Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 października 2015

Serce w zielonej szufladzie...

" Moim ulubionym pomieszczeniem w domu jest kuchnia, która przez swoje niewielkie rozmiary i wystrój jest bardzo przytulna i rodzinna.  Ciemnozielone ściany i drewniane, brązowe meble nadają temu miejscu dużo ciepła a ręcznie robione, szydełkowe firanki zawieszone w oknie oryginalności. Kuchnia jest otwarta na pozostałą część parteru. Wchodząc do niej, jako pierwszą mija się wysoką, sięgającą prawie pod sufit lodówkę, w której trzymamy najpotrzebniejsze jedzenie. Od lodówki aż do okna znajdującego się na przeciwległej ścianie ciągnie się rząd drewnianych, jasnobrązowych szafek i półek, w których trzymamy wiele produktów spożywczych, szklanych oraz ceramicznych naczyń, głównie w zimnych kolorach. Każda, nawet najmniejsza rzecz ma swoje własne miejsce. W jasny blat wbudowany jest czarny zlew oraz kuchenka. Pod nią jest piekarnik, też w czarnym kolorze a nad nią duży okap. Najładniejszą rzeczą w naszej kuchni jest wielki, drewniany stół pomalowany na biało, brązowo i zielono własnoręcznie przez moją mamę. Na stole zazwyczaj leży jakiś obrus, najczęściej biały, brązowy lub zielony, na którym zawsze leżą w różnych miseczkach świeże owoce. Na ścianie, o którą opiera się stół wisi długa, prostokątna półka, na której stoją nasze rodzinne zdjęcia, różne pamiątki i kolorowe ozdoby. Nad stołem wisi szklano-metalowa lampa, która oświetla kuchnię ciepłym światłem.
Najbardziej ze wszystkich pomieszczeń w naszym domu lubię właśnie kuchnię ponieważ według mnie jest bardzo ładna i często spędzamy tam wszyscy razem miło czas, gotując pyszne posiłki i rozmawiając."


Tekst, który przeczytaliście nie jest mój. To wypracowanie, jakie nasza Ola napisała w piątek na polski. Temat "Ulubione pomieszczenie w moim domu". Gdy je przeczytałam, jeszcze w brudnopisie, to zakręciły mi się łzy i zrobiło mi się ciepło na sercu. Nastolatki bardzo często nie podzielają wnętrzarskich upodobań rodziców, w skrajnych przypadkach wręcz je kontestują wyrażając swój indywidualny gust w urządzaniu własnego pokoju. Nie inaczej jest u nas. Nie raz i nie dwa słyszałam od Synia, że mój ulubiony pokój wygląda jak muzeum a od Córci, że marzy jej się do pokoju zestaw mebli jaki ma koleżanka - białe, lakierowane na wysoki połysk... Nie wchodzę już do ich pokoi ze swoimi wnętrzarskimi pomysłami , nie narzucam "babcinego" klimatu, nie wstawiam na siłę niechcianych mebli czy ozdób. Od jakiegoś czasu staram się też nie widzieć bałaganu, zwanego twórczym nieładem. Daję im prawo do tego, by własny kąt był własny nie tylko z nazwy i skoro w bałaganie czują się lepiej, to go (z trudem) akceptuję wymagając jedynie zamykania drzwi, żebym nie musiała na to patrzeć. 

Tym bardziej więc mnie ucieszyło, że Ola pisząc o swoim ulubionym miejscu domu nie wybrała swojego  pokoju, ale właśnie kuchnię. Daleką od obowiązujących trendów, z zielonymi ścianami i drewnianą zabudową, pełną przeróżnych kurzołapów i durnostojek porozwieszanych i porozstawianych we wszystkich możliwych miejscach, z kocią miską, ścierkami do naczyń na kaloryferze, ulubionym kubkiem wiszącym pod ręką. Kuchnię pachnącą raz drożdżowym ciastem i kawą a innym razem kapustą, czy przypalonym mlekiem. Z niedokończonym starym i wcale nie tak dużym stołem, na którym talerze muszą walczyć o wolne miejsce z książkami i zeszytami,  bo przecież nigdzie tak dobrze nie odrabia się lekcji.. z krzesłami nie od kompletu, z kotem wskakującym na blat, gdy tylko nikt nie patrzy... z odgłosami codzienności dobiegającymi z innych części domu. 





 









Dziś Ola pakuje kartkę z opisem naszej kuchni do tornistra i zabiera do szkoły. Mam nadzieję, że w przyszłości, gdy będzie wyprowadzać się od nas by budować własne życie, z własnym domem i własną kuchnią zabierze go ze sobą we wspomnieniach. I wyciągnie z pamięci jak z szuflady za każdym razem, gdy pomyśli o domu rodzinnym.

piątek, 20 stycznia 2012

Hodując w sobie Matkę Polkę...


Marudna jakaś dziś chodzę, zrzędzę, fuczę, ciskam się. Na szczęście sama jestem i nie naprzykrzam się tym moim nastrojem domownikom. Trochę kotu nawrzucałam, ale on tylko popatrzył tymi swoimi bursztynowymi ślepiami i poszedł gdzieś zalec w cieple. Nie wiem skąd ten mój nastrój, bo i spałam dobrze i dzień spokojny i na odcisk nikt mi nie nadepnął. Wszystko powinno być OK, a drażni byle pierdoła.

Żwirek zgrzytnął pod nogami, bo kot zamaszyście po sobie posprzątał i teraz ja mam sprzątanie. Niby było ustalone, że kocią kuwetą zajmuje się Ola, ale ... kończy się na tym, że sama dwa, trzy razy dziennie wyciągam odkurzacz, bo nienawidzę jak mi coś zgrzyta pod skarpetką. Przeszkadza MI to SOBIE sprzątam. No to skąd to wkurzenie?

A może to przez kosz na śmieci w łazience. Zawsze pełny. Niby mogę udawać, że tego nie widzę, schować głębiej. Ale jakoś nie mogę. Bo MI przeszkadza widok plastikowych butelek po mydle i rolek po papierze. No to SOBIE sprzątam. A skoro już wdrapałam się na piętro z workiem na te śmieci, to od razu opróżnię też te w pokojach dzieci. Wiem, że nie muszę... Mogę przecież ich nie zauważać... Mogę? No nie mogę... Bo wiem jak pachnie nie dojedzona w szkole kanapka zostawiona w takim koszu na kilka dni... Nos mam wrażliwy, więc na samą myśl o tym robi mi się słabo. No, ale o co chodzi, przecież to MI i mojemu nosowi przeszkadza...

A może winny jest palec? Po jaką cholerę przejechał po biurku Synia? Nie mógł się oprzeć na czymś innym. A tak zostawił smugę. Czystą smugę zostawił, więc nie ma o co robić rabanu. Tylko, że ta czysta smuga krzyczy na tle reszty jak wyrzut sumienia. A przecież nie MOJE biurko, nie MÓJ pokój. O co mi chodzi? Co jest złego w kurzu? Roztoczy nie widać przecież. Trzeba sporej wyobraźni by "zobaczyć" te zębiska wgryzające się w alergiczne płuca...

Lustro w łazience... Kto chciał takie wielkie i tak blisko umywalek? No ja chciałam. No to dlaczego mam pretensję, że jakiś Nieja (każdy kogo pytam wskazuje na tego tajemniczego osobnika) ozdabia mi to lustro rano i wieczorem kroplami wody malowniczo rozpryśniętymi na całej tafli. Niestety nie udało mi się przyłapać nigdy Nieja na gorącym uczynku. No więc skoro jemu nie udowodnię a reszta się zarzeka...

A może winne jest coś innego? Może to ten dar, który mi się trafił, a którego inni nie mają. To trzecie oko, którym widzę rzeczy niewidzialne dla przeciętnych "dwuocznych". Możliwe, że tylko tym trzecim okiem można zobaczyć, że papier w łazience się kończy i trzeba dołożyć, że w koszu pod zlewem jest już menisk mocno wypukły i kolejne dorzucone śmieci zjeżdżają prosto na podłogę, że kupka bieżących gazet na kuchennym stole jest już zbyt wysoka by nazywać ją bieżącą i trzeba ją wynieść do pudła w garażu, że pranie już jest suche i trzeba je zanieść do prasowania...

Tak, to wszystko widać tylko trzecim okiem, które tylko ja mam.

Patrzę na nasz dom i na moją codzienność pełną drobnych czynności, którymi jak cegiełkami buduję w sobie Matkę Polkę. Ja wiem, że nie muszę tego wszystkiego robić sama, że można rozdzielić obowiązki... ale nie łudźmy się, że to wystarczy. Zamiast Matki Polki pojawi się Matka Zrzęda, która będzie się kojarzyć tylko z pytaniami... czy już zrobiłeś? dlaczego nie wytarłaś? czyja dzisiaj kolej? I będzie wysłuchiwała, że za chwilę, że potem, że po filmie, że jeszcze jeden poziom... albo, że to drugie ma lepiej, prościej, mniej do zrobienia... Bo zmywanie naczyń jest lepsze od wycierania i na odwrót... To co lepsze? Matka Polka czy Matka Zrzęda? A może jeszcze jakiś inny model?

Uff! ... wyrzuciłam to z siebie. Jakoś od razu mi lepiej.


A ilustracja muzyczna dla naprawdę wytrwałych, bo to ponad sześć minut muzyki idealnej na takie szare, zimowe popołudnie. Ten głos koi ...







środa, 29 czerwca 2011

Do czego służy encyklopedia?


Większość z czytających te słowa, z racji swojego wieku oraz wykształcenia zdobytego w czasach ośmioklasowej podstawówki odpowie na to pytanie podobnie jak ja. Encyklopedia, słownik, leksykon, to po prostu źródło wiedzy. Jedno z wielu, ale w domowych warunkach główne. To do nich sięgamy, gdy szukamy podstawowych wiadomości, to pewnego rodzaju baza, początek... Można na nich poprzestać, gdy szukamy hasła do krzyżówki albo szukać dalej gdy chcemy się w temat zagłębić. Oczywiście wpojony nam w szkole szacunek dla książki dopuszcza pewne zastosowania niestandardowe, można bez szkody dla nich podeprzeć nimi drzwi, gdy przeciąg, albo suszyć w nich rośliny do zielnika. Wszystko to jednak z zastrzeżeniem tymczasowości i sporadyczności owych zastosowań.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam do książek stosunek szczególny. Nie tylko z racji studiów określanych przez większość pieszczotliwym ( mam nadzieję, choć pewnie się łudzę) "regały". Już wcześniej, dużo, dużo wcześniej książka nie była dla mnie przedmiotem, bibelotem, kurzołapem półkowym. Książka to było wszystko, to były drzwi do innego świata, to było uwodzenie słowem, wędrówka po miejscach, czasach i emocjach, to było zapomnienie i poznanie. Regał z książkami był oczywistym wyborem gdy było nudno, gdy bywało smutno albo gdy trzeba było coś sprawdzić.
Co ja się będę rozwodzić. Większość z Was tak miała i ma do tej pory. Prawda?

Niestety ostatnie lata, ekspresowy postęp techniki czy technologii sprawił, że książki zaczynają tracić te wszystkie role. Oczywiście my, stara gwardia kurczowo ich bronimy, przyjmujemy dobrodziejstwo i bogactwo rozrywkowo-informacyjne telewizji czy internetu. Nie zapominając, że one to nie alfa i omega sięgamy wciąż do starej dobrej książki. Niestety kolejne pokolenie już tego nawyku nie ma. Dla nich lektura - to kilkukartkowy bryk ze skrótem i opracowaniem, encyklopedia - to Wikipedia, słownik - milion wariantów w sieci. Bo ponoć łatwiej, bo więcej, bo lepiej. Gdy przychodzi wyszukać hasło w zwykłej papierowej encyklopedii problemem staje się już kolejność alfabetyczna. Podobnie w atlasie geograficznym... po co ślęczeć z paluchem na skorowidzu, skoro można sobie wygooglować. No jasne, że można. A jak nie ma prądu albo padnie internet? Co wtedy? Otóż wtedy się czeka aż prąd wróci :)))) Bo czytanie męczy. Tak, tak...męczy, jak powiedział w wywiadzie dla Gazety Wyborczej pewien nastolatek. To pokolenie już nie czyta, bo nie jest w stanie skupić się na dłuższym tekście, oni wyszukują potrzebnej informacji w wersji najbardziej skoncentrowanej. Nas, zdarzało się, nużyły opisy przyrody w czytanych powieściach (kto ich nie omijał w "Nad Niemnem" ręka do góry) ich nuży każdy opis, im mniej przymiotników tym lepiej. Czy to początek nowej cywilizacji?




Kilka dni temu przeczytałam w wywiadzie z Jerzym Stuhrem, że ten wspaniały aktor powoli wycofuje się z pracy pedagogicznej. Nie z powodu nadmiaru innych zajęć czy zmęczenia. Nie. On po prostu czuje już, że pomiędzy nim a młodzieżą, która przychodzi do szkoły aktorskiej jest ogromna przepaść w estetyce, uwrażliwieniu i ... oczytaniu. Podał przykład dziewczyny, która na egzamin wstępny przygotowała monolog i nie wiedziała z jakiego dramatu monolog ów pochodzi (to był bodajże "Makbet"). Na pytanie skąd go wzięła odparła po prostu ... z internetu.


Nie uczę młodzieży, jedyny mój kontakt z nastolatkami to mój Kubas i jego koledzy, ale też coraz częściej rozmawiając z nimi czuję się jak dinozaur. Kiedyś wystarczyło rzucić cytatem i wszyscy wiedzieli o co chodzi, teraz... teraz trzeba wyjaśniać, opowiadać, tłumaczyć kontekst.


Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko tym źródłom wiedzy, nie zamykam się na nie i nie zrzędzę tylko dlatego, że może nie umiem z nich korzystać. Zdarza mi się, nie tak znowu rzadko, zaglądać do Wikipedii, wyszukiwarkę Google eksploatuję codziennie i prywatnie i służbowo, słucham audiobooków i bardzo to lubię. Ale książka to książka, papier, zapach farby drukarskiej to wciąż afrodyzjak dla mojego mózgu. I nie wyobrażam sobie że mogłabym wyrzucić choćby najbardziej zniszczoną i starą książkę, nie bazgrzę po nich a gdy czytam przy jedzeniu to tłukę się po łapach za każdą tłusta plamę. Dlatego przeżyłam szok, gdy dziś, zupełnie przypadkiem odkryłam do czego mojemu Syniowi służy encyklopedia. Gdyby nie fakt, że Synio jest teraz u babci na wakacjach a trzeba było szybko sprawdzić czy dostał się do wymarzonego LO to bym pewnie dłużej żyła w błogiej nieświadomości. Do sprawdzenia wyników potrzebne było hasło do wynalazku rekrutacyjnego zwanego Omikron. A hasło było... no właśnie... posłuchajcie jaką telefoniczną instrukcję dostałam.

Idź mamuś do mojego pokoju, otwórz regał z książkami, tam jest taka gruba zielona encyklopedia... masz? Mam. Otwórz ją. Otworzyłam na pierwszej stronie spodziewając się zobaczyć jakiś ołówkowy zapis. Ale nie! Mój Pierworodny okazał się godnym, chociaż podejrzewam, że zupełnie przypadkowym następcą naszych konspiratorów. Mówię, przypadkowym, bo głowę daję, że pomysł ów wziął nie z lektury pamiętników powstańczych czy nawet filmów (świta mi, że w "Polskich drogach" było podobne ujęcie), ale ze strony Spryciarze.pl, która jest źródłem pomysłów wszelakich. Głupich i mądrych, zabawnych i niebezpiecznych w każdym razie niezwykle pobudzających nastoletnią potrzebę działania. No dobrze... już kończę. Zamiast opisu dwa zdjęcia odpowiadające na tytułowe pytanie...



Komentarza nie trzeba. Ofiarą padł Erazm z Rotterdamu, któremu obcięło koniec, Lizbona, która straciła początek i wszystko co pomiędzy. Nie wiem, czy na wyciętych stronach znalazło się hasło ignorancja. Słowa profanacja pod P nie znalazłam.
No cóż, moje drogie Czytelniczki. Ja, stara bibliotekara , uzależniona od słowa pisanego wyhodowałam sobie w domu profana. :((((

Czy fakt, że poznałam kolejne z zastosowań encyklopedii może być okolicznością łagodzącą?



czwartek, 30 września 2010

Naście lat ...



Dzisiaj nie będzie o decou- ani o książkach, nie będzie też o muzyce chociaż rozpoczęłam cytatem z piosenki Chochołów (czy ktoś ich pamięta ?). Dzisiaj będzie o małolatach. Takich trochę większych, którzy skończywszy podstawówkę nabierają przekonania, że oto są już dorośli i mogą sami decydować o sobie. Bycie rodzicem 13-16 latka to prawdziwe wyzwanie. Jak dbać o jego bezpieczeństwo nie ograniczając przesadnie, na ile ufać a do jakiego stopnia kontrolować, by zachować resztki autorytetu, nie zerwać kontaktu, nie zablokować ? Jak tłumaczyć, by zrozumiał nie tylko tu i teraz, ale żeby w kontakcie z rówieśnikami umiał powiedzieć NIE bez obawy o utratę twarzy? Jakich argumentów używać, żeby tego co mówimy nie traktował jak trucia starych, tylko jak głos rozsądku kogoś, komu zależy i kto mimo wszystko wie więcej.
Jak skłonić do zwierzeń, by nie czuł się osaczony i przesłuchiwany. Jak wytłumaczyć co jest dobre co złe, gdy otoczenie, koledzy, media itp. mówią zupełnie co innego.

Nie jestem matką kwoką, która chowa dzieci w cieple własnych skrzydeł. Nie trzymamy ich pod kloszem. Usamodzielniamy je stopniowo, nakładamy obowiązki, tłumaczymy nieraz do bólu co wolno a na co nigdy nie pozwolimy. Ale mamy świadomość, że właśnie w wieku nastu lat nie my jesteśmy najwyższym autorytetem, że ważne jest zdanie kolegów, koleżanek. I że może się zdarzyć taka sytuacja, że dla zdobycia akceptacji grupy, albo zyskania podziwu w oczach dziewczyny/chłopaka jedno lub drugie zrobi coś głupiego. Mam nadzieje, że nie ale też mam świadomość, że by tak się nie stało, nie wystarczy wierzyć w rozsądek swojego dziecka, ale trzeba dzień w dzień nad tym pracować. Obdarzać miłością ale też określić granice. I pokazać czym może się skończyć "kolekcjonowanie" dopalaczy, do czego może prowadzić "niewinny żart" w necie albo czym może się skończyć chwila beztroskiej przyjemności z koleżanką w zaciszu szkolnej ubikacji. Nie udawać, że nas to nie dotyczy, bo nasze dziecko jest grzeczne, rozsądne i mądre tylko ci INNI ...