Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Nie lubię musicali ...

Uwielbiam oglądać filmy! Na pytanie "idziemy do kina?" zawsze odpowiadam TAK. Ulubione filmy zbieram na płytkach, bo chociaż znam je na pamięć, lubię świadomość, że w każdej chwili, niezależnie od wizji twórców telewizyjnych ramówek będę mogła wsunąć je do odtwarzacz, choćby dla jednego lub dwu fragmentów. 

Kocham muzykę i jestem od niej uzależniona. Radio włączam wcześniej niż ekspres do kawy, pracuję przy muzyce, relaksuję się przy muzyce, prowadzę auto, sprzątam, maluję, był czas, że radio, cichutko grało mi przez całą noc. 

A muzyka filmowa to jeden z moich ulubionych gatunków...

Dlaczego więc nie lubię musicali? 

Bo... nie lubię! Wyjątkiem jest "Mamma Mia!", ale to dlatego, że wszystko, w czym gra Meryl Streep uwielbiam bezkrytycznie. Inne filmy tego gatunku mnie drażnią. Gdy fabuła zaczyna się rozkręcać, gdy ja zaczynam wchodzić w świat bohaterów, niemal przechodzić z fotela, czy kanapy na tę drugą stronę to nagle, któraś z postaci ni z gruszki ni z pietruszki zaczyna śpiewać, albo tańczyć, albo jedno i drugie. A mnie jakby ktoś wyciągnął za głowę z tamtej opowieści i posadził z powrotem na fotelu. I już czar pryska, już mi coś zgrzyta, w najlepszym wypadku śmiać mi się chce.
Jakaś taka niepodatna jestem na tę stylistykę, te przeskoki od dialogu do hopsania w rytm piosenki nijak do mnie nie przemawiają.

Dlatego, choć recenzji czytałam i słyszałam pozytywnych całe mnóstwo to wcale nie ciągnęło mnie do "La La Land". Obsada też nie kusiła, bo wstyd przyznać, ale poza tym, że kojarzyłam nazwisko, to nie widziałam (chyba) żadnego filmu z Emmą Stone a Ryan Gosling też jakoś nie zamieszkał w mojej pamięci choć to ponoć najmodniejsze ostatnio "ciacho".

Kiedy jednak dziecię moje młodsze zapytało "pójdziemy do kina?" i zasugerowało ten tytuł, to stwierdziłam OK, na zasadzie ważniejsze wspólne wyjście z dzieckiem niż mój filmowy gust. Nawet Małż nie odmówił towarzystwa, choć też w musicalach nie gustuje (poza "Mamma Mia" ze względu na sentyment do ABBY akurat). Poszliśmy więc i cóż ... nie żałuję. Historia nie jest może zbyt wyszukana. Jest dziewczyna, która przyjechała do Miasta Aniołów, żeby zostać aktorką. Póki co zarabia na życie jako kelnerka, w ciągu dnia biega na niezliczone castingi a wieczorami na przyjęcia, na których trzeba bywać, by pokazać się ludziom z branży. Jest chłopak kochający jazz i wielbiący dawnych mistrzów tego gatunku, który marzący o własnym klubie jazzowym, a musi grać do kotleta "dżinglebellsy". Wpadają na siebie przypadkiem, zakochują, wspierają w drodze ku spełnieniu marzeń... Ona, gdy niezliczone castingi nie przynoszą upragnionej roli piszę sobie tę role sama, wystawia swój monodram w jednym z wielu małych teatrzyków w mieście. On przyjmuje propozycję dawnego kumpla i gra w jego zespole jazz... no może nie całkiem, ale jednak nie jest to knajpa i lista ulubionych kawałków jej szefa a i zarobki pozwalają nie tylko zapłacić ubezpieczenie za stare auto.  Oboje robią to, o czym marzą, co kochają... Czyżby?

I tu właśnie Was zostawię, sami zobaczcie jak było naprawdę.

Większość recenzji nazywa ten film historią o spełnianiu marzeń, o tym, że warto je mieć i o nie walczyć. Dla mnie to opowieść o tym, że owo spełnienie dzieje się jakimś kosztem, że chcąc osiągnąć cel musimy być w pewnym sensie egoistami. Skupić się na sobie... I chociaż recenzenci podkreślają pozytywny przekaz płynący z historii Mii i Sebastiana, niektórzy nazywają ją nawet komedią romantyczną, to dla mnie nie jest to wcale komedia . Nie chcę zdradzać zakończenia, więc tylko Wam powiem, że poryczałam się i tyle. A po wyjściu z kina jeszcze długo nuciłam piosenkę, moim zdaniem jeden z piękniejszych filmowych motywów ostatniego czasu. Już poluję na całą ścieżkę dźwiękową.

Film mogę polecić wszystkim. I tym którzy szukają w kinie romantycznych historii, i wzruszeń i barwnych obrazów, pięknych detali (wszystkie sukienki Mii przygarnęłabym od ręki) i kojących dźwięków. Wielbicielom gatunku i tym, którzy jak ja nie lubią musicali . Każdy na pewno odnajdzie coś dla siebie i odbierze go po swojemu.

Zostawiam Was z fragmentem ... Dobranoc...




piątek, 26 lutego 2016

Ósemka na szóstkę ...

Jego filmów nie da się skomentować "może być", "OK, "fajny". Te określenia są zbyt przeciętne, za bardzo letnie, czy wręcz szare. Opinie o Jego filmach są zwykle skrajne - fantastyczny! nieziemski! oryginalny! albo beznadziejny! nudny! obrzydliwy! Tak... albo się go kocha albo nienawidzi. Albo skreśla i wkłada do szuflady z napisem nigdy w życiu, albo czeka przebierając nóżkami na kolejną premierę. 
Nietrudno się domyślić, do której grupy się zaliczam ... jestem Tarrantinofonką, jestem Quentinozależna! Dlatego popędziłam czym prędzej do kina, gdy tylko pojawiła się w nim "Nienawistna ósemka". No i co tu dużo mówić ... nie zawiodłam się a trzy godziny ( nie licząc reklam, które, mam wrażenie z roku na rok są coraz dłuższe) upłynęły mi szybko i niepostrzeżenie jak trzy kwadranse.
A historia jest prosta. Samotny piechur zatrzymuje mknący przez zaśnieżone bezdroża Wyoming dyliżans, którym podróżuje słynny łowca głów John Ruth. Ten zaś wynajął sobie pojazd na wyłączność, bo właśnie eskortuje do pobliskiego miasteczka swoją najnowszą, niezwykle cenną "zdobycz". Okazuje się, że Panowie znają się, bo ich drogi już się kiedyś zeszły, dlatego, po krótkich ceregielach pasażer dyliżansu zgadza się zabrać "autostopowicza". Nie jego jedynego, bo niewiele dalej w taki sam sposób do podróżnych dosiada się kolejny osobnik - podający się za nowego szeryfa owego "pobliskiego miasteczka" Walton Goggins. Pogoda, a raczej jej brak każe bohaterom zatrzymać się w leżącym przy trakcie zajeździe o uroczej acz absurdalnej nazwie "Pasmanteria Minnie". A tam, jak to w amerykańskim zajeździe, spotykają innych podróżnych o osobowościach i przeżyciach równie finezyjnych i uroczych, jak ich fizjonomie. Uwięzieni przez śnieżną zamieć toczą ze sobą pogawędki, opowiadając nawzajem i na przemian swoje historie. Prawdziwy Amerykanin (w przeciwieństwie do prawdziwego Polaka)  nie przejdzie obok napotkanej osoby bez słowa, o nie! On zagai chociażby "co słychać" i nie zadowoli się zdawkowym "w porzo", bo prawdziwy Amerykanin musi wiedzieć kto siedzi przy stoliku obok, po co siedzi i dlaczego akurat tu i teraz siedzi. A zapytany przez prawdziwego Amerykanina drugi prawdziwy Amerykanim (choć może być wszak Irlandczykiem a nawet Francuzem) nie odpowie zdawkowym "spadaj". Nie, on opowie ze szczegółami kim jest, skąd jedzie i co go gna i gdzie gna. I wcale nie dlatego, że ten drugi już mu trzyma spluwę przy głowie. Prawdziwy Amerykanin lubi bowiem o sobie opowiadać i czyni to, ku naszej, widzów radości, gdyż te opowieści układają nam się we wspaniałą historię. Poznajemy więc "uroczą" Daisy, eskortowaną na egzekucję i kata, który ma ją powiesić, przypadkiem zupełnie obecnego w tym samym zajeździe. Poznajemy misiowatego Joe Gage, który przemierza pół kraju, żeby zdążyć do matki na święta i mrukliwego Boba, który pod nieobecność właścicielki "Pasmanterii" zajmuje się gośćmi. Poznajemy wreszcie Generała Sandy Smithersa, który zatrzymał się w podróży do miejsca, gdzie zaginął jego syn. Niby nic się nie dzieje... siedzą, gwarzą, przekomarzają się ...i tak mijają dwie godziny filmu. Żadnych pościgów, żadnego strzelania (no... może delikatne), żadnego mordobocia (no... Kurt Russell może trochę zbyt obcesowo traktuje Daisy), same dialogi. Ale takie, że aż skrzy a czas się nic a nic nie dłuży.

A potem... potem ktoś robi coś nieostrożnego, ktoś inny coś zauważa, jeszcze inny nie wytrzymuje napięcia i zaczyna się typowa dla Tarantino jatka. Krew leje się wiadrami, kończyny i inne części ciała tracą swoje kształty i funkcje a ci, których poznaliśmy okazują się ... no właśnie.
To oczywiste, że  tym momencie muszę zamilknąć, by tym, którzy zechcą wybrać się na "Nienawistną ósemkę" nie odbierać radości odkrywania tajemnic i doświadczania zaskoczeń. Milknę więc pozostawiając Was z trailerem:



To nie jest kino dla miłośników komedii romantycznych.
To nie jest kino dla osób o wrażliwych żołądkach.
To nie jest kino dla poszukujących w kinie odpowiedzi na pytanie o sens istnienia.
To jest Tarantino. Quentin Tarantino.


A dziś wieczorem, zachęcona przez Bestyjeczkę zagłębię się w miękkich czeluściach kanapy i popijając czerwone wino i chrupiąc orzeszki obejrzę zupełnie inny film. O, jakże inny!
Dziękuję Bestyjeczko, że mnie na niego naprowadziłaś.

niedziela, 12 lipca 2015

Manglehorn ...

Gdybym opisywała to, co dzieje się u mnie z kronikarską precyzją, to wpis ten powinien pojawić się w sobotni wieczór. Ponieważ jednak blog ten nie jest dziennikiem, a to, o czym zdarza mi się pisywać ma (mam taka nadzieję) dłuższy termin przydatności, ze spokojem odczekałam tydzień by napisać kilka słów dopiero dziś.  Gdybym podzieliła się tym, co za chwilę napiszę już  w sobotę wieczorem, to wpis byłby idealną puentą tego, o czym pisałam tydzień temu. Bo troszkę przypadkiem a troszkę świadomie kontynuować będę poprzedni temat. Pamiętacie? W sobotni poranek, za sprawą zapachu kwitnących lip powróciłam do przeszłości. Wieczorem zaś obejrzałam film, w którym przeszłość, życie wspomnieniami było istotą życia głównego bohatera. Film wybrałam świadomie, skuszona przeczytanym w Wysokich Obcasach wywiadem z Alem Pacino oraz dwiema, całkiem rozbieżnymi recenzjami. Jedna, jak się domyślacie, pełna euforii i zachwytów nad tematem i rolą Ala Pacino, druga, nie powiem, że miażdżąca, ale dość krytyczna. 
 

 
W takim przypadku nie miałam innego wyjścia, jak tylko wybrać się na film i wyrobić sobie własną opinię. Mam wrażenie, że nasi specjaliści od marketingu i dystrybucji zaufali (niestety) tej drugiej recenzji, bo chociaż od polskiej premiery minął ledwie tydzień, to filmu nie było już w żadnym z dużych kin. A może od razu, świadomie skierowali go do kin studyjnych nie dając szansy większej liczbie widzów na poznanie tej historii ? Trochę szkoda, chociaż dzięki temu mieliśmy z Małżem okazję poznać nowe kino studyjne mieszczące się nieopodal naszego domu w nieodległej galerii handlowej. Kino maleńkie, wszystkiego cztery, czy pięć rzędów, w każdym pięć, czy sześc foteli. Fotele jak w domu, ustawione luźno, wyłożone ciepłymi kocami. Jedna osoba obsługi, rzutnik pod sufitem, film puszczany z komputera. Bez popcornu i coli, bez reklam i jak się okazało - bez ludzi. Mieliśmy szansę po raz drugi w życiu oglądać film tylko we dwoje, niestety tuż przed projekcją przyszła jeszcze jedna para, ale i tak było kameralnie i domowo, bez szeleszczenia papierkami, siorbania rurką po dnie kubka i głupawego dogadywania tych, co przyszli "do kina" a nie na film.  Kto mieszka w Krakowie i lubi kino studyjne, niech zajrzy na pierwsze piętro Galerii Bronowickiej. Ja na pewno będę tam chadzać regularnie. I wcale nie dlatego, że bilet kosztował tylko 10 złotych. 
Do rzeczy jednak...
 

"Angelo Manglehorn (Al Pacino) nigdy nie pogodził się z utratą kobiety, która byłą miłością jego życia. Żyje samotnie, pogrążony we wspomnieniach, większą bliskość czując do swojego kota niż do ludzi, których spotyka na co dzień.
Raz w tygodniu Manglehorn celebruje swój mały rytuał: odwiedza lokalny bank, w którym pracuje intrygująca go kobieta (nagrodzona Oscarem za role w "Fortepianie" Holly Hunter). Para samotników nawiązuje nić porozumienia, ale gdy dzielący ich dystans zaczyna maleć, Manglehorn niespodziewanie znajdzie się na emocjonalnym rozdrożu.
"Manglehorn" w reżyserii Davida Gordona to poruszający portret skrywającego uczucia mężczyzny, któremu życie postanowiło dać jeszcze jedną szansę. "Manglehorn" to kolejna po "Ojcu chrzestnym", "Zapachu kobiety" i "Człowieku z blizną" wielka rola Pacino"

tyle ulotka reklamowa. 

Oczywiście jest to tylko skrót, tylko haczyk zarzucony na potencjalnego widza. Po obejrzeniu filmu już wiemy (i teraz trochę uchylam rąbka, więc kto nie widział filmu, a chciałby to proszę niech nie czyta), że Manglehorn nie tyle nie pogodził się z utratą ukochanej, co uczynił z niej doskonałe alibi dla swojego strachu przed innymi związkami. I nie chodzi tylko o związki z kobietami. Relacje z byłymi wychowankami (był trenerem lokalnej drużyny sportowej), klientami (jest ślusarzem) a przede wszystkim z dorosłym już synem są nieudane, pozbawione empatii i dość powierzchowne. Poprawne, dopóki druga strona nie żąda więcej zaangażowania.  Wtedy staje się oschły, niemal brutalny i rani. Rani drugą osobę, ale rani też siebie, bo nie daje sobie szansy na bliskość. Jedynym stworzeniem, któremu poświęca więcej czasu i więcej uczuć jest kot. Manglehorn tkwi latami w swojej samotności, nie dlatego, że jego pierwsza miłość była tak nieziemska, cudowna, wielka i niepowtarzalna, ale dlatego, że z każdym rokiem, z każdym listem który pisze (bo wciąż pisze i wysyła do Niej listy, które zawsze wracają nieodebrane) buduje w sobie taki właśnie jej obraz. Trzymając się kurczowo wspomnienia o tamtej miłości, idealizując ją idealizuje również siebie. Wierzy, że gdyby Ona nie odeszła on byłby lepszym, szczęśliwszym człowiekiem. Bez niej, jego życie jest wegetacją, którą chce zakończyć samobójczym rejsem łodzią po oceanie. Rejsem bez powrotu.



Wbrew temu, co napisano w ulotce nie jest to film rangi "Ojca chrzestnego" czy "Zapachu kobiety". Nie jest to kino oscarowe. Film snuje się niespiesznie, bez fajerwerków, jednak historia wciąga i jeszcze przez długi czas po wyjściu z kina nie pozwala o sobie zapomnieć. Rola Ala Pacino nie jest tym razem "wielka", jest przyzwoicie wykonanym zadaniem aktorskim, chociaż zdarzają się momenty, zwłaszcza te, gdy grają nie słowa, nie gesty, ale spojrzenia, że ciarki przechodzą po ciele i widać, że dobry aktor nawet słabszą rolą nie schodzi poniżej poziomu. Piękny film dla tych, którzy lubią zwyczajne opowieści o zwyczajnych ludziach.

Jeśli na Waszej drodze stanie ten starszy mężczyzna nie omijajcie go, spójrzcie w jego smutne oczy i odczytajcie w nich historię miłości, samotności i nadziei. Warto poświęcić jej półtorej godziny wakacyjnego (i nie tylko) czasu. 

sobota, 30 sierpnia 2014

Całkiem fajna sobota ...

Bez planu, spontanicznie ... idealny sposób, by odreagować całotygodniowy stres...


   ostatni rzut oka na "całość" i można wychodzić ... ;))) (taki żarcik)



 
nie dalej niż dwadzieścia kilometrów od domu ...



 
wrzucamy na luz ... 


 i już jest magicznie ...



są nawet grzyby ... 


spokojnie ... tych nie zbieramy



ale te już tak ... 


choć ilość nie jest imponująca ...



należy nam się kilka chwila odpoczynku podczas którego bułka z serem smakuje jak nigdy

 

A teraz siedzę z lampką wina przed tv i po raz kolejny daję się porwać historii mieszkańców  "Domu nad jeziorem".

 




Pozdrawiam Was najcieplej.




niedziela, 18 maja 2014

Casanova po przejściach ... czyli mężczyzna, który odczarowywał samotność

Kiedy Małż rzucił wczoraj po południu hasło KINO nie miałam problemów z podjęciem decyzji co tym razem chcę w tym kinie obejrzeć. I absolutnie głucha a raczej ślepa na gwiazdki i recenzje internautów, które mi małżonek przed oczy podstawiał uparłam się, że nic innego mnie w ten deszczowy i zimny wieczór z domu nie wyciągnie. Doświadczenie nauczyło mnie już, że gwiazdki internetowe, tak jak anonimowe komentarze na internetowych forach najczęściej nijak się mają do rzeczywistości i że najlepiej jest, gdy kieruję się własnym "trzecim okiem" ;)) Małż natomiast wybrał kino i okazało się, że oba nasze wybory były strzałem w dziesiątkę. Bo wybraliśmy się do kina, które swoje najlepsze lata ma już za sobą, które omijają amatorzy galeriańskich spacerów przed seansem i obowiązkowego popcornu w zestawie z wiadrem coli, ale które wciąż ma klimat kin sprzed epoki multipleksów, kina, które mimo ogromnej sali ma w sobie coś z kina studyjnego, czyli do "Kijowa". Urok tego miejsca, to nie tylko czar wspomnień z czasów, gdy po bilety stało się w długaśnej kolejce lub zdobywało od koników i czar filmów, które się wówczas oglądało z wypiekami na twarzach, to także urok niespieszności, smakowania czy nawet celebrowania przedsięwzięcia zwanego wyjściem do kina. 
O samym filmie, jak zwykle nie powiem zbyt wiele, z obawy, by subiektywnym opisem nikomu się nie narzucić i by rozpisując się zanadto nie zdradzić z rozpędu jakiegoś szczegółu, który by mógł popsuć innym samodzielne smakowanie historii. Chociaż chyba trudno mówić w tym przypadku o jakiejś historii, jest to raczej historyjka, przypowiastka króciutka, w Nowym Jorku się dziejąca. Gdzieś w bocznej uliczce, z dala od wielkomiejskiego zgiełku stary antykwariusz Murray Schwartz likwiduje swój sklep a w pakowaniu książek pomaga mu jego wieloletni pracownik, przyjaciel  o oryginalnym imieniu Fioravante. Obaj nie tylko zamykają sklep, zamykają także pewien etap w swoim życiu, pozostaną nie tyle bez pracy, co bez sensu, jakim była dla obu. Wprawdzie Fioravante wciąż pracuje dwa dni w tygodniu w kwiaciarni, gdzie układa oryginalne i subtelne bukiety, jednak to za mało, by zarobić na czynsz. A Schwartz, choć potrzebuje pieniędzy na życie, które dzieli z kobietą i jej trójką czy czwórką dzieci mam wrażenie, jeszcze bardziej potrzebuje kontaktu z ludźmi, bo to człowiek, który niemal żywi się rozmową, który mówiąc tworzy rzeczywistość, który mówiąc rozkwita. Z banalnego, zdawałoby się rzuconego mimochodem przez jego lekarkę zdania, że marzy jej się trójkąt miłosny z jej przyjaciółką i jakimś mężczyzną (cudnie brzmiące w ustach Allena "e menaż..") buduje scenariusz, w którym niezbyt młody i nienachalnie przystojny Fioravante, delikatny, spokojny, ze spojrzeniem spłoszonej sarny stałby się ucieleśnieniem macho, idealnym do spełnienia tej zachcianki. A on sam, delikatnie nazywający się menadżerem (bo przecież nie alfonsem) będzie takie spotkania organizował zadowalając się uczciwym procentem od stawki ustalonej za spotkanie. Mimo początkowych oporów Fioravante rozpoczyna swoją karierę i pod pseudonimem odwiedza znudzone żony bogatych mężów by spełniać ich seksualne fantazje (czy aby tylko takie...?). Do czasu, aż przyjaciel poleci go - jako świetnego masażystę Avigal, zniewolonej przez religijne zasady i obyczajowe konwenanse młodej wdowie po rabinie ...

Film ma cudowny klimat, lekko staroświecki, co podkreślają przygaszone kolory wnętrz (sepia!) i delikatnie jazzująca muzyka, której na pewno warto posłuchać także osobno. Woody Allen wciąż gada, John Torturro raczej milczy, Sharon Stone jest wciąż pełna seksownej drapieżności (chociaż w scenie pierwszego spotkania z "żigolakiem" jest uroczo zawstydzona i zdenerwowana). Mimo "wiodącego tematu" nie ma tandetnego epatowania seksem, jest natomiast, choć to w założeniu komedia kilka momentów refleksyjnych i melancholijnych. Jest też kilka "smaczków" dla poszukiwaczy aluzji i nawiązań, nie zdradzę jakich, ale na pewno je wypatrzycie.

"Casanowa po przejściach" to film napisany i wyreżyserowany przez Johna Torturro, jednak jest to film bardzo allenowski. Gdybym nie wiedziała, kto go zrobił byłabym przekonana, że to kolejna opowieść Allena, może troszkę słabsza od "O północy w Paryżu", dla mnie zdecydowanie ciekawsza niż "Zakochani w Rzymie". To chyba nic złego, że uczeń, czy może admirator wzoruje się na swoim Mistrzu, nic złego, że chce opowiadać podobnie, podobne historie. Ja na pewno będę wypatrywała kolejnej.

Spośród dostępnych w YT zwiastunów wybieram dla Was ten, który najdelikatniej odkrywa ten film. Jeśli macie ochotę na nienachalny humor i subtelne wzruszenia, jeśli lubicie klimat starych wnętrz i muzykę jak z lat 40-tych, to planując wyjście do kina spójrzcie łaskawie na ten tytuł.




Poprzedni tydzień upłynął większości z nas pod znakiem deszczu i zimna. Mam nadzieję, że był to tylko chwilowy kaprys wiosny. Niech zwiastunem pięknej pogody będzie tęcza, którą sfotografowałam nad naszym domem godzinę temu. 




Miłego tygodnia!

niedziela, 16 lutego 2014

"Ona"...




Wspomniałam wczoraj, że napiszę dziś kilka słów o filmie, na który wybraliśmy się w Walentynkowy wieczór. Pewnie wiele z Was już przeczytało gdzieś recenzje, bo film zbiera pochwały od krytyków i widzów, wiecie więc o czym jest, dlatego ja nie będę się wdawała w szczegóły. Jak zwykle boję się, by nie zdradzić zbyt wiele, żeby tym, którzy się na film wybierają nie zepsuć zabawy odkrywania i smakowania fabuły. A ta w przypadku filmu "Ona" nie jest zbyt rozbudowana. Nie ma tu intrygi, pościgów, poszukiwań, czy wartkiej akcji. W tej warstwie film jest spokojny, dzieje się w kilku zaledwie wnętrzach - mieszkaniu głównego bohatera, w jego pracy, kilku kawiarniach i na ulicy. Bo życie Theodora (Joaquin Phoenix z okropnym wąsikiem i w fatalnych spodniach), wrażliwca zarabiającego na życie pisaniem listów na zamówienie jest poukładane, niespieszne, że nie powiem nudnawe. I smutne. Jest sam, żona już odeszła od niego ale on wciąż nie może zdecydować się na podpisanie papierów rozwodowych rozpamiętując swoje małżeństwo jako jeden z piękniejszych okresów w życiu. Czas po pracy, którą chyba lubi i w której jest świetny spędza w domu grając w śmieszne gry komputerowe, z rzadka widuje się z przyjaciółmi, jeszcze rzadziej wychodzi na randki, bardziej pod przymusem niż z wewnętrznej potrzeby. Bo czuje, że nie ma już szansy na tak piękny związek jak ten, który łączył go z  Catherine ( Rooney Mara tak inna niż w "Dziewczynie z tatuażem", że "namierzyliśmy" ją dopiero dzięki napisom końcowym). Z ludźmi, których spotyka prowadzi zdawkowe, bezpieczne rozmowy, nie odsłania się, nie angażuje. Jest sam nie tylko w swoim przestronnym i wysmakowanym apartamencie z widokiem na miasto, jest samotny ze swoimi myślami, potrzebami i pragnieniami. Skuszony reklamą, kupuje gadżet, program operacyjny najnowszej generacji, który ma nie tyle  "sprzątać" zawartość jego poczty mailowej, czy komputera, ale robić to w sposób samodzielny wyczuwając potrzeby właściciela a nie tylko wypełniając jego komendy. Kilka pytań kontrolnych i już w komputerze Theo odzywa się Samantha (nie znalazłam recenzji, w której do frazy "głos Scarlett Johansson" nie byłoby dodane "seksowny" - nie wiem, na mnie kobiece głosy nie działają, więc nie skomentuję). Samantha jest tylko głosem, ale rozmowa z nią nie jest dialogiem z maszyną. Samantha z tonu głosu rozmówcy wyczuwa jego stan psychiczny, zadaje bardzo osobiste pytania, jest nie tylko zawsze dostępna i gotowa do rozmowy, ale autentycznie zainteresowana rozmówcą i zaciekawiona tym co on chce jej powiedzieć. Uważnie słucha, martwi się, wyczuwa emocje i idzie za nimi. Nic dziwnego, że Theodore coraz częściej włącza guzik aktywujący system, zabiera Samanthę na spacery, do pracy, do znajomych, aż w końcu uświadamia sobie, że ją po prostu kocha i że nie ma znaczenia, że nie jest ona realna.

Ktoś może pomyśleć, że ta historia jest bez sensu, że nikt normalny nie może zakochać się w systemie operacyjnym, że zakochać można się tylko w kimś rzeczywistym, kimś kogo można zobaczyć, dotknąć. Wszak nikt normalny nie zakochuje się w laptopie. A jednak gdy się nad tym głębiej zastanowić, to czy naprawdę jest to aż tak absurdalne? Czy nie jest tak, że w naszym świecie, który tak pędzi i w ten pęd popycha nas samych zaczynamy gubić właśnie to, co najważniejsze, taką szczerą bliskość wynikającą z prawdziwego i głębokiego zainteresowania drugim człowiekiem. By zaraz potem za tym właśnie tęsknić. Bo nie ma na to czasu, bo jest tysiąc spraw ważniejszych niż druga osoba. Nie łapiecie się na tym, że łatwiej jest puścić w biegu sms z emotikonką niż zadać sobie trud rozmowy, że piszecie mail zamiast zadzwonić? Bo sms, czy mail angażują nas tylko wtedy gdy sami tego chcemy i na tak długo jak chcemy. Możemy nie odpisać, możemy "uciąć" korespondencję, bo takie są reguły sieciowych kontaktów. Czy to jest lenistwo, egoizm, czy może strach przed zawodem? Nie łapiecie się na tym, że gdy jest Wam źle i chcecie o tym z kimś porozmawiać, nie ważne, czy przez telefon, czy twarzą w twarz, to gdy tylko zaczynacie mówić co Was boli, co Wam leży na duszy, to druga strona od razu przeskakuje na " a ja...". Słucha, ale nie słyszy, bo tak naprawdę niespecjalnie ją te nasze bolączki obchodzą. Bo ma swoje problemy i taką samą potrzebę wyrzucenia ich z siebie. I wtedy milkniecie, chowacie się ze swoimi problemami do środka i zaczynacie żałować, że zadzwoniliście, przyszliście, że zaczęliście w ogóle tę rozmowę. I marzycie o sytuacji, gdy druga strona nie tylko będzie słuchać, ale też reagować na Wasze słowa, na Was, że będzie zainteresowana, zaangażowana, skupiona na Was. I szukacie tego gdzie indziej, niektórzy właśnie w komputerze. Nie ma jeszcze tak zaawansowanych systemów jak filmowa Samantha, ale czy czaty, internetowe fora, czy choćby nasze blogi nie są namiastką takiego związku? Czy nie angażujemy się w nie właśnie dlatego, że po drugiej stronie szukamy ludzi myślących podobnie, czujących jak my, podzielających te same zainteresowania. Czy nie otwieramy się przed nimi bardziej niż przed osobami znanymi w realu, czy wreszcie, w skrajnych przypadkach nie spędzamy w świecie wirtualnych znajomości więcej czasu niż w realnym właśnie dlatego, że ten wirtualny zaspokaja nasze potrzeby emocjonalne? A może ktoś z nas właśnie na tym małym ekranie laptopa odnalazł miłość, przyjaźń, która choć istnieje tylko w świecie wirtualnym jest tak silna jak ta przeżywana w przestrzeni realnej. Czy przez to jest gorsza, płytsza, mniej ważna?

Takie pytania chodzą mi po głowie od kiedy obejrzałam film Spike'a Jonze. I nie ważne jak sobie na nie odpowiem, ważne, że je sobie zadałam. I to jest ogromny walor tego filmu. Jeśli więc macie ochotę spędzić dwie godziny niespiesznie, bez fajerwerków, w pastelowej scenografii, wśród nienachalnych dźwięków fortepianu w tle, to kupcie bilet na film "Ona". Ja na pewno jeszcze nie raz do niego powrócę. 

 

czwartek, 16 stycznia 2014

The Human (And The Wolf) Experience

Dwa filmy, podczas których czas zdawał się płynąć poza mną. Dwie historie tak skrajnie różne a jednak poprzez kontrast dopełniające się nawzajem. Dwa światy, które nigdy się nie spotkają. Dwa sposoby narracji, dwie drogi, którymi dochodzimy do odpowiedzi na to samo pytanie. Co jest w życiu najważniejsze? W czym tkwi sens? Po co tak naprawdę budzimy się co rano?

Niezwykłe, że przyszło mi je obejrzeć w odstępie zaledwie 24 godzin...

Pierwszy film.
Sobotnie popołudnie...szybko rzucone przez Małża "idziemy do kina?" ... możemy - odpowiadam - ale na co? ... znajdź coś. Czytam na głos tytuły filmów i słyszę jak Synio krzyczy ze swojego pokoju - O! na to idźcie, ponoć super. Omiatam wzrokiem "listę płac", reżyseria Martin Scorsese , w głównej roli  Leonardo DiCaprio, dostrzegam mały minus, długość filmu - prawie trzy godziny, ale OK, nie ma problemu, nie pójdziemy na dwudziestą tylko na osiemnastą, to nie zasnę. Nie żebym zawsze spała, ale raz mi się zdarzyło zdrzemnąć... głupie uczucie.
Szybka rezerwacja biletów, ogarniamy się i jazda. W kinie tłumy... kolejka do kas, kolejka po jedzenie, nawet kolejka do przedarcia biletu. Czyżby wszyscy na ten film? Nie... dziś premiera "Nimfomanki", to tamta sala pęka w szwach, ale nasza też pełniutka.
A potem zaczyna się seans i zanurzam się w świat Jordana Belforta (według mnie absolutnie oscarowa rola "boskiego Leo"), młodego maklera, któremu pechowy start na Wall Street nie przeszkadza w zrobieniu szybkiej, oszałamiającej i niezwykle degenerującej kariery.

Giełda, maklerzy, akcje, prowizje, pieniądze, które przychodzą tak łatwo i w takiej ilości, że już się ich nie liczy i nie bardzo szanuje. Szybko zarobione pieniądze równie szybko się wydaje. Z gestem. Jeśli dom, to największy i najdroższy, jacht najbardziej luksusowy, jeśli imprezy to do upadłego (a raczej upodlonego), jeśli kobiety to  piękne, bezpruderyjne i w hurtowych ilościach. I narkotyki. Najpierw z rzadka, jako panaceum na otwarty umysł i świeżość myślenia, z czasem coraz silniejsze, w coraz większych ilościach i wymyślnych kombinacjach. Jak wszystko inne w nadmiarze, do przesytu, do szaleństwa, do obrzydzenia. Życie jest nieustanną zabawą i grą, wyścigiem i happeningiem. Ale bez tych wszystkich gadżetów, emocjonalnych afrodyzjaków, bez tego nieustannie wzniecanego haju jest puste jak mydlana bańka. I jak ona pryska nagle ...

To nie mój świat, ale zatonęłam w nim zupełnie nie zauważając jak mijają te trzy godziny. Bo to po prostu świetnie opowiedziana historia człowieka, który miał marzenie, realizował je i  który stał się w pewnym sensie ofiarą własnego planu na życie. Bo wciąż i wszystkiego chciał więcej...




Drugi film
Niedziela, w naszym kościele zorganizowano pokaz dokumentu nakręconego w katolickim studiu filmowym w Nowym Jorku. 
Kilku młodych chłopaków u progu  dorosłości postanowiło dowiedzieć się czym tak naprawdę jest życie, w czym tkwi jego istota. Odpowiedzi na te pytania szukali wśród bezdomnych w Nowym Jorku, z którymi spędzili tydzień śpiąc w kartonowych pudłach, żebrząc o jedzenie, czy grzejąc się przy prowizorycznych ogniskach. Pojechali też do Ameryki Południowej , gdzie pomagali pracownikom i wolontariuszom szpitala dla porzuconych chorych i kalekich dzieci. Na końcu wybrali się do Afryki, by prawdy o sensie życia szukać wśród chorych na AIDS i trędowatych. Cały czas towarzyszyła im kamera i chociaż osią główną filmu była "podróż" jednego z chłopaków do nie widzianego od dziesięciu lat ojca, to dla mnie najważniejsze i najbardziej wzruszające były wypowiedzi napotkanych przez niego po drodze ludzi. Bezdomnego alkoholika z NY, który pociągając raz po raz z butelki mówił jak przegrał swoje życie, czy innej bezdomnej, która ze łzami w oczach opowiadała, jak pewnej zimy tak zwani "normalni ludzie" pochylali się nad losem czterech bezpańskich psów  które błąkały się po ulicy ją samą, tak samo jak te psy zmarzniętą i głodną traktując jak powietrze. Ci bezdomni, młoda dziewczyna umierająca na AIDS, trędowaci ze zdeformowanymi kończynami, małe dzieci skrzywdzone przez dorosłych, okaleczone i chore, oni wszyscy mówili, że mimo tego całego nieszczęścia, jakie ich spotkało, są szczęśliwi, bo mają obok siebie bliskich ludzi. Nie zawsze jest to rodzina, czasem przyjaciele, innym razem wolontariusze, czy po prostu ludzie tak samo dotknięci przez los jak oni, ale są to ci, którzy dają wsparcie, zainteresowanie i ciepło. I jest w nich wiara. I nadzieja. I miłość.



Dwa filmy, dwie historie, dwa światy, które nigdy się nie spotkają. Jeśli będziecie mieć okazję, zobaczcie obydwa. Naprawdę warto.


niedziela, 15 września 2013

A very, very Blue Jasmine ...

Tak się złożyło, że choć do kina poszliśmy razem, to wróciliśmy osobno. Chociaż jednym autem... cóż, tak czasem bywa. Dwa słowa za dużo, albo jedno za mało i trzynaście kilometrów, dwadzieścia minut drogi powrotnej spędziłam w ciszy. Zabawne, że zdarzyło się to właśnie po tym filmie. Bo to jeden z tych filmów po których mam wrażenie, że nie siedziałam przed dużym ekranem, ale przed lustrem. I patrzyłam nie na fikcyjny świat Woody'ego, ale na siebie. Nie mam w sobie tyle odwagi, żeby przyznać się, w której postaci  odnalazłam kawałek swojego życia. Czy to była Jasmine (a może Janette), kobieta, która nie wiedziała, może nie chciała wiedzieć, że wiedzie beztroskie, bogate życie dzięki oszustwom i machlojkom męża oszusta i nagle straciła wszystko? A może to jej siostra Ginger, pracująca w sklepie spożywczym, mieszkająca w beznadziejnej dzielnicy  i nieustannie wiążąca się z nieudacznikami (jak sądzi jej siostra).  A  może dostrzegłam siebie w byłym mężu Ginger, gościu który przez moment miał szansę na sukces a teraz sfrustrowany zarabia na życie gdzieś na platformie wiertniczej na Alasce ? A może jeszcze w kimś innym? To nie jest takie istotne. Ważne jest, że Allen po raz kolejny wyciągnął na wierzch moje emocje, moje uczucia, moje lęki. I zrobił to drań z lekkością muzyki, która temu obrazowi towarzyszy, niemal od niechcenia. I jeśli szukacie w kinie prawdziwego życia, nie kolorowej bajki, to obejrzyjcie ten film, bo naprawdę warto. I dla Cate Blanchet też warto, bo to niezwykła i mądra aktorka. Rola Jasmine to majstersztyk ...no  i te niesamowite, zielone oczy. W nich widać wszystko.





A skoro mowa o oczach...
Zupełnie przypadkiem natrafiłam dzisiaj w jednym z krakowskich centrów handlowych na Kiermasz Rzeczy Niepospolitych. Jak to dobrze, że właśnie w tym markecie postanowiliśmy dzisiaj szukać butów dla Oli i bluzy dla Kuby. Nie dość, że wreszcie udało nam się znaleźć buty, które trafiły w gust wybrednej 11-latki (czasem mam wrażenie, że muszę dopasować się do gustu wszystkich jedenastolatek z klasy mojej córki), że Synio wreszcie wypatrzył bluzę w  wymarzonym kolorze i fasonie (nawet ja znalazłam fajną  koszulę w kratę idealną na jesienne szarugi), to na deser trafiliśmy pomiędzy stoiskami z rękodziełem. Czego tam nie było ! Włóczkowe poduszki i pledy, bawełniane patchworki, filc w formach dużych i małych, obrazki malowane na desce, biżuteria wszelaka - ze sznurka, z wełny, koralików. Dłużej zatrzymałyśmy się przy stoisku z biżuterią robioną dosłownie ze wszystkiego. Ola otwierała dzióbek na widok kolczyków, czy pierścionków z klocków Lego, albo mocno stemperowanych kredek. Ja nie mogłam oderwać oczu od biżuterii z "wnętrzności" wymontowanych ze starych zegarków. Cudeńka!  Oczywiście był też dekupaż (niewiele) i pięknie szkliwiona ceramika. Całe mnóstwo pięknych, oryginalnych przedmiotów i niezwykle zdolni, pełni pasji ludzie. Jedną z osób, jakie tam wystawiały swoje prace była Roszpunka. Na pewno znacie Jej blog i jej szydełkowe misie. W rzeczywistości, są dużo ładniejsze niż na zdjęciach, cudownie miękkie, idealne do przytulania. Co jeden to ładniejszy i wierzcie lub nie, każdy z nich ma swój "charakterek". Mina, spojrzenie czarnych oczu,  postura, ciuszek i o każdym można coś innego powiedzieć - oczytany inteligent, smutasek, kokietka, czy obrażony narcyz. Same indywidua.   Przyznam się Wam, że bardzo długo walczyłam ze sobą, żeby jednego nie kupić. Prześliczna brązowa Misia w szarej sukience w białe kropki skradła moje serce od pierwszego wejrzenia. Im dłużej trzymałam ją w ręku, tym bardziej czułam, że jest moja. Niestety (albo "stety") rozum zwyciężył. Kto ma dzieci w wieku szkolnym wie, że wrzesień nie jest najlepszym miesiącem na spełnianie kaprysów, portfel świeci pustkami. Miś został więc na stoisku, ale zanim odeszłam (z mocnym postanowieniem, że kiedyś po niego wrócę) udało mi się zamienić kilka słów z jego "mamą". Roszpunko, miło mi było zobaczyć Cię w realu :))))

Zasiedziałam się. To nic. Piątkowe i sobotnie wieczory lubię przeciągać długo w noc... takie małe oszukiwanie siebie i czasu, żeby jak najpóźniej wejść w kolejny dzień, w kolejny tydzień. Ale organizm upomina się o swoje, oczy zamykają się same. Czas spać. Dobrej nocy Wam życzę. Kolorowych snów.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Koneser i debiutantka ...

Upalna, leniwa niedziela układa się powoli do snu. Zanim i ja pójdę jej śladem muszę Wam koniecznie polecić film, na który się wczoraj wybraliśmy. To "Koneser".  Jak zwykle mam dylemat, jak opowiedzieć, albo raczej ile opowiedzieć, żeby zachęcić, ale jednocześnie nie odebrać Wam przyjemności samodzielnego odkrywania historii krok po kroku. To może poprzestanę na nazwiskach. Reżyseria - Giuseppe Tornatore, scenariusz też jego, troszkę szkoda, bo gdyby to była adaptacja jakiejś powieści, to już bym gnała do księgarni.  Obsada - Geoffrey Rush, aktor, który nie musi grać głównej roli, żeby zapaść w pamięć. Nauczyciel dykcji w "Jak zostać królem", kapitan Barbossa z "Piratów z Karaibów", czy Harry z jednego z moich ukochanych filmów "Siostrzyczki". Tym razem wciela się w rolę Virgila Oldmana, jednego z najlepszych znawców sztuki , człowieka docenianego i dobrze opłacanego, szanowanego i władczego, a jednocześnie pełnego lęków, fobii i przede wszystkim samotnego. Oldman prowadzi najbardziej prestiżowe aukcje dzieł sztuki, jednocześnie, przy pomocy swego przyjaciela (niesamowity jak zwykle Donald Sutherland) zdobywa dla siebie co smakowitsze kąski. A wybiera je według pewnego klucza. Na drodze Virgila staje Claire Ibbetson, klientka, która prosi go o przeprowadzenie wyceny majątku pozostawionego jej przez rodziców. Kobieta kontaktuje się z nim jedynie przez telefon, z czasem wyjaśnia się dlaczego ... Historia tej nietypowej znajomości rozwija się wśród niesamowitej scenografii, która, jestem pewna zachwyci nie tylko te z Was, które znają się na sztuce, ale też te, które jak ja uwielbiają tajemniczą atmosferę starych willi, zakurzonych strychów i zagraconych piwnic. To drugi dom po szkockim Skyfall Jamesa Bonda (choć dom to chyba nie najlepsze określenie dla tego miejsca), w którym chciałabym zamieszkać. Kolory ścian, meble, bibeloty, nie sposób tego wszystkiego opisać. Atmosferę buduje też nieziemska muzyka samego Ennio Morricone. Nie bójcie się, nie ma w niej ani jednej nutki kojarzonej ze spagettti westernami z lat 60-tych. Dźwięki są raz nostalgiczne i niemal pastelowe, innym razem dramatyczne i drapieżne, za każdym razem idealnie oddają nastrój chwili. I przenoszą nas w świat ludzkich lęków, nadziei, niespełnionych pragnień i ambicji. Nie jest to, jak opisują to niektóre recenzje melodramat, przynajmniej nie w tym ckliwym znaczeniu tego słowa.  Bo też tego melo- nie ma aż tyle, jest dramat, jest tajemnica, jest psychologia, jest ... znowu muszę zmilczeć, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Powiem tylko, że to jeden z nielicznych filmów, po obejrzeniu których miałam ochotę wrócić do kasy kina i kupić bilet na kolejny seans, jeden z nielicznych, w których zatopiłam się tak, że nie zauważyłam upływu czasu (a film trwa niemal dwie i pół godziny), jeden z nielicznych, którym wybaczam drobne "mogłobyćlepiej", film, który wciąż "oglądam" w mojej głowie... Polecam Wam kochane, z całym przekonaniem, zaufajcie mi.

A gdzie tytułowa debiutantka ?
To ja moje Kochane :))) Zebrałam się w końcu i zamiast zazdrościć innym i marudzić, że "chciała bym, ale boję się" chwyciłam za szydełko i... tadam!!! Mam swoją pierwszą, własnoręcznie wydzierganą poduszkę z "granny square". To znaczy pół poduszki, ale skoro te szesnaście kwadracików śmignęłam w weekend w tak zwanym międzyczasie, to myślę, że drugie szesnaście powstanie równie szybko i już w przyszły weekend będę mogła pokazać Wam całość. Proszę przymknąć oko na niedoskonałości warsztatu, jak na pierwszy raz to i tak nieźle wyszło. Zwłaszcza, że musiałam dopasować nie tylko kolory, żeby się nie powtarzały, ale też powalczyć z grubością nitki, bo fioletowa i turkusowomorska włóczka były niemal dwa razy grubsze niż pozostałe. Cud, że przy tak różnych grubościach nitki kwadraty wyszły w miarę równe. Kolory raczej nietypowe, ale właśnie takie poduchy potrzebne mi są do mojej odmalowanej właśnie na szaro sypialni.



 






Babcine kwadraciki wciągają jak diabli, więc na poduszkach się raczej nie skończy . Marzy mi się teraz taki bardzo, bardzo kolorowy pledzik. Szkoda tylko, że tak trudno o niedrogie włóczki dobrej jakości w ładnych kolorach. Ale przecież dla chcącego ...

A na dobranoc zostawiam Wam muzykę ...


niedziela, 1 kwietnia 2012

Naprawdę jaka jestem...

Tydzień temu, grubo po szesnastej, ubrana w koszulkę z krótkim rękawkiem i spodnie 3/4 wracałam z rowerowej wycieczki chowając oczy za ciemnymi okularami, bo słońce świeciło w nie jak szalone. Dziś, przeklinając pod nosem wdrapywałam się na strych, żeby przywlec stamtąd wyniesione, jak naiwnie myślałam, na kilka miesięcy kozaki i puchówkę (i szalik i rękawiczki i taki sam zestaw dla Oli). Tydzień temu gdy słońce chyliło się już powoli za horyzontem siedziałam z lampką wina w ogródku w tych samych spodniach 3/4 i rozmawiałam przez płot z sąsiadką na temat hiacyntów i fiołków, które hurtowo wyszły spod trawy i bezczelnie jaśniały fioletem na tle świeżej trawki. Dziś patrzę za okno...nie jestem pewna, czy chcę na to patrzeć... śnieżyca... zmasowany atak wielkich kłapciatych płatków. Się niebu pomieszało! Heloł! Boże Narodzenie już było! Za tydzień jaja w koszyczkach, baranki, zajączki, jasne prochowce, kolorowe balerinki, słońce na uśmiechnięte pysiaki i takie tam...

Nie lubię zimy, nienawidzę... wiem, ciągle to powtarzam. Ale w takie dni jak dzisiejszy utwierdzam się jeszcze w tym nielubieniu. Latania samolotem też nie lubię i staram się nie praktykować. Boję się a moja bujna wyobraźnia podsuwa mi obrazy, które ten strach jeszcze wzmacniają. Dlaczego więc, gdy Małż zaproponował wczoraj kino i rzucił "zdaję się na ciebie" wybrałam "Przetrwanie" Joe Carnahana z Liamem Neesonem w roli głównej? Ano chyba dlatego, żeby jak Witia, syn Pawlaka z "Samych swoich" "patrząc nienawiść w sobie potęgować". I pogłębiać. I utwierdzać się w tym, że są powody by nie lubić i zimy i latania. Bo historia opowiedziana w "Przetrwaniu" dzieje się gdzieś na Alasce, w bezkresnej, mroźnej i białej przestrzeni zamieszkałej tylko przez pracowników wielkiej rafinerii . I przez wilki. Właśnie ochrona nafciarzy przed podchodzącymi zbyt blisko wilkami jest zajęciem Ottwaya, mężczyzny, który zdaje się szukać na Alasce zapomnienia po śmierci żony i który nie znajdując ukojenia myśli o odebraniu sobie życia. Jednak w sytuacji ekstremalnej, gdy samolot wiozący grupę mężczyzn na weekend do Anchorage rozbija się na śnieżnym pustkowiu, to właśnie on staje się przewodnikiem garstki ocalonych. Nie tylko pomaga im otrząsnąć się z szoku, ale zbiera w grupę, która ma wspólny cel - ocalenie życia. Przetrwanie w ekstremalnych warunkach, gdzie przenikliwe zimno i brak żywności zdają się być najmniejszym problemem. Dużo większym zagrożeniem jest stado wilków, które zwabione zapachem krwi prześladuje rozbitków już od pierwszej nocy spędzonej we wraku samolotu. Nie wnikam, czy historia wilczej watahy atakującej ludzi jest prawdopodobna, czy nie. Kiedy idę do kina, nie zawsze szukam prawdy historycznej, nie zamierzam egzaminować autorów z wiedzy przyrodniczej czy geograficznej. Ważniejsze wydaje mi się obserwowanie charakterów, ludzi, którzy zmieniają się pod wpływem ekstremalnych zdarzeń, przewartościowują swoje myślenie o życiu i sobie, jak z przypadkowej zbieraniny połączonej wspólną godziną odlotu stają się grupą ludzi odpowiedzialnych za siebie nawzajem. A to w tym filmie znalazłam. Znalazłam też dawkę emocji i strachu (raz, przyznaję zasłoniłam oczy w obawie przed tym, co mogę zobaczyć), którą lubię w filmach, czy książkach, a której wcale nie szukam w realnym życiu. I utwierdziłam się w przekonaniu, że zima to nie tylko pora roku, ale także, a może przede wszystkim bezwzględny żywioł wobec którego bywamy bezradni i maleńcy.

Dlaczego post ma tytuł "Naprawdę jaka jestem..."? Ano dlatego, że mini recenzją filmu opowiedziałam też chyba coś o sobie i tym samym chociaż w części spełniłam wymogi przyznanego mi jakiś czas temu przez Jaddis wyróżnienia. Prowadząc blog od 2009 napisałam już o sobie tyle i odsłoniłam się tak bardzo, że trudno mi jest znaleźć coś jeszcze bez wkraczania w sferę intymna i przekraczania granic prywatności. I choć jest we mnie, jak pewnie w większości blogujących, jakiś pierwiastek ekshibicjonizmu to są sprawy, które mimo wszystko chciałabym z różnych względów zostawić tylko dla siebie.

Tak sobie myślę, że świetną ilustracją do tego posta będą kolaże, które przybyły do mnie wprost z Pokoiku Zielichy. Od dawna zaglądam na blog Zielichy i jestem pod ogromnym wrażeniem Jej prac. Podziwiam umiejętność składania w całość przypadkowych, zdawałoby się elementów, wycinków, skrawków, malunków. Całość nie tylko niesamowicie skomponowaną pod względem kolorystyki, ale niosącą ogromny ładunek emocji. W zasadzie każdy z kolaży Zielichy mogłabym mieć u siebie, ale te dwa "dotknęły" mojej wrażliwości tak mocno, że zapytałam autorkę o możliwość zakupu. Zielicha nie chciała słyszeć o sprzedaży i mi te obrazki po prostu podarowała. Na żywo są jeszcze bardziej poruszające niż oglądane na ekranie komputera i jest to nie tylko moja opinia, bo podzieliło ją kilka osób, które wpadając do mnie, przypadkiem rzucały okiem na leżące na komodzie obrazki. Wielki talent, wielkie wyczucie koloru i formy, wielka wrażliwość...




Zielicho, jeszcze raz, bardzo Ci dziękuję. Myślę, że te obrazki, to, że właśnie je wybrałam także mogą odpowiedzieć na pytanie jaka jestem. Bo przecież my, to nie tylko to, co widać na pierwszy rzut oka. Wygląd zewnętrzny może być przecież naszą maską, przebraniem zakładanym dla świata. Tak samo słowa... jakże często mówimy to, co wydaje nam się, że powinniśmy powiedzieć w danym momencie albo to, co wiemy, że chciałby usłyszeć nasz rozmówca. Także tu nie zawsze jesteśmy sobą. Dużo więcej i szczerzej mówią o nas nasze wybory, zwłaszcza te codzienne, najdrobniejsze, banalne i niemal odruchowe. Jak choćby wybór książki na długą podróż pociągiem, miejsca spędzania wakacji czy koloru na jaki malujemy sypialnię. Trzeba tylko umieć je "przeczytać" i złożyć w całość. To nie jest łatwe, wymaga trochę wysiłku i chęci. Zabawne, że takie układanie sobie człowieka z drobiazgów wcale nie musi dotyczyć tylko innych. A my sami? Czy znamy siebie lepiej niż innych? Czy fakt, że jesteśmy ze sobą od urodzenia, 24 godziny na dobę w różnych sytuacjach i okolicznościach to wystarczający powód, by powiedzieć, że wiemy o sobie wszystko? Ja nie wiem. I wciąż, czasem ze zdziwieniem, czasem z zaskoczeniem dowiaduję się sama o sobie czegoś nowego. I chociaż mam już tyle lat, to całkiem serio mogę powiedzieć, że nie wiem jaka jestem. Naprawdę.

niedziela, 11 grudnia 2011

A może "Sylwester w Nowym Jorku" ?

Była sobota, było kino. W naszym poukładanym i co tu dużo mówić trochę monotonnym życiu to jeden ze stałych punktów tygodniowego programu. Miał być "Wymyk" z Robertem Więckiewiczem i nawet już zarezerwowaliśmy bilety, ale przyznam szczerze, że po ostatnim tygodniu pełnym ciągłego niepokoju o pewne wciąż wiszące nad nami rozstrzygnięcia i niestety niezbyt dobrych wiadomości nie miałam już najzwyczajniej w świecie siły na przeżywanie kolejnego dramatu na ekranie. Film ma świetne recenzje i tych kilka fragmentów, które widziałam je potwierdza, ale musi poczekać.
Gdy padło więc pytanie "No to na co?" ,przejrzałam pobieżnie repertuar ulubionego kina i strzeliłam "no to może Sylwester w Nowym Jorku?". Krótki opis w necie nastawił mnie na coś w rodzaju angielskiego "To właśnie miłość", gdzie w scenerii przedświątecznego Londynu rozgrywały się równolegle scenki z życia różnych postaci.
Tam było Boże Narodzenie, tutaj Sylwester. Obserwujemy ostatnie godziny upływającego 2011 roku kilkorga bohaterów. Jest odpowiedzialna za nowojorski symbol, wielką, świetlną kulę, opadającą od ponad stu lat na Times Square Claire Morgan, jest sekretarka szefa firmy płytowej, pielęgniarka, nienawidzący Sylwestra ilustrator komiksów i jego kumpel kurier, jest muzyk rockowy i jego chórzystka... i wielu, wielu innych. Każdy przeżywa ten dzień inaczej i czegoś innego po nim oczekuje. 15-latka ma w tę noc przeżyć swój pierwszy pocałunek z kolegą z klasy, rysownik chce go przesiedzieć w piżamie w swoim mieszkaniu a chórzystka marzy, by po sylwestrowym koncercie gwiazdor dał jej szansę na wspólną trasę koncertową. Ktoś na kogoś czeka, ktoś za kimś tęskni, ktoś się pojawia, ktoś odchodzi. A obsada? Lista nazwisk jest długa i nie ma znaczenia, czy to debiutant, czy zdobywca Oskara ( a naliczyłam ich kilkoro). Każdy ma w tym filmie swoje wcale nie przysłowiowe pięć minut. Robert De Niro jako terminalnie chory pacjent szpitala, doglądany przez pielęgniarkę o anielskiej twarzy Halle Berry. Jest Hilary Swank i Sarah Jessica Parker. Znudzonego rysownika gra Ashton Kutcher a sekretarkę cudownie obsadzona wbrew swoim warunkom Michelle Pfeiffer (ma u mnie wielkiego plusa za to, że trzyma się z daleka od botoksu), w maleńkich epizodach James Belushi, Til Schweiger czy John Lithgow i jeszcze Zac Efron (moje dziecię młodsze nie rozpoznałoby swojego idola w "dorosłym" image'u) i John Bon Jovi wiadomo w jakiej roli :) Jak oni ich wszystkich ściągnęli do jednego filmu?

Wiele historii, wiele postaci, ale nie ma się wrażenia chaosu i sklejenia tego na siłę. Jest spójna całość, która jest pozytywną bajką z morałem-odpowiedzią na pytania czym jest dla nas przejście w kolejny rok i co jest w tym dniu najważniejsze. Dawno nie płakałam w kinie a wczoraj chusteczki mi się przydały. Ale też było mnóstwo śmiechu i uśmiechu. Spodziewam się, że ten film wejdzie do stałego zestawu świąteczno-noworocznego naszych stacji telewizyjnych, bo to idealne kino familijne.
Oczywiście krótka zajawka na zachętę...





A na koniec mam jeszcze pytanie albo już nawet wołanie o pomoc i poradę. Nie wiem już co zrobić, żeby mój kochany, cudowny, słodki kot nie sikał nam do łóżka. Po pierwszych kilku razach, gdy zlał każde łóżko w domu myślałam, że to jakaś próba odreagowania stresu po przeprowadzce ze schroniska. Niestety Luna upodobała sobie nasze małżeńskie łóżko i sika do niego regularnie, wieczorem ( w ciągu dnia nie ma żadnego problemu z dotarciem do kuwety). Może robiłaby to też u dzieci, ale teraz pilnujemy, żeby zawsze zamykać drzwi do ich pokoi. Niestety naszej sypialni nie da się zamknąć. Jest na poddaszu i nie ma drzwi. Kot od początku spał w swoim wiklinowym domku zamknięty w łazience. Tam miał też kuwetę. Myślałam, że może problemem jest to, że ma spanie i sikanie w jednym niewielkim pomieszczeniu. Wyniosłam mu domek do kuchni i nie zamykałam na noc. Buszował w nocy, wskakiwał to do nas, to do Oli (uwielbia z nią zasypiać) i wczoraj było OK. Dziś jednak... dzisiaj nasikał nad ranem na moją kołdrę kiedy pod nią spałam. Obudził mnie nieprzyjemny zapach i co tu dużo mówić wilgoć na stopach. Buuuuuuuuuuuuu! Już nie wiem co robić. Mam dość prania kołder co drugi dzień. Wiem, że zagląda tu kilka bardziej doświadczonych kociarek. Dziewczyny, poradźcie co robić. Przecież go nie wyrzucę, nie oddam do schroniska. Kot jest super kochany. Cały dzień spędza przy mnie leżąc na biurku lub w jego pobliżu. Gdy Ola wraca ze szkoły nie odstępuje jej na krok aż do wspólnego zasypiania (żebyście widziały jak czeka na nią rozłożona na poduszce gdy ta kąpie się w łazience). Tylko to sikanie. Jak nie uda jej się zlać raz wieczorem to leje w nocy. Dlaczego?????


środa, 30 listopada 2011

Weekend jak nagroda ...

Nie wiem jak inni, ale ja zawsze z niecierpliwością wypatruję weekendu. Dni powszednie mijają mi wprawdzie dość szybko, ale głównie na pracy. W piątkowy wieczór zamykam firmę na kłódkę i przynajmniej do niedzielnego wieczora nie zaglądam, nie myślę, nie martwię się...no dobra...rzadziej zaglądam, mniej myślę i staram się nie martwić.
Oczywiście większość weekendów mija w taki sposób, że nie jestem w stanie po jakimś czasie odróżnić tego z początku lipca od tego z połowy października. Bo cóż wydarza się w weekendy? Ano takie atrakcje jak paniczne nadganianie zaległych domowych porządków, pranie, prasowanie, doczyszczanie zakamarków i szczelin, omiatanie pajęczyn i wyciąganie "kotów" spod mebli (chociaż w tym wyręcza mnie świetnie nasza Luna). Oczywiście jeszcze duże tygodniowe zakupy, a przy okazji kursowanie po mieście w poszukiwaniu butów, kurtek, białych bluzek albo ciemnych spodni, prezentów dla koleżanki albo brokatu na zajęcia plastyczne. Itp. itd. w zależności od kalendarzowo-imprezowej okoliczności. Zawsze na wczoraj i zawsze nerwowo, bo przecież nie może być "jakaś" biała bluzka, kiedy nawet taka "nie jakaś" zaakceptowana w sklepowej przymierzalni w domu okazuje się "głupia" (czy tylko ciuchy mojej Córci mają takie niskie IQ, czy to powszechne wśród 9-10 latek?). Jest jeszcze takie najzwyklejsze nicnierobienie, przelewanie minut miedzy palcami, okrutnie czasochłonne i niestety powodujące wyrzuty sumienia. Ale poddaję mu się niestety, bo czasami najzwyczajniej w świecie brakuje sił i energii. Mijają mi więc te weekendy bliźniaczo do siebie podobne, tym bardziej więc cieszy i zostaje w pamięci taki, który z różnych powodów wyrywa się z rutyny i ucieka standardowi. Taki właśnie był miniony weekend i nawet jeśli z czasem zapomnę, że to był 25-27 listopad, to tym wpisem go sobie "na wieki wieków Blogger" uwiecznię.

Piątek - wrażenia kulturalne.
Wybraliśmy się do kina na "Szpiega". Czekaliśmy na tę premierę z niecierpliwością, bo sama obsada zdawała się gwarantować kawał dobrej, kinowej roboty. Gary Oldman, Colin Firth, John Hurt, to nazwiska, które biorę w ciemno. Z pełną premedytacją nie przeczytałam przed seansem żadnej recenzji. Już kilka razy recenzenci psuli mi zabawę zdradzając coś, co powinnam odkrywać dopiero w trakcie seansu. Dlatego ja też staram się nie mówić zbyt wiele o treści, powiem tylko, że podglądamy brytyjskie MI6 w latach 70-tych, czyli w środku zimnej wojny. Istnieje podejrzenie, że do samego szczytu Cyrku, jak sami o sobie mówią, dotarł radziecki szpieg i trzeba tego kreta odnaleźć. Zadanie to powierzono odesłanemu na przymusową emeryturę po jednej z nieudanych operacji agentowi Smileyowi. W tej roli Gary Oldman, mocno postarzony charakteryzacją, świetny jak zwykle. I dalej dzieje się owo szukanie. Dzieje się niespiesznie, ktoś by mógł powiedzieć nudnawo, ale to jest właśnie pasjonujące. To zbieranie drobiazgów, słów, kontekstów, które budują informację. Nie pościgi, nie strzelaniny, nie skakanie z dachu i wspinanie się na budowlane konstrukcje, ale mało widowiskowe, żmudne składanie puzzli. Szpieg w wersji Tomasa Alfredsona to nie śliczny i wysportowany Bond, który ratuje świat w krótkiej przerwie między piciem martini w towarzystwie pięknych kobiet a grą w ruletkę czy golfa. Agent z kart książki Johna Le Carre, która posłużyła za podstawę scenariusza to gość bez nazwiska, gość z nijaką twarzą i niegustownym płaszczu. Nie uśmiecha się na prawo i lewo olśniewając garniturem białych zębów. On raczej się nie wcale nie uśmiecha i niczym nie olśniewa. To nie Bond, (James Bond), to Mr Nobody.

Przeczytałam jeszcze raz to, co napisałam i tak sobie myślę, że chyba nikogo tą recenzją nie namówię na obejrzenie filmu :)))) A szkoda by było. Dlatego jeszcze na zachętę króciutki trailer.



Sobota - emocje- dużo dobrych emocji.
Wahałam się czy pisać czy nie pisać o tym, co przydarzyło się w sobotnie przedpołudnie. Ale myślę, że warto, ponieważ o rzeczach miłych i pozytywnie nastrajających warto pisać zawsze. Bo wiadomości złych i nieprzyjemnych mamy pełno wokół siebie i w życiu i w sieci. Dlatego warto je równoważyć tym, co może mało spektakularne, ale jakże ważne.

Wiele razy czytałam na zaprzyjaźnionych blogach o tym ile dobrego spotyka ludzi w związku z posiadaniem bloga, albo dzięki temu, że tego bloga mają. Poznajemy ludzi i miejsca, uczymy się od siebie nawzajem, podglądamy. Tworzymy małą społeczność pozytywnie zakręconych dziewczyn, które zawsze muszą mieć zajęte czymś ręce, dziewczyn kreatywnych, pełnych pomysłów, a przy tym dziewczyn o fajnej osobowości i wielkim sercu. Zapewne poza siecią też mijamy takie osoby, ale właśnie sieć, Blogger a zwłaszcza nasz rękodzielniczy zaułek dały nam szansę na to, by się nie mijać, ale by przysiąść obok siebie od czasu do czasu. Przysiadamy więc, bardzo symbolicznie i nienamacalnie, ale to nie przeszkadza w tym, by czuć się ze sobą tak samo dobrze, jak z przyjaciółką z jednej szkolnej ławki, czy koleżanką z akademika. Czasem jednak zdarza się okazja (albo same taką okazję stwarzamy) by przenieść naszą znajomość do świata realnego i żeby się najzwyczajniej w świecie zobaczyć na własne oczy.
Taką właśnie okazję zorganizowałyśmy sobie z Sunsette (TĄ Sunsette). Pomysł spotkania padł już rok temu, ale wtedy nic z tego nie wyszło. Gdy przypomniałyśmy sobie o tamtych planach i uświadomiłyśmy, że minął równo rok, to już nie było zmiłuj. Przecież my nie sójki a spotkanie dwóch prawie Krakowianek to nie wyprawa za morze. No i ciach! Termin, miejsce, mail, mail, mail, sms, sms, sms, telefon i ciach! Sobotnim przedpołudniem spotkałyśmy się face to face, smile to smile i hand to hand udałyśmy się na kawę. Bardzo szybko "wybaczyłam" jej, że jest nie tylko obrzydliwie młodsza, ale też, że bezwstydnie wygląda na jeszcze młodszą. No gdyby miała dwa kucyki, to spokojnie mogłaby śmigać do liceum. Ograniczał nas czasowo rozkład jazdy, bo Sunsette musiała się do niego dostosować, więc zamiast zaplanowanej naprędce wspólnej przejażdżki do IKEA musiałyśmy się zadowolić przechadzką po galerii, ale oczywiście szlakiem sklepów z wyposażeniem wnętrz. To był bardzo przyjemny rodzaj galerianctwa i oczywiście owocny, bo nie obyło się bez zakupów. Ja uległam czarowi pięknego lampionu ze słoika, zwłaszcza, że kosztował grosze. Powzdychałyśmy razem do kilku rzeczy, które powalały urodą, ale też niestety ceną. No i oczywiście gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy ... o blogach i blogowaniu, o szyciu i dekupażu, o pracy, o domu, o życiu i o Damianie, no o wszystkim po prostu. Było naprawdę wspaniale i tak... normalnie.
Niestety w końcu trzeba się było pożegnać, ale obiecałyśmy sobie powtórkę. Na odchodnym dostałam cudowny prezent, którym chwalę się oczywiście, bo jest czym.



Zdjęcia niestety nie oddają cudnej miękkości tej tkaniny. Serducho wisi już na swoim miejscu, ale tam było totalnie niefotogeniczne, więc pozuje do zdjęć rozłożone jak Pamela A. na okładce Playboya :))) A ja przechodząc obok niego, kiedy już wisi na swoim miejscu, nie mogę się powstrzymać przed dotknięciem ( i tu znowu skojarzenie z Pamelą się nasuwa).

Niedziela - też była fajna, ale już nie będę nikogo męczyć jej opisem. I tak zmajstrowałam długaśny post.

Na pożegnanie pokażę tylko jak ostatnio wygląda moje miejsce pracy.



Luna ma w nosie prośby i przekładanie w inne miejsca. Tam jej dobrze i tam wraca z uporem maniaka. A ja dokonuję gimnastycznych cudów, żeby coś zapisać nie wkładając jej ołówka do oka.


Miłego wieczoru.