wtorek, 14 lutego 2017

bez plastikowych serc i różowych misiów...

po mojemu ...
bo czasem mniej znaczy więcej
dla Tych, co kochali
Tych, którzy szczęśliwie kochają
i Tych, którzy wciąż czekają na swoją Valentine


niedziela, 5 lutego 2017

Nie lubię musicali ...

Uwielbiam oglądać filmy! Na pytanie "idziemy do kina?" zawsze odpowiadam TAK. Ulubione filmy zbieram na płytkach, bo chociaż znam je na pamięć, lubię świadomość, że w każdej chwili, niezależnie od wizji twórców telewizyjnych ramówek będę mogła wsunąć je do odtwarzacz, choćby dla jednego lub dwu fragmentów. 

Kocham muzykę i jestem od niej uzależniona. Radio włączam wcześniej niż ekspres do kawy, pracuję przy muzyce, relaksuję się przy muzyce, prowadzę auto, sprzątam, maluję, był czas, że radio, cichutko grało mi przez całą noc. 

A muzyka filmowa to jeden z moich ulubionych gatunków...

Dlaczego więc nie lubię musicali? 

Bo... nie lubię! Wyjątkiem jest "Mamma Mia!", ale to dlatego, że wszystko, w czym gra Meryl Streep uwielbiam bezkrytycznie. Inne filmy tego gatunku mnie drażnią. Gdy fabuła zaczyna się rozkręcać, gdy ja zaczynam wchodzić w świat bohaterów, niemal przechodzić z fotela, czy kanapy na tę drugą stronę to nagle, któraś z postaci ni z gruszki ni z pietruszki zaczyna śpiewać, albo tańczyć, albo jedno i drugie. A mnie jakby ktoś wyciągnął za głowę z tamtej opowieści i posadził z powrotem na fotelu. I już czar pryska, już mi coś zgrzyta, w najlepszym wypadku śmiać mi się chce.
Jakaś taka niepodatna jestem na tę stylistykę, te przeskoki od dialogu do hopsania w rytm piosenki nijak do mnie nie przemawiają.

Dlatego, choć recenzji czytałam i słyszałam pozytywnych całe mnóstwo to wcale nie ciągnęło mnie do "La La Landu". Obsada też nie kusiła, bo wstyd przyznać, ale poza tym, że kojarzyłam nazwisko, to nie widziałam (chyba) żadnego filmu z Emmą Stone a Ryan Gosling też jakoś nie zamieszkał w mojej pamięci choć to ponoć najmodniejsze ostatnio "ciacho".

Kiedy jednak dziecię moje młodsze zapytało "pójdziemy do kina?" i zasugerowało ten tytuł, to stwierdziłam OK, na zasadzie ważniejsze wspólne wyjście z dzieckiem niż mój filmowy gust. Nawet Małż nie odmówił towarzystwa, choć też w musicalach nie gustuje (poza "Mamma Mia" ze względu na sentyment do ABBY akurat). Poszliśmy więc i cóż ... nie żałuję. Historia nie jest może zbyt wyszukana. Jest dziewczyna, która przyjechała do Miasta Aniołów, żeby zostać aktorką. Póki co zarabia na życie jako kelnerka, w ciągu dnia biega na niezliczone castingi a wieczorami na przyjęcia, na których trzeba bywać, by pokazać się ludziom z branży. Jest chłopak kochający jazz i wielbiący dawnych mistrzów tego gatunku, który marzący o własnym klubie jazzowym, a musi grać do kotleta "dżinglebellsy". Wpadają na siebie przypadkiem, zakochują, wspierają w drodze ku spełnieniu marzeń... Ona, gdy niezliczone castingi nie przynoszą upragnionej roli piszę sobie tę role sama, wystawia swój monodram w jednym z wielu małych teatrzyków w mieście. On przyjmuje propozycję dawnego kumpla i gra w jego zespole jazz... no może nie całkiem, ale jednak nie jest to knajpa i lista ulubionych kawałków jej szefa a i zarobki pozwalaja nie tylko zapłacić ubezpieczenie za stare auto.  Oboje robią to, o czym marzą, co kochają... Czyżby?

I tu właśnie Was zostawię, sami zobaczcie jak było naprawdę.

Większość recenzji nazywa ten film historią o spełnianiu marzeń, o tym, że warto je mieć i o nie walczyć. Dla mnie to opowieść o tym, że owo spełnienie dzieje się jakimś kosztem, że chcąc osiągnąć cel musimy być w pewnym sensie egoistami. Skupić się na sobie... I chociaż recenzenci podkreślają pozytywny przekaz płynący z historii Mii i Sebastiana, niektórzy nazywają ją nawet komedią romantyczną, to dla mnie nie jest to wcale komedia . Nie chcę zdradzać zakończenia, więc tylko Wam powiem, że poryczałam się i tyle. A po wyjściu z kina jeszcze długo nuciłam piosenkę, moim zdaniem jeden z piękniejszych filmowych motywów ostatniego czasu. Już poluję na całą ścieżkę dźwiękową.

Film mogę polecić wszystkim. I tym którzy szukają w kinie romantycznych historii, i wzruszeń i barwnych obrazów, pięknych detali (wszystkie sukienki Mii przygarnęłabym od ręki) i kojących dźwięków. Wielbicielom gatunku i tym, którzy jak ja nie lubią musicali . Każdy na pewno odnajdzie coś dla siebie i odbierze go po swojemu.

Zostawiam Was z fragmentem ... Dobranoc...




niedziela, 29 stycznia 2017

Sama w domu ...

Tak się poukładało, że zostałam na kilka dni sama w domu. Pierwszy raz od ... w ogóle pierwszy raz od kiedy pamiętam. 
Gdy już wiedziałam, że czeka mnie ta kilkudniowa samotność to nawet się cieszyłam na myśl o pewnego rodzaju wolności. Rozplanowałam sobie każdy dzień, a zwłaszcza weekend, bo w dni powszednie to wiadomo, praca, zajęcia dodatkowe według stałego rozkładu i na improwizację nie zostaje zbyt wiele czasu. Ale weekend postanowiłam wycisnąć do ostatniej sekundy i wykorzystać w stu procentach na to, na co czasu brak, gdy trzeba dostosowywać się do planów reszty domowników. Miałam robić tylko to, co chcę i lubię. Obejrzeć polecone już dawno filmy, troszkę pomalować, wybrać się na giełdę staroci...
No to zaczęłam w piątkowy wieczór. Ambitnie zaczęłam od ... porządków oczywiście. Posprzątałam całą chałupę od strychu po garaż. Szorowałam, pucowałam, kursowałam z odkurzaczem, mopem, ścierką i całą baterią chemikaliów z góry na dół i z powrotem. Chwilę wytchnienia zapewnił mi sąsiad, który wpadł z pytaniem, czy nic mi nie potrzeba (Małż przed wyjazdem zadbał, by jakieś męskie, pomocne ramię było w pobliżu), wypiliśmy sobie po filiżance czystka i potem znowu wróciłam do mojego tańca na miotle.
Nie wiem, czy tylko ja mam taką przypadłość, ale nie potrafię odpoczywać, kiedy w zlewie widzę nieumyte naczynia, na półkach kurz a na podłodze ślady po mokrych butach. Choćbym nie wiem jak padnięta przyszła w piątek z pracy muszę to ogarnąć.  Próbowałam kilka razy zignorować tę potrzebę, zagłuszyć ją w sobie, udawać, że mój psychiczny komfort nie potrzebuję tego porządku, ale nic z tego. Pani Poukładana, której resztki jeszcze we mnie pozostały daje mi w piątkowy wieczór kopniaka w tyłek i zagania do ściery.

A dzisiaj ( chociaż powinnam napisać, wczoraj, bo już jest przecież niedziela, ale skoro się jeszcze nie położyłam, to dla mnie wciąż trwa sobota, więc jednak pozostanę przy "dzisiaj"), no więc dzisiaj przekonałam się, że bez względu na to, czy się spędza sobotę na tradycyjnych rytuałach i zajęciach rodzinnych, czy ma się ją do własnej dyspozycji, to jest ona tak samo za krótka i tak samo za szybko mija. Może byłoby inaczej, gdybym przesnuła się przez tę sobotę w szlafroku. Ale oczywiście ja, zamiast się rano powylegiwać z książką pod ciepłą kołdrą to sobie wymyśliłam, że skoczę szybciutko do pobliskiego centrum handlowego (od kiedy chodzę na zajęcia plastyczne, to mi słowo "galeria" jakoś do tego przybytku nie pasuje). Bez zbędnego łażenia, tylko dwa sklepy z butami, bo mi w moich ulubionych trzewikach podeszwa pękła na pół a tu przecież jeszcze szmat zimy przed nami. W pamięci miałam z ostatniego pobytu w tych sklepach, że akurat czarnych butów, za kostkę, na niemal płaskim obcasie jest mnóstwo, więc wiedziałam, że raz dwa załatwię sprawę a potem już laba i nicnierobienie. O naiwności ludzka! Butów rzeczywiście zatrzęsienie, czarnych większość, ale fasony niestety nie takie. Albo wysokie obcasy, nijak nie nadające się do codziennego biegania, albo jakieś takie patologi estetyczne. A jak już znalazłam idealny fason, to oczywiście nie było mojego rozmiaru. No to pomyślałam, skoro już jestem na mieście, to skoczę do drugiego centrum, może tam będzie mój rozmiar. Skoczyłam. Nie tylko nie było rozmiaru, ale i tego modelu nie było. No to żeby mnie frustracja nie dopadła, zajrzałam do dwóch sklepów z ciuchami i bardzo dobrze, bo akurat w obu wypatrzyłam fajne kiecki za śmieszne pieniądze, co jest wydarzeniem na miarę co najmniej czwórki w totka, bo ostatnio coraz trudniej jest mi znaleźć coś ładnego na mój wielki tyłek. A kiedy już się "obkupiłam" to stwierdziłam, że skoro już jestem tak blisko szwedzkiego sklepu na I. to sobie jeszcze tam wpadnę na obiadek a przy okazji zerknę na stoliki kawowe. 
Tydzień temu dopadła mnie straszliwa potrzeba zmiany w naszym salonie. Z braku czasu i możliwości "uciszyłam" ją zamieniając ustawienie kanapy i fotela. Niby tylko taki retusz, ale już zrobiło się jakoś inaczej, śmiem twierdzić, że ładniej i tylko stary stolik-półka jakoś przestał do nowego ustawienia pasować. Aż się prosiło o coś mniejszego, lżejszego, może nawet okrągłego. No to pojechałam do sklepu na I. i ... i nic. Dokładnie jak z butami. Jak był ładny stolik, to tylko czarny lub biały, jak był w kolorze naturalnego drewna, to kwadratowy albo wielki. Albo za wysoki, albo za niski, albo zbyt tandetny, albo zbyt drogi. Wyszłam z niczym, ale pomyślałam, że skoro już jestem na mieście i skoro mam czas, bo przecież w domu nikt nie czeka, to skoczę do innego sklepu meblowego, może tam coś znajdę. No to pojechałam. Tam było jeszcze gorzej. Albo paździerz, albo ceny z kosmosu. Niedaleko i na dodatek w drodze do domu był jednak jeszcze jeden sklep. 
No więc skoro mam czas i skoro nikt w domu nie czeka ... Zanosiło się na powtórkę z rozrywki, dziesiątki stolików, szkło, marmur, plastik, paździerz. I kiedy już dałam za wygraną i zawróciłam ku drzwiom wyjściowym znalazłam stolik marzeń. Aż usiadłam z wrażenia na kanapie, której towarzyszył. Bo to i kształt wymarzony i drewno i na metalowym stelażu i cena ludzka i do tego jeszcze do złożenia, żebym mogła go od razu zabrać moim mikroskopijnym autkiem. 
No to zabrałam, zawiozłam, złożyłam, stary rozmontowałam i wyniosłam, nowy wstawiłam i bardzo mi się obecna wersja kąta wypoczynkowego podoba. Jest więcej miejsca, łatwiej przejść do kanapy, zdecydowanie lżej to optycznie wygląda. Teraz pozostaje mi tylko czekać na reakcję pozostałych domowników. Mam nadzieję, że niespodzianka będzie miła. Ponieważ jestem pewna, że moja rodzinka nie zajrzy przed powrotem na mój blog mogę spokojnie pochwalić się Wam nowym nabytkiem. Zdjęcie robione telefonem, więc marne, ale widać różnicę między wersją "przed" a "po". 








A teraz idę spać, zanim mnie świt zastanie.

 Dobranoc.

niedziela, 15 stycznia 2017

Szczerze na stycznia pólmetku ...

Głupio tak zaczynać od banału, ale nic mądrzejszego na początek nie przychodzi mi do głowy, więc żeby się nie zniechęcić mozolnym wyszukiwaniem idealnego pierwszego zdania poddam się temu, co mi przysłowiowa ślina na język przynosi. Mam nadzieję, że potem już jakoś poleci. 




No to najpierw ten banał ... ciężko się wraca do blogowania po dłuższej przerwie. 
Systematyczność, mimo, że niosła ryzyko przynudzania w kółko o tym samym, pozwalała mi zachować lekkość składania kilku sensownych (mam nadzieję) zdań w jakąś strawną dla czytających całość. Coraz dłuższe przerwy pomiędzy kolejnymi wpisami powodowały, że "ból tworzenia" stawał się coraz bardziej dotkliwy. A potem pojawiło się słowo, którego nie lubię najbardziej, słowo MUSZĘ. 
Muszę coś napisać, bo blog zarasta kurzem. Muszę napisać, bo sama zapomnę o tym wszystkim, co się u mnie i ze mną dzieje, co czytam, co oglądam. Gdzie potem to sprawdzę, jeśli nie na stronach własnego bloga? Wreszcie, muszę napisać, bo zapomną o mnie Ci ostatni, którzy jeszcze czasem zaglądają do Poukładanego Świata a jakiś chiński spryciarz wykorzysta moją nieaktywność i nagle wchodząc na własny blog znajdę tam jakieś obce teksty. Niestety, słowo to zadziałało na mnie jak zwykle, czyli odrzucało od pisania jeszcze bardziej. 
Wykorzystując jednak dopadającą mnie z każdym początkiem roku potrzebę sprzątania i układania postanowiłam zacząć od porządków na blogu. Sporo się zmieniło w blogosferze od czasu, gdy siedem lat temu rozpoczynałam swoje w niej bytowanie. Obserwowane miejsca, skrupulatnie dopisywane do zakładki "Ulubione" zaczęły być ulubionymi tylko z nazwy, bo do wielu przestałam zaglądać.  Blogi osobiste (albo wyglądające na takie) stały się z czasem tubami reklamowymi przeróżnych marek. Wpisy, z pozoru prywatne kończyła długa lista sponsorów. Gdy u trzeciej z kolei blogerki zobaczyłam zamieszczony "z potrzeby serca" wpis o jakże fantastycznym myciu okien, przypadkiem tylko wspomaganym przez ten sam sprzęt do tegoż mycia uznałam, że czas na moje, zupełnie niesponsorowane porządki. Usunęłam z bocznego paska wszystkie blogi, które przeszły tę metamorfozę.

Potem wymyśliłam, że osobno  zgrupuję te, które są mi szczególnie bliskie, głównie przez to, że z ich Autorkami miałam szczęście i wielką przyjemność spotkać się również w świecie realnym. Czasem tylko mailując, czy telefonując, czasem spotykając się na kawie, albo, jak z Hanią U. na koncercie Roda Stewarda. Zaglądanie na ich blogi jest jak kontynuowanie przerwanej rozmowy, jak odwiedziny w domu, w którym czuję się jak u siebie. Niestety, część z dziewczyn przestała już blogować, niektóre od kilku lat nie dają znaku, ale wciąż są w moim sercu i wciąż liczę, że kiedyś się odezwą.
Tak jak Hannah z Belgowa, której niestety jakiś troll przejął blog.Można czytać jej wpisy, gdy ktoś ją podlinkował, ale nie można zapisać na nowo. Gdy przeniosłam jej blog do nowej zakładki i NIESTETY usunęłam z poprzedniej, to pod przeniesionym linkiem znalazłam już całkiem inny blog :((( 
Hanku, jeśli tu jeszcze zaglądasz ściskam Cię bardzo mocno!!!!

To ostatnie zaważyło, że postanowiłam pilnować się, by od czasu do czasu napisać tutaj kilka słów, żeby Poukładany Świat był nadal moim światem a nie ofiarą "chińskich znaczków".
 


Noworoczne sprzątanie nie ograniczy się tylko do bloga. Przynajmniej taki mam plan, żeby przenieść je również na życie. Odnoszę wrażenie, że wszystko, co robiłam w ostatnim zwłaszcza roku pchało mnie w niewłaściwym  kierunku. Dzień po dniu, zdarzenie po zdarzeniu, decyzja za decyzją stawałam się osobą, której nie lubię. A skoro nawet ja siebie nie lubię ...

Dlatego czas na zmiany, o których, mam nadzieję Wam kiedyś napiszę. Bo one już się dzieją. Małe kroczki, które mają przywrócić do życia "dziewczynkę, którą kiedyś byłam ".
Obrazki, którymi okraszam ten wpis, to efekt jednej z tych zmian.

 


Tymczasem pozdrawiam Was ciepło. Dobrego tygodnia!
.

sobota, 31 grudnia 2016

Ostatni w 2016...

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda, dawno mnie nie było ...





Tym, którzy wciąż pamiętają ścieżkę do Poukładanego Świata , 
Tym, którzy natrafią na to miejsce przypadkiem,
i sobie 

życzę, 

by nadchodzący szybkimi krokami 2017 przyniósł:
spokój i opamiętanie,
rozróżnienie, co jest ważne, co ważniejsze a co nie warte zachodu
spełnienie 
zrozumienie
miłość
przyjaźń
bliskość
wyrozumiałość
równowagę
zdrowy, nie krzywdzący innych egoizm
odnalezienie sensu

Niech nasza codzienność upływa na tym, co piękne i dobre.

Niech będzie tak, by każdy z nas, za rok mógł z zadowoleniem i dumą spojrzeć wstecz.

Mira

poniedziałek, 5 września 2016

bohaterowie i święci ...

Jeśli prawdą jest, że jaki poniedziałek taki cały tydzień, to ja chcę, żeby już była niedziela wieczór. Bo u mnie dziś, jak u Hitchcocka. O poranku domem wstrząsnęło " trzęsienie ziemi" a potem, w pracy kolejne "ptaki" spadały mi na głowę. Całe stado.
Nie mam siły na kolejne takie dni. I to tyle w temacie  codzienność. 


Myślałam, że Spotify śledzi wyłącznie moje gusta muzyczne. Pierwsza piosenka z dzisiejszej składanki przygotowanej "tylko dla mnie" każde się zastanowić, czy nie śledzi także moich nastrojów. 





Dzięki Ci Boże za muzykę...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Słonecznie ...

Mimo, że to niedziela obudziłam się dziś bardzo wcześnie. Nawoływania ptaków za oknem zagłuszały pochrapywania dobiegające spod kołder. Uwielbiam te porę, tych kilkanaście, czy kilkadziesiąt minut kiedy jestem całkiem sama w pełnym ludzi domu. Jeśli jeszcze przez okno wpada piękne słońce, to nie zatrzymuję snu na siłę, ale wstaję szybko, żeby zanim obudzi się dom i osiedle nacieszyć się porankiem. Schodzę do kuchni, na schodach mija mnie kot, który zawsze musi być pierwszy na dole. Zanim nastawię wodę muszę go wydrapać za uchem i oczywiście napełnić miseczkę. Gdy zaparzam kawę miska jest już pusta i możemy razem wyjść do ogródka. 
 

Kawa zawsze w "ulubionym kubku". Ten przywiozłam z Sozopola.


Ogród mam brzydki w tym roku. I nie jest to kokieteria. Nigdy nie był specjalnie piękny, trawa dość marna, stary krzak bzu, piwonia, jakieś irysy i mieczyki... nie mam ręki do kwiatów, szczęśliwie same jakoś rosły. W tym roku ogródek przejęły króliki i w zasadzie tylko piwonia zdążyła zakwitnąć i przekwitnąć po bożemu. Resztę zieleniny króliki zjadły zanim zdążyły pojawić się kwiaty. Zaczęły od pelargonii na parapetach, do których dostały się po ławce i stole, potem podgryzły irysy i mieczyki ... Oczywiście na bieżąco ścinają trawę, już nie pamiętam kiedy wyjmowałam kosiarkę. Dwa króliki świetnie sobie radzą z utrzymaniem niecałych dwudziestu metrów kwadratowych trawnika.  :)))
Chociaż bardzo tęsknię za ukwieconym i kolorowym ogrodem, to nie żałuję decyzji, bo nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy trzymać króliki tylko w klatce. Ale o królikach napiszę innym razem, bo to temat przynajmniej na dwa wpisy. 

Wracając więc "do meritumu"... o poranku nawet w brzydkim ogrodzie kawa smakuje wyśmienicie. Szkoda, że to już ostatnie tak ciepłe weekendy. Ani się obejrzymy a lato będzie już tylko wspomnieniem. Dlatego, żeby późną jesienią, czy zimą wesprzeć pamięć zrobiłam kilka zdjęć ...

 Dzięki sąsiadom, którzy w przeciwieństwie do mnie mają rękę do roślin mamy na płocie jeżyny



 Na balkonie postawiłam dwie donice z pomidorami... nie nadążam obrywać tak pęknie owocują.

 I jeszcze jedno zdjęcie, czegoś, co odbieram w kategorii cudu, chociaż zapewne ktoś bardziej biegły w kwestiach botanicznych wyjaśniłby to w jakiś prozaicznie oczywisty sposób. Od kilku lat część drewna do kominka trzymamy pod kuchennym oknem. Bo ładnie ..., ale też blisko, gdy trzeba szybko dorzucić do ognia. Tam też od dawna stał jeden większy pieniek do rąbania na bieżąco większych kawałków. Dość sfatygowany już był i kiedy w tym roku, na wiosnę porządkowałam to miejsce miałam ochotę wyrzucić go i zamienić na nowy z tegorocznej "dostawy". Wstyd się przyznać, ale gdy go ruszyłam i zobaczyłam pod spodem jakieś robale to zostawiłam pieniek na potem, żeby Małż go wyniósł. Ale jakoś tak zeszło... nie naciskałam, pieniek został. I nagle, jakiś miesiąc temu stary pieniek ... zakwitł :)))  w ciągu kilku dni pokrył się niemal cały grzybami. Są śliczne, wyglądają rzeczywiście jak jakieś kwiaty. I teraz to już nie ma mowy o wyrzucaniu go i zamienianiu na nowszy model.


Czyż nie piękny jest?


Tak sobie myślę, że przyroda sama dba o równowagę. Skoro za domem mam brzydko, to podarowała mi odrobinę piękna z drugiej strony. 

Na koniec wrzucam jeszcze kilka ujęć naszego salonu w świetle dzisiejszego słońca. Niewiele się tu zmieniło od czasu, gdy zakończyliśmy malowanie, ale ja już tak mam, że wybieram raczej ewolucję niż rewolucję.

 

Dobrego tygodnia Kochani!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

ombre ...

Stała trasa... najpierw na południe, asfaltem, dość blisko pobocza, bo ruch mimo nadchodzącego wieczoru dość spory. Potem most na Rudawie, pierwszeństwo dla tych z mojej strony, ale kto by tam uważał na rowerzystów. Dalej ostro w lewo i w prawo, kilkaset metrów i można skręcić na wschód w szutrówkę pomiędzy polami a raczej ostatnimi wolnymi działkami. Jeszcze miasto, ale już wieś. Ostatnio, gdy jechałam przez drogę przebiegł mi zając. Jakiś kilometr i znowu asfalt, zygzaki pośród ogródków działkowych prowadzą znowu ku bulwarom Rudawy. Droga raczej pusta, można się rozpędzić. Przy moście w prawo, ku Woli, potem kawałek chodnikiem, tak jest bezpieczniej. Slalomem po jednokierunkowych uliczkach "lepszej dzielnicy"... wolniej, bo lubię patrzeć na zieloność wokół domów, w okna pozaglądać. Potem znowu asfalt do kolejnego mostu. Za nim w zależności od pory, sił i chęci mogę wybrać jeden z trzech kierunków. Mam jeszcze czas, decyduję się więc na dłuższy wariant, w prawo, ku Błoniom. Docieram do mostu, zerkam w lewo, przez ramię, bo wydaje mi się, że wyprzedza mnie jakieś auto i  ... zmieniam plan. Szybko "wrzucam kierunkowskaz" w lewo i zatrzymuję się za mostem. Na niebie jest tak piękny zachód słońca, jaki rzadko można zobaczyć w mieście. Wielka, idealnie okrągła ognista kula a wokół niej cudowne, przenikające się odcienie pomarańczu, ochry, ceglastej czerwieni ... a dalej jeszcze szarości, gołębi błękit, trudno nazwać te wszystkie odcienie, niewyraźne, nieoczywiste, jakby namalowane pastelami. Zwariowane "ombre" w najdoskonalszej postaci, nie do odtworzenia przez człowieka. Gapię się jak ciele na To, co dzieje się na niebie ... widzę kątem oka, że nie ja jedna. Przy barierce stoi dwójka rowerzystów. Razem się gapimy. Gdzieś z boku nadlatuje helikopter... wlatuje w ten obraz. Od razu przypominają mi się kadry z "Helikoptera w ogniu", a może z jakiegoś innego filmu, nie wiem. Gdyby ktoś namalował coś takiego zakrzyczeli by go, że czegoś takiego nie ma, że kicz. I pewnie miałby rację. A my stoimy i gapimy się w ten "kicz". Za późno przypominam sobie, że przecież w plecaku mam komórkę, że może zrobię zdjęcie. Zanim go wyjmę i ustawię słońce obniży się na tyle, że znika za najbliższym drzewem. Wskakuję na rower, żeby podjechać tam, gdzie drzewo nie będzie zasłaniało... niestety, jak nie to, to kolejne, albo słup. Jednak próbuję zrobić kolejne ujęcie. 



- Cześć, fajny zachód - słyszę z boku. Ewa, znajoma z osiedla, nadbiega. Wieczorny jogging.
- Cześć, gonię go od Widoku... wciąż mi coś zasłania ..." odpowiadam, machając ręką i wskakując na rower.
- Spróbuj na wałach, słyszę gdzieś za plecami, bo już pędzę ku wałom.

Niestety tam słońca nie ma już prawie, za to chmury jak brama do nieba, wcale nie niebieska.
I samolot lecący prosto ku tej bramie...


I pomyśleć, że wcale mi się dzisiaj nie chciało wychodzić na rower...

sobota, 20 sierpnia 2016

Urlopowo ...

Urlop, urlop i po urlopie. Krótki był, może nawet za krótki, ale dobre i to. 
 

 Ci, którzy lubią pływać pływali, ci, którzy lubią plażować plażowali. Ja, ponieważ nie jestem dobra w pierwszym i nie przepadam za drugim to skupiłam się na wylegiwaniu w cieniu parasola z książką, słuchaniu szumu fal, spacerowaniu brzegiem morza i zbieraniu muszelek, gapieniu się w przestrzeń i kontemplowaniu nicnierobienia. Zwiedzanie też było, bo całkiem niedaleko były przepiękne miasta Sozopol i Nesebar. Szkoda tylko, że klimat starych uliczek z drewnianą zabudową zakłócały wszechobecne sklepy. Nawet w cerkwi, w środku znajdował się ogromny stół i regał z pamiątkami. Czułam się jak na Krupówkach w  szczycie sezonu.
 A co poza tym ?  Skończyłam najnowszą Grocholę (polecam!!!, świetna, mądra książka), uwieczniłam odbijający się w falach księżyc w pełni, piłam wino, tańczyłam zumbę przy basenie, oglądałam "Pożegnanie z Afryką" z niemieckim dubbingiem (jakby był z chińskim to też by mi nie przeszkadzało, kocham ten film miłością od pierwszego wejrzenia przed ... 30 laty i znam na pamięć niemal każdą scenę ).
I najważniejsze chyba ... przeżyłam bez paniki dwa starty i dwa lądowania. To wielki sukces, bo latania się bałam, boję i pewnie nigdy nie przestanę bać. Lądowanie w Burgas mieliśmy, jak to określił pilot "lekko turbulentne" ... od momentu wygłoszenia tej "uspokajającej" informacji do zatrzymania samolotu serce miałam w okolicach przełyku, Na szczęście skończyło się tylko na szklistych oczach w momencie, gdy tuż po lądowaniu rozległy się brawa pasażerów.




 




Na pamiątkę (bo zawsze musi być pamiątka) przywiozłam sobie słoik przedziwnie niekształtnych muszli, ręcznie robiony kubeczek na kawę i nagranie szumu morza o różnych porach dnia i nocy.



I kilka postanowień poczynionych podczas rozmyślania na leżaku. Takie noworoczne postanowienia składane sobie w sierpniu. Jedno Wam zdradzę - muszę się wreszcie nauczyć robić porządne zdjęcia. Przy każdej okazji robię mnóstwo zdjęć, aparatem telefonem. Ludziom, budynkom, pejzażom ... wszystkie te "obiekty" zachwycające w chwili, gdy patrzę na nie własnym, nieuzbrojonym okiem uchwycone przez aparat stają się nijakie. Znika cała magia, jaka je otaczała zanim spojrzałam w obiektyw i wcisnęłam guzik. W naszym osiedlowym klubie jest kółko fotograficzne, najwyższy czas zajrzeć tam i podszkolić się u tych, co potrafią tę magię zachować.

Inne postanowienia pozostawię w tajemnicy, tak na wszelki wypadek, żeby nie zapeszyć. A teraz macham Wam na dobranoc i uciekam do łóżka. Czas odespać, bo ostatnia noc w hotelu była zbyt krótka.

niedziela, 24 lipca 2016

Kocia kawiarnia ...

- Mamuś, a wiesz, że w Krakowie jest kocia kawiarnia?
Nie wiedziałam, ale od czego wujek Google. Rzeczywiście jest i to całkiem niedaleko.
- Pójdziemy ? - postawiłam znak zapytania, ale w rzeczywistości Ola raczej stwierdzała niż pytała.

Po przejrzeniu strony internetowej udzielił mi się entuzjazm Córci. Kawiarnia, w której mieszkają koty to coś niespotykanego i jak potem poczytałam, wciąż rzadkiego, nie tylko w Polsce.

Oczywiście poszłyśmy. Pierwotny plan przewidywał tylko "babski wypad", ale chłopcy postanowili się przyłączyć. Nie wiedzieliśmy ilu może  być amatorów niedzielnej kawy, ciacha i kociego miziania, więc na wszelki wypadek skorzystaliśmy z możliwości zarezerwowania kanapy.  Jak się okazało nie było to potrzebne, bo w środku było tylko kilka osób.  I koty. Naliczyłam pięć, ale mogło być więcej.

Mimo, że na stronie internetowej "Kociarni" były zdjęcia to jednak rzeczywisty obrazek trochę nas zaskoczył. Przede wszystkim rozmiarem - wnętrza są niewielkie, ot zwykłe mieszkanie w starej kamienicy. Zabawnym pomysłem jest szafa, przez którą jak do Narnii przechodzi się do części, którą bez przesady można nazwać kocim rajem. Wszędzie stoją, wiszą, leżą przeróżne konstrukcje przeznaczone dla zabawy i odpoczynku kotów. Kilkupoziomowe budowle, z drapakami, wiszącymi zabawkami, zaciszne domki-schowanka, wiklinowe, drewniane, tekturowe, mnóstwo poduch, kocyków. I między tym wciśnięte trzy małe kanapy i mikroskopijne stoliki ledwie mieszczące dwie filiżanki. Nie dało się ukryć, że  w tym miejscu rządzą koty, które w swojej kociej łaskawości pozwalają człowiekowi posiedzieć w swoim towarzystwie. Ale niech się człowiek nie łudzi, że z tej okazji przerwą drzemkę na nagrzanym słońcem parapecie, albo zabawę sznurkową myszką. Jak się wyśpią i oczywiście jak będą chciały, to podejdą. Jak zasłużymy otrą się od niechcenia o nasze nogi, wskoczą nonszalancko na nasz stolik, obwąchają talerzyk. Szczęściarzom wejdą na kolana ... Wszystko bez pośpiechu, z przymrużonymi powiekami, z kocią gracją... 

Im dłużej się tam siedzi, tym bardziej się człowiekowi ta niespieszność udziela, mości się wygodniej na kanapie, rozluźnia ... gdyby tylko umiał zamruczałby jak kot bo tak mu się robi błogo i przyjemnie... spokojnie... aż się nie chce wychodzić. W "Kociarni" dusza odpoczywa, ale i dla ciało też jest czym dopieścić. Nie mogliśmy sobie odmówić kawałka szarlotki (przepyszna!), sernika (jak u mamy) i brownie (mega - czekoladowe), a kawa  ... sami zobaczcie 


  A w drodze powrotnej ... mały powrót do dzieciństwa...




 Nie da się ukryć, że czuję już w kościach całoroczne zmęczenie i z utęsknieniem myślę o dłuższym odpoczynku. A tu zamiast urlopu, który planujemy dopiero na połowę sierpnia czekają mnie w pracy dwa bardzo intensywne tygodnie. 
Wiem, że dam radę... zawsze daję, a po takiej dawce relaksu jaką sobie dzisiaj zafundowaliśmy to już nie ma innej opcji :)))


Miłego tygodnia.