niedziela, 11 sierpnia 2013

Zachcianka spełniona po dwakroć ...

Rzadko miewam kulinarne zachcianki. Nawet w czasie ciąży ich nie miewałam. Dlatego sama byłam zaskoczona tym, jak natrętnie o NICH myślałam. Iskra zatliła się, gdy zawieźliśmy dzieci do moich Rodziców. Z pomiędzy "jak dawno Was nie było?", "co słychać?", jak tam droga?", " jak oni wyrośli !!", które zwykle padają zaraz po otwarciu drzwi samochodu moje ucho wyłapało jedno "upiekę Wam drożdżowe bułeczki". Moje dzieci, do których babcia skierowała te cztery słowa pewnie ich nawet nie usłyszały, za to w mojej  głowie od razu uruchomił się pokaz slajdów. Sobotnie przedpołudnie, zagniatanie drożdżowego ciasta w wielkiej misce, pieczenie porcjami po sześć sztuk w prodiżu, zapach, który wypełniał cały dom, niecierpliwe wyczekiwanie, aż pierwsza porcja przestygnie (nie jedz gorących, bo dostaniesz skrętu kiszek!) i wreszcie moment, gdy można było zasiąść z puszystą, polukrowaną bułą w jednej i kubkiem mleka w drugiej ręce. Jeden ze smaków dzieciństwa, zapachów, które zapadają w nas głęboko i wracają, gdy myślimy o Domu.

Wiedziałam, że nie spróbuję tych obiecanych bułeczek, bo wpadliśmy jak zwykle tylko na jedną noc i w niedzielne popołudnie wracaliśmy bezdzietnie do Krakowa. Nadszedł poniedziałek a ja cały czas myślałam o tych bułeczkach  i tak bardzo zazdrościłam moim dzieciom, że będą mogły uczestniczyć w tym cudownym rytuale... rozczyn z drożdży i mleka, zagniatanie (obowiązkowo ręcznie), formowanie zgrabnych kulek i wreszcie pieczenie... Żadna, nawet najbardziej "domowa" cukiernia nie odtworzy tego smaku.

Na szczęście bułeczkowe natręctwo przytłumił natłok obowiązków i zajęć domowych (gdy nie ma dzieci w domu, to nie jesteśmy niegrzeczni, ale wymyślamy sobie "mały remoncik"). I może całkiem by mi przeszło, gdyby nie radio. Przypadek? Chichot losu? No bo jak często się zdarza, że wybrzmiewa kolejna melodia a spiker zamiast czyściutko wejść w kolejny tekst-przerywnik między piosenkami przeprasza, że przeżuwa na antenie, ale właśnie dostał ciepłe jagodzianki i nie mógł się powstrzymać? A ja już nie tylko słyszę, jak on mlaska z zachwytem pochłaniając ostatni kęs, ja czuję ich zapach, widzę ten puszysty środek, te jagody wypływające, ten lukier bialutki i kruchy. I jak nigdy w życiu zazdroszczę temu gościowi tak bardzo, że tę całą zazdrość wyrzucam z siebie na głos.

Ależ bym zjadła taką jagodziankę!!!!!

Pierwsza myśl, zadzwonić do Mamy i zapytać, czy by nie zechciała... zanim byśmy dojechali czekałaby cieplutka porcja ... ale nie miałam sumienia. I tak przez ostatnie dwa tygodnie karmiła i dopieszczała naszą dwójkę. Przecież nie będę świrować z powodu jakiejś bułki,  zatrzymamy się po drodze w Maku, to sobie kupię ciastko. Nie prowadziłam, więc trochę podsypiałam, jak to w drodze, którą się zna niemal na pamięć, do przerwy na "popas" i tankowanie mieliśmy jeszcze przynajmniej półtorej godziny. Dlatego zdziwiłam się, gdy mój Małż zamiast przejechać przepisową pięćdziesiątką przez kolejne miasteczko skręcił w lewo i zaparkował na małym ryneczku. Nie zdążyłam nawet odpiąć pasów, gdy jego już nie było w aucie. Wrócił po kilku minutach z białym zawiniątkiem i tajemniczym uśmiechem...

- Na jagodzianki już za późno, ale w cukierni mieli jeszcze ciasto drożdżowe na wagę, miałem niecałe cztery złote, więc jest tylko taki kawałek... podobno pieczony na miejscu, domowy przepis.

"Taki kawałek" był sporą porcją pysznego, puszystego ciasta z prawdziwymi jagodami, które swoim smakiem zaskoczyło mnie tak samo jak mój Małż swoim gestem... Oczywiście pochłonęłam placek zanim zdążyliśmy wrócić na trasę. Oczywiście podzieliłam się z moim rycerzem. Oczywiście podział nie był sprawiedliwy ;))))

Jeśli myślicie, że to koniec jagodziankowej historii, to niestety nie mam dla Was dobrych wieści. Ciasto z domowej cukierni w małym miasteczku tylko zaostrzyło mój apetyt na "prawdziwą" domową drożdżówkę. I wiedziałam już, że jeśli jej sobie sama nie upiekę, to nikt tego dla mnie nie zrobi. I chociaż w kuchni najlepiej wychodzi mi zmywanie, to w sobotę zaraz po pierwszej kawie rozczyniłam drożdże w ciepłym mleku, przesiałam mąkę, dodałam wszystkie składniki i wyrobiłam (obowiązkowo ręcznie) ciasto. 


 Odczekałam aż urosło, uformowałam, nadziałam...




 i upiekłam.



I może to nie było mistrzostwo świata. Na pewno nie było.  Bułeczki bardziej przypominały granaty przeciwpiechotne niż pulchniutkie poduszeczki ... i nie były polukrowane, bo znowu zapomniałam, że mi się skończył cukier puder... i trochę się spiekły i były uroczo niefotogeniczne, ale były PYSZNE!!! 

Od razu zjadłam trzy, jeszcze gorące, popiłam zimnym mlekiem, bo nigdy nie wierzyłam w ten "skręt kiszek". Do wieczora dotrwały trzy. W niedzielę rano nie było już żadnej...



Skorzystałam z tego przepisu, z oczywistą modyfikacją dotyczącą nadzienia i jednym omsknięciem rzutującym, jak się domyślam, na jakość (niestety sypnęłam za dużo mąki, stąd to podobieństwo do granatów bojowych ).




W lodówce mam jeszcze pół kostki drożdży i słoik jagód ... nie zamierzam czekać do weekendu.

18 komentarzy:

  1. O Boże, jak ja kocham takie bułeczki, to smak mojego dzieciństwa. Moja sąsiadka je robiła ... pamiętam jak stygły na łóżku, a my dzieciaki, czekalismy obok łóżka ... no bo też ten skręt kiszek :-) Teraz jadłam takie na Mazurach. Niebo w gebie. Strasznie bym chciała się takich nauczyć. To jak smak domu :-)
    Och, dzięki za tego posta :-)
    Uściski i dobrego tygodnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kim byśmy byli bez wspomnień z dzieciństwa... Uściski Iwonko.

      Usuń
  2. Gratuluję zapału ! Sama chętnie wrąbałabym takie gorące zapite zimnym mlekiem.
    Kusisz kobieto :-)
    Uściski

    OdpowiedzUsuń
  3. P.S. Wczoraj u mamy pojadłam drożdżowych rogalików z jabłkiem prosto z pieca i przywiozłam jeszcze kilka do domu. Mam wielkie serce i podzieliłam się ze swoją "hałastrą" co mi okupuje dół domu :-)
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drożdżowe rogaliki?! Mmmmmmm. I kto tu kusi? Buziaki dla całej gromadki.

      Usuń
  4. Jagodzianki robiła moja babcia, zapach mi przypomniałaś, który wtedy otulał cały baciny dom..a my wnuki zaglądaliśmy i doczekać się nie mogliśmy.
    Dzięki za wywołanie tak miłych wspomnień.
    Smacznego!!!
    Chociaż pewnie nie ma już do czego:):):)
    Pozdrowienia ślę z mojej krainy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, czy moje dzieci zachowają jakiś zapach czy smak naszej kuchni jako TO jedno, najpiękniejsze i najważniejsze wspomnienie dzieciństwa. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Życzę i im, i Tobie tego..bo to coś co zostaje na zawsze i wraca jako miłe , ciepłe wspomnienie:):

      Usuń
  5. pal licho skręt kiszek....gorące bułeczki i zimne mleko.mmmmmmmmmmmm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może ten skręt kiszek to jakaś ściema, która prześladuje kolejne pokolenia wielbicieli ciepłych bułek popijanych zimnym mlekiem? Przydałoby się podrzucić temat "Pogromcom mitów".

      Usuń
    2. zwyczajnie nasze babcie wiedziały ,ze takie są najpyszniejsze....i nie nadążyłyby piec...stąd ten "zabombon"

      Usuń
    3. He, he, he...spryciule z tych naszych babć :)))

      Usuń
  6. Choć jestem dość mizerną piekarenką, to swe zakalce zawsze wypiekam w prodiżu. Moim zdaniem żaden piekarnik mu nie dorówna. Ech... drożdżowe babeczki - one są poza zasięgiem moich pseudo-zdolności ciastowych, więc tym bardziej podziwiam Twoje buły nie lukrowane, z jagodami w środku, których zapach i smak sprawia, że chce się je natentychmiast zeżreć mimo gorąca i domniemanego skrętu kiszek. :) I wiesz co? Możesz być z siebie podwójnie dumna, bo choć jak sama piszesz dałaś za dużo mąki, to upiekłaś pyszne bułki i stworzyłaś nie mniej pyszny post. :) Uścisków moc Miro Miła!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To samo o prodiżu mówi moja Mama i wciąż w nim właśnie piecze swoje bułki. Tym samym od -dziestu lat. Niesamowite, prawda?
      A co do jagodzianek... skoro ja upiekłam, to każdy może, zwłaszcza Ty, Kobieto wielu talentów. Ściskam!

      Usuń
  7. Mireczko, piękny opis, uwielbiam Ciebie czytać :)
    Ale wiesz, miałam wrażenie, że "pastwisz" się nade mną... Takiego mi smaka narobiłaś na pyszne, pachnące, jeszcze ciepłe zwykłe bułeczki z zimnym mleczkiem...
    Tak niewiele do szczęścia potrzeba... :)
    Serdeczności moc przesyłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alu, jak to możliwe, że tak długo u Ciebie nie byłam? Twój blog mi zniknął z bocznego paska, zupełnie straciłam Cię z oczu. A widzę, że dzieje się tyle. Dobrego :))) Cieszę się bardzo. Buziaki!

      Usuń
  8. Już po 23, a mi teraz przez Twoje bułeczki ślinka cieknie... ;-)

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz jest dla mnie wyróżnieniem...