Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2015

Mikołaj zawrócił ...

Trzej królowie przemierzają właśnie świat a ja zamierzam pochwalić się wizytą gościa podobnego im posturą, charyzmą i brodą. Ten gość, to święty Mikołąj, który zaskoczył mnie zupełnie, gdy wczoraj pojawił się w drzwiach mojego biura. Oczywiście nie pojawił się we własnej postaci. Niestety. Przyoblekł się na tę okoliczność w granatowy uniform listonosza i zamiast saniami zaprzęgniętymi w renifery, co miałoby wreszcie sens, bo śniegu mamy pod dostatkiem, przyjechał na rowerze. Bo nasza Pani listonoszka przez okrągłe dwanaście miesięcy, bez względu na pogodę w powietrzu i stan nawierzchni śmiga na dwóch kółkach. No więc wczoraj Pani Listonoszka, jak niemal codziennie przywiozła plik korespondencji, wyegzekwowała stosowne podpisy i potwierdzenia i umknęła a ja tę stertę potraktowałam z należną jej atencją, czyli ... odłożyłam na potem. Bo czegóż się mogłam spodziewać? Faktur, rachunków, pism urzędowych, standardowego zestawu firmowej "makulatury", tyleż niezbędnej co emocjonalnie obojętnej. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zabrawszy się wreszcie za jej przeglądanie zobaczyłam kopertę ze znajomym, bynajmniej nie służbowo, nazwiskiem. Jak niecierpliwie otwierałam kopertę, to tylko moje współpracownice z pokoju wiedzą. I jak się ucieszyłam (hamując się jednakoż, bo przecież w pracy byłam) gdym zobaczyła co z tej koperty wypadło.


 Kilka postów temu przyznałam się do zachwytu tą piosenką. Napisałam kilka słów o jej autorze i wykonawcy, bo wiele miłych wspomnień mi się nasunęło. A wczoraj trzymałam w ręku płytę, mało tego, płyta miała autograf :)))))
 

Małgosiu! Już wiesz jak bardzo uszczęśliwiłaś mnie tą niespodzianką. Nie po raz pierwszy obdarowałaś mnie bez okazji, tylko dlatego, że jesteś wrażliwa, czujna i bezinteresownie hojna. Wiem, jak bardzo jesteś ostatnio zajęta, jak pochłania Cię życie zawodowe, jak mało masz czasu dla siebie, bloga i nas. A jednak znalazłaś ... i czas i chęci. Dziękuję. I bardzo ciepło pozdrawiam.
 

Z płyty tej radio udostępnia dość regularnie piosenkę tytułową, której (lubię myśleć, że również przy moim skromnym udziale) udało się zawędrować dość wysoko na trójkowej Liście Przebojów. Słyszałam też "Piasku ziarenka", mam nadzieję, że i pozostałe piosenki przynajmniej w Trójce częściej zagoszczą. Bo zasługują na to zwłaszcza dlatego, że są cudownie "po polsku" . Sami przeczytajcie - mój absolutny faworyt to "Serce na patyku"...

" właściwie nie potrzeba słów
cukrowe serce na patyku
dasz jej i
jak zje - wiadomo o co chodzi

jak nie - za rok spróbujesz znów
też nie obiecam ci wyników
przykro mi
jeszcze się taki nie urodził

co by połapał się czego ona chce
czy dla niej "nie" to "tak", skoro "tak" to "nie"
bo czasem patrzy jakby chciała cię
a czasem wszystko zje i tylko śmieje się

albo inaczej - nie zje i płacze

aż zdarzy się pewnego dnia
gdy już ją zmęczy ta zabawa
poczujesz że ją masz
chociaż nie powie ani słowa

może po prostu już tak ma
że musi trochę poudawać
żebyś przez cały czas
próbował, próbował

jakoś połapać się czego ona chce

czy dla niej "nie" to "tak", skoro "tak" to "nie"
bo czasem patrzy jakby chciała cię
a czasem wszystko zje i tylko śmieje się"


Kilka zdań i już jest opowieść. Ani jednej zbędnej linijki. Bez rozgadania a z sensem. Bez ozdóbek, udziwnień i "odwracaczy uwagi". Umiejętność, której niestety nie posiadam. Dlatego podziwiam tych, którzy potrafią. I słucham ich z upodobaniem. I zazdroszczę (pozytywnie) i uczę się.

sobota, 1 marca 2014

Marzec :))) ...

No i mamy marzec! Stwierdzenie mało odkrywcze, ale za to jakie radosne. Przyznam, że pierwszy raz od lat zima minęła mi tak szybko i tak bezboleśnie. Co roku, u schyłku października przytłacza mnie perspektywa niemal sześciu miesięcy zimna i mroku . Pobudki w ciemności i powroty z pracy "w nocy" przyprawiają mnie o depresję a na widok schnącego i zamierającego ogrodu sama szarzeję. Zima mi się dłuży, mam wrażenie, że o tej porze roku czas spowalnia swój upływ. A w tym roku niespodzianka! Zima przyszła późno, nie doskwierała aż tak bardzo, śnieg dozowała z rozsądkiem (przynajmniej tu u nas) i bardzo szybko zaczęła ustępować miejsca przedwiośniu. W połowie lutego już mieliśmy zieloną trawę spod której wystawały języczki tulipanów i szafirków. Dziś piękna, wiosenna pogoda wygoniła mnie do ogródka. Zaprosiłam do współpracy grabie, miotłę i solidny wór na śmieci i uprzątnęłam trawnik z resztek jesiennych liści, odsłoniłam rabatki. Każdej jesieni zakopuję kilkanaście nowych cebul, zapominam co i gdzie wkopałam, więc każdej wiosny ze zdziwieniem witam nowe kwiatki, z dziecinnym zaskoczeniem, że miałam tak dużo cebulek pod ziemią. Teraz zielenią się ślicznie na tle świeżo poruszonej ziemi. W taki dzień jak dziś mam ochotę góry przenosić, a wobec braku takowych w pobliżu przynajmniej posprzątać garaż, czy upiec drożdżowe bułeczki. 

A'propos pieczenia. W tym tygodniu spotkała mnie wielka niespodzianka. Moja blogowa Przyjaciółka Hania obdarowała mnie znienacka paczuszką, w której były upieczone przez nią ciasteczka. Był problem ze zrobieniem pamiątkowej fotografii, bo chętnych do spałaszowania prezentu było wielu. W paczuszce były również inne cudeńka, bo Hania jest prawdziwą mistrzynią dekupażu, co możecie zobaczyć na jej blogu pocomito Dostałam uroczą, drewnianą szczotkę do włosów i serduszko z moim ukochanym motywem różyczek w sepii. Wszystko tak dopieszczone, wygładzone, prawdziwie perfekcyjne. Serduszko pokryte jest z jednej strony czymś, czego nie znam a co daje niesamowitą, aksamitną wręcz gładkość, nie można przestać go głaskać. Haniu, bardzo Ci dziękuję, wiesz już, że sprawiłaś mi tym ogromną radość. 

 
 
  Zdjęcie szczotki dość marne, ale próbowałam uchwycić maleńkie logo Hanutki . Widać?


Moja kwiatkowa robótka powoli się rozrasta.  W ciągu ostatniego tygodnia nie przybyło zbyt wiele kwiatków, ale przez weekend nadgonię. Wykrystalizowała się już ostateczna koncepcja kolorystyczna. Szaroniebieskie kwiatki okolę czarną ramką. Przez to całość będzie może troszkę smutniejsza, ale za to bardziej "moja". Jednak pastele to nie są moje klimaty i zawsze jakość ciągnie mnie ku czerni. Dlatego będzie mniej więcej tak:

 
 
 


 Stan na dziś - 55 kwiatków, dziesięć już ma ramki. Myślę, że to połowa, żeby całość miała konkretne wymiary potrzebna mi będzie jakaś setka elementów.


A na zakończenie zdjęcie z cyklu "Nie istnieje tak małe pudełko, w które nie mógłbym się wcisnąć. Nasza Luna uwielbia kartonowe pudełka, "zaprzyjaźnia" się z każdym, które przynosimy do domu przy okazji zakupów. Wciśnięcie się do niewielkiego przecież pudełka po mieszance krakowskiej udało jej się dopiero za trzecim podejściem. Szkoda, że nie nakręciłam tych kombinacji przodem, tyłem ...




Miłego weekendu kochani! Cieszmy się nim!

niedziela, 17 listopada 2013

Frida grzeje kota ...

Gdybym siadła do pisania dwa tygodnie temu tytułowe "cholera jasna" z poprzedniego wpisu padałoby w każdym akapicie, a kto wie, może i szpetniejsze przekleństwo by mi się wypsnęło. Gdybym pisała ten post tydzień temu, to bym pewnie zalewała klawiaturę łzami a w tekście przeważałyby onomatopeje w stylu buuuuuuuuu,czy  łeeeeeeeeeee. Przeczekałam jednak fazę wściekłości i buntu przeciwko własnej ignorancji, przeczekałam fazę użalania się nad sobą i głaskania głupiutkiego dziecka w sobie i dziś mogę ze spokojem właściwym oglądaniu sytuacji z dystansu napisać po prostu.

Nie wyszło!

Miało być pięknie, miałam otulać zziębnięte ramiona, przykrywać lodowate stopy, wtulać twarz w delikatnie gryzącą, ale jakże naturalną wełnę, zapadać w miękkość, tonąć w cieple, grzać kości i przy okazji pławić się w rozkosznym zadowoleniu, że "własnemi ręcami" sobie tę przyjemność sprawiłam. Miałam cieszyć oczy magicznym zestawieniem kolorów, który w nasz brązowo-bury dom miał wnieść energię barw kojarzących się z Fridą Kahlo. Tak miało być i było w moich wyobrażeniach do czasu, gdy moje cudowne, wspaniałe kolorowe kwadraciki zaczęłam zszywać w całość. W zasadzie już po pierwszych dwóch rzędach widziałam, że coś jest nie tak. Wiedziałam, ale odrzuciłam te myśli uspokajając samą siebie, że dwa rzędy, to za mało, żeby mieć obraz całości, że z każdym kolejnym przyszytym kwadratem będzie lepiej. Niestety kolejne rzędy zamiast rozwiewać wątpliwości tylko je potwierdzały, ale ja wciąż pomna babcinego "głupiemu pół roboty się nie pokazuje" brnęłam oczko za oczkiem ku ostatniemu kwadratowi z nadzieją, że może na końcu, wraz z ostatnim zaciągniętym na nitce węzełkiem objawi mi się ów szal, ów pledzik mięciutki, który w mojej wyobraźni żył od kilku miesięcy. Niestety to, co leżało przede mną miało się jakoś nijak do marzeń. Bo oto moje mięciutkie kwadraciki połączone ze sobą zupełnie ową miękkość zatraciły. Nie pled miałam w rękach a derkę jakąś sztywną. Ze łzami w oczach patrzyłam na tę włosienicę pokutną i myślałam sobie "za jakie grzechy?". Gdyby to był sweter, czy szalik z jednej nitki, to bez mrugnięcia okiem sprułabym go i zaczęła od nowa. Ale "grunny square" to nie jest coś, co można pruć i przerabiać, to niezliczona ilość krótkich kawałków włóczek, której już się nie da ładnie przerobić. Nie pozostało mi nic innego, tylko polubić moją "fridę" i odnaleźć w tej sytuacji chociaż kilka plusów. Ale do tego wniosku doszłam dopiero po tygodniu, w pierwszym odruchu rzuciłam dziada w kąt, nawet nitek wiszących nie poucinałam. 
 

 
  


A po tygodniu złapałam za aparat i postanowiłam spojrzeć na "fridę" chłodnym okiem. Jak to jednak w życiu bywa najlepsze rozwiązania pojawiają się same i ty razem też tak było. Kocyk ciśnięty po sesji zdjęciowej niedbale na kanapę został niemal natychmiast zaanektowany przez Lunę i stał się ulubionym miejscem jej drzemek. 


Tym sposobem nasz kot stał się posiadaczem jedynego w swoim rodzaju, niemal dizajnerskiego a na pewno najdroższego w okolicy legowiska. Nitek ze spodu nie muszę nawet obcinac i chować, bo kot mi je dzień po dniu, powoli wfilcuje w tło. A ja w bonusie dostałam lekcję, że czasem nie wystarczy zapał i "chęć szczera", czasem warto poczekać, zmierzyć, zważyć, dopasować i przede wszystkim ... poczytać opisy na metkach i uwierzyć, że jak jest tam napisane, że włóczka nadaje się do drutów/szydełek 5 mm to nie należy robić na szydełku 2,5 mm.

W ramach pocieszenia za dobrze odrobioną, choć mało przyjemną lekcję dostałam prezent - zestaw kolorowych jak owocowe żelki szydełek w rozmiarach od 5 do 10 mm. 



 Dzięki Saśku, że napisałaś o nich u siebie na blogu, całe szczęście w "sklepie z kawą" w mojej ulubionej galerii handlowej jeszcze były. Są śliczne i nie zawaham się ich użyć ;))))) A tymczasem kończę mój pocieszacz - gruby, ciepły i naprawdę mięciutki otulacz robiony na drutach nr 10 z bardzo grubej włóczki Drops Andes Mix w kolorze brudnego różu. Sezon zimowy 2013/2014 uważam za otwarty.


Na zakończenie muszę się pochwalić prezentem, jaki przyjechał do mnie z Niemiec. Kochana, cudowna KaDeFee przysłała mi kolorowy breloczek w kształcie apetycznie-energetycznie-słodkiej muffinki. Od razu przywiesiłam go do kluczy, ale oczywiście w swoim roztrzepaniu już zdążyłam zahaczyć o jakieś ustrojstwo w torebce i wyrwać z breloczka cały zaczep. Dlatego teraz muffinka zamiast dyndać przy kluczach dekoruje półkę w kuchni. 



Zdjęcie beznadziejne, bo ciemno, ale wierzcie na słowo, że jest cudowna. Albo zajrzyjcie na blog Agusi, tam widać dużo więcej. 
Aguś, bardzo Ci dziękuję za ten bezinteresowny prezent, przyszedł do mnie w szary, deszczowy dzień i odczarował jesienne smutki.

Gdy o poranku zaczynałam pisać te słowa za oknem rozsnuła się gęsta mgła. Rozwiała się na szczęście i zmieniła w piękny słoneczny dzień. Lada moment jednak zrobi się ciemno i nostalgicznie, jak to w listopadowe wieczory. Podzielę się więc z Wami muzyką, idealną na takie dni. Podejrzewam, że nie mówi Wam nic nazwisko Dave Nilaya. To przesympatyczny Włoch, który przyjechał kilka lat temu do Krakowa i którego można posłuchać w krakowskich klubach. W zeszłym tygodniu byliśmy na jego koncercie w klubie "Studnia życzeń" na Kazimierzu. Dave śpiewa głównie covery znanych utworów, standardy jazzowe, musicalowe, czy rockowe, ale też własne kompozycje, takie jak ta...




Dave ma niesamowity głos, ogromne poczucie humoru i łatwość nawiązywania kontaktu z ludźmi. Na filmikach z YT niestety nie widać tego za bardzo, za to na żywo, z bliska jego energia eksploduje i szybko udziela się słuchaczom.  

Weekend powoli przesuwa się ku przeszłości, przed nami kolejny tydzień pracy. Tym razem będzie to tydzień normalnej długości, bez dni wolnych... a szkoda. rozpieściły mnie te ostatnie święta ;)). 
Życzę Wam, żeby nadchodzące dni były przede wszystkim spokojne. Sobie też. Ostatnio jakoś trudniej o spokój, mam nadzieję, że to przejściowe. Dobrego wieczoru.




Na koniec garść danych technicznych  przede wszystkim "ku pamięci", bo moja niestety dziurawa jest. 
Może komuś przyda się ta wiedza, pamiętam, że sama długo szukałam w necie tak wydawałoby się banalnych informacji ile motków każdego koloru powinnam  przygotować, żeby nie zabrakło mi jakiejś nitki na końcu robótki.

Na "fridę"  o wymiarach 45 x 145 cm zużyłam w sumie 850 g włóczki
- 8 x 50g "Drops loves You4" - 55% alpaka; 40% wełna; 5%len w ośmiu różnych kolorach (odrobinę każdego koloru zostało);
- 1 x 50g "ParisDrops41" 100% bawełna w kolorze musztardowym (loves You w kolorze żołtym nie było, ta była najbardziej zbliżona grubością, jednak różnica jakości nitki jest widoczna, niestety na niekorzyść);
- 8 x 50g "Drops loves You4" w kolorze czarnym
- szydełko nr 2,5 mm (zdecydowanie mogło być grubsze, 5 a nawet 6, kwadraty zyskałyby na wielkości i miękkości)


I już tak całkiem, całkiem na koniec, zamykając temat "fridy" dwa słowa do Madziki  - miałaś rację, trzeba było zrobić torbę taką jak u Dutch Sistars. Z tej ilości kwadratów wyszłyby dwie. Ej, głupia ja!


piątek, 5 października 2012

Herbata jaśminowa ...

Próbując odejść troszkę od kociej tematyki i perypetii ze znalezieniem domu dla naszych maluchów szukałam weny przeglądając zdjęcia z moimi ostatnimi deku-popełnieniami. Mimo, że mało dekupażuję, to jednak dokańczam powoli to czy tamto, głównie "dalsze ciągi" do rzeczy już zrobionych i pokazywanych na blogu. Może w kolejnych postach wrzucę te wszystkie komplety hurtem, żeby zamknąć temat mojej wiosenno-letniej dłubaniny. Nie spodziewam się, by długie jesienno-zimowe wieczory wpłynęły jakoś pozytywnie na ilość zdekupażowanych przedmiotów, podejrzewam nawet, że wręcz przeciwnie. Latem, kończąc pracę ok 17-18 miałam jeszcze szansę na malowanie przy dziennym świetle co najmniej przez dwie-trzy godziny. Teraz ciemność zapada tak szybko, a ja, nie ma co ukrywać coraz gorzej widzę. Długie godziny spędzane dzień w dzień przed monitorem dały się we znaki moim oczom. Dobieranie odcienia farby na tło do obrazków, czy wycinanie drobnych elementów serwetki przy żarówce kończy się często wielkim porannym wytrzeszczem oczu, kiedy to w świetle dziennym odkrywam co narobiłam. A potem jest zdzieranie, przemalowywanie a najczęściej odkładanie w kąt na bliżej nieokreślone potem. Pamiętam, kilka miesięcy temu Tabu pisała o swoich perypetiach z literaturą słoiczkowo-buteleczkową w łazience.  Myślałam sobie wtedy, jak dobrze, że mnie to jeszcze nie dotyczy, zawsze miałam sokoli wzrok. I co? Ano przyszła i na mnie pora. I teraz ja mam wszystkie instrukcje na wyciągnięcie ręki... całkiem dosłownie niestety.  No dobra, ale nie o tym być miało. 

Miało być o tym, że nie będzie o kotach . I nie będzie, ale jakoś tak przypadkiem pozostanę w klimacie rozstań i pożegnań. Bo przedmiot, który dzisiaj pokazuję miał być prezentem podarowanym "na pamiątkę" naszemu pierwszemu i jedynemu jak dotąd wikaremu, człowiekowi, który naszą przeciętną, nijaką i zgnuśniałą zbiorowość parafialną zmienił w tętniącą życiem, pomysłami i wydarzeniami społeczność. Dzięki niemu starzy mieszkańcy bardziej przyjaźnie traktowali element napływowy zasiedlający nowe bloki a "nowi" szybko się asymilowali. Organizował akcje charytatywne i zajęcia sportowe, świetlicę dla dzieci i siłownię dla młodzieży. Grał z nami w siatkówkę i jeździł na narty. Człowiek instytucja nie znający słowa "niemożliwe". I nagle, gdy już wszyscy myśleli, że R. będzie z nami na zawsze przyszedł rozkaz z góry, że czas na zmiany. I w środku lata, prosto z kolonii nad morzem, na jakie co rok zabierał autokar dzieciaków odjechał do innej parafii. Decyzja była nagła, środek wakacji, ale plotka rozeszła się migiem. Migiem też parafialni oficjele zorganizowali księdzu pożegnanie. Wszystko z pompą, delegacje, kwiaty, prezenty i przemówienia.  Ja akurat nie przepadam za takim sztywnym schematem, ale jestem w stanie zrozumieć, że musi być oficjalnie i w kancik. Ale kiedy zobaczyłam te "kossaki",  te kryształy rżnięte i te kosze kwiecia wręczane, to drobiazg, jaki przygotowałam dla R. wydał mi się taki śmiesznie marny, że aż się rumieńcem wstydu zalałam... Pomyślałam, że tylko się wygłupię. I sobie darowałam. I nie wręczyłam.











I tak pudełko na herbatę, spokojne w kolorystyce i niezbyt ozdobne, bo w końcu dla mężczyzny i księdza robione zostało mi w domu. Na pamiątkę.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Naprawdę jaka jestem...

Tydzień temu, grubo po szesnastej, ubrana w koszulkę z krótkim rękawkiem i spodnie 3/4 wracałam z rowerowej wycieczki chowając oczy za ciemnymi okularami, bo słońce świeciło w nie jak szalone. Dziś, przeklinając pod nosem wdrapywałam się na strych, żeby przywlec stamtąd wyniesione, jak naiwnie myślałam, na kilka miesięcy kozaki i puchówkę (i szalik i rękawiczki i taki sam zestaw dla Oli). Tydzień temu gdy słońce chyliło się już powoli za horyzontem siedziałam z lampką wina w ogródku w tych samych spodniach 3/4 i rozmawiałam przez płot z sąsiadką na temat hiacyntów i fiołków, które hurtowo wyszły spod trawy i bezczelnie jaśniały fioletem na tle świeżej trawki. Dziś patrzę za okno...nie jestem pewna, czy chcę na to patrzeć... śnieżyca... zmasowany atak wielkich kłapciatych płatków. Się niebu pomieszało! Heloł! Boże Narodzenie już było! Za tydzień jaja w koszyczkach, baranki, zajączki, jasne prochowce, kolorowe balerinki, słońce na uśmiechnięte pysiaki i takie tam...

Nie lubię zimy, nienawidzę... wiem, ciągle to powtarzam. Ale w takie dni jak dzisiejszy utwierdzam się jeszcze w tym nielubieniu. Latania samolotem też nie lubię i staram się nie praktykować. Boję się a moja bujna wyobraźnia podsuwa mi obrazy, które ten strach jeszcze wzmacniają. Dlaczego więc, gdy Małż zaproponował wczoraj kino i rzucił "zdaję się na ciebie" wybrałam "Przetrwanie" Joe Carnahana z Liamem Neesonem w roli głównej? Ano chyba dlatego, żeby jak Witia, syn Pawlaka z "Samych swoich" "patrząc nienawiść w sobie potęgować". I pogłębiać. I utwierdzać się w tym, że są powody by nie lubić i zimy i latania. Bo historia opowiedziana w "Przetrwaniu" dzieje się gdzieś na Alasce, w bezkresnej, mroźnej i białej przestrzeni zamieszkałej tylko przez pracowników wielkiej rafinerii . I przez wilki. Właśnie ochrona nafciarzy przed podchodzącymi zbyt blisko wilkami jest zajęciem Ottwaya, mężczyzny, który zdaje się szukać na Alasce zapomnienia po śmierci żony i który nie znajdując ukojenia myśli o odebraniu sobie życia. Jednak w sytuacji ekstremalnej, gdy samolot wiozący grupę mężczyzn na weekend do Anchorage rozbija się na śnieżnym pustkowiu, to właśnie on staje się przewodnikiem garstki ocalonych. Nie tylko pomaga im otrząsnąć się z szoku, ale zbiera w grupę, która ma wspólny cel - ocalenie życia. Przetrwanie w ekstremalnych warunkach, gdzie przenikliwe zimno i brak żywności zdają się być najmniejszym problemem. Dużo większym zagrożeniem jest stado wilków, które zwabione zapachem krwi prześladuje rozbitków już od pierwszej nocy spędzonej we wraku samolotu. Nie wnikam, czy historia wilczej watahy atakującej ludzi jest prawdopodobna, czy nie. Kiedy idę do kina, nie zawsze szukam prawdy historycznej, nie zamierzam egzaminować autorów z wiedzy przyrodniczej czy geograficznej. Ważniejsze wydaje mi się obserwowanie charakterów, ludzi, którzy zmieniają się pod wpływem ekstremalnych zdarzeń, przewartościowują swoje myślenie o życiu i sobie, jak z przypadkowej zbieraniny połączonej wspólną godziną odlotu stają się grupą ludzi odpowiedzialnych za siebie nawzajem. A to w tym filmie znalazłam. Znalazłam też dawkę emocji i strachu (raz, przyznaję zasłoniłam oczy w obawie przed tym, co mogę zobaczyć), którą lubię w filmach, czy książkach, a której wcale nie szukam w realnym życiu. I utwierdziłam się w przekonaniu, że zima to nie tylko pora roku, ale także, a może przede wszystkim bezwzględny żywioł wobec którego bywamy bezradni i maleńcy.

Dlaczego post ma tytuł "Naprawdę jaka jestem..."? Ano dlatego, że mini recenzją filmu opowiedziałam też chyba coś o sobie i tym samym chociaż w części spełniłam wymogi przyznanego mi jakiś czas temu przez Jaddis wyróżnienia. Prowadząc blog od 2009 napisałam już o sobie tyle i odsłoniłam się tak bardzo, że trudno mi jest znaleźć coś jeszcze bez wkraczania w sferę intymna i przekraczania granic prywatności. I choć jest we mnie, jak pewnie w większości blogujących, jakiś pierwiastek ekshibicjonizmu to są sprawy, które mimo wszystko chciałabym z różnych względów zostawić tylko dla siebie.

Tak sobie myślę, że świetną ilustracją do tego posta będą kolaże, które przybyły do mnie wprost z Pokoiku Zielichy. Od dawna zaglądam na blog Zielichy i jestem pod ogromnym wrażeniem Jej prac. Podziwiam umiejętność składania w całość przypadkowych, zdawałoby się elementów, wycinków, skrawków, malunków. Całość nie tylko niesamowicie skomponowaną pod względem kolorystyki, ale niosącą ogromny ładunek emocji. W zasadzie każdy z kolaży Zielichy mogłabym mieć u siebie, ale te dwa "dotknęły" mojej wrażliwości tak mocno, że zapytałam autorkę o możliwość zakupu. Zielicha nie chciała słyszeć o sprzedaży i mi te obrazki po prostu podarowała. Na żywo są jeszcze bardziej poruszające niż oglądane na ekranie komputera i jest to nie tylko moja opinia, bo podzieliło ją kilka osób, które wpadając do mnie, przypadkiem rzucały okiem na leżące na komodzie obrazki. Wielki talent, wielkie wyczucie koloru i formy, wielka wrażliwość...




Zielicho, jeszcze raz, bardzo Ci dziękuję. Myślę, że te obrazki, to, że właśnie je wybrałam także mogą odpowiedzieć na pytanie jaka jestem. Bo przecież my, to nie tylko to, co widać na pierwszy rzut oka. Wygląd zewnętrzny może być przecież naszą maską, przebraniem zakładanym dla świata. Tak samo słowa... jakże często mówimy to, co wydaje nam się, że powinniśmy powiedzieć w danym momencie albo to, co wiemy, że chciałby usłyszeć nasz rozmówca. Także tu nie zawsze jesteśmy sobą. Dużo więcej i szczerzej mówią o nas nasze wybory, zwłaszcza te codzienne, najdrobniejsze, banalne i niemal odruchowe. Jak choćby wybór książki na długą podróż pociągiem, miejsca spędzania wakacji czy koloru na jaki malujemy sypialnię. Trzeba tylko umieć je "przeczytać" i złożyć w całość. To nie jest łatwe, wymaga trochę wysiłku i chęci. Zabawne, że takie układanie sobie człowieka z drobiazgów wcale nie musi dotyczyć tylko innych. A my sami? Czy znamy siebie lepiej niż innych? Czy fakt, że jesteśmy ze sobą od urodzenia, 24 godziny na dobę w różnych sytuacjach i okolicznościach to wystarczający powód, by powiedzieć, że wiemy o sobie wszystko? Ja nie wiem. I wciąż, czasem ze zdziwieniem, czasem z zaskoczeniem dowiaduję się sama o sobie czegoś nowego. I chociaż mam już tyle lat, to całkiem serio mogę powiedzieć, że nie wiem jaka jestem. Naprawdę.

środa, 30 listopada 2011

Weekend jak nagroda ...

Nie wiem jak inni, ale ja zawsze z niecierpliwością wypatruję weekendu. Dni powszednie mijają mi wprawdzie dość szybko, ale głównie na pracy. W piątkowy wieczór zamykam firmę na kłódkę i przynajmniej do niedzielnego wieczora nie zaglądam, nie myślę, nie martwię się...no dobra...rzadziej zaglądam, mniej myślę i staram się nie martwić.
Oczywiście większość weekendów mija w taki sposób, że nie jestem w stanie po jakimś czasie odróżnić tego z początku lipca od tego z połowy października. Bo cóż wydarza się w weekendy? Ano takie atrakcje jak paniczne nadganianie zaległych domowych porządków, pranie, prasowanie, doczyszczanie zakamarków i szczelin, omiatanie pajęczyn i wyciąganie "kotów" spod mebli (chociaż w tym wyręcza mnie świetnie nasza Luna). Oczywiście jeszcze duże tygodniowe zakupy, a przy okazji kursowanie po mieście w poszukiwaniu butów, kurtek, białych bluzek albo ciemnych spodni, prezentów dla koleżanki albo brokatu na zajęcia plastyczne. Itp. itd. w zależności od kalendarzowo-imprezowej okoliczności. Zawsze na wczoraj i zawsze nerwowo, bo przecież nie może być "jakaś" biała bluzka, kiedy nawet taka "nie jakaś" zaakceptowana w sklepowej przymierzalni w domu okazuje się "głupia" (czy tylko ciuchy mojej Córci mają takie niskie IQ, czy to powszechne wśród 9-10 latek?). Jest jeszcze takie najzwyklejsze nicnierobienie, przelewanie minut miedzy palcami, okrutnie czasochłonne i niestety powodujące wyrzuty sumienia. Ale poddaję mu się niestety, bo czasami najzwyczajniej w świecie brakuje sił i energii. Mijają mi więc te weekendy bliźniaczo do siebie podobne, tym bardziej więc cieszy i zostaje w pamięci taki, który z różnych powodów wyrywa się z rutyny i ucieka standardowi. Taki właśnie był miniony weekend i nawet jeśli z czasem zapomnę, że to był 25-27 listopad, to tym wpisem go sobie "na wieki wieków Blogger" uwiecznię.

Piątek - wrażenia kulturalne.
Wybraliśmy się do kina na "Szpiega". Czekaliśmy na tę premierę z niecierpliwością, bo sama obsada zdawała się gwarantować kawał dobrej, kinowej roboty. Gary Oldman, Colin Firth, John Hurt, to nazwiska, które biorę w ciemno. Z pełną premedytacją nie przeczytałam przed seansem żadnej recenzji. Już kilka razy recenzenci psuli mi zabawę zdradzając coś, co powinnam odkrywać dopiero w trakcie seansu. Dlatego ja też staram się nie mówić zbyt wiele o treści, powiem tylko, że podglądamy brytyjskie MI6 w latach 70-tych, czyli w środku zimnej wojny. Istnieje podejrzenie, że do samego szczytu Cyrku, jak sami o sobie mówią, dotarł radziecki szpieg i trzeba tego kreta odnaleźć. Zadanie to powierzono odesłanemu na przymusową emeryturę po jednej z nieudanych operacji agentowi Smileyowi. W tej roli Gary Oldman, mocno postarzony charakteryzacją, świetny jak zwykle. I dalej dzieje się owo szukanie. Dzieje się niespiesznie, ktoś by mógł powiedzieć nudnawo, ale to jest właśnie pasjonujące. To zbieranie drobiazgów, słów, kontekstów, które budują informację. Nie pościgi, nie strzelaniny, nie skakanie z dachu i wspinanie się na budowlane konstrukcje, ale mało widowiskowe, żmudne składanie puzzli. Szpieg w wersji Tomasa Alfredsona to nie śliczny i wysportowany Bond, który ratuje świat w krótkiej przerwie między piciem martini w towarzystwie pięknych kobiet a grą w ruletkę czy golfa. Agent z kart książki Johna Le Carre, która posłużyła za podstawę scenariusza to gość bez nazwiska, gość z nijaką twarzą i niegustownym płaszczu. Nie uśmiecha się na prawo i lewo olśniewając garniturem białych zębów. On raczej się nie wcale nie uśmiecha i niczym nie olśniewa. To nie Bond, (James Bond), to Mr Nobody.

Przeczytałam jeszcze raz to, co napisałam i tak sobie myślę, że chyba nikogo tą recenzją nie namówię na obejrzenie filmu :)))) A szkoda by było. Dlatego jeszcze na zachętę króciutki trailer.



Sobota - emocje- dużo dobrych emocji.
Wahałam się czy pisać czy nie pisać o tym, co przydarzyło się w sobotnie przedpołudnie. Ale myślę, że warto, ponieważ o rzeczach miłych i pozytywnie nastrajających warto pisać zawsze. Bo wiadomości złych i nieprzyjemnych mamy pełno wokół siebie i w życiu i w sieci. Dlatego warto je równoważyć tym, co może mało spektakularne, ale jakże ważne.

Wiele razy czytałam na zaprzyjaźnionych blogach o tym ile dobrego spotyka ludzi w związku z posiadaniem bloga, albo dzięki temu, że tego bloga mają. Poznajemy ludzi i miejsca, uczymy się od siebie nawzajem, podglądamy. Tworzymy małą społeczność pozytywnie zakręconych dziewczyn, które zawsze muszą mieć zajęte czymś ręce, dziewczyn kreatywnych, pełnych pomysłów, a przy tym dziewczyn o fajnej osobowości i wielkim sercu. Zapewne poza siecią też mijamy takie osoby, ale właśnie sieć, Blogger a zwłaszcza nasz rękodzielniczy zaułek dały nam szansę na to, by się nie mijać, ale by przysiąść obok siebie od czasu do czasu. Przysiadamy więc, bardzo symbolicznie i nienamacalnie, ale to nie przeszkadza w tym, by czuć się ze sobą tak samo dobrze, jak z przyjaciółką z jednej szkolnej ławki, czy koleżanką z akademika. Czasem jednak zdarza się okazja (albo same taką okazję stwarzamy) by przenieść naszą znajomość do świata realnego i żeby się najzwyczajniej w świecie zobaczyć na własne oczy.
Taką właśnie okazję zorganizowałyśmy sobie z Sunsette (TĄ Sunsette). Pomysł spotkania padł już rok temu, ale wtedy nic z tego nie wyszło. Gdy przypomniałyśmy sobie o tamtych planach i uświadomiłyśmy, że minął równo rok, to już nie było zmiłuj. Przecież my nie sójki a spotkanie dwóch prawie Krakowianek to nie wyprawa za morze. No i ciach! Termin, miejsce, mail, mail, mail, sms, sms, sms, telefon i ciach! Sobotnim przedpołudniem spotkałyśmy się face to face, smile to smile i hand to hand udałyśmy się na kawę. Bardzo szybko "wybaczyłam" jej, że jest nie tylko obrzydliwie młodsza, ale też, że bezwstydnie wygląda na jeszcze młodszą. No gdyby miała dwa kucyki, to spokojnie mogłaby śmigać do liceum. Ograniczał nas czasowo rozkład jazdy, bo Sunsette musiała się do niego dostosować, więc zamiast zaplanowanej naprędce wspólnej przejażdżki do IKEA musiałyśmy się zadowolić przechadzką po galerii, ale oczywiście szlakiem sklepów z wyposażeniem wnętrz. To był bardzo przyjemny rodzaj galerianctwa i oczywiście owocny, bo nie obyło się bez zakupów. Ja uległam czarowi pięknego lampionu ze słoika, zwłaszcza, że kosztował grosze. Powzdychałyśmy razem do kilku rzeczy, które powalały urodą, ale też niestety ceną. No i oczywiście gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy ... o blogach i blogowaniu, o szyciu i dekupażu, o pracy, o domu, o życiu i o Damianie, no o wszystkim po prostu. Było naprawdę wspaniale i tak... normalnie.
Niestety w końcu trzeba się było pożegnać, ale obiecałyśmy sobie powtórkę. Na odchodnym dostałam cudowny prezent, którym chwalę się oczywiście, bo jest czym.



Zdjęcia niestety nie oddają cudnej miękkości tej tkaniny. Serducho wisi już na swoim miejscu, ale tam było totalnie niefotogeniczne, więc pozuje do zdjęć rozłożone jak Pamela A. na okładce Playboya :))) A ja przechodząc obok niego, kiedy już wisi na swoim miejscu, nie mogę się powstrzymać przed dotknięciem ( i tu znowu skojarzenie z Pamelą się nasuwa).

Niedziela - też była fajna, ale już nie będę nikogo męczyć jej opisem. I tak zmajstrowałam długaśny post.

Na pożegnanie pokażę tylko jak ostatnio wygląda moje miejsce pracy.



Luna ma w nosie prośby i przekładanie w inne miejsca. Tam jej dobrze i tam wraca z uporem maniaka. A ja dokonuję gimnastycznych cudów, żeby coś zapisać nie wkładając jej ołówka do oka.


Miłego wieczoru.

czwartek, 10 listopada 2011

O prezentach ciąg dalszy ...


Po króciutkim pobycie dygresyjnym na filmowym poboczu wracam do rozpoczętej kilka dni temu prezentacji cudowności, jakie dzięki zdolnym rączkom blogowych koleżanek oraz ich wielkim serduchom trafiły pod nasz dach. Zachowując chronologiczną kolejność zdarzeń zacznę od woreczka, który wylosowałam w candy u Madziki. Woreczek jest przecudnej urody, a jak się okazało na żywo, także przecudnej miękkości. Poza tym nawet pusty zachowuje kształt woreczka, co mnie urzekło najbardziej, ponieważ lubię takie pękate woreczki.


Woreczek nie przyleciał do mnie pusty, ale miał smakowity i pachnący wypełniacz. Wewnątrz był, jak to napisała Madzika w dołączonym liściku "zestaw ratunkowy na jesienne smuteczki", czyli smakowita czekolada z pomarańczową nutą, herbata zielona z jaśminem (mmmmmm!) i pachnące żurawiną, energetyczne jak diabli świeczuszki. Herbata jest przepyszna, czekolada na razie służy do ćwiczenia silnej woli (mojej i nieletnich czekoladożerców) i o dziwo nikt jej jeszcze nie pożarł chociaż zakusy były. Woreczek ukradła Ola, bo "przecież różowy ci do niczego nie pasuje..." No niby tak. :((((


To nie wszystko, co drapnęła moja Córa. Do jej pokoju trafił też uszyty przez Sunsette anioł, którego udało mi się wylicytować na aukcji dla Damiana. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Skojarzył mi się tak bardzo ze mną sprzed lat... łojeju!, nie powiem ilu..., że musiałam go mieć. Moje zdjęcia nie oddają jego urody, ani precyzji, z jaką został wykonany. Sweterek taki słodki, dzianinowy, ja nie wiem jak ta Agnieszka to zrobiła. Geterki, nonszalancko naciągnięte na chude nóżki. A pod spodem, ledwie widoczna tiulowa haleczka... Niedługo się cieszyłam moim aniołkiem, Ola zapiszczała, zatrzepotała rzęsami, potem zrobiła spaniela i cóż... Kiki, bo tak nazwałyśmy anielską laleczkę, powędrowała do jej pokoju. Poprzymierzała się w różnych miejscach, najpierw przysiadła na toaletce...

... potem zawisła na regale, ale tam strasznie żałośnie wyglądała...


... w końcu wylądowała na karniszu pod sufitem. Tam niegroźne jej kocie pazurki i łapki koleżanek.

Przy okazji namawiam wszystkich do wspierania Damiana. Na blogu, który założyła Agnieszka można wylicytować wiele wspaniałych przedmiotów wystawionych przez dziewczyny o wielkich sercach. Można też podarować coś na taką aukcję. Aktywny link do strony jest u mnie na bocznym pasku. Wszak razem możemy dużo więcej. Drobne gesty, niewielkie wpłaty składają się na całkiem zauważalną pomoc.

Magduś, Aguś, dziękuję i ściskam cieplutko. Moje Wy zdolne!!!!

piątek, 4 listopada 2011

Chyba byłam grzeczna...

Chyba byłam grzeczna w tym roku, bo Mikołaj już w listopadzie postanowił mnie zasypać prezentami. Mam cichą nadzieję, że to nie koniec i że 6 grudnia też coś mi tam jeszcze przez komin pod poduszkę wpadnie ;))) Na razie jednak nie przez komin i nie na saniach zaprzężonych w renifery, ale całkiem zwyczajnym pojazdem mechanicznym przyjeżdża do mnie Ulubiony Pan Listonosz i przywozi mi rozmaite paczuszki.

Pierwsza była od Ani, cudownej, ciepłej Dziewczyny, wspaniałej Mamy i utalentowanej Artystki. Miałam niesamowite szczęście, że jej synek Antoś właśnie mnie wylosował w urodzinowo-rocznicowym candy Wymarzonego domu Ani. Na rysunki Ani, bardzo delikatne i subtelne jak Ona sama miałam wielką chrapkę i choć do kolejki stanęła niemal setka chętnych padło na mnie. Antosiu, ciocia Mira bardzo Ci dziękuje i posyła buziaka w słodki nosek. Oczywiście oprócz obrazków Ania sprezentowała mi śliczny zestaw drewniano-dekupażowy (ptaszek i ramka a w niej kolejny rysunek autorstwa Ani) a także przepięknie zapakowane ciasteczka i czekoladę. Czekolada (kawowa) tak niesamowicie pachniała, że przez kilka dni broniłam jej przed zakusami moich domowych czekoladożerców, żeby napawać się tym aromatem. Teraz oczywiście pozostało po niej jedynie wspomnienie i skrupulatnie schowany na wszelki wypadek papierek. Ptaszek i ramka też już mają swoje miejsce w salonie. Nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji gdzie i jak wyeksponować obrazki, więc póki co czekają na olśnienie (moje oczywiście).

A teraz czas dla fotoreporterów :))))

Tego zdjęcia by nie było, gdyby nie moja Ola, która widząc jak trzęsącymi się z wrażenia rękami zaczynam dobierać się do paczki krzyknęła "Poczekaj!", popędziła po aparat i kazała obfocić także to śliczne "zewnętrze" (chomik ukryty we mnie kazał mi oczywiście zachować ten rysunek na bliżej nieokreślone "przyda się")


A tu już cała zawartość w malowniczym nieładzie. Na pierwszym planie lawendowa zawieszka, o której zapomniałam wspomnieć wyżej. Zdobi teraz jedną z moich niezliczonych zielonych butelek po winie...

Wafelki i czekolada... wciąż czuję ten zapach.

Ptaszek w świetle lampy błyskowej dumnie pręży pierś.

No i obrazki... śliczne. Pudrowe kolory, teksty proste a jednak ważne... miniaturowe cudeńka .



Anulko, jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję, chociaż wiem że tego nawet nie przeczytasz, bo mój blog z niewiadomych powodów jest dla Ciebie niedostępny :((((

A w kolejnym poście, kolejne prezenty i kolejne "hendmejdowe" cudowności.
Dziś już padam na twarz. To był ciężki tydzień a dzisiejszy dzień był na tym torciku wielką, cierpką wiśnią. Idę spać. Dobrej nocy i niech już nastanie weekend.

wtorek, 19 lipca 2011

Podziękować czas...


Mocno spóźnione te moje podziękowania, aż mi wstyd, że tyle zwlekałam, ale co tu dużo mówić... Czas zapiernicza jak szalony, obowiązków nie ubywa. Ponieważ grzeczna ze mnie dziewczynka, to ze zwyczajnym "dziękuję" nie czekałam tak długo, ale takie blogowe, publiczne podziękowania wypada już okrasić fotką jakąś. A jak fotka, to polowanie na światło, potem kopiowanie, zmniejszanie, obrabianie itp. Same wiecie jak to jest. Ale dobra, dość marudzenia i zagadywania, przechodzę do konkretów. A konkrety są przecudnej urody, czego moje zdjęcia zupełnie nie oddają, za co przepraszam Autorki a czytających i oglądających proszę o podkręcenie wyobraźni na max i "podkolorowanie" sobie tego co widzą :)).

Na początek kartki od Marty. Marta nie tylko dekupażuje tak, że za każdym razem gdy widzę Jej nowe dzieła to zamieram w niemym zachwycie, Marta też scrapuje. I gdy zobaczyłam na Jej blogu TE karteczki zakochałam się w subtelnym stylu, kolorystyce zgaszonej, zdobnictwie nienachalnym, wyważonym. Spytałam Martę, czy zrobiłaby podobną dla mnie i ... chwilę później miałam już u siebie nie tylko piękną kartkę urodzinową dla mojej Mamy, ale też kartkę dla nowożeńców, do których wybieraliśmy się na wesele. Teraz, gdy obie dotarły do adresatów mogę je pokazać na blogu.



Zdjęcie tej kartki pochodzi z bloga Marty, mam nadzieję, że nie pogniewa się na mnie za użycie go bez pytania, ale w ferworze pakowania po prostu zapomniałam o uwiecznieniu dla potomności.
Ponieważ prócz talentu Marta ma również wielkie serce to w paczuszce oprócz kartek był wielki plik serwetek do decou-, dodam tylko, że nie pierwszy jaki od Niej otrzymałam, bo Marta dzieli się swoimi zbiorami spontanicznie i bez okazji.

Marto, kobieto piękna, zdolna i dobra
jeszcze raz Ci za wszystko dziękuję.

Poszczęściło mi się ostatnio w losowaniu candy u MaJu i zostałam właścicielką uroczego woreczka uszytego i ozdobionego przez Anetę. Powiem szczerze, woreczek na żywo jest tak piękny, że traktowanie go jako "przechowalni" dla czegokolwiek wydaje mi się niemal profanacją. Dlatego na razie leży sobie na honorowym miejscu, w zasięgu wzroku, żebym mogła patrzeć sobie na niego, wzdychać jaki jest piękny i żałować w duchu i na głos, że sama tak nie potrafię.

Chwilka niepewności przed otwarciem opakowania....


... i już moim oczom ukazała się urocza zawartość, woreczek i cudne w swojej prostocie lniane serduszko.

Anetko, jesteś niesamowicie zdolna!!!
Dziękuję za ten prezent.