Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lawenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lawenda. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 listopada 2012

Lavandula ...

Gdyby papiery i serwetki do dekupażu pachniały adekwatnie do motywu, jaki się na nich znajduje, to nigdy nie zrobiłabym niczego w lawendowe wzorki. Jestem jedną z nielicznych, jeśli nie jedyną blogerką "hendmejdową", która nie podziela zachwytu koleżanek nad aromatem tej delikatnej i niewątpliwie uroczej roślinki. Roślinka owa zapewne wyczuwa moją niechęć, bo choć co roku sadzę w ogródku najpiękniejszy  krzaczek przytargany z giełdy kwiatowej, to w kilka tygodni  zamiast bujnej zielono-fioletowej kępy mam marny badyl o podeschłych łodygach. Słowo honoru, że dbam i pielęgnuję, bo choć zapach jest mi niemiły, to widokiem chciałabym cieszyć oczy jak najdłużej. No nie rosną i już! Mam nadzieję, że mój lawendowy "coming out" nie sprawi, że wpadnę w towarzyski ostracyzm i blogosfera wybaczy mi tę inność.

Na szczęście dla mnie serwetki nie pachną, więc z ogromną przyjemnością popełniam czasem jakiś dekupażowy wytworek ozdobiony lawendą. Dziś postanowiłam zebrać w jednym miejscu wszystko, co powstało w ciągu ostatnich miesięcy. Oczywiście z użyciem, najukochańszej serwetki...

Zacznę od czegoś dużego. Od lustra, które kupiłam w wielkim szalonym porywie zachwytu i przytargałam do domu z drugiego końca Krakowa nie zważając zupełnie żem w 8 miesiącu ciąży a droga do domu komunikacją miejską z kilkoma przesiadkami. Nie muszę żadnej z Was tłumaczyć, że jak się kobieta na coś uprze, to nie zważa na głos rozsądku tylko realizuje swoją wizję, wiem, że znacie to uczucie. A moja wizja była wówczas taka, że piękne, drewniane lustro w głębokim granacie, surowo ciosane i ozdobione gipsowymi amorkami MUSI opuścić sklep i jak najszybciej zawisnąć w moim domu. Lustro szczęśliwie dowiozłam ( brzuch też) i lat dziesięć cieszyłam oczy jego urodą. Próbowałam znaleźć jakieś zdjęcie, na którym byłoby je widać w wersji przed metamorfozą, ale przekopać moje pliki to prawdziwa syzyfowa praca. Wierzę w Waszą wyobraźnię. Lustro było piękne, romantyczne i  miało jeszcze jedną ogromną zaletę - strasznie wiotko w nim wyglądałam :))))) Dopóki było jedynym dużym  lustrem w naszym domu byłam przekonana, że mam zgrabny tyłek. Potem niestety sprawiłam sobie lustrzane drzwi do szafy i ... no wiecie, szok!. Ale mniejsza o mój tyłek. Lustro! Mimo upływu lat to ono wcale nie przestało mi się podobać, jednak co tu dużo mówić, padło ofiara drugiej cechy, którą jak podejrzewam ma większość z Was - potrzeby zmiany. Wiecie jak to jest, gdy niby wszystko fajnie poukładane, poustawiane, niby nie ma się czego czepić a patrzysz na jakiś kąt w mieszkaniu i zaczyna Cię "swędzieć", musisz coś zmienić, poprzestawiać, przemalować. Najlepiej natychmiast. Taki właśnie przymus wewnętrzny poczułam pewnego dnia patrząc na moje anielskie lustro i nie myśląc wiele zabrałam się do pracy. Poodrywałam anioły, gipsowe były i kruche, więc proceder przeżyły tylko dwa z pięciu, potem opaliłam warstwę farby i pasty strukturalnej, która pod farbą tworzyła malownicze nierówności. Potem było skrobanie, szlifowanie i wreszcie malowanie kilkoma kolorami na raz. Na koniec gałązki lawendy, lakier et voila! Nowe stare lustro gotowe.

 Zdjęcia robione w sierpniu, kiedy jeszcze bujnie kwitła cała ogródkowa zielenina
  Rama w nowych kolorach, ale tafla nadal w magiczny sposób odejmuje kilogramy :)))

Czy teraz jest ładniejsze? Nie wiem. Ale jest inne i to mnie cieszy. W tej wersji kolorystycznej nie pasuje już do naszej sypialni, więc zawisło w pokoju Oli, ku radości małej elegantki :)))






 A teraz już bez zbędnych opowieści same zdjęcia przedmiotów wykończonych ostatnio.

Zawieszany na ścianie pojemniczek na listy, karteluszki lub cokolwiek innego...





kompromitująca mnie jako panią domu plama po winie, ślad po udanym wieczorze :), 
zabawne, że nie zauważyłam jej podczas robienia zdjęć



 i fragment plecków... uwielbiam takie niuansiki nawet, gdy ich nie widać :)


I jeszcze wieszak na ręczniki papierowe z małym bonusem w postaci serduszkowej zawieszki...


 





Fotki marnej jakości, ale od tygodnia Kraków zasnuwają na przemian smog i mgła, wiec światła mamy jak na lekarstwo. Nawet wyjście z aparatem w plener niewiele pomogło, zwłaszcza, że z zimna trzęsłam się jak osika i trudno mi było złapać ostrość.

Więcej tworów do kompletu nie będzie, bo ostatnie dwie serwetki zalałam sobie własno-grabio-ręcznie kawą ( a było posprzątać bałagan?!) a  nowych zakupów do decou- na razie nie planuję. Coraz mniej mam czasu na tę przyjemność a zapasy do wykorzystania spore, więc będę się wyżywać na innych wzorach.

Ściskam cieplutko ! 

I jeszcze muzyka na dziś... myślę, że bardzo pasuje do tej gęstej szarości, jaką znowu mam za oknem...