoraj w kolejce do ortodonty przerobiłam prawie cały motek.

A na zakończenie melodia, która przenosi mnie w lata 60-te.