sobota, 13 czerwca 2015

Znowu wagary ...

 Miłość, to nie pluszowy miś ani kwiaty
to też nie diabeł rogaty
ani miłość kiedy jedno płacze
a drugie po nim skacze

Miłość, to żaden film w żadnym kinie
ani róże, ani całusy małe, duże
Ale miłość, kiedy jedno spada w dół
drugie ciągnie je ku górze

(happysad "Zanim pójdę")


Czuję, że spadam w dół.  Chociaż bardzo się staram, by nie było tego po mnie widać, to jestem już wykończona pracą. Fizycznie może nie aż tak, bo węgla nie przewalam ani pustaków nie dźwigam, ale jeśli chodzi o samopoczucie psychiczne, to jadę na oparach.
To nie pracoholizm, nie jestem uzależniona od pracy, nie jest moim spełnieniem i celem mojego życia. To raczej głupie poczucie obowiązku, przeświadczenie, że nikt nie zrobi czegoś tak jak ja, że muszę sama, sama, sama. Stałam się niewolnikiem spraw, które tylko ja mogę załatwić. Jest ich coraz więcej a doba wciąż ma tylko 24 godziny. Za mało na normalne funkcjonowanie, za mało na marzenia... To frustruje, zwłaszcza gdy dochodzą problemy w domu. 
Bycie matką nastolatki to zawsze było wyzwanie. Mam wrażenie, że w obecnych czasach jest to szczególnie trudne. Odwieczny konflikt pokoleń ... zawsze istniał, zawsze było owo "bo wy młodzi..." " ja w twoim wieku". Teraz to jest prawdziwa przepaść. Dzieli nas wszystko, łączy na razie jedno - burza hormonów. Nie jest dobrze, że dopadła nas w tym samym czasie. Mam świadomość, co i dlaczego dzieje się z nastolatką, mam podstawy mieć nadzieję, że to w końcu minie, ale mam coraz mniej siły, żeby to spokojnie znosić na co dzień. Bo bywa różnie. Naście lat, to czas, gdy autorytetem jest grupa, kiedyś, gdy żyliśmy w świecie "analogowym" ta grupa ograniczała się do tych, których spotykaliśmy w szkole, czy na podwórku. Teraz grupa może być nieograniczona, dziecko funkcjonuje nie tylko w świecie rzeczywistych znajomych, ale też, a może przede wszystkim w świecie wirtualnym. Niedostosowanie się do grupy rodzi odrzucenie, jeśli osoba jest słaba psychicznie (a rzadko który nastolatek ma tyle sił, by umieć się przeciwstawić) brnie w najgorszą głupotę, by tylko być jednym z grupy. Rodzic, nauczyciel, jakikolwiek inny dorosły może żonglować najmądrzejszymi i najbardziej logicznymi argumentami, ale nastolatek jest na nie głuchy z powodu jednej tylko, ale jakże ważnej wady tych argumentów - wychodzą z ust DOROSŁEGO. Kocham swoje dziecko i boli mnie patrzenie, jak brnie w różne destrukcyjne znajomości, jak dostosowuje się do "stada", jak błądzi po omacku szukając ... siebie, tak bardzo chcę pomóc, przecież sama miałam naście lat i popełniałam te same błędy, ale na razie jestem DOROSŁYM, a więc tym po drugiej stronie.

Nie chcę rozwijać tego tematu, wierzę, że to minie, mam nadzieję, że bez "ofiar w ludziach" przebrniemy przez okres nastoletniego buntu i zgodnie ze wspaniałą maksymą, którą lubię sobie czasem przypomnieć - kiedyś będę się z tego śmiać.  Na szczęście mam przy boku bardzo mądrego człowieka, który potrafi zauważyć, kiedy docieram do granicy wytrzymałości psychicznej i ordynuje mi lekarstwo, które zawsze działa - wywozi mnie z miasta i gdzieś w pięknych okolicznościach przyrody faszeruje świeżym powietrzem i relaksem.
W czwartek ogłosił, że mam wolny piątek i że mam być gotowa do wyjazdu o dziesiątej rano, tradycyjnie już obowiązkowo w wygodnych butach. No to byłam. Nawet przed dziesiątą, bo chociaż miałam ambitne plany pospać dłużej niż normalnie, to zapomniałam uprzedzić o moich planach kościelnego. A ten, skądinąd uroczy i przemiły człowiek zastąpił wyłączony wieczorem budzik i wbił mi się w sen dramatycznie głośnym i nieznośnie długim dzwonieniem na poranną mszę... 

No i pojechaliśmy. Tym razem na południe, bo celem była Zawoja a konkretnie Babiogórski Park Narodowy. A jeszcze konkretniej schronisko na polanie Markowe Szczawiny, położonej na stoku Babiej Góry na wysokości 1180 m n.p.m. 

 zaczyna się bardzo łagodnie 

 
 "lans na ściance"

w pewnym momencie drogę przebiegł nam jelonek...




w połowie drogi ...


 widać cel...

 grzyb jak dwie dłonie ... tegoroczny!

towarzyszka podróży ...

Cóż można robić po zejściu ze szczytu? Oczywiście zadbać, by w zmęczone mięśnie nie wdały się zakwasy a przy okazji wzmocnić efekt rozluźnienia uzyskany po spacerze. Dlatego następnym punktem programu była Białka. Dwie godziny spędzone w tamtejszym kompleksie saun były cudownym zakończeniem tego dnia. 
A jak się po takim zestawie wysiłkowo-relaksacyjnym śpi! Dziś nawet kościelne dzwony nie miały szans ze snem. 

Wagary są cudowne! 
Zwłaszcza, gdy po nich są jeszcze dwa wolne dni.

sobota, 6 czerwca 2015

Tango Mortale ...

Są utwory, które wbijają w ziemię.
Słyszysz gdzieś przypadkiem, zatrzymujesz się z zaciekawieniem, a potem... potem już trwasz w zasłuchaniu. Toniesz w nim, znikasz, znika świat na zewnątrz, piękny przecież świat... ciepły, słoneczny.
A ty jesteś wewnątrz tej magicznej kuli utworzonej przez muzykę i tekst.

"zapach i pamięć to jedno ..."

To nie jest muzyka na sobotnie przedpołudnie, ale trafiła do mnie właśnie kilka chwil temu.
I zostanie. 

Piotr Woźniak. Posłuchajcie wieczorem.


https://www.youtube.com/watch?v=-bBdYV-MbgY

sobota, 30 maja 2015

Nowy domownik ...

Tak się nomen omen poukładało, że przez cały maj nie miałam czasu na blogowanie. Nic na to nie poradzę, że w pojedynku real-wirtual wygrywa ten pierwszy. Ale to chyba normalne. Życie jest ważniejsze niż opisywanie życia, dlatego niestety częstotliwość moich pojawień jest odwrotnie proporcjonalna do mojej aktywności w świecie rzeczywistym. Żeby jednak blog rzęsą nie zarastał oraz oczywiście, tradycyjnie "ku pamięci" to przynajmniej jeden wpis w miesiącu chciałabym popełnić, więc rzutem na taśmę, u schyłku maja witam Was wciąż tutaj zaglądających. Niewielu, ale nie ilość wszak a jakość się liczy.
Oczywiście wpis ten nie pojawia się li tylko dlatego, by statystyce blogowej stało się zadość. Tak bez powodu, to chyba by mi się nie chciało pisać, a podejrzewam, że i weny by nie starczyło, bo co na siłę, to wiadomo ... bez sensu. No dobra, przejdźmy do rzeczy bo coś mi się ten wstęp niepotrzebnie rozłazi :))))

Pomysł narodził się spontanicznie. O dziwo, nikt nie protestował, nikt się nie wahał, nikt nie wytoczył argumentów na nie. Dyskusja trwała kilka chwil, kolejnych kilka zajęło wyszukanie najważniejszych informacji w internecie, troszkę dłużej zajęła podróż do sklepu. Nawet jeśli był cień wątpliwości, czy aby na pewno ... zniknął, gdy tylko spojrzeliśmy na nią po raz pierwszy "na żywo".  I do domu wróciliśmy już z nią. Przyznam, że chociaż miał to być prezent dla dzieci z okazji Dnia Dziecka, to wychodząc ze sklepu zoologicznego z klatką, poidełkiem, jedzeniem, siankiem i przede wszystkim z NIĄ sama cieszyłam się jak dziecko.

Panie, Panowie, przedstawiam Wam Nesti, naszą nową przyjaciółkę, przytulankę, śliczną królisię karzełka.

zwierzątko swobodnie mieści się w dłoniach 13-latki
 
Malutka skradła nasze serca od pierwszej chwili, nawet Luna, dość niechętna innym zwierzętom z zaciekawieniem spogląda na nowego domownika.  Zdjęcia nie oddają jej urody. Królisia ma cudowne oczy, jedno błękitne, drugie brązowe z niebieską plamką i śmieszny, płaski pyszczek, który nadaje jej wygląd zadumanego nad tajemnicą istnienia filozofa (choć jeden złośliwiec powiedział, że płaski pyszczek to efekt solidnego zderzenia ze ścianą), a futerko tak miękkie, że nie można się powstrzymać od tulenia i głaskania. Mam nadzieję, że kolejne sesje zdjęciowe, zwłaszcza te ogródku pozwolą mi pokazać Wam całe piękno naszej nowej pupilki. Trudno ją sfotografować, bo ucieka z kadru, więc wszystkie zdjęcia wyszły mi oczywiście nieostre, ledwie dwa udało się wybrać.

prawe oczko brązowe z maleńką niebieską plamką

zapomnieliśmy kupić miseczkę na pokarm, w tej roli nie używana maselniczka ... królik swobodnie się w niej mieści :)


Na zakończenie, nie mogę nie wspomnieć o jeszcze jednym...

Dziś jest sobota, dwadzieścia lat temu był wtorek. Kilka minut przed północą na świecie pojawił się nowy człowiek. Nie za duży, nie za ciężki. Zwinnie, sprawnie i nie przysparzając mi zbyt wielkiego bólu. Mój Synio malutki i taki wówczas bezbronny. Teraz mój Synio, jest wyższy ode mnie, silny, opiekuńczy, troskliwy i ciepły, po prostu fajny facet. Mam wrażenie, że ledwie wczoraj skakał z kanapy na podłogę a ja podkładałam kołdry, koce i poduszki, żeby sobie nie obił małego ciałka. Dziś skacze salta i inne "fikołki", których aż boję się oglądać, bo też rwałabym się do podkładania poduszek.Kiedyś to ja wybierałam książeczki, które miałam czytać mu przed snem, zabawki i ubranka. Dziś mój Chłopczyk poleca mi filmy, które warto obejrzeć i próbuje mnie nakierować, na kogo mam głosować... Czas... to niewiarygodne, jak pędzi.

Kubasku! 100 lat! Niech Ci się spełniają marzenia! 


środa, 29 kwietnia 2015

starsza pani na linie ...




W sobotnie popołudnie usłyszałam 
- w środę nie idziesz do pracy!

Powiedziane tonem nie znoszącym sprzeciwu nie pozostawiało miejsca na dyskusje. Ale umówmy się ... wolny dzień w środku tygodnia ... no kto by nie chciał?

Dziś rano padło tylko jedno pytanie. 
- Masz wygodne buty? 
- No mam ...
- No to bądź gotowa o dziesiątej.

No to byłam.

Oprócz wygodnych butów zabrałam też kurtkę, bo choć słońce świeciło cudownie, to termometr pokazał ledwie 12 stopni . Podobno taka właśnie pogoda została specjalnie zamówiona.

Punkt dziesiąta  siedziałam w samochodzie. Niewiele ponad godzinę później byliśmy na miejscu.

A tam okazało się, że Małż oprócz cudownego wyjazdu za miasto, kilku godzin bez pracy, stresów, myślenia o obowiązkach, dzieciach, pracy itp. zafundował mi (zupełnie bezwiednie) podróż do przeszłości. Nie miał pojęcia, że ten urodzinowy wyjazd do Ogrodzieńca będzie dla mnie także powrotem do przeszłości. Bo całkiem przypadkiem zawiózł mnie do miejsca, które zwiedzałam jako nastolatka podczas jednego ze szkolnych obozów wędrownych. Wróciły wspomnienia wakacyjnej wędrówki z plecakiem Szlakiem Orlich Gniazd... aż trudno uwierzyć, że to było ponad trzydzieści lat temu. 

Ruiny zamku w Ogrodzieńcu...








a potem spacer do Grodu na Górze Birów...




W drodze powrotnej, za namową drogowskazu pozwoliliśmy sobie zboczyć nieco w prawo. Pustynia Błędowska. Tak blisko Krakowa a wstyd przyznać, nigdy tam nie byliśmy. Niestety, terenu strzegą tabliczki "uwaga niewybuchy". 

 
Nie zaryzykowaliśmy wejścia za ogrodzenie, chociaż ślady kół i butów świadczyły, że byli tacy, których zakaz nie powstrzymał. Za to tuż obok, jakby na pocieszenie było to...

no to my jak te dzieci ....



i tak swoje czterdzieste siódme urodziny spędziłam zjeżdżając na linie



Zdegustowanych nadmiarem mojej osoby na zdjęciach przepraszam. Mam świadomość, że jest ich dzisiaj wyjątkowo dużo, choć marne, bo z telefonu ( nie jakość się liczy, ale atmosfera... i wspomnienia...  ) ale "dziś są moje urodziny" i jakoś tak mam nastrój, by sobie siebie na bliżej nieokreślone potem zachować. 

Dobrej nocy...

sobota, 18 kwietnia 2015

Inwazja chińskich znaczków ...

 Ten post miał być o czymś zupełnie innym.   

Gdy wczoraj bardzo późnym wieczorem zasiadłam do laptopa chciałam Wam opowiedzieć, jak cudnie zakończył mi się tydzień. Zasiadłam z głową pełną myśli i słów układających się w entuzjastyczną opowieść o wydarzeniu, z którego kilkanaście minut wcześniej wróciłam. O koncercie Piotra Bukartyka (Małgosiu, jeszcze raz bardzo dziękuję). Koncercie niesamowicie energetycznym, bo i ten człowiek taki jest. Koncercie czasami lirycznym, jak teksty Jego piosenek, koncercie pełnym humoru, jak to, co mówił pomiędzy piosenkami. Choć pora była już późna, to endorfiny, jakimi naładowałam się przez dwie godziny trwania koncertu tak we mnie krążyły, że nie było mowy o pójściu spać, musiałam "ulać" ich nieco przez klawiaturę na karty bloga. Niestety, gdy tylko wpisałam w wyszukiwarkę swój adres układając już w głowie pierwsze zdania nowego posta powitała mnie "niespodzianka". Zamiast strony głównej mojego bloga - znajomego okna z zieloną okiennicą i białych liter układających się z nazwę Poukładany Świat zobaczyłam dziwny niebieski odcisk psiej łapy i całą masę chińskich znaczków ułożonych na podobieństwo strony startowej naszego starego wujka Googla. W pierwszym odruchu oczywiście zamknęłam stronę i znowu otworzyłam swoją. Trzy sekundy i znowu chińskie znaczki. Kolejna próba i znowu moja strona widoczna tylko przez trzy sekundy. No przyznam Wam, że zamarłam. Na informatyce znam się tak samo jak na fizyce kwantowej i budowie silników samochodowych. Nie wgłębiam się z tajniki komputerowych wnętrzności. Używam komputera jak większość z Was, więc podobnie jak przy awarii samochodu, czy pralki gdy komputer szwankuje to wzywam fachowca. Mój "fachowiec" od komputerów już prawie drzemał na kanapie, ale na hasło "ktoś mi zhakował blog" zerwał się rześki i gotowy do walki z niewidzialnym wrogiem. Wybebeszył blog, wywrócił na lewą stronę i szukał. Nie miał łatwo, bo sam nie bloguje, nie używa więc Bloggera na co dzień i niestety błądził po omacku. A ja stałam gryząc palce i rozważając najczarniejszy scenariusz, czyli totalne i nieodwracalne uziemienie "Poukładanego Świata". I oczywiście cały czas myślałam, dlaczego ja? Jest tyle blogów z ogromną liczbą obserwatorów, blogów z kilkoma, czy kilkunastoma tysiącami odwiedzin dziennie. Po co komu taki malutki, niszowy, znany garstce ludzi blog, blogunio, blożątko? Przecież to nielogiczne i ekonomicznie nieopłacalne. Sprawdziłam losowo kilka znajomych blogów, wszystkie działały normalnie, a u mnie inwazja chińskich znaczków...
A fachowiec szukał, klikał w każdy element strony i znowu szukał ... bez skutku. I już mieliśmy odpuścić i powrócić do walki rano, kiedy Małż wrzucił zapytanie do wyszukiwarki. I okazało się, że nie tylko mój blog przekierowywał do chińskiej przeglądarki. Byli też inni blogerzy z takim samym problemem i na szczęście w sieci był już ratunek. I tu dziewczyny rada dla wszystkich Was, które "ozdabiacie" swoje blogi gadżetami spoza Bloggera. Okazało się bowiem, że wirus czy inne cholerstwo, które przekierowywało wpisujących adres mojego bloga prosto do chińskiej przeglądarki siedział w  ... liczniku odwiedzin!!!  Licznik ściągnęłam sobie zaraz na początku mojej przygody z blogowaniem, podobnie jak tapetę, czy znaczek dekorujący tekst o komentarzach. I przez pięć lat wszystko było OK  - aż do wczoraj. Bo wczoraj właśnie do strony z licznikiem ktoś podpiął to dziadostwo. Oczywiście natychmiast usunęłam licznik, po pięciu latach blogowania nie liczenie gości i nie statystyki są dla mnie ważne. Czy czyta mnie jedna osoba, czy pięć, czy pięćdziesiąt piszę, bo taką mam potrzebę. I będę pisała tak samo nie wiedząc ile mam odwiedzin. Najważniejsze, że znowu mam gdzie pisać i że mój blog nadal żyje.

Dziewczyny! Jeśli macie na stronie jakieś linki ściągnięte skądś, usuńcie je od razu. Nie ważne że do tej pory wszystko było fajnie. A tak swoją drogą, to nawet nie przypuszczałam, że świadomośc całkowitej utraty bloga i odcięcia od Was będzie dla mnie takim stresem. Serce mi waliło, ręce się trzęsły... masakra jakaś! Nikomu nie życzę, dlatego uważajcie Kochane na swoje miejsca w sieci, ustawiajcie sobie mocne hasła,  instalujcie porządne antywirusy i nie sciągajcie niczego z niepewnych źródeł (ależ jestem teraz mądra  ;) .

I tylko moje ego troszkę ucierpiało, że to jednak nie o mnie hakerom chodziło ...

No nie...żartowałam... całe szczęście, że nie o mnie i niech tak pozostanie.


niedziela, 12 kwietnia 2015

Weekend prawie idealny czyli radośc z DIY

Takie weekendy lubię. Niespieszne, lekko leniwe, choć niekoniecznie przepuszczone przez palce. Takie, kiedy robię tylko to co chcę. Zajęcia niekonieczne, spotkania niewymuszone. Wykorzystując cudowną, niemal letnią pogodę ogarnęłam lekko "nie ogród" (Bestyjeczko, wybacz, ale ukradnę Ci to określenie, bo idealnie oddaje istotę tego spłachetka ziemi, jaki mamy za domem ). Kupiłam cudowne miniaturowe bratki i ustawiłam je na zaokiennych parapetach. Wysiałam nawóz, jak co roku naiwnie wierząc, że usunie z naszego marnego trawnika wszechobecny, ekspansywny mech, uporządkowałam resztki drzewa, którego nie spaliliśmy w kominku. Nie wiem jak Was, ale mnie niesamowicie relaksuje takie wydawałoby się bezmyślne przekładanie kawałków drewna, układanie w równy stosik...   Był czas na upieczenie szarlotki i na przeczytanie najnowszego numeru Werandy Country. Było cudowne, spontaniczne spotkanie z sąsiadami przy remiku, winie i pogaduszkach trwających długo w noc. Nie wiem, czy kiedykolwiek Wam o tym pisałam, ale naszym spotkaniom przy kartach, które kultywujemy już od kilku lat zawsze towarzyszy duży zeszyt, do którego za każdym razem coś wpisujemy. Zawsze jest to jakieś zadanie. Raz jest to wiersz, raz rysunek, kiedyś zagraliśmy w "gdyby-to by"  i wkleiliśmy kartki z zabawy do zeszytu (pamiętacie taka zabawę z dzieciństwa?), w Sylwestra 2014 bawiliśmy się  w przewidywanie przyszłości i każdy z nas odpowiadał na pytania dotyczące tego, co może się wydarzyć na koniec 2015. Już teraz, gdy wracamy do starych wpisów to mamy niezły ubaw, ale zeszyt zapełniamy tak naprawdę z myślą o dużo bardziej odległej przyszłości. Czytany z jakieś 10-15 lat będzie prawdziwą pamiątką sąsiedzkich spotkań.

Z ostatniego weekendu pozostanie mi jeszcze jedna pamiątka - nowy pojemnik na czasopisma. Jeszcze wczoraj rano stał sobie na naszym osiedlowym śmietniku, dziś, gdyby miał pierś prężyłby ją dumnie stojąc "na salonach".

Sama nie mogę uwierzyć, że to zdjęcie zrobione jest w piękne, lśniące słońcem popołudnie. A tu co? ciemności egipskie, których w rzeczywistości wcale nie było. Ot talent fotograficzny ;)))

Zwykła skrzynka po owocach wpadła mi w oko, gdy rano wynosiłam śmieci. Porządna, z drewnianych deszczułek, żaden paździoch ze sklejki. Do tego czyściutka, prawie nówka. Nie powiem, w pierwszym odruchu pomyślałam, że szkoda ją tam zostawić, ale wyrzuciłam swoje śmieci i odeszłam. W połowie drogi do domu pomyślałam, OK, wrócę po nią wieczorem (niby stała obok kontenera, ale jakiś irracjonalny wstyd podsunął mi myśl, że głupio tak zabierać coś ze śmietnika w biały dzień). Zanim jednak doszłam do domu już miałam pomysł na wykorzystanie tej skrzynki, a że kilka domów dalej mamy sąsiada, który regularnie obchodzi okolicę i  zbiera wszystko, co nadaje się do spalenia to stwierdziłam, że do wieczora ta "moja" skrzynka zniknie (patrzcie jak szybko pojawiło się poczucie własności ;) ...). No i co zrobiłam? Oczywiście zawróciłam i przytargałam skrzynkę do domu .
A potem to już poszło migiem. Najpierw ostre mycie. Potem szlifowanie, żeby każda deseczka była gładka jak pupcia niemowlaka. Jedna bejca (czarna porzeczka), druga bejca (brąz jatoba), przecieranie, przecieranie, farba szara, farba brązowa, przecieranie, przecieranie, przecieranie, bitum, lakier, przykręcenie kółek i voila!!! Satysfakcja ze zrobienia czegoś własnymi łapkami, radość z uratowania czegoś przed zniszczeniem, cudowny relaks i wyciszenie przy szlifowaniu i malowaniu. Taki tam malutki sukcesik.

 
 
 
A dlaczego weekend był idealny prawie?  Bo już się kończy. :((((

niedziela, 8 marca 2015

Czekoladowo z nutką wanilii ...

Najdłuższy remont świata prawie zakończony. Pył i kurz przestał wreszcie opadać na meble, okna umyte (choć jak słońce dzisiaj przyświeciło, to widać, że trzeba zrobić to jeszcze raz), podłogi, a zwłaszcza fugi miedzy płytkami doczyszczone, meble poustawiane. Ściany wciąż są gołe, nie ma karniszy, kontaktów i włączników, ale można już normalnie mieszkać, nie potykając się o bałagan i nie roznosząc gipsu na butach. Na dopieszczanie i dekorowanie dajemy sobie czas. Tak mnie cieszą te czekoladowe ściany, że nad każdą dziurą pod obrazek zastanawiam się godzinami, a nawet dniami całymi. Dlatego ogromny zegar, który w piątek upolowałam w Jysku czeka pod ścianą aż mu wymyślę najlepsze miejsce.
Wciąż też rozmyślam, w jaki sposób ubrać okna. Stare, ciężkie czarne karnisze wylądowały w garażu i raczej do salonu nie wrócą. Zastąpi je prawdopodobnie stalowa linka rozciągnięta na całej długości ściany, na której będą wisieć cienkie, wiotkie zasłonki, nie tyle zasłaniające, bo nie chcę całkiem zasłaniać okien, ile dające jaśniejszy akcent na ścianie. Nie jest to jednak ostateczny pomysł, dlatego póki co okna są gołe. 
Coś tam jednak mogę pokazać nie czekając na efekt końcowy. Ot, kilka migawek z naszego salonu w wymarzonym przeze mnie, wyczekanym czekoladowym kolorze.

Panie i Panowie, oto w stu procentach "moje", nic a nic nie "skandynawskie" ;), ciemne do niemożliwości wnętrze. Zapraszam.

  Wbrew obawom domowych sceptyków ciemny kolor wszystkich czterech ścian nie zmniejszył optycznie przestrzeni. Salon jest na tyle duży i jasny (południowa strona), że nie bałam się "efektu ciemnej nory" i  jak lwica broniłam swojej wizji. 

Długo rozmyślaliśmy też o meblach. Ikeowska, sosnowa seria bejcowana na ciemny brąz mogła "zniknąć" na tle ciemnych ścian. Był pomysł, żeby wymienić meble na nowe, jednak te, które nam się podobały - z litego drewna w kolorze złamanej bieli z cudnymi przecierkami miały cenę z kosmosu (a raczej z kredytu). Inne, tańsze, chociaż niebrzydkie niemal w całości zrobione były z "paździerza". Dlatego stanęło na tym, że stare meble zostaną, kto wie, może w przyszłości odważę się je lekko rozbielić. Farby kredowe kuszą ...


 

Nie mogę się doczekać, kiedy za oknem, zamiast łysych gałęzi będzie znowu ściana zieleni.

 Kupiona zeszłego lata w Czaczu "Maryjka" wreszcie stoi na swoim miejscu ...

 

Kanapę skręciliśmy wczoraj wieczorem. Stary "ludwiczek" w kolorze brudnego łososia poszedł do ludzi. Do dzisiaj nie mogę pojąć, co mnie zaćmiło, że wybrałam tamtą kanapę, kompletnie nie była w moim stylu, do tego była niewygodna, zwłaszcza dla przedtelewizorowych śpiochów. Po latach wróciliśmy więc do wygodnego Ektorpa, idealnego do wieczornego, rodzinnego polegiwania. Kiedyś, w pierwszej wersji salonu mieliśmy dwie kanapy-dwójki, tym razem zdecydowaliśmy się na kanapę z leżanką w jednym. Marzyło mi się obicie w granatowo-brązową kratkę. Niestety zdecydowany sprzeciw pozostałych domowników spowodował, że wybraliśmy jasne obicie. Nie jest to na pewno praktyczny wybór, ale a na szczęście pokrowce Ektorpów są zdejmowane i nadają się do prania, więc najwyżej jak będzie trzeba, to będziemy latać do pralni. 

Na pustej ścianie obok kanapy pojawią się półki na książki. Mam nadzieję, że jeszcze tej wiosny uda mi się je zrobić.  No i stolik kawowy, idealny przy poprzedniej kanapie z tą nową jakoś nie zagrał. Coś czuję, że będzie zmieniony na niższy i raczej kwadratowy...




 Trzecim kolorem, po brązie i ecru jest gołębi (że nie powiem brudny) błękit. Oczywiście największą plamę tego koloru stanowi bryła kominka, jednak pojawia się on jeszcze w kilku miejscach - na opasce "Dziewczyny z perłą", która od kilku lat czekała aż wyjmę ją z paskudnej ramy i powieszę właśnie w tym miejscu, na płaszczu Świętego ze stojącej na kominku ikony, czy na decou-drobiazgach porozstawianych po całym pokoju. Na pewno trafi tu również najnowszy szydełkowy pled, którego powoli, ale konsekwentnie przybywa. Z czasem przybędzie więcej roślin, więcej tkanin, może dywan ... z czasem. 
Na razie cieszę się, że wreszcie jest tak, jak jest.

Miłego tygodnia!


niedziela, 22 lutego 2015

To nawet jeszcze nie połowa ...

Nie minęła nawet połowa czasu, w jakim nasza ekipa remontowa obiecała się zmieścić a ja już widzę niedalekie światełko końcowej stacji. Tyle się naczekałam, najpierw na decyzję o tym, żeby przestać gadać a zacząć robić, potem, żeby przestać się oszukiwać, że sami damy radę i oddać remont w ręce fachowców, że teraz, gdy jeszcze więcej nie widać niż widać widzieć więcej i cieszyć się tym jak dziecko.  Po trzech dniach kucia, gładzenia, skrobania mamy wreszcie wymalowany salon. I choć to nadal puste cztery ściany i kurz na kominku i kilka rzeczy do zrobienia, to jednak jest to już mój wymarzony czekoladowobrązowy salon. Kolor jest idealny. Trochę dzięki temu, że chyba po raz pierwszy nie wybierałam go pochopnie. Przez dwa miesiące, każdego dnia przy dziennym świetle i każdego wieczora przy zapalonych lampach patrzyłam na pomalowane pięcioma wybranymi próbkami miejsca na ścianach. Każdego, kto w tym czasie wpadał do nas zmuszałam do odpowiedzi na jakże ważne pytanie - jak myślisz, który będzie najlepszy? Wybrałam w końcu ten jeden, nie bez obaw jednak, jak będzie wyglądał nie na plamie niewielkiej a na całej powierzchni ściany. Kiedy jednak w piątkowe popołudnie zobaczyłam wszystkie cztery ściany już nieodwracalnie czekoladowe odetchnęłam. To był TEN kolor. Wbrew obawom salon nie zmniejszył się, nie zamienił w ponurą jaskinię, przeciwnie, nabrał cudownego klimatu i nawet taki pusty, bez mebli, bez tkanin, bez miliona pierdółek, którymi go obstawię już jest taki ciepły, przytulny i taki ... mój po prostu.
Teraz przed nami kolejne dylematy ... meble - przemalować stare, czy szarpnąć się na nowe, co powiesić w oknach, zasłony, firanki - wieszać, nie wieszać, jak wieszać... jak ozdobić ściany ... wbicie każdego gwoździa w świeżo pomalowaną ścianę rozważa się godzinami... uwielbiam mieć takie "problemy" :))) 

A panowie fachowcy od jutra wkraczają do kuchni i przedpokoju. Znowu będzie się kurzyło i znowu będzie bałagan i hałas, ale co tam! Remont trwa i to jest cudowne. Trzymajcie tylko kciuki, bo niestety kolor, jaki wybrałam do tych pomieszczeń (o jakże oryginalnej nazwie "ogon iguany"), przepiękny na opakowaniu, maźnięty na kawałeczku ściany okazał się za ciemny i dziwnie metaliczny. Patrząc na próbnik koloru w sklepie byłam nim tak zachwycona, że nie pomyślałam o alternatywie dlatego niestety jutro po pracy czeka mnie szaleńczy tour po sklepach w poszukiwaniu idealnego odcienia zieleni. Na szczęście mam w pobliżu aż trzy centra budowlane, więc jestem dobrej myśli. Zieleń, której szukam musi być ciemna ... oliwkowa, może butelkowa, w żadnym wypadku "wiosenna", "radosna" , itp. , bo w przeciwieństwie do wszechobecnej skandynawskiej bieli, albo wiosennej inwazji pasteli u mnie w domu musi być ciemno.

Kiedy już zetrę ostatnią warstwę białego, poremontowego kurzu, kiedy umyję okna, ustawię meble, powieszę firanki i obrazki, kiedy już z remontowego chaosu wydobędę DOM pokażę Wam go na zdjęciach.

Póki co w domu nie ma co fotografować, więc posyłam Wam zdjęcie które zrobiłam zeszłej niedzieli. Kilkanaście minut niespiesznym spacerkiem od domu mam takie urokliwe zakątki.  
 


Niby wciąż luty a pogoda już prawdziwie wiosenna. I niech już tak zostanie ...


P.S .
Post ten powstał z wielkiej, nieopanowanej potrzeby podzielenia się ze "światem"  (mam pełną świadomość, że średnio albo nawet zerowo zainteresowanym) moją radością, że słowo chociaż odrobinkę, ale jednak stało się ciałem. Kto choć raz przeżywał mękę remontu, ten, mam wielka nadzieję zrozumie i wybaczy mi ten wpis.

niedziela, 8 lutego 2015

Książki niekonieczne i świecznik niedzielny ...



 Po mroźnej, ale pełnej słońca sobocie niedzielny poranek objawił nam za oknami krajobraz jakby w całości wyjęty ze stron powieści Camilli Lackberg. Nie bez powodu właśnie do tej autorki nawiązałam. Nie bez powodu a nawet z premedytacją pewną, bo chcę Wam powiedzieć o książce, którą z czystym sumieniem i bez wahania możecie ... ominąć w księgarni czy bibliotece. Tak, tak, nie przewidziało Wam się. Dzisiaj nie będę zachęcać. Przeciwnie.


 Książka "Zamieć śnieżna i woń migdałów" skusiła mnie nie tylko promocyjną ceną, ale właśnie nazwiskiem autorki, stawianej przez wydawców, recenzentów i czytelników na równi ze Stiegiem Larssonem, czy Henningiem Mankellem.  Nie tak dawno przeczytałam "Księżniczkę z lodu" tej samej autorki i chociaż nie zaryzykowałabym porównania do poziomu opowieści o komisarzu Wallanderze, to jednak nie żałowałam tych kilkunastu wieczorów spędzonych w towarzystwie bohaterów tego kryminału. Porządne czytadło na zimowe długie wieczory, czy na wakacyjne leniuchowanie pod gruszą. Niestety "Zamieć śnieżna ..." zawiodła moje i tak niewygórowane oczekiwania. Pomysł wydawał się niegłupi - członkowie rodziny bogatego przedsiębiorcy zjeżdżają do niewielkiego pensjonatu na wyspie, by tam spędzić święta. Razem z wnuczką seniora rodu przyjeżdża jej narzeczony, policjant, który już pierwszego dnia musi wyjść z roli gościa i zająć się rozwikłaniem przyczyny i odnalezieniem sprawcy nagłej śmierci jednego z członków rodziny. Zdany jest tylko na siebie, bo z powodu śnieżycy wyspa zostaje zupełnie pozbawiona kontaktu z lądem. Historia zamkniętej grupy ludzi, wśród której znajdują się ofiara (ofiary) i morderca to nic nowego. Od razu narzuciło mi się porównanie do "Dziesięciu małych Murzynków" Agaty Christie. Też wyspa odcięta od świata, też tajemnicze zgony. Niestety, tyle tylko wspólnego mają obie te historie a młodej szwedzkiej pisarce daleko do Mistrzyni Kryminału. Z każdą stroną (krótkiej na szczęście) powieści Camilli Lackberg przybywa bezsensownych, niczego nie wnoszących dialogów, absurdalnych tropów i wyjaśnień, dodatkowych wątków wprowadzonych "od czapy", ani nie wnoszących niczego do samej akcji, ani nie umotywowanych jakoś sensownie. Postaci ledwo muśnięte, przedstawione powierzchownie, nijakie. A zakończenie ... dla mnie mistrzostwo absurdu i niepotrzebnego przekombinowania. Oczywiście przeczytałam do końca, bo książka niedługa, straciłam na nią ledwie trzy wieczory, łudząc się, że może jednak, gdzieś bliżej końca sens powróci... Nie powrócił :))). W pierwszej chwili pomyślałam, że to może pierwsza książka autorki, jakaś wprawka młodzieńcza, wyciągnięta przez wydawcę z szuflady jej biurka i wydana szybko na fali popularności poprzednich powieści. Ale nie. Skąd więc taka "skucha"? Wypadek przy pracy, skutek pośpiechu, gonienia terminów. Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że po jej przeczytaniu raczej już nie sięgnę po kolejne książki Camilli Lackberg. I powtórzę, za koleżanką z pracy, której pożyczyłam tę książkę zaraz po kupieniu "niech już ona dalej pisze dla dzieci..." 

Oczywiście jesli ktoś ma inne zdanie na temat tej książki, to chętnie posłucham. Może naprowadzicie mnie na tropy, które przegapiłam, może zbyt pochopnie wydałam werdykt...

Żeby było zabawniej, kolejna z kupionych na empikowo-matrasowych promocjach książek okazała się jeszcze większą chałą. Nawet pisać mi się o niej nie chce. "Pracownia naprawiania życia" Valerie Tong Cuong, ponoć bestseller 2013 roku we Francji, wbrew temu, co napisano na okładce nie jest absolutnie "powieścią niosąca nadzieję, naprawiającą życie", nie jest też "oryginalna, mądra ani tajemnicza". Jest głupia i szkoda na nią zarówno czasu, jak i pieniędzy.
Na szczęście nie wszystkie moje ostatnie wybory okazały się pomyłką, jest szansa, że kolejny książkowy post będę pisała by znowu zachęcać do poczytania. 

Skoro nie mogłam się dziś pochwalić ciekawą lekturą a moje włóczkowe kwadraty, są na razie jedynie stosem wielobarwnych elementów i wciąż czekają na ostateczną wizję pokażę Wam coś innego. Świeczniki! 

 

Zeszłej wiosny kupiłam je na giełdzie staroci pod Halą Grzegórzecką od jakiegoś żula, który sprawiał wrażenie mocno "wczorajszego". Chciał dwadzieścia złotych za jeden. Od razu bym brała, ale miejsce zobowiązuje, trzeba się było chociaż troszkę potargować - zaproponowałam trzy dyszki za dwa. Sprzedawca był nieustępliwy a jego argument powalił mnie na kolana:
- Szefowo, ja za jeden dałem czterdzieści...
- No to widzę, że robi pan interes życia, odpowiedziałam podając "królowi sprzedaży chodnikowej" cztery dziesiątki... 
No rozczulają mnie do łez takie rozmowy. Jestem pewna, że świeczniki znalazł na jakiejś wystawce, albo przy sprzątaniu jakiejś piwnicy, bo zalatywały delikatnie stęchlizną, ale co tam, był w nich potencjał. Swoje jednak musiały odleżeć, nabrać mocy urzędowej. Wyjęłam je jesienią, oskrobałam z resztek brązowej farby i ... znowu odłożyłam do pudła na kilka miesięcy. Do dzisiaj, bo wreszcie przy niedzieli spłynęła na mnie wena. Wyciągnęłam białą farbę, gąbkę i wtarłam w surowe drewno tę biel. Delikatnie, niedużo, tak, żeby tylko rozjaśnić, ale żeby pozostawić widoczne słoje.

 

 Nie jest to jeszcze produkt finalny, ale pozostało mi już w zasadzie jedynie lakierowanie, więc wizualnie niewiele się zmieni. Chociaż ściana,na której docelowo zawisną nadal czeka na malowanie (wciąż zamiast spokojnego, czekoladowego brązu jest gipsowe szaleństwo na starym budyniowym tle), to miejsce nad stołem jest już wybrane. Nie mogłam się powstrzymać, żeby chociaż nie przyłożyć na chwilkę...


Przy wieczornych posiadówkach będzie nam towarzyszyć lampa wisząca nad stołem, ale świece migocące na tle ciemnej ściany na pewno dodadzą kącikowi jadalnianemu magicznego uroku. Mam nadzieje, że już niedługo, bo wreszcie przestaliśmy się łudzić, że sami ten remont doprowadzimy do końca i podjęliśmy decyzję - oddajemy nasz salon w ręce fachowców. W tym tygodniu szukamy ekipy, która zechce dokończyć, to, co rozgrzebaliśmy i może z końcem lutego (góra w marcu) przestaniemy mieszkać na placu budowy. Trzymajcie kciuki!


sobota, 7 lutego 2015

Piątunio ...

Kocham ten czas! Wiem, wiem, już to mówiłam. Jestem mało oryginalna i do znudzenia powtarzalna. Mam świadomość, że nie ja jedna wyczekuję piątkowego popołudnia, by wyskoczyć na tych kilka popołudniowych i wieczornych godzin ze sztywnego gorsetu obowiązków, terminów, spraw do załatwienia, rozmów do wykonania, pism do napisania i wreszcie odetchnąć. Zatrzymać się, zapomnieć o słowach "muszę" i "trzeba", przełączyć się na niespieszność, zająć czymś niekoniecznym.   

Piątkowy wieczór ... piątunio...

Przebierając się po powrocie do domu w wygodny dres, zamieniając ciężkie buty na ciepłe wełniane skarpety i zwijając włosy w niestaranny kok czuję, że wchodzę w tryb weekendowy. Zmywam makijaż ... niepotrzebny już dzisiaj element "przebrania" dla świata. Włączam radio ... dziś listę przebojów prowadzi Marek Niedźwiecki... cudowny, kojący głos... otwieram wino ... Czuję jak stres i zmęczenie spływają z moich barków, napięte mięśnie rozluźniają się. Nic nie muszę a tyle mogę  ... przeczesać internet, poszukać  przepisu na foccaccię ... jutro zrobię na kolację, zajrzeć na Wasze blogi, wybrać film na jutrzejszy wieczór, wyciągnąć z kosza włóczkę i zrobić kolejny kwadrat ...

Bo znowu dopadła mnie kwadracikowa epidemia. Tym razem padło na zwykłe, proste kwadraty " z iksem". A chciałam tylko sprawdzić, czy rzeczywiście tak szybko się je robi. I wpadłam. W zeszłą sobotę zrobiłam kilkanaście. Dziś mam trzy razy tyle. Jeszcze nie wiem po co je robię, już wiem, że jeszcze dwa-trzy kolory muszę dodać. Będzie taki "pstrak" w moich kolorach - oliwkowy, brązowy, szary, zgaszony turkus... Zszywanie mnie zapewne dobije, ale na razie o tym nie myślę, na razie robię kolejne elementy. 





I chociaż jest już po północy, to jeszcze nie pozwalam nadejść sobocie. Dopóki nie zasnę trwa piątek... piątunio. Trwaj chwilo, trwaj, jesteś taka piękna ...

 Zostawiam Was w tym nastroju z kolejnym utworem z najnowszej płyty Voo Voo "Dobry wieczór" . 
"Gdybym" ... taki prosty tekst, a taki wielki.

https://www.youtube.com/watch?v=aJL8_72XWik

Jakież to magiczne! Niech ta magia towarzyszy Wam w dzisiejszych snach.
Dobrej nocy moi mili...