niedziela, 22 czerwca 2014

No cóż ... i na mnie przyszło ...

To już się powoli staje tradycją, że gdy zbliża się weekend zacieram łapki z radości, że wreszcie odkurzę mój blog, uporządkuję kołaczące się po łepetynie myśli przeróżne i przeleję je w zgrabniutki, długi i obficie okraszony zdjęciami post. Niestety wbrew prawom fizyki im więcej mam czasu, tym mam go mniej, więc ostatnio na planach i zamiarach się wszystko kończy. Tym sposobem mijają tygodnie a mój blog rzęsą zarasta a "super przemyślenia" o świecie i życiu dezaktualizują się albo odlatują gdzieś w niebyt. Niewielka pewnie to strata dla czytającej ten blog "ludzkości", coraz mniej licznej, na co sobie oczywiście sama zapracowałam (chociaż tu by bardziej pasował neologizm "zaleniłam"). Nie mam poczucia misji, nie sądzę też, by moje wynurzenia na tematy aktualne były komukolwiek niezbędne do życia, ale mimo wszystko wciąż jeszcze  lubię ten mój blog i lubię czasem napisać w nim kilka zdań, jeśli nie dla czytelnika mniej lub bardziej anonimowego, to dla siebie samej, choćby "ku pamięci".

Miałam nadzieję, że weekend dłuższy o dwa dni pozwoli mi  jednak przełamać impas. Słowo honoru, miałam nie tylko szczerą chęć ale i bardzo głębokie przekonanie, że tym razem, to już nie ma siły żebym czegoś nie napisała.  Nawet się w głowie ułożył temacik zgrabny, nie zdradzę jaki, bo, kto wie, może jednak go w końcu wykorzystam, ale cóż... W środowy wieczór nie siadłam do pisania, bo "przecież ma jeszcze cztery dni wolnego", zresztą zaraz po pracy dopadła mnie przemożna potrzeba doprowadzenia chałupy do błysku i zamiast buszować po blogosferze latałam na mopie, przeganiałam pająki, zadomowione już bezczelnie w kątach za meblami, pucowałam szyby, lustra i półki, które zazwyczaj omiatałam jedynie wzrokiem a nie ścierką. W poczuciu prawdziwego spełnienia padłam późnym wieczorem na fotel i jedyne, na co miałam jeszcze siły to było obserwowanie jak na mundialu Chile ekspediuje do domu Hiszpanię (lampka chilijskiego wytrawnego wina zupełnie przypadkowo wpasowała się w klimat meczu).

W czwartek odsypiałam codzienne pobudki o świcie a potem przez pół dnia snułam się po domu zdziwiona, że nic nie muszę...

W piątek trochę popracowałam, ale tylko tyle ile chciałam i kiedy chciałam, więc to się nie liczyło jako praca, ale troszkę zniechęciło do komputera.

W sobotę rano stwierdziłam, że starczy już tego odpoczywania i nicnierobienia i marnowania wolnego czasu i ogłosiłam, że jedziemy do Wrocławia. Mój plan obejmował aquapark dla dzieciaków i saunę dla starszaków. Małż szybko omiótł internet i dorzucił wejście na skytower i oglądanie panoramy miasta z 49 pietra najwyższego wrocławskiego wieżowca i ewentualnie gokarty... Było fajnie... wróciliśmy koło północy, padnięci... nie było szans na pisanie.

Dzisiaj ... Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie niedziela to już przedsionek poniedziałku. Nie umiem się nią cieszyć, bo myślę, za często i za dużo o tym, co będzie jutro. I żeby zagłuszyć te myśli szukam zajęć odległych od tego, co kojarzy się z pracą, a więc też z komputerem. Dziś dopadła mnie potrzeba jakiejś zmiany w salonie. Impuls był nagły i tak silny, że musiałam coś zrobić już teraz, zaraz natychmiast. Moi chłopcy wiedzą, że gdy dopada mnie taki "mus", to nie ma co mnie studzić, odradzać, że nie wolno wówczas używać przy mnie słowa "później". Wiedzą, że choćby nie wiem co będę dźwigać, przesuwać, przewieszać i że w takiej sytuacji można mi tylko pomóc albo zejść z drogi. Tym razem pomogli, co więcej mieli własne pomysły i posunęli się dalej niż sama miałam śmiałość się posunąć. W ten sposób zrobiliśmy razem pierwszy, ale dość radykalny krok ku odkładanemu na bliżej niesprecyzowaną przyszłość generalnemu remontowi tej części domu, co nie ukrywam cieszy mnie bardzo, bo salon to wstyd przyznać najmniej spójna, najmniej przytulna i najmniej "moja" część domu i czas już najwyższy, żeby to zmienić. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w te wakacje.

Jutro poniedziałek. Znowu pobudka o piątej, znowu stres i nerwy, jak niemal każdego dnia. Jedno jednak będzie ten dzień różniło od poprzednich. W zasadzie o tym miał być ten wpis i pewnie by był, gdyby powstał w środę. Bo w środę przeżywałam to straszliwie... bo to jak symboliczne przejście do kolejnego etapu, zamknięcie jakiegoś okresu. Wyjątkowo trudno było mi się z tym pogodzić, nie chciałam tego zaakceptować, pewnie dlatego zwlekałam z wizytą u lekarza. Bagatelizowałam objawy. Niestety nie dało się dłużej oszukiwać samej siebie ... 

Od środy moje widzenie z bliska wspomagają one...


Jutro po raz pierwszy zasiądę do pracy mając na nosie okulary do pracy przy komputerze i czytania.




W planach, dość bliskich niestety druga para do widzenia z oddali, do prowadzenia auta ...


Czas robi swoje...

niedziela, 1 czerwca 2014

Gdzieś ...

Opowiem Wam o mieście, w którym bywam najczęściej. Oczywiście nie licząc tego, w którym mieszkam i mojej rodzinnej miejscowości. To miejsce niezwykłe, trudne do jednoznacznego określenia. Ma wiele twarzy, można powiedzieć, że sprawia wrażenie ulepionego z różnych elementów.W zasadzie podczas każdej kolejnej wizyty odkrywam je na nowo, zawsze jest to jakieś zaskoczenie, bo za każdym razem trafiam w inną przestrzeń. Już sam wjazd do miasta jest inny w zależności od strony świata, z której się nadjeżdża. Najładniej jest od strony południowej. Ten wjazd jest najbardziej malowniczy, niemal bajkowy, bo wita nas ogromny, stary park. Wielkie drzewa, mnóstwo krzewów, trawniki okolone klombami. Przez środek parku przepływa rzeka, nad którą zwieszają swoje wiotkie gałęzie wiekowe, powyginane wierzby. Wyjątkowo duży, drewniany most jest jakby bramą wjazdową dla przybyszów. Mimo, że odwiedzałam to miasto wielokrotnie, tylko raz wjeżdżałam przez ten most. Była pełnia wiosny, wszystko niemal eksplodowało zielenią, słońce odbijało się od tafli wody, kolory kwiatów były tak czyste, tak intensywne, jak tylko w maju potrafią być. Dziwne, że nigdy potem do tego parku nie trafiłam, ale nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Wyobrażam sobie, że równie piękny jest jesienią, gdy wierzby płaczą liśćmi ...

Wjazd od północy to zupełnie inne klimaty. Trochę jak z amerykańskiego filmu, krajobrazy z jakiegoś prowincjonalnego miasteczka w Montanie, czy Utah, żółte łany pszenicy, czy innego zboża, może kukurydzy, nie pamiętam, w każdym razie żółte były i ciągnęły się niemal po widnokrąg. A miedzy nimi, to niewiarygodne, ale piaszczysta, nawet nie do końca ubita droga, dopiero przy wlocie do miasta przechodząca w bruk, prawdziwe kocie łby ciągnące się aż do samego rynku. Czy są jeszcze gdzieś, prawdziwe piaszczyste drogi? Nie wiem, wydawałoby się, że nie, ale tam taka droga jest. Nie mam pojęcia jak się po niej jeździ autem, zwłaszcza w deszczowe dni, ja pokonywałam ją pieszo, raz tylko gdy opuszczałam to miasto po jednej z wizyt. To było lato, do tej pory pamiętam jak pszeniczne kłosy falowały poruszane wiatrem. I zapach pamiętam rozgrzanego upałem piachu, z nutką sosnowej woni niesionej od okalających miasto lasów.

Miasto raczej nie jest małe. Jest chyba nawet dość spore. Nie wiem jednak dokładnie jaki obszar zajmuje ani ilu ma mieszkańców. Przedmieścia z wysokimi blokami usytuowanymi niemal na pustynnie bezdrzewnej przestrzeni sprawiają wrażenie, że ludzi jest tu sporo. Czy to osiedla sypialnie zbudowane dla pracowników okolicznych fabryk, których czarne i i dymiące złowrogo kominy widać z zachodniej strony? Nie jestem pewna, nie zapuszczałam się tam zbyt często. Zbyt są smutne, niemal orwellowsko przygnębiające i beznadziejne. Wielkie betonowe ściany i małe okienka, jak czarne kropki na tle betonowej szarości. I ten nisko snujący się ponury smog, nie tyle otulający, co obezwładniający domy paraliżującym uściskiem.

Jakże inna jest  centralna część miasta, wyraźnie widać, że dużo starsza, z niską kamieniczną zabudową, gdzieniegdzie tylko oszpeconą "nowoczesną" architekturą z epoki gierkowskiego PRL-u.  Obok stylowych, dwupiętrowych kamieniczek niskie, betonowe klocki-pawilony. Sprawiają wrażenie upchniętych naprędce, bez specjalnego pomysłu, wsuniętych w wolne przestrzenie na siłę. Szarobure, niedoskonałe łaty na rasowej, kolorowej, choć już dotkniętej patyną przestrzeni starego miasta. W idealnie odrestaurowanych, barwnych kamieniczkach ulokowały się banki, ekskluzywne restauracje, czy galerie (te prawdziwe... sztuki, a nie handlowe), pawilony to głównie sklepy, które też sprawiają wrażenie, jakby zatrzymały się gdzieś w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekspedientki mają tam nakrochmalone czapeczki na głowie i buty nazywane kiedyś zdrowotkami. Asortyment też jakby przeniesiony z tamtych lat. W sklepie tekstylnym są materiały nawinięte na kartonowe "deseczki", a w "1001 drobiazgów" jest tysiąc i jeden, a może i dwa tysiące drobiazgów przeróżnych. Wyobraźcie sobie, że znalazłam też sklep nabiałowy, w którym sprzedawano śmietanę nalewaną taką dziwaczną chochlą-miarką prosto do kanek i słoików przynoszonych przez klientów z domu. Ostatni raz widziałam coś takiego, gdy byłam małą dziewczynką... 

Zabawne, że moim najpiękniejszym wspomnieniem z tego miasta nie jest ani ten park bajkowy, ani panorama miasta oglądana z zamkowego wzgórza (tak, bo jest tam też zamek na wzgórzu), ani inny zabytek. Najpiękniejsze i najbardziej wyraźne wspomnienie stamtąd to ... sklep z używaną odzieżą, szmateks, lumpeks, "dior", czy jak tam jeszcze zwą to miejsce. Nie byle jaki jednak, nie taki, jakie widujemy w naszych miastach i miasteczkach. To był sklep magiczny niemalże. Ogromny, z mnóstwem pomieszczeń usytuowanych na kształt labiryntu, połączonych korytarzami, schodami raz w górę, raz w dół. W każdym pomieszczeniu był inny rodzaj towaru. Nie było to upchnięte byle jak na wieszakach ani skłębione w wielkich koszach. Nie było bezładnego przemieszania bluzek ze spodniami, szalików oplatających sukienki, nie było tego lumpeksowego chaosu. Niemal nieograniczona przestrzeń pozwalała wyeksponować towar w cudownie malarskich kompozycjach, ułożyć w martwe natury kuszące oczy, karmiące zmysły. Każde pomieszczenie stanowiło osobną całość, coś jakby dział, tyle, że w typowym sklepie są banalne podziały na odzież damską, męską, buty, akcesoria itp. Tutaj był na przykład pokój z szyldem "twój pierwszy bal" z sukniami, pantofelkami i biżuterią, albo inny o intrygującej nazwie "kiedy, jeśli nie dziś?" pełen kolorowych, szalonych w formie ubrań, peruk przeróżnych i butów na zwariowanych obcasach. Był pokój pełen starych winylowych płyt i kaset magnetofonowych, inny z regałami pełnymi buteleczek z perfumami o tak oryginalnych zapachach jak "pączki babci Józi", "fiołki z rowu przy cmentarzu", "słomkowy kapelusz zostawiony na łące za stodołą" czy "tatarak ze stawu przy pałacu". Zapamiętałam tylko nazwy tych perfum, które otworzyłam i powąchałam. Rzeczywiście pachniały tak, jak obiecywała etykietka. A było ich tysiące... Podobno spędziłam w tym sklepie kilka dobrych godzin, tak przynajmniej twierdził mój Małż, który czekał na mnie w pobliskiej kawiarni, aż w końcu zniecierpliwiony tym czekaniem i zaniepokojony moją nieobecnością oderwał mnie dzwonkiem telefonu od lady dokładnie w chwili, gdy wybierałam jedną z buteleczek. Dla mnie to było jak chwila, jakbym była poza czasem. I podobnie jak z parkiem bajkowym, czy drogą wśród wzgórz byłam tam tylko raz jeden. Zabawne, ale za każdym razem, gdy powracałam do miasta, pierwszym miejscem, do którego kierowałam swoje kroki był ten sklep. To znaczy miejsce, w którym wydawało mi się, że stał... Miałam wrażenie, że było to niemal w centrum rynku, nie sposób nie trafić, a jednak ... błądziłam wśród wąskich uliczek, zaglądałam nawet w podwórza... Niestety. Nikt z zagadniętych po drodze mieszkańców nie umiał mi wskazać drogi, mało tego większość nie miała pojęcia o czym mówię.

Wczoraj też byłam w tym mieście. Tym razem przyleciałam samolotem. Nawet nie wiedziałam, że jest tu lotnisko, szczerze mówiąc niewiele pamiętam z samego przylotu. Zresztą było ciemno, a ja byłam po kilku lampkach wina. Boję się latać, więc dość szybko staram się "znieczulić". I znowu, jak zwykle pobiegłam do rynku, mijając po drodze maleńki sklep z zegarami, znowu minęłam ratusz bo wciąż mi się wydawało, że to właśnie za nim był ten niesamowity sklep i znowu poczułam smak zawodu, gdy zamiast mojego sklepu zobaczyłam jakieś inne budynki. Czy to możliwe, żeby nie pamiętać drogi?

Co to za miasto spytacie zapewne, jak się nazywa? No cóż... sama chciałbym to wiedzieć. Na razie wiem tylko jedno. To jedyne miejsce, które śni mi się tak często i tak wyraźnie.

Dobranoc.


niedziela, 18 maja 2014

Casanova po przejściach ... czyli mężczyzna, który odczarowywał samotność

Kiedy Małż rzucił wczoraj po południu hasło KINO nie miałam problemów z podjęciem decyzji co tym razem chcę w tym kinie obejrzeć. I absolutnie głucha a raczej ślepa na gwiazdki i recenzje internautów, które mi małżonek przed oczy podstawiał uparłam się, że nic innego mnie w ten deszczowy i zimny wieczór z domu nie wyciągnie. Doświadczenie nauczyło mnie już, że gwiazdki internetowe, tak jak anonimowe komentarze na internetowych forach najczęściej nijak się mają do rzeczywistości i że najlepiej jest, gdy kieruję się własnym "trzecim okiem" ;)) Małż natomiast wybrał kino i okazało się, że oba nasze wybory były strzałem w dziesiątkę. Bo wybraliśmy się do kina, które swoje najlepsze lata ma już za sobą, które omijają amatorzy galeriańskich spacerów przed seansem i obowiązkowego popcornu w zestawie z wiadrem coli, ale które wciąż ma klimat kin sprzed epoki multipleksów, kina, które mimo ogromnej sali ma w sobie coś z kina studyjnego, czyli do "Kijowa". Urok tego miejsca, to nie tylko czar wspomnień z czasów, gdy po bilety stało się w długaśnej kolejce lub zdobywało od koników i czar filmów, które się wówczas oglądało z wypiekami na twarzach, to także urok niespieszności, smakowania czy nawet celebrowania przedsięwzięcia zwanego wyjściem do kina. 
O samym filmie, jak zwykle nie powiem zbyt wiele, z obawy, by subiektywnym opisem nikomu się nie narzucić i by rozpisując się zanadto nie zdradzić z rozpędu jakiegoś szczegółu, który by mógł popsuć innym samodzielne smakowanie historii. Chociaż chyba trudno mówić w tym przypadku o jakiejś historii, jest to raczej historyjka, przypowiastka króciutka, w Nowym Jorku się dziejąca. Gdzieś w bocznej uliczce, z dala od wielkomiejskiego zgiełku stary antykwariusz Murray Schwartz likwiduje swój sklep a w pakowaniu książek pomaga mu jego wieloletni pracownik, przyjaciel  o oryginalnym imieniu Fioravante. Obaj nie tylko zamykają sklep, zamykają także pewien etap w swoim życiu, pozostaną nie tyle bez pracy, co bez sensu, jakim była dla obu. Wprawdzie Fioravante wciąż pracuje dwa dni w tygodniu w kwiaciarni, gdzie układa oryginalne i subtelne bukiety, jednak to za mało, by zarobić na czynsz. A Schwartz, choć potrzebuje pieniędzy na życie, które dzieli z kobietą i jej trójką czy czwórką dzieci mam wrażenie, jeszcze bardziej potrzebuje kontaktu z ludźmi, bo to człowiek, który niemal żywi się rozmową, który mówiąc tworzy rzeczywistość, który mówiąc rozkwita. Z banalnego, zdawałoby się rzuconego mimochodem przez jego lekarkę zdania, że marzy jej się trójkąt miłosny z jej przyjaciółką i jakimś mężczyzną (cudnie brzmiące w ustach Allena "e menaż..") buduje scenariusz, w którym niezbyt młody i nienachalnie przystojny Fioravante, delikatny, spokojny, ze spojrzeniem spłoszonej sarny stałby się ucieleśnieniem macho, idealnym do spełnienia tej zachcianki. A on sam, delikatnie nazywający się menadżerem (bo przecież nie alfonsem) będzie takie spotkania organizował zadowalając się uczciwym procentem od stawki ustalonej za spotkanie. Mimo początkowych oporów Fioravante rozpoczyna swoją karierę i pod pseudonimem odwiedza znudzone żony bogatych mężów by spełniać ich seksualne fantazje (czy aby tylko takie...?). Do czasu, aż przyjaciel poleci go - jako świetnego masażystę Avigal, zniewolonej przez religijne zasady i obyczajowe konwenanse młodej wdowie po rabinie ...

Film ma cudowny klimat, lekko staroświecki, co podkreślają przygaszone kolory wnętrz (sepia!) i delikatnie jazzująca muzyka, której na pewno warto posłuchać także osobno. Woody Allen wciąż gada, John Torturro raczej milczy, Sharon Stone jest wciąż pełna seksownej drapieżności (chociaż w scenie pierwszego spotkania z "żigolakiem" jest uroczo zawstydzona i zdenerwowana). Mimo "wiodącego tematu" nie ma tandetnego epatowania seksem, jest natomiast, choć to w założeniu komedia kilka momentów refleksyjnych i melancholijnych. Jest też kilka "smaczków" dla poszukiwaczy aluzji i nawiązań, nie zdradzę jakich, ale na pewno je wypatrzycie.

"Casanowa po przejściach" to film napisany i wyreżyserowany przez Johna Torturro, jednak jest to film bardzo allenowski. Gdybym nie wiedziała, kto go zrobił byłabym przekonana, że to kolejna opowieść Allena, może troszkę słabsza od "O północy w Paryżu", dla mnie zdecydowanie ciekawsza niż "Zakochani w Rzymie". To chyba nic złego, że uczeń, czy może admirator wzoruje się na swoim Mistrzu, nic złego, że chce opowiadać podobnie, podobne historie. Ja na pewno będę wypatrywała kolejnej.

Spośród dostępnych w YT zwiastunów wybieram dla Was ten, który najdelikatniej odkrywa ten film. Jeśli macie ochotę na nienachalny humor i subtelne wzruszenia, jeśli lubicie klimat starych wnętrz i muzykę jak z lat 40-tych, to planując wyjście do kina spójrzcie łaskawie na ten tytuł.




Poprzedni tydzień upłynął większości z nas pod znakiem deszczu i zimna. Mam nadzieję, że był to tylko chwilowy kaprys wiosny. Niech zwiastunem pięknej pogody będzie tęcza, którą sfotografowałam nad naszym domem godzinę temu. 




Miłego tygodnia!

piątek, 16 maja 2014

Jak za dawnych lat ...


W przeciwieństwie do inżyniera Mamonia nie mam ścisłego umysłu i podobają mi się nie tylko melodie, które już znam. Niekiedy wpada mi w ucho coś takiego, co od razu, od pierwszej nutki mnie w sobie rozkochuje. Czasem porusza mnie melodia, a czasem wystarczy jedna linijka tekstu, która wywołuje jakieś pozytywne skojarzenie, wspomnienie. I wtedy chciałabym tego słuchać jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Nie zawsze jednak jest to możliwe, bywa, że trzeba się troszkę napracować, bo chociaż żyjemy w takich czasach i w takiej rzeczywistości, że kilka kliknięć w klawiaturę komputera, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyczarowuje nam wszystko, czego szukamy to jednak zdarzają się sytuacje, że i net bywa bezradny. Do pewnego czasu, bo przecież dla chcącego ... i gdy się odpowiednio głęboko kopie, to w końcu się człowiek dokopuje.

Tym razem było tak właśnie.  W sobotniej Markomanii usłyszałam tę piosenkę i "wpadłam". Oczywiście od razu wygooglałam we wszystkich możliwych miejscach tytuł, wykonawcę, niestety bez efektu. Ani teledysku ani tekstu, nic! Ale cóż się dziwić, gdy chodzi o piosenkę nigdzie wcześniej nie emitowaną, znaną tylko z nielicznych wykonań koncertowych, piosenkę z płyty, która jest w planach dość odległych zresztą. 

Gdy wujek Yutub zawiódł, zanurkowałam głębiej w odmęty Googla i nawet nie wiecie jak bardzo okrężną drogą wynalazłam wreszcie moją piosenkę. I jak za dawnych, szkolnych czasów odtwarzałam ją sobie raz za razem, spisując cały tekst ze słuchu. I kiedy tak wciskałam sobie play i stop i play i stop przypomniało mi się, jak ponad trzydzieści lat temu robiłam to samo przytykając ucho do mojego magnetofonu marki KAPRAL i przepisując mozolnie piosenki nagrane z radia, z trójki właśnie. I tak sobie zatonęłam przy okazji we wspomnieniach z tamtego okresu, wspomnieniach tamtej muzyki i tamtej mnie. A potem całkiem spontanicznie zajrzałam na LP3 i zagłosowałam na "Trzymaj się wiatru kochana". Teraz nie głosuje się już na kartkach pocztowych, teraz sprawę załatwia kilka kliknięć, ale emocje są podobne. No i wyklikałam jej 40 miejsce w dzisiejszym notowaniu, chyba nieźle jak na debiut :))


Trzymaj się wiatru kochana

"To był dobry dzień, wiatr rozwiał chmury nad lasem
I w powietrzu zamigotał srebrny pył
To był dobry dzień, taki, co zdarza się czasem
kiedy myślisz, że dziś nie starczy ci już sił

Jak wiosenny deszcz, tęcza w powietrzu rozwiana
Pojawiłaś się w środku miasta, w środku dnia
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów

To był dobry dzień, taki co zdarza się wszystkim
Jeden w życiu raz żeby zmienić życia bieg
To był dobry dzień, życie jak drzewo ma listki
Niech zielenią się nim je zetrze pierwszy śnieg

Gdy zawołasz mnie pójdę tam i na kolanach
By odnaleźć to, co zgubiłem dawno już
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów tu

Jak wiosenny deszcz, tęcza w powietrzu rozwiana
Pojawiłaś się w środku miasta, w środku dnia
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów ... "

słowa i muzyka Robert Kasprzycki

Czyż nie piękny tekst? Nie złamię chyba żadnych praw podając Wam link do miejsca, jedynego jak na razie, w którym można tej piosenki posłuchać w całości. 
https://soundcloud.com/agencjamaestrada/trzymaj-sie-wiatru-kochana-330 

A teraz zanurzam się w mój ulubiony piątkowowieczorny rytuał z cotygodniowym zestawem obowiązkowym - Lista Przebojów Trójki, kieliszek czerwonego chilijskiego (albo dwa) i oczywiście Wasze blogi.  

Do zobaczenia u Was!  



P.S. (aktualizacja 17.05 sobota)
Poranek przyniósł niespodziankę (dziękuję Lewkonio). "Trzymaj się wiatru kochana" jest już na YT, udostępniona przez samego autora, więc jeśli chcecie posłuchać odsyłam Was właśnie tam


niedziela, 4 maja 2014

Bo nawet najdłuższy kiedyś się kończy ...

No i minął. Do północy jeszcze kilka chwil, ale już teraz długi majowy weekend A.D. 2014 można wrzucić do szufladki "przeszłość". Chociaż aura nie mogła się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciw nam to jednak odpoczywanie i cudowne nicnierobienie można było uprawiać nie zważając na (nie)pogodę. Taki był mój zamysł - odzyskać dawno nieodczuwaną niespieszność, zapomnieć o słowach "trzeba" i "muszę" i przesnuć się przez te cztery dni bez żadnych planów i patrzenia na zegarek. Chyba mi się udało. Przede wszystkim się wyspałam. W czwartek prawie do dziesiątej. Dla kogoś, kto codziennie wstaje o piątej to podwójna porcja snu. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tyle spać. Potem kawa, długo celebrowana w ogródku. Nogi wystawione do słońca, leniwie kartkowana gazeta, po obu stronach płotu sąsiedzi równie niespiesznie obchodzący Święto Pracy. Południe witamy w szlafrokach, cudowne słońce, ptaki śpiewają jak szalone, żaby z pobliskich stawów wtórują im, choć środek dnia to chyba nie pora na żabie koncerty. Jest cudnie! Obiad? Nie chce nam się spędzać tego dnia przy garnkach. Zjemy na mieście. Bawimy się w turystów. Znajdujemy w internecie restaurację, w której nigdy nie byliśmy, rezerwujemy stolik. Jedziemy na Rynek, tam zawsze się coś dzieje, a nawet jeśli nie, to też jest ciekawie. W tłumie przechodniów migają twarze znane z ekranu, Zbigniew Wodecki, Andrzej Sikorowski ...  Nie wychodząc z roli turysty zaglądamy do galeryjek i sklepów z pamiątkami. W jednym z nich Ola wynajduje maleńką ceramiczną, ręcznie malowaną broszkę. Obok na półce stoi maleńki, szkliwiony kubeczek. Jest uroczo niedoskonały i zupełnie niepraktyczny, ale to mnie właśnie w nim urzeka. Mamy swoje "pamiątki z Krakowa" :)) 

 
 
 
 Spacer kończymy w "Dynia Resto Bar" na Krupniczej. Miła obsługa, smakowite dania a do tego jeszcze bliskie mi klimaty w wystroju wnętrza - ściana z gołej cegły, stolarka okienna w szarych przecierkach, klimatyczny ogródek. Obiad dla czterech osób z deserem (pyszne crummble z malin !!) i kawą nie rujnuje kieszeni. Wracamy na naszą krakowską wieś, mimo późnego popołudnia wciąż skąpaną w słońcu. Sąsiedzi siedzą wciąż w swoim ogrodzie, prognozy na kolejne dni są nieciekawe, więc trzeba wykorzystać to cudowne, niemal letnie ciepełko. Lubię te nasze niezobowiązujące sąsiedzkie pogwarki, bez umawiania, bez przygotowania, ktoś przynosi wino, ktoś przypomina sobie, że ma w zamrażalniku lody... impreza bez imprezy. 

Cztery wolne dni mijają szybko... za szybko, ale dla mnie to niemal jak urlop. Komputer wyłączony,  nie zaglądam do firmy. Nawet, jeśli jest tam jakiś mail z super-mega-pilną-sprawą-do-załatwienia-na-wczoraj to i tak niczego nie zmieni, że przeczytam go w święto. Wybaczcie Klienci, ale my też jesteśmy tylko ludźmi, nie cyborgami albo krasnoludkami i mamy prawo do odpoczynku. W tych dniach całkiem świadomie i zupełnie bez poczucia winy z tego prawa korzystaliśmy. 

Zamiast maili i faktur i pism urzędowych było więc to:

 

Ciepła chusta (moja pierwsza) z 200 g angielskiej mieszanki 40 % wełny i 70 % akrylu powstała tylko dlatego, że natrafiłam na blog Drutoterapia, na którym znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie - jak i od której strony zacząć? Zaczęłam, a potem to już żal było przerywać, tak fajnie i szybko szło. I dobrze, bo chusta bardzo się przydała w sobotnie, okropnie zimne popołudnie. 

 

 i to:
 
Nie, nie zmieniły mi się upodobania kolorystyczne i nie opanowało mnie pasteLOVE szaleństwo, ale chyba tak mi właśnie wczoraj w duszy grało. Wyciągnęłam z kąta stary obrazek zrobiony gdzieś na początku mojej zabawy z dekupażem, odarłam z pierwotnych motywów, zeszlifowałam ile się dało stare tło, dodałam "zepsute" kiedyś drewniane serce i zupełnie bezmyślnie zamieniłam w taki cukierkowy obrazeczek 3D, który całkiem niechcący wpasował się w kolorystykę łazienki dla gości. Nieskromnie powiem, że chociaż to zupełnie nie moje kolory to efekt końcowy bardzo mi się podoba.

Udało mi się wygrzebać z archiwum zdjęcie deski (bo raczej trudno nazwać to obrazkiem) w wersji sprzed metamorfozy ... tak to wyglądało do wczoraj


a tak wygląda dziś w miejscu docelowym...

Tak jak lubię, przedmioty zupełnie nieprzydatne, zajęcia niekonieczne, ale cudownie relaksujące, oczyszczające głowę i kojące nerwy. A w tle niemal przez cały weekend "Trójka" i  Lista Przebojów i Polski Top Wszech Czasów, Markomania i Sjesta. Muzyką więc kończę ten wpis. Chciałam Wam polecić najnowszą piosenkę Perfectu "Wszystko ma swój czas", niestety jest zbyt świeża i nie ma jej jeszcze w sieci (fragmentu można posłuchać na stronie LP3, bo jest już w zestawie do głosowania). Dlatego żegnam się cudownym, lirycznym, idealnym na tę porę "Pod niebem pełnym cudów" Raz Dwa Trzy.


Miłego i spokojnego tygodnia!

piątek, 18 kwietnia 2014

Spokojnych Świąt!






Odpoczywajcie

Wyciszcie się

Wsłuchajcie się w siebie

Zapomnijcie o kłopotach

Pooddychajcie świeżym powietrzem

Spotkajcie się z bliskimi

Uśmiechnijcie się

Spokojnych, zdrowych, rodzinnych świąt!
 

niedziela, 30 marca 2014

Metamorfoza komódki ...

Oj, przysmęciłam wczoraj. Całe szczęście mało kto przeczytał te moje śródnocne wynurzenia. Z założenia na blogu nie miało być tego typu tekstów, nie chce nikogo wciągać w moje smutki i kłopoty. Tutaj miałam się chwalić rękodziełem, opowiadać o książkach i filmach a czasem tak sobie blablać  o duperelkach. I tak będzie, bo na całe szczęście taki prawdziwie głęboki dół nie dopada mnie zbyt często a jak się to już przydarza, to internet jest ostatnią rzeczą do której mam ochotę zaglądać. Wtedy raczej szukam jakiegoś zajęcia, z pozoru bezmyślnego, które zajmuje mi ręce i troszeczkę głowę. Żeby nie myśleć o tym, co uwiera i boli, żeby się zresetować, a czasem, żeby w pocie wysiłku fizycznego "urodzić" niechcący rozwiązanie problemu. 

Komódka, którą dzisiaj chcę pokazać jest efektem takiego "zasypywania dołka". Pierwotna wersja powstała już dawno temu i w zasadzie zaraz po zrobieniu przestała mi się podobać. Mam wrażenie, że zrobiłam ją na siłę, zupełnie bez pomysłu i bez specjalnej potrzeby. Ot, stała sobie taka goła, ja akurat miałam wolną chwilę, więc złapałam pierwszą z brzegu serwetkę i ... machnęłam koszmarek. Motywy z tej serwetki, skądinąd bardzo fajne pojedynczo zupełnie zniknęły zestawione obok siebie na czterech szufladkach. Z bliska jeszcze można się było dopatrzeć sensu, ale z daleka widać było tylko jakiś szarobury chaos. Nie schowałam jej w kąt tylko dlatego, że była mi potrzebna w przedpokoju do przechowywania wisiorków, bransoletek i innej biżuterii, którą lubię zakładać na siebie tuż przed wyjściem. Jako praktyczny mebelek sprawdzała się doskonale, ale jej wygląd gryzł mnie coraz bardziej.
Do zeszłego weekendu. W ciągu jednego popołudnia rower, skuter i samochód zniknęły pod gorącym podmuchem z opalarki a na ich miejscu pojawiły się "moje" motywy. Mam wrażenie, że składowe elementy skomponowały się same, wycinałam i kleiłam je jak w transie. I teraz mam w stu procentach "moją" komódkę.

 
Przestawiając szufladki mogę delikatnie acz zauważalnie zmieniać obrazek.


 

A to wersja "before".  Komódka w miejscu docelowym.


 

Zasłuchana w cudowne "sjestowe" melodie pozdrawiam Was ciepło. Niech to cudowne, niedzielne popołudnie będzie zapowiedzią równie pięknego tygodnia. Nie tylko pod względem aury.  Ściskam Was!

?



Pierwszy raz chyba nie mam pomysłu na tytuł. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe zaćmienie umysłu, zrzucam je na karb późnej pory ... trzeciej lampki wina ... zmęczenia. Może zanim skończę ten post coś mi zaświta, a jeśli nie, to trudno. Czy zawsze musi być tytuł? Brak tytułu też jest pewnego rodzaju tytułem. Bo jak nazwać to, co się ostatnio dzieje? Paradoksalnie niby nie dzieje się nic nowego, nic ciekawego ale to, co jest absorbuje mnie całą. Ciało i umysł. Porwała mnie firmowa rzeczywistość. I niestety nie jest to romantyczny rapt (czy ktokolwiek jeszcze kojarzy to słowo?) zakochanego młodzieńca, zorganizowany za przyzwoleniem porywanej panny, ale brutalne porwanie dla okupu, niestety w moim przypadku z marną szansą na ten okup... Kiepskie perspektywy nie pozwalają na spokojny sen. Budzą mnie koszmary. Wczoraj śniła mi się moja babcia. Widziałam ją taką maleńką, siwiutką...siedziała u lekarza, nie była chora, była po prostu słaba, bardzo zmęczona... rzadko pamiętam tak dokładnie szczegóły snu, ten jednak został we mnie wyraźnym obrazem i dźwiękiem. Zdanie, które babcia powiedział do lekarki ... "wiem, że już nie będę biegać, ale żeby choć jeszcze siłę mieć w garnkach pomieszać, krowę wydoić" ... obudziłam się zlana łzami. A dziś znowu śniło mi się jak płakał mój syn, wielkie szklące się w słońcu łzy na jego policzkach... Czy te sny niosą jakieś znaczenia? Wierzycie w takie znaki? 
Myślicie czasem o końcu? Pewnie niespecjalnie. Większość z Was, to młode, pełne życia dziewczyny. Dopiero zaczynacie. Budujecie domy, macie małe dzieci. Wtedy myśli się o przyszłości w kategorii realizacji planów. Są siły, jest energia, są marzenia do spełnienia. Koniec , śmierć jest abstrakcją, czymś, co dotyczy innych, starszych. Ale przecież ona wpisana jest w nasze życie od dnia narodzin. Nasze baterie wyczerpują się. Zastanawiacie się czasem nad tym, jak to jest? Czy to można wyczuć, czy można się na to przygotować?
Dlaczego właśnie dziś naszły mnie takie myśli? Czy to tylko przez sny z ostatnich nocy? Ostatnio moje myśli wciąż krążą wokół tego tematu. Irracjonalne uczucie, że wszystko, co miało mi się przydarzyć mam już za sobą, że choć wstaję co rano, wykonuję swoje codzienne obowiązki, oddycham, to jest już raczej wegetacja, nie prawdziwe życie. Że częściej myślę o przeszłości, że przestałam marzyć. Kilka dni temu szłam ulicą i jakoś tak uderzyła mnie świadomość, że mam już 46 lat. Nie chodzi o to, że nagle policzyłam to sobie i mnie oświeciło, nie. Uświadomiłam sobie, że do tej pory, w środku wcale tego nie czułam, że myśląc o sobie widziałam kogoś innego. Nie tą kobietę w wieku mocno balzakowskim, z siwymi odrostami, coraz głębszymi zmarszczkami i bolącym kręgosłupem. Tak widziało mnie lustro i mijający mnie ludzie. Nie ja. I nagle, właśnie wtedy na ulicy zobaczyłam te swoje 46 lat, zderzyłam się z nimi niemalże. I przeraziłam się, że przecież to już rzeczywiście bliżej niż dalej, że czas powoli sprzątać swój bałagan, zbierać zabawki ... Mam dziwne przeczucie, że nie pojadę już do Irlandii, że już nie nauczę się grać na pianinie, że już nie zdążę schudnąć tak, by włożyć wymarzone skórzane spodnie. Zostawiałam te wszystkie rzeczy na bliżej nieokreślone "kiedyś".  Tylko czy to "kiedyś" nastapi?





* - ilustracje pochodzą z książki M. Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny" , dawno nie dostałam tak trafionego prezentu. Mam nadzieję, że Wam o niej niedługo napiszę.

sobota, 22 marca 2014

Koniec zabawy ...


pisane w piątek 21.03 bardzo późnym wieczorem...

Ależ to zleciało! Przecież dopiero co były Walentynki i zapraszałam Was do zabawy a tu proszę bardzo, mamy wiosnę i to nie tylko kalendarzową, ale prawdziwą, wyczuwalną każdym zmysłem. Jak ona pachnie! Tego zapachu nie można nie poczuć ... jest tak cudownie świeży, wdycham go wychodząc rano do pracy i od razu mi lepiej, od razu mi się chce chcieć. Wiosna ma w sobie niesamowitą moc, nie sposób opierać się tej radości, nadziei, optymizmowi, jakie niesie ze sobą. Te pączki malutkie na drzewach, te kwiateczki pierwsze niewielkie, to ćwierkanie szalone dochodzące z bezlistnych jeszcze krzaczorów. No magia po prostu! Dziś po pracy wyszłam do ogródka, dwa tygodnie tam nie zaglądałam a tu zamiast rachitycznej pozimowej trawiny łąka stokrotek i fiołków. Stokrotki mam wrażenie jak zastygły w pełnym rozkwicie w listopadzie, tak zahibernowane zostały pod śniegiem i teraz obudziły pełne, białoróżowe. A fiołki? Nie mam pojęcia skąd się wzięły. Nie siałam, nie sadziłam, zerknęłam za płoty sąsiadów... u nich nie ma... skąd więc u mnie nagle. Znikąd! Magia. Wiosna po prostu.

Skoro więc wiosna, to czas zakończyć zabawę "od Walentynek do wiosny". Trochę mi smutno, że nie porwałam do niej zbyt wielu osób. Może nie lubicie zwierzać się publicznie ,a może zaproponowane przeze mnie książki nie wydały Wam się zbyt ciekawe, nie wiem. W każdym razie pod postem z 15 lutego wpisało się tylko osiem osób, tylko siedem podzieliło się ze mną swoją muzyką. Ale nie zamierzam biadolić nad marną frekwencją, bo przecież to tylko zabawa. Dziękuję tym, które miały czas i chęci wrzucić link i dodać kilka słów na temat swoich muzycznych wspomnień. Wymyślając tę zabawę postanowiłam, że "serduchowy pakiecik" trafi do osoby, której muzyka w jakiś sposób poruszy też moje wspomnienia, że może będzie to piosenka, która przywoła jakieś osobiste skojarzenie, może zatarte przez lata, może schowane głęboko.  Może gdyby było ich więcej ... może. Dziś jednak postanowiłam, że zrobię inaczej i wybór tej jednej pozostawię losowi. Ale przecież nie byłabym sobą, gdybym trochę przedtem nie pogadała ;)) No to pogadam...

Pierwsza napisała Irenka (1). Smutny komentarz, bez linku do nutek, ale z dużym ładunkiem emocji. Jej jednej odpisałam od razu. Irenko, jeśli tu jeszcze wracasz... ściskam Cię bardzo mocno.

 Lusi  (2) przypomniała mi "Ostatni" Edyty Bartosiewicz. Niezwykle smutna piosenka ... i taka prawdziwa. Ileż razy chciałam, by ten ostatni taniec trwał w nieskończoność? Ile razy żałowałam, że chwili nie można zatrzymać, albo przynajmniej rozciągnąć w czasie? A teraz to, co wtedy chciałam tak bardzo zatrzymać jest tylko wspomnieniem. Ciepłym wspomnieniem.


Palmette (3) zmieniła nastrój. Przyznaję, że nigdy nie przepadałam za tą piosenką, ani za stylistyką tamtych lat, ale w kontekście, który przywołała Kasia ta piosenka wydaje się być idealna. Jako tło i jako komentarz do sytuacji. Kasiu, człowiek ma w sobie ogromną moc. I jeśli uwierzy w siebie przetrwa najtrudniejsze doświadczenia, jakie ześle na niego życie. "I will survive" Gloria Gaynor.


KaaDeeFee (4) i Karolina W. (5) przypomniały Richarda Marxa. Agusia napisała o swojej wakacyjnej miłości, która nie przetrwała. Karolina trwa w swojej do dziś. U obu dziewczyn pojawiła się cyfra 17 ... cudowny zbieg okoliczności. Wakacyjne miłości to osobna szufladka w moim sercu. Wówczas najważniejsze na świecie, jedyne i "na zawsze". Minęły tak szybko jak wakacje. Pozostały bardzo mgliste obrazki ... jezioro na Mazurach, asfaltowa droga zlana deszczem, pociąg ...

Aguś, mam nadzieję, że nie pogniewasz się, że wybrałam inną wersję tej piosenki.


Razem z ystin cofnęłam się do lat osiemdziesiątych. Sal Solo ze swoim "Never, never comes" zajmował sporo miejsca nie tylko w moim pensjonarskim sercu, ale też na ścianach mojego pokoju. W tamtych latach plakat z podobizną idola nie był tak łatwo dostępny jak dzisiaj. Pamiętam, że kupowałam "Razem" i ... no właśnie... wyleciał mi z głowy tytuł drugiej gazety, w której też były takie rozkładówki. Uzbierałam ich tyle, że starczyło na wyklejenie wszystkich wolnych ścian pokoju od podłogi do sufitu ( że Mama się na to zgodziła ...). Kogo tam nie było? I Limahl i OMD i Shakin Stevens i A-ha, Maanam, Perfect, Lady Pank, ale pamiętam też plakat zespoły W-C (nazwa pozostała w pamięci, choć muzyka umknęła)


Qra Domowa (6) mnie zaskoczyła. Poszła na całość i przesłała mi prawdziwy miks muzycznych skojarzeń. Bo i nastrojowy Sting (świetny teledysk) i  G.Turnau, którego darzę czymś w rodzaju siostrzanej miłości, ze względu na wiek podobny i na to, że oboje zaczynaliśmy w tym samym czasie zwoje przygody, On ze sceną, Piwnicą pod Baranami a ja z Krakowem. A co do pierwszej piosenki, to też gdzieś tam pojawia się w moich wspomnieniach, bo w moim rodzinnym domu była i wciąż jest płyta pani Haliny, której od dziecka słuchałam i na okładce której było zdjęcie małego Marcina Kydryńskiego, którego trójkowa "Sjesta" jest obowiązkowym punktem mojego niedzielnego popołudnia.

 




I wreszcie "last but not least" jak mawiają anglosasi ;)) Anonimowy gość (7) z utworem, który gdybym wytrwała w pierwotnym postanowieniu, byłby zwycięzcą w tej zabawie. Ponieważ jak nikt z pozostałych trafił idealnie. Piosenka "Jesienna dziewczyna" z tekstem Jeremiego Przybory była, jest i pewnie będzie jedną z najbardziej moich z moich piosenek. Gdy byłam jeszcze młoda, głupia i zahukana lubiłam myśleć o sobie jak o dziewczynie jesiennej, innej, dziwnej, odstającej od tych wszystkich wiosennych i letnich. To mi pomagało znieść samotność, kompleksy  i dawało nadzieję, że gdzieś jest ktoś, kto szuka dziewczyny jesiennej... i że ten ktoś mnie w końcu odnajdzie ... 
A i to wykonanie... zdecydowanie wolę gdy śpiewa Pan Przybora ... zauważyłyście jak drży mu głos? Kto czytał "Listy na wyczerpanym papierze" może próbować snuć domysły dlaczego.




pisane w sobotę 22.03 dość wcześnie rano ...

Spojrzałam jeszcze raz na ten tekst. Wygląda trochę jak przedstawienie nominowanych do Oscara :))) w kategorii muzyka z moich wspomnień.

And the winner is ...

Tak jak mówiłam, zaufam losowi. Metoda tradycyjna, karteczki (nie napracowałam się), cyferki (od 1 do 7), zawijanie (składałam a jakże), mieszanie (solidnie, w obie strony), losowanie (uczciwie, o poranku, zaspaną łapką)

And the winner is ... ślepy los uznał, że moje pierwotne założenia dotyczące wyboru powinny zostać zachowane, bo włożył do łapki losującej karteczkę z numerem (7)


:)))) 
Anonimowy Gościu proszę odezwij się do mnie na maila (poukladanyswiat@interia.pl).  Mam nadzieję, że opowiadania, które do Ciebie pojadą dostarczą Ci wielu wzruszeń. 

Bo piękne one są.

A pozostałym dziękuję za zabawę, za to, że mogłam spędzić cudowny kawałek weekendu w towarzystwie muzyki i wspomnień. Za oknem rozkwita piękny, słoneczny dzień, niech Wam upłynie na samych przyjemnych zajęciach.


sobota, 8 marca 2014

Pierwszy i ostatni ...

Nie jestem typem rodzica, który przenosi swoje ambicje na dzieci. Nie wymagam, by były najlepsze i przynosiły ze szkoły same piątki i szóstki. Od początku tłumaczę im, że uczą się dla siebie i że wolę samodzielnie zdobytą czwórkę czy nawet trójkę od piątki "zerżniętej" z pracy kogoś innego. Nie pisałam i nie piszę za nich wypracowań, nie rozwiązuję zadań z matematyki. Oczywiście pomagam, ale raczej tłumacząc i naprowadzając, czasem w bólach, nerwach, i z zaciśniętymi pięściami bo talentu pedagogicznego niestety po Mamie nie odziedziczyłam. Gdy pewnego niedzielnego popołudnia Młoda ze łzami w oczach i z licem bladym ze strachu powiedziała, że MUSZĘ jej pomóc zrobić zadanie z plastyki złamałam się i ULEGŁAM. Bo "ona nie umie i nic jej nie wychodzi a musi dostać szóstkę, bo z rysunków Pani jej nigdy nie stawia więcej niż pięć, bo wszyscy ładniej rysują, bo Pani jej nie lubi, bo ... bo ... bo ..."
A zadanie polegało na zrobieniu swojej własnej, indywidualnej okładki na zeszyt.
I miało być oczywiście na jutro !!! 

Oczywiście Pani od plastyki nie była tak perfidna, żeby zadać to z dnia na dzień, ale dzieciątko po prostu przyszło z tym do mnie w ostatniej chwili. Jakoś zapomniało wspomnieć o tym wcześniej. Normalka.

Chociaż moja "przydasiowa" komódka pęka w szwach, głównie są to półprodukty do dekupażu. Dlatego musiałam improwizować. Styl vintage został wymuszony przez materiały, którymi dysponowałam, tektura, szary pakowy papier, serwetki papierowe, sznurki, koronki i drobne metalowe elementy, których spory zapas zrobiłam kiedyś z myślą o robieniu biżuterii. Przyciętą do rozmiaru troszkę większego niż zeszyt tekturkę okleiłam "patchworkową" serwetką z motywem zasuszonych róż, odręcznego pisma i koronek. na to etykieta z szarego papieru do której przypięłam ramkę-etykietę. Samoprzylepna bawełniana koronka z rolki kupiona kiedyś w Nanu-Nana (bo ładna i na pewno się przyda) wysubtelniła brzeg okładki. Przypominając sobie cudowne okładki notesów i przepiśników pokazywane na scrapbookingowych blogach uznałam, że moja okładka jest trochę za spokojna, zbyt pusta, zrobiłam więc dwa otworki przez które przewlokłam łańcuszek a na nim zawiesiłam małe serduszko. Jeszcze tylko stempelek "with love" i  ... jakoś mi się to nie spodobało :((



Wyrzuciłam łańcuszek a w jego miejsce wstawiłam "ozdóbkę" z wyciętych papierów i guzika ze sznurkową kokardką. I ta wersja spodobała mi się bardziej.




Nie jest to żadna rewelacja, wykonanie też pozostawia wiele do życzenia (niech Wasz wzrok ominie te okropne pomarszczenia i wypukłości widoczne na papierze - nawet żelazko nie dało im rady), ale jak na mój debiut i na pośpiech w jakim to robiłam, to i tak wyszło nie najgorzej. No i przy okazji przekonałam się, że scrapbooking, jak każde rękodzieło wymaga nie tylko skupienia, precyzji, wiedzy o właściwościach użytych materiałów no i sporego zapasu przeróżnych "pierdółek", dzięki którym można uzyskać zadowalający efekt końcowy - nitów, stempli, brokatów, wyciętych wzorów, koronek, sznureczków, maszyny do szycia ...mogłabym wymieniać i wymieniać. Ale przede wszystkim wymaga niesamowitej kreatywności i wyobraźni. I tylko ktoś, kto nigdy nie spróbował sam tego zrobić może powiedzieć z nonszalancją " a cóż to za sztuka powycinać trochę papierków i poprzyczepiać do nich jakieś kwiateczki ?! Każdy to potrafi !"  Wystarczy spróbować, by wiedzieć, że profesjonalny scrap to naprawdę sztuka i że nie każdy potrafi. Ja spróbowałam i wiem, że bardzo długo musiałabym praktykować, żeby chociaż otrzeć się o przyzwoity poziom.

 Żeby nie było, że matka pracowała a dziecię sobie siedziało. Młoda wymyśliła, że zrobi serducho do kompletu. Odrysowała z drewnianej zawieszki kształt serca na tekturce i okleiła ją ścinkami serwetki, którą kleiłam na okładce notesu. Do tego zwykły, lniany sznurek i mała, metalowa zawieszka.  

 

 Druga strona zawieszki to już był prawdziwy eksperyment. Nie chciałyśmy żeby była pusta ani żeby powtarzała motyw z pierwszej.  Jednak nie miałam nic, co by można było nakleić nie wychodząc poza założoną kolorystykę. Odpuściłyśmy więc i praca miała pozostać jednostronna do powieszenia na ścianie.  Jednak tuż przed północą przyszedł mi do głowy pomysł nałożenia gruboziarnistej masy strukturalnej, która wprowadziła delikatne wrażenie trójwymiaru. Na to czerwona bejca. Obie warstwy nałożyłam nierówno, nonszalancko niestarannie. I tak miało zostać, ale rano, w zasadzie tuż przed samym wyjściem do szkoły pomyślałam, że fajnie by było pociągnąć dalej pomysł z 3D i rzutem na taśmę wycięłam z serwetki motylki, usztywniłam je tekturką, z cienkiego drucika zrobiłam im czułki i klejem na gorąco posadziłam na serduchu. Jeszcze tylko mgiełka lakieru i poszło ...






Dostałam dwie szóstki :)))) Więcej tego nie powtórzę.