niedziela, 16 sierpnia 2015

Wyjechać, wrócić ... wakacyjny post rosnący

To będzie post wyjątkowy, jak na to miejsce oczywiście. Z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na temat - nasze wakacje, bo bloguję już szósty rok i przez ten czas nie było wpisu na ten temat. Nie było o czym pisać, bo nasze wakacje ograniczały się do weekendów przedłużanych czasem o piątek  i poniedziałek. A drugi powód, dla którego nazywam ten post wyjątkowym (chociaż bardziej pasuje słowo dziwny), to fakt, że będę go pisać na raty. I że będzie bardzo długi :))) Zależało mi na tym, żeby pojawił się najpóźniej dziś, w ostatnim dniu naszego pierwszego od lat prawdziwego urlopu, żeby kiedyś, po latach dzięki blogowi uporządkować sobie blednące wspomnienia. Mimo, że do domu wróciliśmy już wczoraj, to nie starczyło mi czasu, żeby przejrzeć wszystkie zdjęcia i filmy, jakie zrobiliśmy na wakacjach, wybrać te najciekawsze i opisać choćby w skrócie. Wiecie jak to jest po powrocie? Rozpakowywanie walizek, pierwsze pranie, drugie, trzecie, pralka chodzi na okrągło, prasowanie, ogarnięcie domu, bo po powrocie wszystko widzi się świeżym, niemal obcym okiem, oczywiście zakupy, bo lodówka pusta. W moim przypadku jeszcze rzut oka na firmowe maile i pliki, żeby chociaż troszeczkę przygotować się do normalnego tygodnia pracy. Nie wiem, jak się w tym odnajdę po tylu dniach bez komputera, bez telefonów i bez myślenia o firmie (niewiarygodne, ale dało się !!). 

No dobrze, tyle tytułem wstępu a teraz szybciutko przechodzę "do meritumu" i wrzucam schemat ostatnich dni. Na początek dawka naprawdę homeopatyczna, coś w rodzaju szkieletu który w miarę możliwości, w wolnych chwilach obuduję tekstem i obrazkami. Mam nadzieję uporać się z tym do końca sierpnia, więc im później ktoś tu zajrzy, tym więcej przeczyta i obejrzy.
*
(aktualizacja - wtorek 18.08) Jakieś fatum ciąży nad tym postem... Postanowiłam sobie, że każdego dnia opiszę jeden dzień wakacji, dodam dwa-trzy zdjęcia i jakoś do końca tygodnia zamknę temat. Wczoraj chciałam przejrzeć jeszcze raz przygotowane zdjęcia, i skasowałam sobie cały plik ... nie wiem jak. Dzisiaj ogarnęłam zdjęcia, zaczęłam pisać tekst, opisałam się jak głupia i kiedy już kończyłam, sprawdzałam jeszcze literówki, przecinki i takie tam to nagle mój laptopik pokazał mi ... nie, nie środkowy palec, chociaż w zasadzie na jedno wychodzi. Pokazał mi niebieskie kółeczko, które niestety nie chciało przestać się kręcić. Wszystko się zawiesiło i niestety żadne tajemne sztuczki nie pomogły. Ze łzami w oczach (bo nie zapisywałam na bieżąco tego, co napisałam) wyłączyłam komputer "z buta" tracąc oczywiście wszystko, co napisałam. A jak szanowny złom się zrestartował, to mi już wena minęła. Dlatego o pierwszym dniu wakacji będzie krótko. 

Założenie nie podlegające dyskusji było takie, że jedziemy w tym roku na urlop. Ja trochę marudziłam, że nie mogę, bo jak ja zostawię firmę, bo przecież nigdy nie zostawiałam i oczywiście jak mnie nie będzie to wszystko się zawali ... takie tam. Małż to marudzenie puszczał mimo uszu i powoli działał. Po konsultacji z dziecięciem młodszym ustaliliśmy, że w sumie jest nam wszystko jedno dokąd pojedziemy z zastrzeżeniem, że:
a) będzie tam ciepło, cieplej niż w Polsce, ale bez przesady, 
b) będzie tam woda, w sumie fajnie, gdyby też była ciepła 
c) będzie tam bezpiecznie, a więc wykluczamy wszelkie Tunezje, Egipty, Turcje itp. 
d) będzie to na tyle blisko, żeby dało się dotrzeć autem, bo ja samolotem to nie za bardzo. 
W wyniku demokratycznego głosowania, w którym nie dość że byłam w mniejszości, to jako kontestująca przygotowania miałam jedynie pół głosu wybraliśmy Chorwację, a konkretnie Istrię, bo najbliżej a i miejsc do ulokowania się sporo.

Nie uwierzycie ... znowu to samo. napisałam kolejny akapit (dobrze, że poprzedni miałam zapisany) i komputer znowu zawisł. Znowu pół godziny pisania poszło w kosmos. Już nie wiem, czy to mój komputer, czy Blogger świruje, ale na dzisiaj mam dość. Odpuszczam . Widać to nie ten dzień :)))
*
(aktualizacja - środa 19.08) Konkretnej lokalizacji szukaliśmy przez serwis Booking.com. Określiliśmy jaki budżet możemy przeznaczyć na noclegi i przeczesywaliśmy oferty w poszukiwaniu czegoś fajnego. łatwo nie było, bo w szczycie sezonu nie ma aż tylu propozycji dla opcji 2+1. Jak było ładnie, to daleko od morza, jak było przy plaży, to bez klimatyzacji albo wi-fi (a pokażcie mi nastolatkę, która wytrzyma tydzień bez dostępu do internetu), szukaliśmy równolegle na dwa komputery pokazując sobie nawzajem różne propozycje niestety bez rezultatu. W końcu Małż zawołał...chodź zobacz, może to!? Ja też coś wynalazłam, więc mówię, ok, ale zobacz najpierw co ja znalazłam. Nie uwierzycie! Na obu komputerach była ta sama oferta. Uznaliśmy to za dobry znak i od razu zarezerwowaliśmy apartament w małej miejscowości Premantura na samym dole cypelka Kamenjak na południu Istrii. Żeby nie wykończyć kierowcy (bo ja nie odważyłam się zostać zmiennikiem) postanowiliśmy, że po drodze raz się zatrzymamy i zarezerwowaliśmy sobie jeszcze jeden nocleg w Słowenii.
Potem był tydzień wypełniony euforią, stresem, radością, niepokojem, nerwami, bezsennymi nocami, pakowaniem, zakupami... 
A po nim nastał ...

Dzień pierwszy - czwartek 6.08

Zanim zamknęliśmy drzwi wypakowanego niemal po sufit auta przestrzeń domu wypełniły powtarzane po wielokroć "a zabrałeś?..." "a pamiętałaś?..." "a nie zapomnij o ...". Dom i zwierzyniec zostały pod opieką Synia, który obwieścił nam, że czas najwyższy, żeby odciął wakacyjną pępowinę i przestać jeździć na wakacje z mamusią i tatusiem. Ta bardziej racjonalna strona mojego Ja przyznała mu rację, ale Matka-kwoka okupująca druga stronę głowy panikowała na myśl jak biedna 20-letnia dziecina sama sobie w domu poradzi, czy nie będzie chodził głodny, czy nie zapomni nakarmić kota, czy podleje kwiaty, czy nie zrobi mega-imprezy  (he, he, he).  W końcu jednak z najbardziej dziarską miną, na jaką było mnie stać wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy. Głowę dam, że słyszałam, jak Synio nuci pod wąsem Kazikowe  "wyjechali na wakacje... "

Niestety ujechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, gdy ... szyba w moich drzwiach dziwnie zgrzytnęła przy zamykaniu i ... opadła z hukiem na sam dół. I już nie chciała wrócić. 
Wspaniały początek, nieprawdaż? Wśród setek myśli, jakie pojawiły się w naszych trzech głowach tylko jedna była pozytywna ... dobrze, że stało się to niemal pod domem a nie na przykład na autostradzie w Austrii. Pierwszy pomysł - warsztat samochodowy nieopodal naszego domu. Na szczęście, mimo mało optymistycznego początku (Panie, sezon urlopowy, nie mam ludzi !) znalazł się wolny "ludź", który rozebrał drzwi, podniósł szybę i podparł ją zmyślną konstrukcją z przyciętego kija (od szczotki?) i trzech plastikowych zacisków. Okno zostało zamknięte na stałe i miało tak wytrzymać do naszego powrotu. To, że przy okazji zepsuło się otwieranie drzwi od wewnątrz, to już był mało znaczący niuans. Czymże jest taka drobna niedogodność wobec faktu, że po dwóch godzinach spędzonych mniej więcej tak jak na poniższym zdjęciu mogliśmy wreszcie ruszyć w drogę?


No to ruszyliśmy, by wieczorem otworzyć pierwsze drzwi ... piękne drzwi...


ale o tym, co było przed i za nimi opowiem jutro, bo jutro będzie ...


Dzień drugi - piątek 7.08

Nie byłabym sobą gdybym od razu po przyjeździe nie zajrzała w każdy dostępny kącik naszego pierwszego lokum, jednak dokładniej przyjrzałam się mu dopiero rano w świetle poranka. Nie mam specjalnie dużego doświadczenia, ale słowo hostel nie kojarzyło mi się zbyt pozytywnie. Miejsce, do którego trafiliśmy w Mariborze zmieniło moje myślenie diametralnie. Było to coś w rodzaju mieszkania w kamienicy w centrum miasta, ledwie trzy pokoje, w jednym zrobiono jadalnię, drugi był kilkuosobową sypialnią z piętrowymi łóżkami, trzeci zaś to coś w rodzaju studia z dużym materacem na antresoli i rozkładaną kanapą na dole. Oczywiście łazienki i ubikacje no i piękny taras z widokiem na dziedziniec, na którym swój ogródek miał pub. Ściany z odkrytej lub pomalowanej cegły, drewniana stolarka, deski lub stare kafle na podłogach tworzyły idealna bazę dla bezpretensjonalnego wyposażenia, głównie z Ikea oraz dla sporych rozmiarów obrazów lokalnego artysty porozwieszanych w większości pomieszczeń.  Ola z miejsca zakochała się w okienku, które wychodziło na maleńką uliczkę, miało niski, szeroki parapet wyłożony poduchami, na którym można było sobie siedzieć, co oczywiście wykorzystaliśmy nie tylko do sesji zdjęciowej.

 panienka z okienka ;)))
korytarz prowadzący do poszczególnych pomieszczeń miał na całej ścianie okna z widokiem na podwórze
meble z palet, przecierki, mnóstwo drewnianych detali ...

Po pysznym, domowym śniadaniu, które zaserwował nam sam właściciel hoteliku, przesympatyczny Kolumbijczyk przeszliśmy się na mały spacer, żeby zobaczyć chociaż odrobinę miasta i "ponatychać" się jego klimatem. 


brama wejściowa do hostelu Tapas


kilka kroków dalej mijaliśmy takie malownicze zaułki


Młoda nie przejdzie obojętnie obok żadnego zwierzaczka, każdego trzeba pogłaskać i poprzytulać


A potem żegnani przez gospodarza ciepłym "God bless You" ruszyliśmy w dalszą drogę.


Dzień trzeci - sobota 8.08




Dzień czwarty - niedziela 9.08




Dzień piąty - poniedziałek 10.08




Dzień szósty - wtorek 11.08




Dzień siódmy - środa 12.08




Dzień ósmy - czwartek 13.08





Dzień dziewiąty - piątek 14.08



niedziela, 2 sierpnia 2015

Gwałtowne objawienia piękna ...

Gdy w późny piątkowy wieczór pustą ulicą wracałam do domu na niebie pysznił się wielki okrągły księżyc. Odcinał się wyjątkowo wyraźnie od czarnego jak sadza nieba, choć miejskie latarnie starały się osłabić ten kontrast swoim sztucznym światłem. Niezwykła, jak na tę porę cisza (wszak w weekend miasto nie zasypia przed świtem) pogłębiała jeszcze ten efekt. Stanęłam na chwilę i patrzyłam jak zauroczona. Weszłam do domu i chciałam opowiedzieć o tym, a zdobyłam się jedynie na banalne "piękna pełnia dzisiaj". Zdanie, które w żaden sposób nie oddało tego, co naprawdę widziałam. W głowie był festiwal emocji i przeżyć a język ulepił z tego raptem trzy banalne słowa... 
Ileż razy tak się dzieje! Słowa nie nadążają za tym, co w głowie, czy w sercu, spłycają, gubią to, co najważniejsze. Podobnie jest z próbą zamknięcia takiego widoku na fotografii. Oczy widzą magiczny, hipnotyzujący obraz a na zdjęciu wychodzi banalny kiczowaty landszafcik.
Kiedy dziś rano, z kubkiem gorącej kawy przemierzałam wirtualne ścieżki blogosfery wpadło mi w oko zdanie, które idealnie ilustruje owo poczucie niemożności oddania słowami niektórych zjawisk, bezradności wobec ich siły oddziaływania, banalności formy, bezużyteczności narzędzi jakimi dysponujemy.


"... doznaję czasami krótkich, dziwnych, gwałtownych objawień piękna, nieznanego, nieuchwytnego i zaledwie zdradzającego się w pewnych słowach, widokach, pewnych zabarwieniach świata, pewnych sekundach... Nie potrafię go ani dać poznać innym, ani wyrazić, ani opisać, zachowuję je dla siebie ... "  Guy de Maupassant


Nie jestem chyba prawdziwą blogerką. Może wcale nie zasługuję na to miano. Stworzyłam to miejsce z myślą o dzieleniu się z innymi moją pasją, ale teraz, gdy dla rękodzieła nie mam niemal wcale czasu blog przestał być blogiem "hendmejdowym" a stał się ... no właśnie, czym stał się Poukładany Świat? Mógłby być pamiętnikiem domowych zdarzeń, jednak szanując prywatność pozostałych członków mojej rodziny nie mogę i nie chcę zbyt szczegółowo wchodzić w naszą codzienność.
Pewne zdarzenia są zbyt intymne, by wyciągać je na forum, inne znowu wydają się zbyt banalne, by zawracać Wam nimi głowę. Czasem przemycę migawki z domu, zdjęcia wybranych wnętrz, szersze lub węższe kadry, ale dzieje się to na tyle rzadko, że trudno nazwać mój blog wnętrzarskim. Mógłby być blogiem kulturalnym, ale zważywszy, że na jego strony trafia tylko ułamek tego, co przeczytam, obejrzę, czy usłyszę, to jest co najwyżej notesem do wpisania wrażeń po obejrzanym filmie, czy przeczytanej książce.  Lubię się czasem rozpisać na tematy przeróżne, ale też nie tak często by nazwać blog psychologicznym czy społecznym. 

Czymże więc jest Poukładany Świat? Może odskocznią od codzienności, oknem z którego wychylam się do Was i wołam, hej! co słychać? I miło mi jest, gdy czasem machacie do mnie wirtualnie ręką i odpowiadacie wirtualnym "hej !"w komentarzu.

Na co dzień nie myślę blogiem, nie wyrobiłam w sobie nawyku łapania za aparat i utrwalania zdarzeń w kadrze. Nie fotografuję tego co gotuję, albo piekę, bo w tym właśnie momencie myślę o gotowaniu i pieczeniu a nie o blogu. Pięknie nakryty stół, fantazyjnie podana potrawa... uświadamiam sobie, że mogłam zrobić im zdjęcie  dopiero wówczas, kiedy już są historią.
Gdy ostatnio przerabiałam stary stół kuchenny to dopiero przy ostatniej warstwie lakieru pomyślałam, że przecież mogłam zrobić zdjęcia przed i po, albo wzorem koleżanek blogerek pokazać wszystkie etapy pracy w formie postu DIY. Tak samo było, gdy zajęłam się metamorfozą prostego, sosnowego taboretu z Ikei dopasowując go do tegoż stołu. 
Nie jestem jednak prawdziwą blogerką, więc przechodzę nad tym szybko do porządku dziennego. Nie rozpamiętuję nie napisanych postów i utraconych ujęć.  Nie żałuję, że mój blogowy kącik jest taki ubogi. I bez moich zdjęć internet jest już pełen kolorowych kubków z parującą kawą, smakowicie wyglądających ciast z owocami, kolorowych pledów, ścian udekorowanych obrazami albo odrestaurowanych starych mebli. I bez moich wypocin jest w sieci dość recenzji filmów, opisów książek albo linków do pięknej muzyki. Nie oszukujmy się - pisząc kolejny post nie dodam niczego, czego by już tam nie było, nie pisząc nie pozbawię świata niczego istotnego... Dlaczego więc tu jestem? Odpowiedź jest bardzo prosta.

Jestem tu dla siebie. Dla siebie dzisiaj, żeby odreagować troszkę codzienność, dla siebie jutro, bo nic tak dobrze nie pilnuje chronologii zdarzeń jak blogowe archiwum. I jeszcze, a może przede wszystkim dla siebie pojutrze, by kiedyś, po latach przypomnieć sobie jaka byłam i co czułam, myślałam i robiłam.

A "Poukładany Świat" jest i pozostanie moim wirtualnym powiernikiem ulotnych emocji i nieobiektywnych spostrzeżeń. Miejscem, w którym mimo wszystko będę podejmowała próby opisania, nazwania i przekazania tego piękna, które od czasu do czasu gwałtownie się przede mną objawia.



Od każdej reguły jest wyjątek. Czasem uda się zamknąć piękno w kadrze. 
5.07.2009  - zachód słońca w Kryspinowie

sobota, 25 lipca 2015

Wiśniewski na lato ...

Czy zdarzyło Ci się po przeczytaniu jakiejś książki pomyśleć "no nie, to nie tak ..." ? I nie mam na myśli jedynie zakończenia, które wydało Ci się za smutne, za wesołe, za mało logiczne, zbyt wczesne, zbyt głupie* (*niepotrzebne skreślić). Czy podczas czytania zdarzyło Ci się uznać pewne watki za zbędne a żałować, że inne, ciekawe dla Ciebie autor potraktował pobieżnie albo zbyt szybko zakończył? Czy zastanawiasz się czasem, po dotarciu do końca opowieści, że chciałabyś wiedzieć jak historię widzi i czuje ktoś inny niż główny bohater, któraś z postaci drugiego planu? Zdarzało mi się czasami po skończeniu książki miewać takie rozterki. Oczywiście jest to szeroko otwarta furtka dla wyobraźni, pole do popisu dla własnej fantazji, ale czasem tej nie staje i marzy mi się taki wariant B lub C przeczytanej historii. 
Nie tylko z tego powodu sięgnęłam w księgarni po tę właśnie książkę:
 


Pisarz, który podbił serca kobiet "Samotnością w sieci" skonfrontowany ze współczesnymi mniej lub bardziej znanymi pisarkami polskimi . Zbiór zawiera kilka opowiadań Janusza L.Wiśniewskiego "skomentowanych" przez piszące kobiety. Nie wiem kto wpadł na ten pomysł, sam Wiśniewski, czy jego wydawca, ale dla mnie pomysł jest świetny. Autorki bardzo różnie podeszły do zadania, czasem dopisując ciąg dalszy historii, czasem opowiadając jej inną wersję, czasem zaś wybierając motyw przewodni ułożyły zupełnie nową historię z nowymi bohaterami, których z pierwowzorem łączy tylko uczucie, czy miejsce akcji. A bohaterem tych wszystkich opowiadań jest kobieta, a raczej Kobiecość i wszystko, co łączy się z tym zjawiskiem - uczucia, tęsknota, radość, smutek, ból. Niektóre historie trochę irytują, niektóre wciągają i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Wiśniewski, jak zwykle pokazuje, że jest nie tylko pisarzem, ale też informatykiem, chemikiem i nieustającym "badaczem" kobiecej psychiki, czasami drażni, czasami zapędza się za daleko, ale nigdy nie nudzi. Pozostałe autorki opowiadań wcale mu nie ustępują a czasem nawet (takie mam wrażenie) delikatnie ucierają mu nosa, zdając się (niechcący lub celowo) mówić "co ty o nas wiesz chłopczyku!". 
Książka lekka (ale nie banalna), oryginalna i chyba idealna właśnie na czas leniwej, gorącej, wakacyjnej niespieszności. Niestety, czyta się ją jednym tchem, więc na cały turnus wczasowy na pewno nie wystarczy, ale na weekend pod gruszą na pewno :))))

Ja dzisiaj też zamierzam poleniuchować, chociaż zaczęłam sobotę dość wcześnie. Niestety upał daje nam się we znaki, tym bardziej, że mamy sypialnię na poddaszu.
Skoro więc nie udało się powylegiwać w pościeli wskoczyłam na rower i pojechałam na pobliską giełdę kwiatową. Nie mam w tym roku szczęścia do kwiatów balkonowych. Surfinie "ugotowały" mi się w pierwszy upalny dzień lata a pelargonie, nie wiedzieć czemu rosną jak szalone, ale nie kwitną. W dwóch donicach ani jednego kwiatka pomimo podlewania, nawożenia, chuchania i dmuchania, w trzeciej kilka rachitycznych kwiatków. Zieleń wokół rozbuchana, a koloru w naszym ogródeczku jak na lekarstwo.  No to od razu zapodałam sobie mega dawkę i z zakupów wróciłam z milionem dzwonków :)))


Gdyby nie to, że roweru używam na co dzień, to bym zostawiła kwiaty w koszu na dłużej, bo pięknie wyglądały, W miejscu docelowym wyglądają równie uroczo.


A teraz co? Kawa w kupionym wczoraj w Ikei kubku (czyż nie śliczna jest ta nowa seria skorup?), jakieś konieczne zakupy i ... relaks.



Czego i Tobie życzę

niedziela, 12 lipca 2015

Manglehorn ...

Gdybym opisywała to, co dzieje się u mnie z kronikarską precyzją, to wpis ten powinien pojawić się w sobotni wieczór. Ponieważ jednak blog ten nie jest dziennikiem, a to, o czym zdarza mi się pisywać ma (mam taka nadzieję) dłuższy termin przydatności, ze spokojem odczekałam tydzień by napisać kilka słów dopiero dziś.  Gdybym podzieliła się tym, co za chwilę napiszę już  w sobotę wieczorem, to wpis byłby idealną puentą tego, o czym pisałam tydzień temu. Bo troszkę przypadkiem a troszkę świadomie kontynuować będę poprzedni temat. Pamiętacie? W sobotni poranek, za sprawą zapachu kwitnących lip powróciłam do przeszłości. Wieczorem zaś obejrzałam film, w którym przeszłość, życie wspomnieniami było istotą życia głównego bohatera. Film wybrałam świadomie, skuszona przeczytanym w Wysokich Obcasach wywiadem z Alem Pacino oraz dwiema, całkiem rozbieżnymi recenzjami. Jedna, jak się domyślacie, pełna euforii i zachwytów nad tematem i rolą Ala Pacino, druga, nie powiem, że miażdżąca, ale dość krytyczna. 
 

 
W takim przypadku nie miałam innego wyjścia, jak tylko wybrać się na film i wyrobić sobie własną opinię. Mam wrażenie, że nasi specjaliści od marketingu i dystrybucji zaufali (niestety) tej drugiej recenzji, bo chociaż od polskiej premiery minął ledwie tydzień, to filmu nie było już w żadnym z dużych kin. A może od razu, świadomie skierowali go do kin studyjnych nie dając szansy większej liczbie widzów na poznanie tej historii ? Trochę szkoda, chociaż dzięki temu mieliśmy z Małżem okazję poznać nowe kino studyjne mieszczące się nieopodal naszego domu w nieodległej galerii handlowej. Kino maleńkie, wszystkiego cztery, czy pięć rzędów, w każdym pięć, czy sześc foteli. Fotele jak w domu, ustawione luźno, wyłożone ciepłymi kocami. Jedna osoba obsługi, rzutnik pod sufitem, film puszczany z komputera. Bez popcornu i coli, bez reklam i jak się okazało - bez ludzi. Mieliśmy szansę po raz drugi w życiu oglądać film tylko we dwoje, niestety tuż przed projekcją przyszła jeszcze jedna para, ale i tak było kameralnie i domowo, bez szeleszczenia papierkami, siorbania rurką po dnie kubka i głupawego dogadywania tych, co przyszli "do kina" a nie na film.  Kto mieszka w Krakowie i lubi kino studyjne, niech zajrzy na pierwsze piętro Galerii Bronowickiej. Ja na pewno będę tam chadzać regularnie. I wcale nie dlatego, że bilet kosztował tylko 10 złotych. 
Do rzeczy jednak...
 

"Angelo Manglehorn (Al Pacino) nigdy nie pogodził się z utratą kobiety, która byłą miłością jego życia. Żyje samotnie, pogrążony we wspomnieniach, większą bliskość czując do swojego kota niż do ludzi, których spotyka na co dzień.
Raz w tygodniu Manglehorn celebruje swój mały rytuał: odwiedza lokalny bank, w którym pracuje intrygująca go kobieta (nagrodzona Oscarem za role w "Fortepianie" Holly Hunter). Para samotników nawiązuje nić porozumienia, ale gdy dzielący ich dystans zaczyna maleć, Manglehorn niespodziewanie znajdzie się na emocjonalnym rozdrożu.
"Manglehorn" w reżyserii Davida Gordona to poruszający portret skrywającego uczucia mężczyzny, któremu życie postanowiło dać jeszcze jedną szansę. "Manglehorn" to kolejna po "Ojcu chrzestnym", "Zapachu kobiety" i "Człowieku z blizną" wielka rola Pacino"

tyle ulotka reklamowa. 

Oczywiście jest to tylko skrót, tylko haczyk zarzucony na potencjalnego widza. Po obejrzeniu filmu już wiemy (i teraz trochę uchylam rąbka, więc kto nie widział filmu, a chciałby to proszę niech nie czyta), że Manglehorn nie tyle nie pogodził się z utratą ukochanej, co uczynił z niej doskonałe alibi dla swojego strachu przed innymi związkami. I nie chodzi tylko o związki z kobietami. Relacje z byłymi wychowankami (był trenerem lokalnej drużyny sportowej), klientami (jest ślusarzem) a przede wszystkim z dorosłym już synem są nieudane, pozbawione empatii i dość powierzchowne. Poprawne, dopóki druga strona nie żąda więcej zaangażowania.  Wtedy staje się oschły, niemal brutalny i rani. Rani drugą osobę, ale rani też siebie, bo nie daje sobie szansy na bliskość. Jedynym stworzeniem, któremu poświęca więcej czasu i więcej uczuć jest kot. Manglehorn tkwi latami w swojej samotności, nie dlatego, że jego pierwsza miłość była tak nieziemska, cudowna, wielka i niepowtarzalna, ale dlatego, że z każdym rokiem, z każdym listem który pisze (bo wciąż pisze i wysyła do Niej listy, które zawsze wracają nieodebrane) buduje w sobie taki właśnie jej obraz. Trzymając się kurczowo wspomnienia o tamtej miłości, idealizując ją idealizuje również siebie. Wierzy, że gdyby Ona nie odeszła on byłby lepszym, szczęśliwszym człowiekiem. Bez niej, jego życie jest wegetacją, którą chce zakończyć samobójczym rejsem łodzią po oceanie. Rejsem bez powrotu.



Wbrew temu, co napisano w ulotce nie jest to film rangi "Ojca chrzestnego" czy "Zapachu kobiety". Nie jest to kino oscarowe. Film snuje się niespiesznie, bez fajerwerków, jednak historia wciąga i jeszcze przez długi czas po wyjściu z kina nie pozwala o sobie zapomnieć. Rola Ala Pacino nie jest tym razem "wielka", jest przyzwoicie wykonanym zadaniem aktorskim, chociaż zdarzają się momenty, zwłaszcza te, gdy grają nie słowa, nie gesty, ale spojrzenia, że ciarki przechodzą po ciele i widać, że dobry aktor nawet słabszą rolą nie schodzi poniżej poziomu. Piękny film dla tych, którzy lubią zwyczajne opowieści o zwyczajnych ludziach.

Jeśli na Waszej drodze stanie ten starszy mężczyzna nie omijajcie go, spójrzcie w jego smutne oczy i odczytajcie w nich historię miłości, samotności i nadziei. Warto poświęcić jej półtorej godziny wakacyjnego (i nie tylko) czasu. 

sobota, 4 lipca 2015

bez makijażu ...

Poranek prawdziwie sobotni, cudowne słońce już zaglądało w okno kiedy jeszcze trwałam w samym środku sennej opowieści. A dziś śniłam wyjątkowo "fabularnie"... rzadko mi się to ostatnio zdarza... prawdziwy film. Nawet kościelnym dzwonom udało się go nie przerwać i chociaż biły o nieprzyzwoitej  jak na sobotę porze. Pobudka o siódmej po takim odprężającym śnie nie była przykrym doświadczeniem. Przeciwnie, pozwoliła mi nacieszyć się poranną ciszą spokojnych oddechów śpiących wciąż domowników, kawą wypitą w ogródku. Jeszcze w szlafroku, jeszcze bez makijażu ...

Niespieszność ... to takie rzadkie w naszej pędzącej ekspresowo codzienności.
Siedziałam sobie z tą kawą, słuchałam jak ptaki przekrzykują się w koronach lip... No właśnie, lipy już kwitną, a przecież dopiero co zaczynały się zielenić. Dziś są niemal żółte od kwiatów, pachną obłędnie. Przypomniało mi się, jak wiele lat temu i wiele kilometrów stąd razem z moją przyjaciółką rwałyśmy lipowe kwiatostany i suszyłyśmy na strychu, by kilka tygodni później na obozie wędrownym parzyć sobie aromatyczną lipową herbatkę. 

Joluś, pamiętasz? To już tyle lat a ja wciąż pamiętam tamten słodki zapach. I tamten obóz...

Wspomnienia...cudowny wynalazek. Niektóre chowają się głęboko na długie lata, by pod wpływem jakiegoś maleńkiego impulsu powrócić w całej barwnej okazałości. Zapach lipowych kwiatków przywiał wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat. A do tego jeszcze, jakby za sprawą jakichś magicznych połączeń teraz, gdy piszę te słowa w Trójce zabrzmiał głos, który dla pokolenia dziewczyn 40+ jest i chyba zawsze będzie idealną ilustracją dla takich właśnie wspomnień. 

Morten Harket. 
Przyznajcie, że miękły Wam nogi, gdy trzydzieści lat temu śpiewał "Take on me" i gdy na rysunkowym teledysku patrzył spod grzywki tymi swoimi głębokimi oczami. A tego głosu nie można nie rozpoznać, prawie nic się nie zmienił, przynajmniej w wersji studyjnej.
Cudowna piosenka i tak idealnie dopasowana do klimatu dzisiejszego poranka...


https://www.youtube.com/watch?v=3fLHoMOnie4

Miłej soboty ... korzystajcie z niej najlepiej jak to możliwe.

sobota, 27 czerwca 2015

Sobota gospodarcza ...

Od pewnego czasu na każdy weekend czekam jak dziecko na obiecaną czekoladkę. Już od poniedziałku odliczam godziny i dni do upragnionego piątkowego popołudnia, kiedy wreszcie będę mogła zapomnieć o słowach "muszę" i "trzeba" i będę mogła robić lub nie robić tylko to, co zechcę bez dyktatu zegarka, kalendarza i telefonu. Piątkowy wieczór jest święty i nie ma w nim miejsca na zajęcia przyziemne, choćby nie wiem jak irytowały mnie paprochy na dywanie (a odkąd mamy królika, to wszechobecne siano) albo ślady kociego nosa na szybach, choćby kosz z praniem w łazience wołał o opróżnienie, choćby ... a, oszczędzę Wam szczegółów :))) 
W piątkowy wieczór słucham trójkowej listy przebojów, oglądam hurtem ulubione seriale albo spotykam się ze znajomymi na spontanicznie zaaranżowanej domóweczce. Najbardziej lubię takie niezobowiązujące spotkania, bez specjalnych przygotowań, bez wielkiego kucharzenia. Strój niezobowiązujący, swobodny, podobnie jak pozycje przyjmowane na fotelu czy kanapie. Sączymy sobie winko, popijamy piwo , co kto woli, jest coś do chrupania, jest muzyka w tle i nie wiadomo kiedy mija północ. Piątkowy wieczór przeciągam długo w noc, smakując każdą chwilę... żeby się nacieszyć, żeby trwał.

W sobotę jednak nie ma zmiłuj, trzeba zakasać rękawy i przywrócić domowi stan poukładania zagubiony gdzieś w zaganianiu dni powszednich. Czynności niewdzięczne i niespektakularne upominają się o naszą uwagę, same zrobić się nie chcą a gosposi się nie dorobiliśmy. Sobota, to czas porządków, pucowania, odkurzania, odkładania na miejsce. Nic to, że już jutro na oknie w kuchni znowu pojawią się odciski kocich łapek, że królik wypuszczony z klatki znowu pozostawi ślady swojej ekspresowej przemiany materii a na kuchennym blacie krasnoludki rozsypią okruchy chleba ... w sobotę trzeba posprzątać. Dziś porządki szły mi śpiewająco nie tylko dlatego, że w uszach wciąż mi brzmiały obozowe piosenki, które wczoraj śpiewaliśmy z sąsiadem na dwa głosy, ale dlatego, że przy porannej kawie przeglądając sobie niespiesznie Wasze blogi natknęłam się u Tupai na  filmik, reklamę, która nie tylko rozbroiła mnie dowcipem, pobudziła i obudziła świeżością (nomen-omen),  ale też przywróciła mi wiarę w istnienie reklamy inteligentnej, która nie ma nas - potencjalnych klientów za bezmózgi. Same zobaczcie. Po tym filmiku nawet prozaiczne sprzątanie łazienki wydaje się być ekscytującą przygodą. ;)




No i jak? Czyż to nie lepsze niż te obrzydliwe bakterie z reklamy Domestosa? Gdyby nie to, że już od dawna używam tych właśnie kulek, to pobiegłabym od razu do sklepu i kupiła cały zapas. We wszystkich dostępnych wariantach kolorystycznych.

sobota, 13 czerwca 2015

Znowu wagary ...

 Miłość, to nie pluszowy miś ani kwiaty
to też nie diabeł rogaty
ani miłość kiedy jedno płacze
a drugie po nim skacze

Miłość, to żaden film w żadnym kinie
ani róże, ani całusy małe, duże
Ale miłość, kiedy jedno spada w dół
drugie ciągnie je ku górze

(happysad "Zanim pójdę")


Czuję, że spadam w dół.  Chociaż bardzo się staram, by nie było tego po mnie widać, to jestem już wykończona pracą. Fizycznie może nie aż tak, bo węgla nie przewalam ani pustaków nie dźwigam, ale jeśli chodzi o samopoczucie psychiczne, to jadę na oparach.
To nie pracoholizm, nie jestem uzależniona od pracy, nie jest moim spełnieniem i celem mojego życia. To raczej głupie poczucie obowiązku, przeświadczenie, że nikt nie zrobi czegoś tak jak ja, że muszę sama, sama, sama. Stałam się niewolnikiem spraw, które tylko ja mogę załatwić. Jest ich coraz więcej a doba wciąż ma tylko 24 godziny. Za mało na normalne funkcjonowanie, za mało na marzenia... To frustruje, zwłaszcza gdy dochodzą problemy w domu. 
Bycie matką nastolatki to zawsze było wyzwanie. Mam wrażenie, że w obecnych czasach jest to szczególnie trudne. Odwieczny konflikt pokoleń ... zawsze istniał, zawsze było owo "bo wy młodzi..." " ja w twoim wieku". Teraz to jest prawdziwa przepaść. Dzieli nas wszystko, łączy na razie jedno - burza hormonów. Nie jest dobrze, że dopadła nas w tym samym czasie. Mam świadomość, co i dlaczego dzieje się z nastolatką, mam podstawy mieć nadzieję, że to w końcu minie, ale mam coraz mniej siły, żeby to spokojnie znosić na co dzień. Bo bywa różnie. Naście lat, to czas, gdy autorytetem jest grupa, kiedyś, gdy żyliśmy w świecie "analogowym" ta grupa ograniczała się do tych, których spotykaliśmy w szkole, czy na podwórku. Teraz grupa może być nieograniczona, dziecko funkcjonuje nie tylko w świecie rzeczywistych znajomych, ale też, a może przede wszystkim w świecie wirtualnym. Niedostosowanie się do grupy rodzi odrzucenie, jeśli osoba jest słaba psychicznie (a rzadko który nastolatek ma tyle sił, by umieć się przeciwstawić) brnie w najgorszą głupotę, by tylko być jednym z grupy. Rodzic, nauczyciel, jakikolwiek inny dorosły może żonglować najmądrzejszymi i najbardziej logicznymi argumentami, ale nastolatek jest na nie głuchy z powodu jednej tylko, ale jakże ważnej wady tych argumentów - wychodzą z ust DOROSŁEGO. Kocham swoje dziecko i boli mnie patrzenie, jak brnie w różne destrukcyjne znajomości, jak dostosowuje się do "stada", jak błądzi po omacku szukając ... siebie, tak bardzo chcę pomóc, przecież sama miałam naście lat i popełniałam te same błędy, ale na razie jestem DOROSŁYM, a więc tym po drugiej stronie.

Nie chcę rozwijać tego tematu, wierzę, że to minie, mam nadzieję, że bez "ofiar w ludziach" przebrniemy przez okres nastoletniego buntu i zgodnie ze wspaniałą maksymą, którą lubię sobie czasem przypomnieć - kiedyś będę się z tego śmiać.  Na szczęście mam przy boku bardzo mądrego człowieka, który potrafi zauważyć, kiedy docieram do granicy wytrzymałości psychicznej i ordynuje mi lekarstwo, które zawsze działa - wywozi mnie z miasta i gdzieś w pięknych okolicznościach przyrody faszeruje świeżym powietrzem i relaksem.
W czwartek ogłosił, że mam wolny piątek i że mam być gotowa do wyjazdu o dziesiątej rano, tradycyjnie już obowiązkowo w wygodnych butach. No to byłam. Nawet przed dziesiątą, bo chociaż miałam ambitne plany pospać dłużej niż normalnie, to zapomniałam uprzedzić o moich planach kościelnego. A ten, skądinąd uroczy i przemiły człowiek zastąpił wyłączony wieczorem budzik i wbił mi się w sen dramatycznie głośnym i nieznośnie długim dzwonieniem na poranną mszę... 

No i pojechaliśmy. Tym razem na południe, bo celem była Zawoja a konkretnie Babiogórski Park Narodowy. A jeszcze konkretniej schronisko na polanie Markowe Szczawiny, położonej na stoku Babiej Góry na wysokości 1180 m n.p.m. 

 zaczyna się bardzo łagodnie 

 
 "lans na ściance"

w pewnym momencie drogę przebiegł nam jelonek...




w połowie drogi ...


 widać cel...

 grzyb jak dwie dłonie ... tegoroczny!

towarzyszka podróży ...

Cóż można robić po zejściu ze szczytu? Oczywiście zadbać, by w zmęczone mięśnie nie wdały się zakwasy a przy okazji wzmocnić efekt rozluźnienia uzyskany po spacerze. Dlatego następnym punktem programu była Białka. Dwie godziny spędzone w tamtejszym kompleksie saun były cudownym zakończeniem tego dnia. 
A jak się po takim zestawie wysiłkowo-relaksacyjnym śpi! Dziś nawet kościelne dzwony nie miały szans ze snem. 

Wagary są cudowne! 
Zwłaszcza, gdy po nich są jeszcze dwa wolne dni.

sobota, 6 czerwca 2015

Tango Mortale ...

Są utwory, które wbijają w ziemię.
Słyszysz gdzieś przypadkiem, zatrzymujesz się z zaciekawieniem, a potem... potem już trwasz w zasłuchaniu. Toniesz w nim, znikasz, znika świat na zewnątrz, piękny przecież świat... ciepły, słoneczny.
A ty jesteś wewnątrz tej magicznej kuli utworzonej przez muzykę i tekst.

"zapach i pamięć to jedno ..."

To nie jest muzyka na sobotnie przedpołudnie, ale trafiła do mnie właśnie kilka chwil temu.
I zostanie. 

Piotr Woźniak. Posłuchajcie wieczorem.


https://www.youtube.com/watch?v=-bBdYV-MbgY

sobota, 30 maja 2015

Nowy domownik ...

Tak się nomen omen poukładało, że przez cały maj nie miałam czasu na blogowanie. Nic na to nie poradzę, że w pojedynku real-wirtual wygrywa ten pierwszy. Ale to chyba normalne. Życie jest ważniejsze niż opisywanie życia, dlatego niestety częstotliwość moich pojawień jest odwrotnie proporcjonalna do mojej aktywności w świecie rzeczywistym. Żeby jednak blog rzęsą nie zarastał oraz oczywiście, tradycyjnie "ku pamięci" to przynajmniej jeden wpis w miesiącu chciałabym popełnić, więc rzutem na taśmę, u schyłku maja witam Was wciąż tutaj zaglądających. Niewielu, ale nie ilość wszak a jakość się liczy.
Oczywiście wpis ten nie pojawia się li tylko dlatego, by statystyce blogowej stało się zadość. Tak bez powodu, to chyba by mi się nie chciało pisać, a podejrzewam, że i weny by nie starczyło, bo co na siłę, to wiadomo ... bez sensu. No dobra, przejdźmy do rzeczy bo coś mi się ten wstęp niepotrzebnie rozłazi :))))

Pomysł narodził się spontanicznie. O dziwo, nikt nie protestował, nikt się nie wahał, nikt nie wytoczył argumentów na nie. Dyskusja trwała kilka chwil, kolejnych kilka zajęło wyszukanie najważniejszych informacji w internecie, troszkę dłużej zajęła podróż do sklepu. Nawet jeśli był cień wątpliwości, czy aby na pewno ... zniknął, gdy tylko spojrzeliśmy na nią po raz pierwszy "na żywo".  I do domu wróciliśmy już z nią. Przyznam, że chociaż miał to być prezent dla dzieci z okazji Dnia Dziecka, to wychodząc ze sklepu zoologicznego z klatką, poidełkiem, jedzeniem, siankiem i przede wszystkim z NIĄ sama cieszyłam się jak dziecko.

Panie, Panowie, przedstawiam Wam Nesti, naszą nową przyjaciółkę, przytulankę, śliczną królisię karzełka.

zwierzątko swobodnie mieści się w dłoniach 13-latki
 
Malutka skradła nasze serca od pierwszej chwili, nawet Luna, dość niechętna innym zwierzętom z zaciekawieniem spogląda na nowego domownika.  Zdjęcia nie oddają jej urody. Królisia ma cudowne oczy, jedno błękitne, drugie brązowe z niebieską plamką i śmieszny, płaski pyszczek, który nadaje jej wygląd zadumanego nad tajemnicą istnienia filozofa (choć jeden złośliwiec powiedział, że płaski pyszczek to efekt solidnego zderzenia ze ścianą), a futerko tak miękkie, że nie można się powstrzymać od tulenia i głaskania. Mam nadzieję, że kolejne sesje zdjęciowe, zwłaszcza te ogródku pozwolą mi pokazać Wam całe piękno naszej nowej pupilki. Trudno ją sfotografować, bo ucieka z kadru, więc wszystkie zdjęcia wyszły mi oczywiście nieostre, ledwie dwa udało się wybrać.

prawe oczko brązowe z maleńką niebieską plamką

zapomnieliśmy kupić miseczkę na pokarm, w tej roli nie używana maselniczka ... królik swobodnie się w niej mieści :)


Na zakończenie, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym...

Dziś jest sobota, dwadzieścia lat temu był wtorek. Kilka minut przed północą na świecie pojawił się nowy człowiek. Nie za duży, nie za ciężki. Zwinnie, sprawnie i nie przysparzając mi zbyt wielkiego bólu. Mój Synio malutki i taki wówczas bezbronny. Teraz mój Synio, jest wyższy ode mnie, silny, opiekuńczy, troskliwy i ciepły, po prostu fajny facet. Mam wrażenie, że ledwie wczoraj skakał z kanapy na podłogę a ja podkładałam kołdry, koce i poduszki, żeby sobie nie obił małego ciałka. Dziś skacze salta i inne "fikołki", których aż boję się oglądać, bo też rwałabym się do podkładania poduszek.Kiedyś to ja wybierałam książeczki, które miałam czytać mu przed snem, zabawki i ubranka. Dziś mój Chłopczyk poleca mi filmy, które warto obejrzeć i próbuje mnie nakierować, na kogo mam głosować... Czas... to niewiarygodne, jak pędzi.

Kubasku! 100 lat! Niech Ci się spełniają marzenia! 


środa, 29 kwietnia 2015

starsza pani na linie ...




W sobotnie popołudnie usłyszałam 
- w środę nie idziesz do pracy!

Powiedziane tonem nie znoszącym sprzeciwu nie pozostawiało miejsca na dyskusje. Ale umówmy się ... wolny dzień w środku tygodnia ... no kto by nie chciał?

Dziś rano padło tylko jedno pytanie. 
- Masz wygodne buty? 
- No mam ...
- No to bądź gotowa o dziesiątej.

No to byłam.

Oprócz wygodnych butów zabrałam też kurtkę, bo choć słońce świeciło cudownie, to termometr pokazał ledwie 12 stopni . Podobno taka właśnie pogoda została specjalnie zamówiona.

Punkt dziesiąta  siedziałam w samochodzie. Niewiele ponad godzinę później byliśmy na miejscu.

A tam okazało się, że Małż oprócz cudownego wyjazdu za miasto, kilku godzin bez pracy, stresów, myślenia o obowiązkach, dzieciach, pracy itp. zafundował mi (zupełnie bezwiednie) podróż do przeszłości. Nie miał pojęcia, że ten urodzinowy wyjazd do Ogrodzieńca będzie dla mnie także powrotem do przeszłości. Bo całkiem przypadkiem zawiózł mnie do miejsca, które zwiedzałam jako nastolatka podczas jednego ze szkolnych obozów wędrownych. Wróciły wspomnienia wakacyjnej wędrówki z plecakiem Szlakiem Orlich Gniazd... aż trudno uwierzyć, że to było ponad trzydzieści lat temu. 

Ruiny zamku w Ogrodzieńcu...








a potem spacer do Grodu na Górze Birów...




W drodze powrotnej, za namową drogowskazu pozwoliliśmy sobie zboczyć nieco w prawo. Pustynia Błędowska. Tak blisko Krakowa a wstyd przyznać, nigdy tam nie byliśmy. Niestety, terenu strzegą tabliczki "uwaga niewybuchy". 

 
Nie zaryzykowaliśmy wejścia za ogrodzenie, chociaż ślady kół i butów świadczyły, że byli tacy, których zakaz nie powstrzymał. Za to tuż obok, jakby na pocieszenie było to...

no to my jak te dzieci ....



i tak swoje czterdzieste siódme urodziny spędziłam zjeżdżając na linie



Zdegustowanych nadmiarem mojej osoby na zdjęciach przepraszam. Mam świadomość, że jest ich dzisiaj wyjątkowo dużo, choć marne, bo z telefonu ( nie jakość się liczy, ale atmosfera... i wspomnienia...  ) ale "dziś są moje urodziny" i jakoś tak mam nastrój, by sobie siebie na bliżej nieokreślone potem zachować. 

Dobrej nocy...