niedziela, 12 lipca 2015

Manglehorn ...

Gdybym opisywała to, co dzieje się u mnie z kronikarską precyzją, to wpis ten powinien pojawić się w sobotni wieczór. Ponieważ jednak blog ten nie jest dziennikiem, a to, o czym zdarza mi się pisywać ma (mam taka nadzieję) dłuższy termin przydatności, ze spokojem odczekałam tydzień by napisać kilka słów dopiero dziś.  Gdybym podzieliła się tym, co za chwilę napiszę już  w sobotę wieczorem, to wpis byłby idealną puentą tego, o czym pisałam tydzień temu. Bo troszkę przypadkiem a troszkę świadomie kontynuować będę poprzedni temat. Pamiętacie? W sobotni poranek, za sprawą zapachu kwitnących lip powróciłam do przeszłości. Wieczorem zaś obejrzałam film, w którym przeszłość, życie wspomnieniami było istotą życia głównego bohatera. Film wybrałam świadomie, skuszona przeczytanym w Wysokich Obcasach wywiadem z Alem Pacino oraz dwiema, całkiem rozbieżnymi recenzjami. Jedna, jak się domyślacie, pełna euforii i zachwytów nad tematem i rolą Ala Pacino, druga, nie powiem, że miażdżąca, ale dość krytyczna. 
 

 
W takim przypadku nie miałam innego wyjścia, jak tylko wybrać się na film i wyrobić sobie własną opinię. Mam wrażenie, że nasi specjaliści od marketingu i dystrybucji zaufali (niestety) tej drugiej recenzji, bo chociaż od polskiej premiery minął ledwie tydzień, to filmu nie było już w żadnym z dużych kin. A może od razu, świadomie skierowali go do kin studyjnych nie dając szansy większej liczbie widzów na poznanie tej historii ? Trochę szkoda, chociaż dzięki temu mieliśmy z Małżem okazję poznać nowe kino studyjne mieszczące się nieopodal naszego domu w nieodległej galerii handlowej. Kino maleńkie, wszystkiego cztery, czy pięć rzędów, w każdym pięć, czy sześc foteli. Fotele jak w domu, ustawione luźno, wyłożone ciepłymi kocami. Jedna osoba obsługi, rzutnik pod sufitem, film puszczany z komputera. Bez popcornu i coli, bez reklam i jak się okazało - bez ludzi. Mieliśmy szansę po raz drugi w życiu oglądać film tylko we dwoje, niestety tuż przed projekcją przyszła jeszcze jedna para, ale i tak było kameralnie i domowo, bez szeleszczenia papierkami, siorbania rurką po dnie kubka i głupawego dogadywania tych, co przyszli "do kina" a nie na film.  Kto mieszka w Krakowie i lubi kino studyjne, niech zajrzy na pierwsze piętro Galerii Bronowickiej. Ja na pewno będę tam chadzać regularnie. I wcale nie dlatego, że bilet kosztował tylko 10 złotych. 
Do rzeczy jednak...
 

"Angelo Manglehorn (Al Pacino) nigdy nie pogodził się z utratą kobiety, która byłą miłością jego życia. Żyje samotnie, pogrążony we wspomnieniach, większą bliskość czując do swojego kota niż do ludzi, których spotyka na co dzień.
Raz w tygodniu Manglehorn celebruje swój mały rytuał: odwiedza lokalny bank, w którym pracuje intrygująca go kobieta (nagrodzona Oscarem za role w "Fortepianie" Holly Hunter). Para samotników nawiązuje nić porozumienia, ale gdy dzielący ich dystans zaczyna maleć, Manglehorn niespodziewanie znajdzie się na emocjonalnym rozdrożu.
"Manglehorn" w reżyserii Davida Gordona to poruszający portret skrywającego uczucia mężczyzny, któremu życie postanowiło dać jeszcze jedną szansę. "Manglehorn" to kolejna po "Ojcu chrzestnym", "Zapachu kobiety" i "Człowieku z blizną" wielka rola Pacino"

tyle ulotka reklamowa. 

Oczywiście jest to tylko skrót, tylko haczyk zarzucony na potencjalnego widza. Po obejrzeniu filmu już wiemy (i teraz trochę uchylam rąbka, więc kto nie widział filmu, a chciałby to proszę niech nie czyta), że Manglehorn nie tyle nie pogodził się z utratą ukochanej, co uczynił z niej doskonałe alibi dla swojego strachu przed innymi związkami. I nie chodzi tylko o związki z kobietami. Relacje z byłymi wychowankami (był trenerem lokalnej drużyny sportowej), klientami (jest ślusarzem) a przede wszystkim z dorosłym już synem są nieudane, pozbawione empatii i dość powierzchowne. Poprawne, dopóki druga strona nie żąda więcej zaangażowania.  Wtedy staje się oschły, niemal brutalny i rani. Rani drugą osobę, ale rani też siebie, bo nie daje sobie szansy na bliskość. Jedynym stworzeniem, któremu poświęca więcej czasu i więcej uczuć jest kot. Manglehorn tkwi latami w swojej samotności, nie dlatego, że jego pierwsza miłość była tak nieziemska, cudowna, wielka i niepowtarzalna, ale dlatego, że z każdym rokiem, z każdym listem który pisze (bo wciąż pisze i wysyła do Niej listy, które zawsze wracają nieodebrane) buduje w sobie taki właśnie jej obraz. Trzymając się kurczowo wspomnienia o tamtej miłości, idealizując ją idealizuje również siebie. Wierzy, że gdyby Ona nie odeszła on byłby lepszym, szczęśliwszym człowiekiem. Bez niej, jego życie jest wegetacją, którą chce zakończyć samobójczym rejsem łodzią po oceanie. Rejsem bez powrotu.



Wbrew temu, co napisano w ulotce nie jest to film rangi "Ojca chrzestnego" czy "Zapachu kobiety". Nie jest to kino oscarowe. Film snuje się niespiesznie, bez fajerwerków, jednak historia wciąga i jeszcze przez długi czas po wyjściu z kina nie pozwala o sobie zapomnieć. Rola Ala Pacino nie jest tym razem "wielka", jest przyzwoicie wykonanym zadaniem aktorskim, chociaż zdarzają się momenty, zwłaszcza te, gdy grają nie słowa, nie gesty, ale spojrzenia, że ciarki przechodzą po ciele i widać, że dobry aktor nawet słabszą rolą nie schodzi poniżej poziomu. Piękny film dla tych, którzy lubią zwyczajne opowieści o zwyczajnych ludziach.

Jeśli na Waszej drodze stanie ten starszy mężczyzna nie omijajcie go, spójrzcie w jego smutne oczy i odczytajcie w nich historię miłości, samotności i nadziei. Warto poświęcić jej półtorej godziny wakacyjnego (i nie tylko) czasu. 

15 komentarzy:

  1. dziękuje-na pewno sie skusze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spodoba Ci się Hanku... ściskam Szefowo.

      Usuń
  2. Byliśmy z Panem Mężem dwa tygodnie temu. Też nieduże kino, 15 osób. I dobrze, bo to nie jest film na wielką salę i popcorn. Jest zbyt refleksyjny, zbyt intymny... Może nie jest to najlepsza rola Ala Pacino w karierze, ale bardzo prawdziwa. Stary, zmęczony, samotny człowiek... Film nam się podobał, ale wydaje mi się, że jest on raczej dla osób dojrzałych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Haniu. O dojrzałych, dla dojrzałych. Cieszę się, że widziałaś ten film. Może Ty mnie oświecisz po co była ta scena z karambolem. Nijak nie umiem sobie sensownie wytłumaczyć jej sensu...

      Usuń
    2. Mireczko, pamiętam scenę, ale nie pamiętam okoliczności, w jakich się pojawia. Chyba też miałam z tym kłopot...

      Usuń
  3. Jak zawsze cenna recenzja Mireczko. Widziałam zwiastun i nic mnie od zobaczenia Ala w dobrej formie nie powstrzyma ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Bestyjeczko. Ciekawa jestem Twojej opinii o tym filmie i o Alu.

      Usuń
  4. W cudze recenzje już dawno przestałam wierzyć. Wolę przekonać się sama co do wartości utworu. :) A kina studyjne i ja lubię. Mają swój niezaprzeczalny klimat. Pozdrawiam Cię Miro bardzo serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile osób, tyle opinii. Każdy szuka czegoś innego i coś innego znajduje. I to jest właśnie cudowne! Nawet to, że jeden film ma wiele, często sprzecznych ocen. A nasza jest ... nasza :). Ściskam mocno.

      Usuń
  5. Oj, czuję, że film mi się spodoba.
    Lubię takie zawiłe, psychologiczne historie.
    I lubię Twoje recenzje Mireczko.
    Uściski niedzielne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrawiam Cie Alutku bardzo ciepło a nawet gorąco :))

      Usuń
  6. Miro, bez zbędnych ozdobników - pragnę to obejrzec i mam nadzieję,że mamy podobny gust. Nie, jestem penwa, bo juz sie nieraz i muzycznie i fimowo gadzałyśmy. A Ty to tak potrafisz aodać,że niemal widze ten film w głowie... Oczywiści ominęłąm drugą czść , jak tylko potrafiłam nie podgladnąć:)))))) Dojrzałam słowo ślusarz, to chyba jeszcze nic złego:))))) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja myślę, że sporo nas łączy.Utwierdza mnie w tym każdy Twój kolejny wpis. Mam nadzieję, że obejrzysz kiedyś ten film i że nie będziesz zawiedziona.
      A ślusarzem się nie przejmuj... nie podejrzałaś za wiele ;)). Jak na amerykański film, to rzeczywiście karkołomny pomysł, by Al Pacino dorabiał klucze i otwierał zacięte zamki, ale to mógłby być też hydraulik, bibliotekarz, bileter w małym kinie, czy operator dźwigu ... ot zwykły człowiek. Ściskam mocno.

      Usuń
  7. Zamierzałam obejrzeć ten film, dlatego z rozmysłem ominęłam część Twojego wpisu :) Czuję się jeszcze bardziej zachęcona :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli uda Ci się go obejrzeć podziel się, proszę wrażeniami. Pozdrawiam :))

      Usuń

Twój komentarz jest dla mnie wyróżnieniem...