No to mam! Przecudnej urody torbę w zgaszonym różu, z cudowną kwiatuszkową podszewką, ozdobioną szarą włóczkową kryzą, do tego broszkę w tych samych kolorkach i szal przecudnie ażurowy acz ciepły. Olu! Bardzo Ci dziękuję. A Wam dziewczyny powiem, że jeśli kiedykolwiek oglądając zdjęcia toreb Oli zastanawiałyście się, kupić-nie kupić, to ja wam mówię - bierzcie! Na żywo są one dużo ładniejsze niż na fotkach. Do tego starannie uszyte i wykończone. Moja ma nawet "prawdziwą" metkę! Ale i bez metki od razu widać, że to Jej dzieło, bo Ola ma już rozpoznawalny styl.Kiedy tak stałam sobie przed lustrem obwiązana szalikiem z broszką wpiętą w dresik i torbą na ramieniu do domu wpadła moja Córcia. Najpierw zrobiła wielkie oczy, potem krzyknęła Ooooooo! a potem przysiadła na schodach i po chwili milczenia wyparowała...
- a to dla kogo będzie?
- dla mnie oczywiście - odpowiedziałam tej, która miała nie tak dawno wyłączność na kolor różowy
Nie nalegała, ale popatrzywszy na mnie spod lekko zmrużonych powiek (tak robi zawsze, jak nad czymś intensywnie główkuje) wypaliła:
- ale jak się w to już nie zmieścisz, to będzie wtedy moje???
Pomijam, że logicznie rzecz biorąc, kwestia ewentualnego nie-zmieszczenia się w szalik nie ma prawa nastąpić nigdy, to ponieważ zdanie to padło już jakiś czas temu przy okazji przymierzania jakiejś bluzki poczułam coś więcej niż delikatny dyskomfort. No bo nie mogła zapytać na przykład "jak już ci się znudzi", albo " jak już będę duża"? Niby to samo, ale jakoś milej dla ucha. Ciąg przyczynowo-skutkowy skojarzeń, jakie wywołało to niewinne (zapewne !) pytanie doprowadził mnie jednak do wniosku, że choć zima to nie jest najlepszy czas na odchudzanie, to trzeba się za siebie zabrać, żeby zawczasu wybić potencjalnej "spadkobierczyni" przedwczesne podebranie co atrakcyjniejszych części garderoby. Trzymajcie kciuki!!
Porzucając na moment przykry temat przybywających niepostrzeżenie kilogramów powrócę do tytułowego plątania nitek i moich szydełkowo-drutowych wytworów. Ponieważ starzy Indianie, górale oraz moja zapobiegliwa sąsiadka zapowiadają nadejście zimy tysiąclecia, to wykorzystując pozostałą z robienia mitenek włóczkę zrobiłam sobie prawdziwą zimową czapkę. SOBIE, chociaż oczywiście pasuje ona również na Olę. :))) Czapka sprytnie może występować w dwóch wersjach - klasycznej i tu dla nadania choć odrobiny oryginalności nudnemu troszeczkę fasonowi dołożyłam broszkę-kwiatek. Po odwinięciu wywinięcia ;))) czapka nabiera wyrazu, staje się wariacją na temat skrzata lub krasnala. Wersja dla odważnych, znaczy nie dla mnie, co potwierdziły lekko ironiczne spojrzenia domowników. Dlatego do zdjęć pozuje Ola.
Ponieważ jak w życiu, tak i w rękoczynach nie lubię monotonii, to oprócz czapki nadziałam na druty kolejne mitenki (tym razem cieniutki moherek w kolorze ecru, którego ogromny motek, mot prawdziwy znalazłam ostatnio na strychu), czapkę dla Oli (identyczną jak moja i KONIECZNIE z kwiatkiem) do fioletowych mitenek i ni to szal, ni to narzutkę całą w warkoczach do mojego zimowego acz bardzo cieniutkiego paltota. Co skończę, to pokażę oczywiście.
A na koniec muzyka, na pozór bez związku z powyższym tekstem, ale jak się bliżej zastanowić ...
Miłego weekendu!

