poniedziałek, 22 sierpnia 2016

ombre ...

Stała trasa... najpierw na południe, asfaltem, dość blisko pobocza, bo ruch mimo nadchodzącego wieczoru dość spory. Potem most na Rudawie, pierwszeństwo dla tych z mojej strony, ale kto by tam uważał na rowerzystów. Dalej ostro w lewo i w prawo, kilkaset metrów i można skręcić na wschód w szutrówkę pomiędzy polami a raczej ostatnimi wolnymi działkami. Jeszcze miasto, ale już wieś. Ostatnio, gdy jechałam przez drogę przebiegł mi zając. Jakiś kilometr i znowu asfalt, zygzaki pośród ogródków działkowych prowadzą znowu ku bulwarom Rudawy. Droga raczej pusta, można się rozpędzić. Przy moście w prawo, ku Woli, potem kawałek chodnikiem, tak jest bezpieczniej. Slalomem po jednokierunkowych uliczkach "lepszej dzielnicy"... wolniej, bo lubię patrzeć na zieloność wokół domów, w okna pozaglądać. Potem znowu asfalt do kolejnego mostu. Za nim w zależności od pory, sił i chęci mogę wybrać jeden z trzech kierunków. Mam jeszcze czas, decyduję się więc na dłuższy wariant, w prawo, ku Błoniom. Docieram do mostu, zerkam w lewo, przez ramię, bo wydaje mi się, że wyprzedza mnie jakieś auto i  ... zmieniam plan. Szybko "wrzucam kierunkowskaz" w lewo i zatrzymuję się za mostem. Na niebie jest tak piękny zachód słońca, jaki rzadko można zobaczyć w mieście. Wielka, idealnie okrągła ognista kula a wokół niej cudowne, przenikające się odcienie pomarańczu, ochry, ceglastej czerwieni ... a dalej jeszcze szarości, gołębi błękit, trudno nazwać te wszystkie odcienie, niewyraźne, nieoczywiste, jakby namalowane pastelami. Zwariowane "ombre" w najdoskonalszej postaci, nie do odtworzenia przez człowieka. Gapię się jak ciele na To, co dzieje się na niebie ... widzę kątem oka, że nie ja jedna. Przy barierce stoi dwójka rowerzystów. Razem się gapimy. Gdzieś z boku nadlatuje helikopter... wlatuje w ten obraz. Od razu przypominają mi się kadry z "Helikoptera w ogniu", a może z jakiegoś innego filmu, nie wiem. Gdyby ktoś namalował coś takiego zakrzyczeli by go, że czegoś takiego nie ma, że kicz. I pewnie miałby rację. A my stoimy i gapimy się w ten "kicz". Za późno przypominam sobie, że przecież w plecaku mam komórkę, że może zrobię zdjęcie. Zanim go wyjmę i ustawię słońce obniży się na tyle, że znika za najbliższym drzewem. Wskakuję na rower, żeby podjechać tam, gdzie drzewo nie będzie zasłaniało... niestety, jak nie to, to kolejne, albo słup. Jednak próbuję zrobić kolejne ujęcie. 



- Cześć, fajny zachód - słyszę z boku. Ewa, znajoma z osiedla, nadbiega. Wieczorny jogging.
- Cześć, gonię go od Widoku... wciąż mi coś zasłania ..." odpowiadam, machając ręką i wskakując na rower.
- Spróbuj na wałach, słyszę gdzieś za plecami, bo już pędzę ku wałom.

Niestety tam słońca nie ma już prawie, za to chmury jak brama do nieba, wcale nie niebieska.
I samolot lecący prosto ku tej bramie...


I pomyśleć, że wcale mi się dzisiaj nie chciało wychodzić na rower...

sobota, 20 sierpnia 2016

Urlopowo ...

Urlop, urlop i po urlopie. Krótki był, może nawet za krótki, ale dobre i to. 
 

 Ci, którzy lubią pływać pływali, ci, którzy lubią plażować plażowali. Ja, ponieważ nie jestem dobra w pierwszym i nie przepadam za drugim to skupiłam się na wylegiwaniu w cieniu parasola z książką, słuchaniu szumu fal, spacerowaniu brzegiem morza i zbieraniu muszelek, gapieniu się w przestrzeń i kontemplowaniu nicnierobienia. Zwiedzanie też było, bo całkiem niedaleko były przepiękne miasta Sozopol i Nesebar. Szkoda tylko, że klimat starych uliczek z drewnianą zabudową zakłócały wszechobecne sklepy. Nawet w cerkwi, w środku znajdował się ogromny stół i regał z pamiątkami. Czułam się jak na Krupówkach w  szczycie sezonu.
 A co poza tym ?  Skończyłam najnowszą Grocholę (polecam!!!, świetna, mądra książka), uwieczniłam odbijający się w falach księżyc w pełni, piłam wino, tańczyłam zumbę przy basenie, oglądałam "Pożegnanie z Afryką" z niemieckim dubbingiem (jakby był z chińskim to też by mi nie przeszkadzało, kocham ten film miłością od pierwszego wejrzenia przed ... 30 laty i znam na pamięć niemal każdą scenę ).
I najważniejsze chyba ... przeżyłam bez paniki dwa starty i dwa lądowania. To wielki sukces, bo latania się bałam, boję i pewnie nigdy nie przestanę bać. Lądowanie w Burgas mieliśmy, jak to określił pilot "lekko turbulentne" ... od momentu wygłoszenia tej "uspokajającej" informacji do zatrzymania samolotu serce miałam w okolicach przełyku, Na szczęście skończyło się tylko na szklistych oczach w momencie, gdy tuż po lądowaniu rozległy się brawa pasażerów.




 




Na pamiątkę (bo zawsze musi być pamiątka) przywiozłam sobie słoik przedziwnie niekształtnych muszli, ręcznie robiony kubeczek na kawę i nagranie szumu morza o różnych porach dnia i nocy.



I kilka postanowień poczynionych podczas rozmyślania na leżaku. Takie noworoczne postanowienia składane sobie w sierpniu. Jedno Wam zdradzę - muszę się wreszcie nauczyć robić porządne zdjęcia. Przy każdej okazji robię mnóstwo zdjęć, aparatem telefonem. Ludziom, budynkom, pejzażom ... wszystkie te "obiekty" zachwycające w chwili, gdy patrzę na nie własnym, nieuzbrojonym okiem uchwycone przez aparat stają się nijakie. Znika cała magia, jaka je otaczała zanim spojrzałam w obiektyw i wcisnęłam guzik. W naszym osiedlowym klubie jest kółko fotograficzne, najwyższy czas zajrzeć tam i podszkolić się u tych, co potrafią tę magię zachować.

Inne postanowienia pozostawię w tajemnicy, tak na wszelki wypadek, żeby nie zapeszyć. A teraz macham Wam na dobranoc i uciekam do łóżka. Czas odespać, bo ostatnia noc w hotelu była zbyt krótka.

niedziela, 24 lipca 2016

Kocia kawiarnia ...

- Mamuś, a wiesz, że w Krakowie jest kocia kawiarnia?
Nie wiedziałam, ale od czego wujek Google. Rzeczywiście jest i to całkiem niedaleko.
- Pójdziemy ? - postawiłam znak zapytania, ale w rzeczywistości Ola raczej stwierdzała niż pytała.

Po przejrzeniu strony internetowej udzielił mi się entuzjazm Córci. Kawiarnia, w której mieszkają koty to coś niespotykanego i jak potem poczytałam, wciąż rzadkiego, nie tylko w Polsce.

Oczywiście poszłyśmy. Pierwotny plan przewidywał tylko "babski wypad", ale chłopcy postanowili się przyłączyć. Nie wiedzieliśmy ilu może  być amatorów niedzielnej kawy, ciacha i kociego miziania, więc na wszelki wypadek skorzystaliśmy z możliwości zarezerwowania kanapy.  Jak się okazało nie było to potrzebne, bo w środku było tylko kilka osób.  I koty. Naliczyłam pięć, ale mogło być więcej.

Mimo, że na stronie internetowej "Kociarni" były zdjęcia to jednak rzeczywisty obrazek trochę nas zaskoczył. Przede wszystkim rozmiarem - wnętrza są niewielkie, ot zwykłe mieszkanie w starej kamienicy. Zabawnym pomysłem jest szafa, przez którą jak do Narnii przechodzi się do części, którą bez przesady można nazwać kocim rajem. Wszędzie stoją, wiszą, leżą przeróżne konstrukcje przeznaczone dla zabawy i odpoczynku kotów. Kilkupoziomowe budowle, z drapakami, wiszącymi zabawkami, zaciszne domki-schowanka, wiklinowe, drewniane, tekturowe, mnóstwo poduch, kocyków. I między tym wciśnięte trzy małe kanapy i mikroskopijne stoliki ledwie mieszczące dwie filiżanki. Nie dało się ukryć, że  w tym miejscu rządzą koty, które w swojej kociej łaskawości pozwalają człowiekowi posiedzieć w swoim towarzystwie. Ale niech się człowiek nie łudzi, że z tej okazji przerwą drzemkę na nagrzanym słońcem parapecie, albo zabawę sznurkową myszką. Jak się wyśpią i oczywiście jak będą chciały, to podejdą. Jak zasłużymy otrą się od niechcenia o nasze nogi, wskoczą nonszalancko na nasz stolik, obwąchają talerzyk. Szczęściarzom wejdą na kolana ... Wszystko bez pośpiechu, z przymrużonymi powiekami, z kocią gracją... 

Im dłużej się tam siedzi, tym bardziej się człowiekowi ta niespieszność udziela, mości się wygodniej na kanapie, rozluźnia ... gdyby tylko umiał zamruczałby jak kot bo tak mu się robi błogo i przyjemnie... spokojnie... aż się nie chce wychodzić. W "Kociarni" dusza odpoczywa, ale i dla ciało też jest czym dopieścić. Nie mogliśmy sobie odmówić kawałka szarlotki (przepyszna!), sernika (jak u mamy) i brownie (mega - czekoladowe), a kawa  ... sami zobaczcie 


  A w drodze powrotnej ... mały powrót do dzieciństwa...




 Nie da się ukryć, że czuję już w kościach całoroczne zmęczenie i z utęsknieniem myślę o dłuższym odpoczynku. A tu zamiast urlopu, który planujemy dopiero na połowę sierpnia czekają mnie w pracy dwa bardzo intensywne tygodnie. 
Wiem, że dam radę... zawsze daję, a po takiej dawce relaksu jaką sobie dzisiaj zafundowaliśmy to już nie ma innej opcji :)))


Miłego tygodnia.

niedziela, 10 lipca 2016

Wspomnień kupowanie ...

 Uwielbiam targi staroci, lokalne jarmarki, sklepy typu 1001 drobiazgów, lumpeksy. Nigdy nie chodzę w takie miejsca w poszukiwaniu czegoś konkretnego. To się i tak nigdy nie udaje. Lubię pójść  bez planu, bez specjalnego celu, po prostu pochodzić, popatrzeć, podotykać. Uwielbiam tę atmosferę, gwar, nawoływania ... Lubię wyłapywać w oczach kupujących ten błysk, który pojawia  się, gdy znajdują jakieś cudeńko i tę minę pokerzysty, która spływa natychmiast na ich twarz, bo przecież nie mogą dać po sobie poznać, że w zasadzie i tak już za każde pieniądze kupią ... Zachwyca mnie niezmiennie ta pewność w głosie sprzedawców, którzy z pozoru znudzeni, na wpół uśpieni słońcem ożywiają się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki gdy tylko ktoś zainteresuje się przedmiotem z ich stoiska. Rozkwitają nagle, uśmiechają się a z ich ust wypływa potok najpiękniejszych epitetów, porównań i przenośni. I już szmelc najgorszy opisują tak barwnie i sugestywnie, że zaczynamy wierzyć, że oto trafia nam się okazja jedyna w swoim rodzaju. Czarują nas słowami do tego stopnia, że już nie widzimy zardzewiałego grata, nie czujemy owiewającego go zapachu zatęchłej piwnicy. Dajemy się ponieść tej magii ... i widzimy prawdziwe skarby - kubeczek w kwiatki, taki sam jak ten, w którym babcia robiła nam kawę zbożową, lekko wyszczerbiony albo radio, jakie stało w naszym rodzinnym domu lata temu, co z tego, że nie działa. Nie chodzi przecież o same przedmioty, ale o  emocje, które wraz z nimi do nas przychodzą. Radio, być może da się naprawić, kubek, odwrócony brzydką szczerbą do ściany będzie ozdobą półki kuchennej. Patrząc na nie codziennie będziemy wracać do wspomnień... miłych wspomnień.

Nie wiem już od jak dawna planowałam, że się wybiorę na giełdę staroci pod Halą Grzegórzecką. Wciąż coś mi w tym przeszkadzało, jak nie deszczowa pogoda, to weekendowe zobowiązania rodzinno-towarzyskie. Albo po prostu spałam za długo a na giełdę najlepiej jest pojechać rano. Dziś jednak wszystko ułożyło się idealnie. Wczesna pobudka, piękna pogoda i wolna stówka w portfelu.  Zostawiłam pogrążonych w głębokim śnie domowników i ruszyłam. Miasto zdawało się sprzyjać moim planom, ruch na drodze niemal zerowy, zielona fala i wiatr we włosach...

Nie pamiętam ile razy okrążyłam plac wokół, ile  zrobiłam slalomów pomiędzy "alejkami". Bo przecież tam nie wchodzi się jak do zwykłego sklepu, żeby kupić, zapłacić i  wyjść. Tam trzeba przechadzać się powoli, czasem zatrzymać, pochylić, coś podnieść, by zaraz odłożyć, odejść, by po kilku krokach zawrócić... dać się ponieść ludzkiej fali, a za chwilę zrobić obrót na pięcie i  pójść pod prąd. Kątem oka omieść kubeczek z bolesławieckiej kamionki a potem zapomnieć, gdzie się go widziało, zapytać o koszyk z trawy morskiej i zdziwić się, że kosztuje więcej niż nowy w sklepie, zapatrzyć się na stare zdjęcia w sepii, posłuchać nieskomplikowanych w treści i formie rozmów stałych bywalców okolicznych piwiarni, jeszcze trochę "wczorajszych", ale już gotowych by stawić czoło nowym wyzwaniom... 

Właśnie u takich "Żul-Janów" najczęściej trafiam na coś ciekawego. Dziś był to obraz. Prawdziwy... farba, płótno. Nie znam się na sztuce, nie szukam znanych nazwisk, nie potrzebne mi sygnatury. Obraz musi mnie poruszyć, przyciągnąć, mieć to tajemnicze COŚ, które sprawi, że będę chciała zabrać go do domu i patrzeć na niego na co dzień. I ten tak właśnie na mnie zadziałał, jakby zawołał mnie spod ściany. 

- ile za ten obrazek? - zapytałam Pana, który siedział na chodniku obok obrazu. I w tym momencie żałuję, że nie miałam przy sobie kamery i nie nakręciłam tego, jak Pan podniósł na mnie swoje lekko zamglone znikającymi zbyt wolno z organizmu promilami spojrzenie, obejrzał mnie niespiesznie z góry do dołu i ocenił na tej podstawie moje możliwości płatnicze...
- dycha!
- skoro dycha, to nie będę się już z Panem targować
oczy Pana znowu poszybowały ku górze a na twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu
- to dobrze, bo jakby się pani targowała, to bym powiedział piętnaście...

Wymieniłam więc papierek o niezbyt wysokim nominale na obraz, którego na pewno nie  namalował Picasso, ale mnie się  właśnie z tym malarzem kojarzy. I idealnie pasuje do naszego zielono-brązowego przedpokoju.  Póki co jednak pierwsze zdjęcie zrobiłam mu na szybko, przed domem...



Drugi zakup, to był prawdziwy impuls. W zasadzie już wracałam, skrót jakiś znalazłam między straganami bukinistów, podotykałam kilka książek, przeglądnęłam jakieś stare gazety z czasów PRL i nagle mój wzrok padł na pudełko z płytami. A dokładnie z winylami... Pewnie bym się nawet nie zatrzymała, ale ta okładka ... Nie do wiary... 
Gdy byłam nastolatką, kupowałam sobie czasem płyty ówczesnych idoli - Maanam, Republika, Lombard... Byłam w trzeciej albo czwartej klasie liceum, gdy pojawili się ONI.
Pamiętam jak dziś, kiedy po jakiejś klasowej wycieczce nocowała u mnie przyjaciółka Gosia i właśnie z nią słuchałyśmy TEJ płyty. Kochałyśmy się obie na zabój w chłopakach z zespołu. Ona w Grześku, ja w Kostku. Tej nocy w kółko puszczałyśmy sobie "Panoramę Tatr"... Potem wyjechałam na studia i wyrosłam z tej miłości. I z tej muzyki wyrosłam, do tego stopnia, że bez żalu ją komuś podarowałam.



A dziś zobaczyłam ją w kartonowym pudełku wśród dziesiątek innych i poczułam, że nie mogę jej tak zostawić, bo to tak jakbym zostawiała na placu pod Halą swoje wspomnienia. Tak, jakbym spotkała siebie tamtą i zostawiła bez choćby krótkiej rozmowy. No przecież nie mogłam.
Jakby mało było tego Papa Dance, to tuż pod nim (niebywałe, ale prawdziwe) stała płyta Barbry Streisand z moją ulubioną Jej piosenką (pisałam o niej ponad pięć lat temu). No to obie wzięłam. Przepłaciłam zapewne, ale co tam, wspomnienia są przecież bezcenne.



niedziela, 12 czerwca 2016

Pierwsze pół kredensu ...




Stali goście Poukładanego Świata pamiętają zapewne, że jakiś czas temu pokazałam stary kredens kupiony z myślą o ulokowaniu go w części jadalnianej salonu. Mebel trącił starością nie tylko w przenośni, ale też bardzo odczuwalnie dosłownie i wymagał sporo pracy, głównie fizycznej. Kiedy to było? zapytają niektórzy... no cóż, sama musiałam cofnąć się o kilka (naście) postów, żeby to sprawdzić. Osiem miesięcy temu przytargałam kredens do ogrodu i zaczęłam mozolne oskrobywanie go z kolejnych warstw farb przeróżnych. A potem przyszła zima i musiałam "zwinąć warsztat", wstawić mebel do garażu i czekać na nadejście wiosny i powtórne otwarcie stolarni pod chmurką. Przez zimę mój zachwyt kredensem staruszkiem trochę osłabł. Często przeklinałam zawalidrogę przeciskając się obok niego w zapchanym po brzegi garażu, bywało, że po cichu żałowałam, że go kupiłam. 

Ale przyszła wiosna, a wraz z nią nowe-stare pomysły, nowe chęci i nowa wiara, że może coś z tego grata wykrzesam. I wystarczyły dwa weekendy, by jego dolna część zmieniła się na tyle, by zasłużyć na wniesienie na salony ... a dokładniej przez salon do ... sypialni. Tak, tak, dobrze pamiętacie, że kredens miał stanąć w salonie. Miał zastąpić narożny regał, który już przestał mieścić naszą zastawę. Niestety sama dolna część, choć dosyć spora, nie pomieściła wszystkiego, poza tym jako niska "komoda" nie wypełniała ładnie przestrzeni po wysokim regale. Stać obok też nie mógł, bo zrobiło się ciasno i trochę przypadkowo. Nie wiem, czy pamiętacie, ale nasz salon wypełniają meble ze starej ikeowskiej serii HEMNES w kolorze bejcowanej sosny. Taki jest regał i oszklona witrynka, stół, krzesła i stolik przy kanapie. A obok nich jest też szafka pod tv z sosny, ale już nie bejcowanej i niska komódka na moje dekupażowe przydasie przemalowana swego czasu przeze mnie na "multkolor". Nie można tez zapomnieć o bejcowanych na gołębi błękit skrzynkach po jabłkach. Mimo tych różnic, wszystko fajnie ze sobą współgra, salon jest duży, więc nie ma chaosu, ale kolejny kolor i kolejny rodzaj drewna to już by było zbyt wiele. Dlatego dopóki nie wykończę górnej części kredensu i nie wyrzucę z salonu narożnego kredensu i wielobarwnej komody nowy mebel postoi w sypialni.  Tym bardziej, że ze swoją nienachalną, woskową bielą świetnie się wpasował w szare tło ścian. Jeszcze do końca nie wiem, co będę w nim trzymać. Szuflady na razie pomieściły mój zbiór serwetek i koronkowych firanek, które namiętnie skupuję na pchlich targach i szmateksach, na dolną półkę wsunęłam kosze z zapasem włóczek. Wyżej stoją książki czekające na przeczytanie. Starczyło jeszcze miejsca na zapasowe koce. Te półki są dość głębokie, pomieszczą naprawdę sporo.



Jak widać kredens nie ma drzwi. Te, które miał, były pełne, ciężkie, ale niestety nie drewniane. Z czego były, nie do końca wiem (jakaś płyta pokryta metalową blachą?) , w każdym razie farba przylgnęła do tego "czegoś" tak mocno, że ani skrobak, ani opalarka ani nawet najbardziej żrąca chemia nie zdołały jej usunąć. Można je było jedynie przemalować, ale nie podobała mi się taka wielka malowana powierzchnia. No to wywaliłam drzwi. Docelowo zapewne dorobię nowe, lżejsze i oczywiście drewniane. Na razie, powiesiłam krótką bawełnianą zazdrostkę. Myślę, że fajniej by wyglądała długa, powieszona tuż poniżej linii szuflad, ale takiej nie mam, więc jest jak jest. Może nie idealnie, ale klimatycznie... tak mi się przynajmniej wydaje.  

Spostrzegawczy obserwatorzy zapewne zauważyli, że nogi kredensu-komody są jakieś takie ... z innej bajki. No cóż ... to moja mała wtopa jest.  Niestety.
Cały mebel wyczyściłam do gołej dechy (porządne, grube drewno) a potem wtarłam w niego wosk wybielający Liberon.  Ten "wosk" to raczej rodzaj pasty. Strasznie śmierdzi podczas nakładania, wcierania, polerowania i jeszcze ze dwa dni potem, ale gdy zapach się ulotni, to pozostaje nam już tylko ładny delikatny odcień bieli z przebijającą fakturą drewna i miła w dotyku, aksamitna powierzchnia desek. Ale wróćmy do nóg. 
Kiedy czyściłam kredens i zdzierałam te wszystkie powłoki, obracałam nim na wszystkie strony. Nogi odrapałam ile się dało szlifierką, resztę miałam już dokończyć papierem ściernym. Żeby były porządnie wygładzone. Bo fajne są, zwłaszcza te przednie.
Ale mi go zabrakło. Papieru znaczy. Pojechałam do sklepu, dokupiłam co trzeba, wróciłam i  ... zabrałam się za dopieszczanie szuflad, bo oprócz papieru kupiłam też gałki i strasznie chciałam zobaczyć jak te szuflady będą wyglądać z gałkami.

 
A później chciałam zobaczyć jak reszta mebla będzie wyglądać z szufladami i zabrałam się za woskowanie blatu i boków.
 


A jeszcze później chciałam zobaczyć jak kredens-komoda będzie wyglądać w sypialni i poprosiłam moich Mężczyzn, żeby mi go wtargali na górę... namęczyli się na zakrętach, napocili, ale wnieśli.

Powkładałam szuflady, powiesiłam zazdrostkę, ustawiłam wszystko i ... zobaczyłam te nogi. 



No kurcze !!!  Nie miałam już sumienia prosić chłopaków, żeby tego smoka znowu znosili i potem wnosili. Nie miałam też ochoty kurzyć sobie w sypialni pyłem ze szlifowania kredowej (chyba) farby. Nie pozostało mi nic innego, jak przekonać samą siebie, że te nogi to tak specjalnie pozostały odrapane-niebieskie. Bo to przełamuje nudny jednolity białowoskowy look ;), bo to ładnie nawiązuje do kolorów chodniczka leżącego tuż obok ;), bo to taki dowód na to, że w kwestii wyposażenia wnętrz jestem nieschematyczna, pełna fantazji i poczucia humoru ;)). 

Uwierzyłam! A Wy? ;))))
 


niedziela, 8 maja 2016

Nowy domownik...

Dawno mnie nie było. Obawiam się, że tak już będzie. Z różnych powodów, których nie chcę tutaj roztrząsać. Powiedzmy, że straciłam motywację do pisania o tym, o czym tutaj pisałam. Pojawiły się inne priorytety, na nich się teraz skupiam. Bloga nie zamykam i zapewne od czasu do czasu popełnię jakiś wpis, jednak nie tyle z potrzeby obwieszczania światu, co u mnie się dzieje, co z powodu obaw, by blog leżący zbyt długo odłogiem nie stał się ofiarą "chińskich znaczków". To moje miejsce i świadectwo kilku lat mojego życia i nie chcę, żeby przejęły to jakieś azjatyckie spamerskie portale. Kto wie, może kiedy poukładam sobie inne sprawy znowu poczuję chęć opowiadania o tym co widziałam, przeczytałam albo zrobiłam. Może ...

Tymczasem przedstawiam Wam naszego nowego domownika. Jest z nami od zeszłej środy. Miłość od pierwszego wejrzenia. Już widać, że odwzajemniona.  

Rudolf - dla przyjaciół Rudi :))))



Co mnie w nim urzekło? Przede wszystkim te cudne, lekko smutne, czarne oczyska. Niesamowicie miękkie, długie uszka (nie wiem jak on to robi, że chodząc się o nie nie potyka). No i łapki, które wyglądają jak moje ulubione biszkopty. Rudi ma trochę "przystrzyżone" boczki. To ponoć efekt uboczny wspólnego mieszkania z żarłocznymi świnkami morskimi, które myliły jego futerko z siankiem. Jak zobaczyłam, że w dwóch miejscach świnie wgryzły się za głęboko i królik ma strupy po krwawiących ranach to już nie było zmiłuj, decyzja o zabraniu go stamtąd była natychmiastowa. Ciekawe, że pracownicy sklepu nie przejęli się tym zbytnio. Kiedy kilka dni później wróciłam tam po dodatkowe akcesoria, to zobaczyłam, że w kojcu ze świnkami -agresorkami są kolejne dwa króliki.



Mieści się w złożonych dłoniach, ale apetyt mu dopisuje, więc pamiętając, jak wyglądała Nestie, gdy ją kupiliśmy i widząc  jak wygląda teraz wiem, że choć to miniaturka za rok nie będzie już taki miniaturowy. Rudi jest bardzo towarzyski i ufny. Nie ucieka przed ludźmi, przeciwnie, szuka ich i muskając noskiem zaprasza do zabawy. Wbrew naszym obawom i ostrzeżeniom pracowników sklepu od razu zaaklimatyzował się w nowym miejscu i (co ważniejsze) został zaakceptowany przez starszą koleżankę. Z racji różnicy płci niedługo czeka nas decyzja o sterylizacji Nestie lub kastracji Rudolfa. Dwa króliki to wystarczająca ilość jak na nasze możliwości, większe stadko to byłby już mały  Armagedon. Już teraz po ich nocnych zabawach w ganianego łazienka, w której mieszkają wygląda jak po przejściu tornada. Na szczęście kwestie porządkowe obiecała wziąć na siebie główna sprawczyni tego zakupu, czyli oczywiście Ola. Trzeba przyznać, że wywiązuje się z tego zadania wzorowo. O dziwo, kot, który nie za bardzo tolerował starszego królika i dość obcesowo odmawiał wspólnej zabawy ma dla Rudolfa dużo więcej wyrozumiałości. Może to kwestia różnicy w rozmiarach, a może płci. Nie mam pojęcia. Najważniejsze, że nie strzeliła "focha", jakiego miała na każdego innego zwierzaka, łącznie z własnymi dziećmi, gdy już podrosły.


Prawda, że sama słodycz? 


Przy okazji dziękuję za życzenia świąteczne i urodzinowe. Przepraszam, że nie odpowiedziałam na maile i sms-y. Nie będę nawet obiecywać, że to nadrobię, bo czuję, że mi się nie uda. Pozdrawiam Was bardzo ciepło. Trzymajcie się do (mam nadzieję) następnego razu.

niedziela, 6 marca 2016

Czasem nie mogę się powstrzymać ...

Myślę, że każdy ma jakiegoś bzika. Mam nadzieję, że każdy. Niektórzy miewają ich kilka, może kilkanaście a wtedy, w zależności od stopnia sympatii, jakim darzy ich otoczenie nazywani są oryginałami lub dziwakami.  Bziki w odróżnieniu fobii i natręctw mają niewielki rozmiar i zasięg rażenia, bziki są malutkie i niemal niezauważalne dla postronnych. Dotykają nosiciela i dość niegroźnie jego najbliższych. Są delikatnym zawirowaniem w czasoprzestrzeni, które jednak nie ma dużego wpływu na bieg wydarzeń. Przykłady można mnożyć. Ot na przykład nigdy przenigdy nie wypijemy herbaty z kubka a wyłącznie z filiżanki. Bzik niewinny i niekłopotliwy dla otoczenia. Albo na przykład taki, że do każdych butów musimy mieć inną torebkę. Bzik kosztowny dla posiadacza ale też nieagresywny. Albo, że do pisania używamy jedynie ołówków, i to wyłącznie mocno zaostrzonych. 
I ja mam swoje bziki. Kilka ich mam ... a jeden odezwał się w czwartek. Wtedy właśnie, nie wiadomo jakim impulsem przywołana pojawiła się w mojej głowie myśl, że muszę zrobić półkę. Gdy taka idea zaświtała w mojej głowie po raz pierwszy nazwałam ją potrzebą chwili. Syniowi brakowało regału nad biurkiem. Za drugim razem też jeszcze daleko było mi do kwalifikowania jej w rejonach bzika. Potrzebna była nam półka w przedpokoju. 
Czwartkowy zryw to nie trzecia i nie czwarta, ale siódma półka jaką MUSIAŁAM zrobić. Oczywiście teraz i natychmiast. Ponieważ mam spory zapas sosnowych desek, które pozostały po jakimś niezrealizowanym projekcie od razu przeszłam do działania. Domownicy, przyzwyczajeni do moich nagłych pomysłów nie dziwią się już, gdy nagle wstaję z kanapy, albo od stołu i zaczynam znosić do salonu wszystkie potrzebne akcesoria. Już wiedzą, że zadawanie pytania "PO CO nam kolejna półka?" nie ma żadnego sensu. Odpowiedź jest zawsze jedna - bo jeszcze jej nie mamy.  Tym razem "zabrakło mi" półki nad stołem w kuchni. To znaczy jedna już była, ale poczułam, że jest już na niej za dużo rzeczy, za to nad nią jest zdecydowanie za dużo wolnej ściany .
Jeden wieczór zajęło bejcowanie i lakierowanie półki, potem szybki wypad do sklepu po wsporniki, zmotywowanie Małża, żeby wywiercił kilka dziur w ścianie, trochę zabawy z ustawieniem idealnego poziomu deski i pionu wsporników i już można było ustawiać na półce kolejne kurzołapki.

Jak ja to lubię!

Gdy w sobotni poranek zeszłam na dół na poranną kawę to tak mi się zrobiło błogo na widok kuchni w nowej odsłonie, że nie mogłam się powstrzymać, by nie zrobić kilku zdjęć kuchennych półek. Teraz jest na nich trochę pustawo, ale z czasem obie zapełnią się naczyniami, ozdóbkami i innymi pierdółkami jakie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd pojawiają się w domu.






 Na zdjęciach widać, że nowej półce brakuje jeszcze koronkowej "lamówki", ale to tylko dlatego, że zastanawiam się, czy przykleić identyczną jak na dole, czy może zedrzeć cienką koroneczkę z dołu i na obu deskach przyczepić coś bardziej ozdobnego, np. szerszą koronkę z ząbkami. Pomyślę.


Jak było z jedną półką można zobaczyć TUTAJ , a jak bez półek TUTAJ

Żegnam się z Wami piosenką, która owładnęła mną od pierwszego posłuchania. I pomyśleć, że byłam dotąd raczej obojętna na Brodkę. Ale "Horses" ... jejku, ależ w tym jest magii !!!




piątek, 26 lutego 2016

Ósemka na szóstkę ...

Jego filmów nie da się skomentować "może być", "OK, "fajny". Te określenia są zbyt przeciętne, za bardzo letnie, czy wręcz szare. Opinie o Jego filmach są zwykle skrajne - fantastyczny! nieziemski! oryginalny! albo beznadziejny! nudny! obrzydliwy! Tak... albo się go kocha albo nienawidzi. Albo skreśla i wkłada do szuflady z napisem nigdy w życiu, albo czeka przebierając nóżkami na kolejną premierę. 
Nietrudno się domyślić, do której grupy się zaliczam ... jestem Tarrantinofonką, jestem Quentinozależna! Dlatego popędziłam czym prędzej do kina, gdy tylko pojawiła się w nim "Nienawistna ósemka". No i co tu dużo mówić ... nie zawiodłam się a trzy godziny ( nie licząc reklam, które, mam wrażenie z roku na rok są coraz dłuższe) upłynęły mi szybko i niepostrzeżenie jak trzy kwadranse.
A historia jest prosta. Samotny piechur zatrzymuje mknący przez zaśnieżone bezdroża Wyoming dyliżans, którym podróżuje słynny łowca głów John Ruth. Ten zaś wynajął sobie pojazd na wyłączność, bo właśnie eskortuje do pobliskiego miasteczka swoją najnowszą, niezwykle cenną "zdobycz". Okazuje się, że Panowie znają się, bo ich drogi już się kiedyś zeszły, dlatego, po krótkich ceregielach pasażer dyliżansu zgadza się zabrać "autostopowicza". Nie jego jedynego, bo niewiele dalej w taki sam sposób do podróżnych dosiada się kolejny osobnik - podający się za nowego szeryfa owego "pobliskiego miasteczka" Walton Goggins. Pogoda, a raczej jej brak każe bohaterom zatrzymać się w leżącym przy trakcie zajeździe o uroczej acz absurdalnej nazwie "Pasmanteria Minnie". A tam, jak to w amerykańskim zajeździe, spotykają innych podróżnych o osobowościach i przeżyciach równie finezyjnych i uroczych, jak ich fizjonomie. Uwięzieni przez śnieżną zamieć toczą ze sobą pogawędki, opowiadając nawzajem i na przemian swoje historie. Prawdziwy Amerykanin (w przeciwieństwie do prawdziwego Polaka)  nie przejdzie obok napotkanej osoby bez słowa, o nie! On zagai chociażby "co słychać" i nie zadowoli się zdawkowym "w porzo", bo prawdziwy Amerykanin musi wiedzieć kto siedzi przy stoliku obok, po co siedzi i dlaczego akurat tu i teraz siedzi. A zapytany przez prawdziwego Amerykanina drugi prawdziwy Amerykanim (choć może być wszak Irlandczykiem a nawet Francuzem) nie odpowie zdawkowym "spadaj". Nie, on opowie ze szczegółami kim jest, skąd jedzie i co go gna i gdzie gna. I wcale nie dlatego, że ten drugi już mu trzyma spluwę przy głowie. Prawdziwy Amerykanin lubi bowiem o sobie opowiadać i czyni to, ku naszej, widzów radości, gdyż te opowieści układają nam się we wspaniałą historię. Poznajemy więc "uroczą" Daisy, eskortowaną na egzekucję i kata, który ma ją powiesić, przypadkiem zupełnie obecnego w tym samym zajeździe. Poznajemy misiowatego Joe Gage, który przemierza pół kraju, żeby zdążyć do matki na święta i mrukliwego Boba, który pod nieobecność właścicielki "Pasmanterii" zajmuje się gośćmi. Poznajemy wreszcie Generała Sandy Smithersa, który zatrzymał się w podróży do miejsca, gdzie zaginął jego syn. Niby nic się nie dzieje... siedzą, gwarzą, przekomarzają się ...i tak mijają dwie godziny filmu. Żadnych pościgów, żadnego strzelania (no... może delikatne), żadnego mordobocia (no... Kurt Russell może trochę zbyt obcesowo traktuje Daisy), same dialogi. Ale takie, że aż skrzy a czas się nic a nic nie dłuży.

A potem... potem ktoś robi coś nieostrożnego, ktoś inny coś zauważa, jeszcze inny nie wytrzymuje napięcia i zaczyna się typowa dla Tarantino jatka. Krew leje się wiadrami, kończyny i inne części ciała tracą swoje kształty i funkcje a ci, których poznaliśmy okazują się ... no właśnie.
To oczywiste, że  tym momencie muszę zamilknąć, by tym, którzy zechcą wybrać się na "Nienawistną ósemkę" nie odbierać radości odkrywania tajemnic i doświadczania zaskoczeń. Milknę więc pozostawiając Was z trailerem:



To nie jest kino dla miłośników komedii romantycznych.
To nie jest kino dla osób o wrażliwych żołądkach.
To nie jest kino dla poszukujących w kinie odpowiedzi na pytanie o sens istnienia.
To jest Tarantino. Quentin Tarantino.


A dziś wieczorem, zachęcona przez Bestyjeczkę zagłębię się w miękkich czeluściach kanapy i popijając czerwone wino i chrupiąc orzeszki obejrzę zupełnie inny film. O, jakże inny!
Dziękuję Bestyjeczko, że mnie na niego naprowadziłaś.

niedziela, 14 lutego 2016

Litery, wyrazy, zdania ...


Nie jestem na bieżąco, jeśli chodzi o trendy wnętrzarskie. Nie przeszkadza mi to szczególnie, bo dom nasz urządzam pod dyktando własnego gustu, który zmienia się zdecydowanie wolniej niż mody dyktowane przez stylistów. Uwielbiam przeglądać blogi, czy kupować pisma o tej tematyce, jednak nie poddaję się tym wszystkim "musisz to mieć!". Czasami jednak z przyjemnością zauważam, że w moim zupełnie niemodnym domu pojawiają się motywy, które są na topie. Motywy typograficzne, bo o nich chciałam napisać to nie jest nowy trend. Od kilku już lat widzę na Waszych ścianach i półkach obrazki z fajnymi napisami. Przeważają oczywiście te czarno-białe, pasujące do wszechobecnej bieli czy szarości. Fajnie zakomponowane są nie tylko wdzięczną ozdobą wnętrza, ale też pewnego rodzaju wizytówką gospodarzy, opisem ich charakteru, wskaźnikiem poczucia humoru czy wyznaniem życiowego credo. Lubię zbierać w pamięci przeróżne mądre motta, czy poważne sentencje, które mogę potem wykorzystać w tym, co sama piszę. Ale lubię też te wszystkie swobodne zabawy słowem, dowcipne powiedzonka, śmieszne hasła. Dlatego i ja uległam urokowi typograficznych dekoracji, tym bardziej, że znalazłam takie, które pasowały do mnie nie tylko w warstwie słownej, ale też jeśli chodzi o fakturę i kolor. 

Pierwszy obrazek sam się niejako zaprosił do naszego domu. Ktoś, kto mnie zna zrozumie, że musiał tu trafić :)))


Kolejny przyjechał z Chorwacji. Przyznam, że gdy po raz pierwszy weszłam do sklepu z pamiątkami, w którym wszystkie ściany obwieszone były tymi niewielkimi obrazeczkami na sklejce to zakręciło mi się w głowie od nadmiaru szczęścia. Czego tam nie było! Mądre sentencje i śmieszne rymowanki, romantyczne cytaty z wierszy i zwariowane teksty bohaterów kreskówek, dla rozważnych i romantycznych, dla poważnych i szalonych, do zadumy i do rozśmieszenia. Gdyby to było możliwe wróciłabym z torbą wypchaną tymi obrazkami. Niestety cena była nieadekwatna do rzeczywistej wartości , więc rozsądnie zdecydowałam, że kupię sobie tylko jeden Trzy razy wracałam do tej galerii i za każdym razem byłam już "na sto procent pewna", który obrazek wybiorę a w końcu wyszłam z tym...




Kolejną deseczkę wypatrzyłam jeszcze w grudniu, szukając prezentów świątecznych. Trafiłyśmy z Olą do Empiku, gdzie jest całkiem spory wybór przeróżnych tabliczek. Przekornie spodobał mi się ten uroczo szowinistyczny tekst, ponieważ jednak nie pasował do nikogo, komu akurat miałam zrobić prezent to tylko pozachwycałam się nim na głos i wyszłam. Kiedy miesiąc później byłam znów w Empiku, tym razem z Małżem pokazałam mu tę tabliczkę ot tak, jak ciekawostkę a on rzucił tylko "bierzemy ! ". Zważywszy, że mój M. rzadko uczestniczy czynnie w zakupach powiedzmy wnętrzarskich, była to reakcja co najmniej zaskakująca. Czy chciał mi coś zasugerować? ;)))) Nie, na pewno nie. Jak na inżyniera przystało zachwycił się na pewno urodą i kształtem liter ;)))))


A  dziś pojawił się w naszym domu jeszcze jeden obrazek. Wiadomo - Walentynki. Ten znalazł miejsce w sypialni. Fajnie będzie zasypiać się i budzić widząc tak optymistyczne wyznanie.



Literki, słowa i zdania ozdabiają też inne przedmioty, które wypatrzyłam przypadkiem przy okazji innych zakupów. Świeca z JYSK i prześliczne słoiczki z Pepco, których kształt i etykietki tak mnie oczarowały, że kupiłam trzy nie zastanawiając się nawet co w ich będę trzymać. 



Czyż nie są piękne?
Teraz dopiero zauważyłam, że wszystkie moje "zdobycze" mają teksty w języku angielskim. Przypadek? Zdecydowanie tak. Mam już jednak na oku tabliczkę z napisem po polsku.  Pochwalę się, gdy już zawiśnie.

Tymczasem zostawiam Was z Leonardem Cohenem. Niech jego cudowne "You Got Me Singing" wprowadzi Was w romantyczny nastrój na ostatnie godziny walentynkowego świętowania.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

to było 30 lat temu ...

 Zanim napisałam tytuł musiałam dwa razy policzyć, bo nie mogłam uwierzyć, że od dnia, który chcę opisać minęło już 30 lat. Ale matematyka jest nieubłagana i nie chce być inaczej. Pewnie dlatego pamiętam tylko niektóre momenty, jak pojedyncze kadry ze starego filmu. Kilka klatek...

Kadr pierwszy. Jesień. Z przyjaciółką i jej starszą siostrą jadę pociągiem. Jestem podekscytowana, bo to mój pierwszy samodzielny wyjazd do Warszawy. 100 kilometrów, to w tamtych czasach ogromna odległość. Prawdziwa wyprawa. Jedziemy po buty i materiał na spódnicę. Siostra Gosi zna Warszawę, wie, gdzie można coś dostać. Bazar Różyckiego, domy towarowe Centrum... zahaczamy o Hoffland, pamiętam strasznie długą kolejkę i mocno turkusową, bawełnianą koszulę, którą w tej kolejce wystałam. I buty. Czarne, proste pantofelki na niebotycznym dla mnie wówczas trzycentymetrowym obcasie. To nic, że nigdy nie miałam na nogach tak wysokich (!!!) butów. Te czółenka to moja przepustka w dorosłość, choć ciesze się nimi jak małe dziecko. W budkach u "prywaciarzy", jak się wówczas nazywało właścicieli małych sklepików kupiłyśmy sobie z Gosią plastikowe klamerki do włosów. Ona niebieskie, ja czerwone. Gdy na drugi dzień szłyśmy przez szkolny korytarz z włosami spiętymi tymi klamerkami czułam się taka światowa... przecież kupiłam je w Warszawie.

Kadr drugi. Ostatni tydzień przed... Każda klasa dekoruje salę, w której będzie siedzieć. Sami wymyślamy motyw przewodni, sami organizujemy materiały. Nasza sala będzie jaskinią. Wielkie arkusze szarego papieru malujemy brązową i zieloną farba w nieregularne maziaje, potem mniemy i formujemy z nich ściany "jaskini". W oknach wieszamy ufarbowane siatki z gazy, na ich jakieś gałęzie.  Ja i Marek W., jako "klasowi artyści" kierujemy pracami reszty. I gadamy. Pierwszy raz od czterech lat tak długo, tak poważnie i tak szczerze. Chyba dopiero podczas tych przygotowań poznajemy się i zgrywamy jako klasa. Szkoda, że tak późno...

Kadr trzeci. Całą noc pada śnieg. Wstaję rano, patrzę za okno i nie mogę powstrzymać łez. Podwórko, podjazd i droga, wszystko aż po horyzont schowane jest pod półmetrową warstwą śniegu. Nie było wyjścia, trzeba było chwycić za łopatę i wykopać w tym śniegu tunel od garażu do bramy wjazdowej, żeby nasz pomarańczowy duży fiat mógł wyjechać. Pamiętam jak przerzucałam śnieg modląc się, by ktoś lub coś odśnieżył resztę drogi. Trzynaście kilometrów dzielące moje miasteczko od miasta, w którym chodziłam do szkoły, to w tamtych czasach była spora odległość. Zwłaszcza zimą. 
Udało się jednak. Dotarliśmy na czas, chociaż zupełnie nie pamiętam samej jazdy.

Kadr czwarty. Polonez. Nie wiem kto wpadł na pomysł, żebym to ja tańczyła z dyrektorem naszej szkoły. Ja, która czerwieniłam się jak burak, gdy ktoś na ulicy zapytał mnie o godzinę. Ja, która z nerwów łamałam linijki, ołówki, długopisy, gdy musiałam odpowiadać na lekcji na stojąco przed całą klasą. Ja, która do klasowego zdjęcia zawsze chowałam się w ostatnim rzędzie. Ja, która ... długo by wymieniać, ja miałam zatańczyć poloneza idąc w pierwszej parze. Nie wiem jak to przeżyłam, ale gdy patrzę na to zdjęcie widzę, że cudem tylko nie zemdlałam...


 


Kadr piąty.  Mam na nogach "dorosłe" buty, w których nie umiem chodzić. Korytarza między salą w której siedzimy a salą gimnastyczną nie jestem w stanie pokonać nie opierając się na kimś. Andrzej, mój ówczesny chłopak dzielnie i cierpliwie wspiera mnie ramieniem przez cały wieczór. 
Kadr szósty. Pamiątkowe zdjęcie. Mamy zwyczajne, codzienne fryzury i ani grama makijażu. Mamy na sobie jedyny dopuszczalny na tę okazję strój - białe bluzki i ciemne spódnice. Tylko niektóre z nas "odważyły się" ubrać buty na obcasach. Mimo to, czujemy się wyjątkowe, piękne i ... dorosłe. Przecież jesteśmy maturzystkami.



Kadr siódmy. Nasza sala. Kilka osób siedzi przy stole, reszta tańczy na sali gimnastycznej na parterze. Na środku klasy kilkanaście osób tworzy krąg, obejmujemy się ramionami i tańczymy, a właściwie przesuwamy się powoli, w kółko w rytm Bolera Ravela. Skąd to bolero? Ktoś musiał mieć magnetofon... nie pamiętam, ale pamiętam to uczucie jedności jakie nas wtedy połączyło. Dziesięć, może więcej minut absolutnego poczucia bliskości...



Moja pierwsza i ostatnia, moja jedyna studniówka.   1.02.1986 r.


Post ten dedykuję Lewkonii, która mnie zainspirowała tym wpisem.