... to będę miała posprzątane. I to porządnie, bo pół sylwestrowej soboty zajmowałam się porządkami. Przeróżnymi. Nie planowałam tego wcale. Najpierw wielka czystka w szafie. Chciałam wyjąć jakąś koszulkę i spadła mi cała poskładana misternie kupka. Rozsypały się bluzki, które nieustannie leżąc na spodzie nie były wyjmowane od kilku lat. Furia mnie ogarnęła, bo szafa pęka w szwach, ale chodzić nie ma w czym. I tak poddając się tej furii, w pół godziny, bez żalu wypełniłam bluzkami, spódnicami, koszulkami i swetrami dwa wielkie wory na śmieci. Kilka ciuchów o wartości całkiem nie użytkowej (rozmiar!) ale jednak wciąż emocjonalnej zostało, resztę po odpruciu co ładniejszych guzików, koralików czy sprzączek wyniosłam od razu do śmietnika. Ale się zrobiło luźno... ile miejsca na nowe zakupy... ;)
Potem przyszła kolej na zawartość laptopa, a dokładnie na pliki ze zdjęciami. Tyle ich już jest, że zaczęłam mieć poważny problem z ogarnięciem gdzie co jest. Niesiona euforią sukcesu akcji "Garderoba" zaczęłam się rozprawiać z plikami. To już niestety nie było tak proste i niestety utknęłam w foto gąszczu. Ale udało mi się obrobić kilka zdjęć moich dekupażowych potworków z ostatnich miesięcy i będę mogła je pomalutku tutaj pokazać.
Na pierwszy rzut pójdą deseczki pod kalendarze, które przygotowałam dla zaprzyjaźnionej kwiaciarni jeszcze w listopadzie. Nie zrobiłam ich dużo, ale są ozdabiane dwustronnie, więc uwaga, będzie mnóstwo zdjęć za co bardzo przepraszam, ale wrzucam je tutaj nie tyle, żeby się chwalić, ale żeby sobie je ulokować "ku pamięci" w łatwym do odszukania miejscu. Dlatego proszę mi wybaczyć jakość zdjęć i obiektów.

Potem przyszła kolej na zawartość laptopa, a dokładnie na pliki ze zdjęciami. Tyle ich już jest, że zaczęłam mieć poważny problem z ogarnięciem gdzie co jest. Niesiona euforią sukcesu akcji "Garderoba" zaczęłam się rozprawiać z plikami. To już niestety nie było tak proste i niestety utknęłam w foto gąszczu. Ale udało mi się obrobić kilka zdjęć moich dekupażowych potworków z ostatnich miesięcy i będę mogła je pomalutku tutaj pokazać.
Na pierwszy rzut pójdą deseczki pod kalendarze, które przygotowałam dla zaprzyjaźnionej kwiaciarni jeszcze w listopadzie. Nie zrobiłam ich dużo, ale są ozdabiane dwustronnie, więc uwaga, będzie mnóstwo zdjęć za co bardzo przepraszam, ale wrzucam je tutaj nie tyle, żeby się chwalić, ale żeby sobie je ulokować "ku pamięci" w łatwym do odszukania miejscu. Dlatego proszę mi wybaczyć jakość zdjęć i obiektów.

No to zaczynamy !
Ta deseczka to moja osobista faworytka. Na głównej stronie jedna z pierwszych serwetek na jakie "zachorowałam" w mojej decou-karierze...



... a na pleckach bardzo skromna lawenda na przecieranym szaroniebieskim tle.

Wariacje na temat róż w różu... Przód...



i tył w kuchennych klimatach...



Troszkę inne różyczki na bardzo ozdobnie powycinanej deseczce...



a z drugiej kwiecie skromniutkie...


I jeszcze jedna różana ...



ze skromniutką drugą stroną...

Cytrynki bardzo podobne do zeszłorocznych ...


z wielkim kwiatuchem z tyłu...


A na końcu jedna wielka kupa nieszczęścia. Przykład jak bardzo można polec w starciu z materią. Miało być pięknie i w moich klimatach, bejca, patyna, papier przetarty... Wyszła niestety kicha, bo farba nie trzymała się bejcy, patyna złaziła z farby. Jedna stronę ratowałam jak mogłam, bo kwiatów już zedrzeć się nie dało. Drugą zakleiłam po całości chowając pod listowym motywem cały wstydliwy koszmarek. Nie wiem, czy ta deska była czymś nasączona, czy coś było nie tak z farbą... Nie wiem i to mnie złości najbardziej, bo uświadamia mi jaką straszliwą dyletantka jestem w tej dziedzinie.


Tak sobie patrzę na te zdjęcia i chociaż miałam w tym roku nie robić żadnych postanowień, to jedno muszę sobie obiecać. Chcę w tym roku troszkę się w dekupażu doszkolić i chce wreszcie spróbować czegoś nowego. Ot, choćby takich kropeczek pryskanych szczoteczką do zębów. Taka niby bzdurka a ja się pietram za każdym razem, że zepsuję... Głupie, nie?
... a na pleckach bardzo skromna lawenda na przecieranym szaroniebieskim tle.
Wariacje na temat róż w różu... Przód...
i tył w kuchennych klimatach...
Troszkę inne różyczki na bardzo ozdobnie powycinanej deseczce...
a z drugiej kwiecie skromniutkie...
I jeszcze jedna różana ...
ze skromniutką drugą stroną...
Cytrynki bardzo podobne do zeszłorocznych ...
z wielkim kwiatuchem z tyłu...
A na końcu jedna wielka kupa nieszczęścia. Przykład jak bardzo można polec w starciu z materią. Miało być pięknie i w moich klimatach, bejca, patyna, papier przetarty... Wyszła niestety kicha, bo farba nie trzymała się bejcy, patyna złaziła z farby. Jedna stronę ratowałam jak mogłam, bo kwiatów już zedrzeć się nie dało. Drugą zakleiłam po całości chowając pod listowym motywem cały wstydliwy koszmarek. Nie wiem, czy ta deska była czymś nasączona, czy coś było nie tak z farbą... Nie wiem i to mnie złości najbardziej, bo uświadamia mi jaką straszliwą dyletantka jestem w tej dziedzinie.