sobota, 2 sierpnia 2014

A czy Ty zjadłeś już dzisiaj jabłko?

Kto tu zagląda regularnie pewnie zauważył, że rzadko zdarzają mi się wpisy okolicznościowe. Niewiele u mnie postów "z okazji". Zgodnie z ujawnioną na początku mojej blogowej przygody wizją bloga nie przyjmuję zaproszeń, nie ulegam propozycjom wpisów reklamowych, czy sponsorowanych. Jak mi się coś podoba to piszę o tym bezinteresownie, jeśli coś mnie mocno zawiedzie równie bezinteresownie wyżalę się Wam na blogu cały czas mając świadomość, że są to moje własne, mocno subiektywne oceny. Staram się też nie komentować tutaj za bardzo aktualnych wydarzeń. Ani tych błahych z krainy pudelka i ostatnich stron pisemek kobiecymi zwanych, ani tych poważnych. Nie włączam się (blogiem oczywiście) w akcje przeróżne, nie kultywuję rocznic państwowych ani prywatnych, Co mam robić i świętować, robię w realnym świecie, nie zawracając Wam głowy relacjami. Mój blog to mój pamiętnik, chaotyczny, niesystematyczny, wbrew nazwie coraz mniej poukładany. I taki pewnie pozostanie, bo jak zdążyłam zauważyć próby usystematyzowania go, nadania mu jakiejś konkretnej linii, przypisania do konkretnej, nazwanej i opisanej szufladki a przede wszystkim systematycznego uzupełniania spełzają na niczym. Mój blog jest taki jak ja - nieprzewidywalny, zmienny, czasem nudnawy, z przebłyskami (niewielkimi) szaleństwa.  

Po cóż ten wstęp "od autora" spytacie?

Ano z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dzięki czteroletnim staraniom mojej licealnej nauczycielki polskiego wszystko, co piszę musi mieć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. To może być denerwujące, bo w epoce szybkiego przekazywania skróconych komunikatów zabiera jakże cenny czas słuchacza i czytelnika, ale nic na to nie poradzę. Tak już mam. Dziękuję Pani Profesor!
Drugi powód jest taki, że zamierzam złamać moje zasady i tym razem całkiem świadomie, choć nadal bezinteresownie zachęcić Was do udziału w akcji, o której usłyszałam ostatnio. Nazywa się ona  "Postaw się Putinowi, jedz jabłka i pij cydr". O co w niej chodzi? Szczegóły są dostępne w sieci, ale mówiąc najprościej jedzmy polskie jabłka! Z danych wyczytanych w GW wynika, że my, Polacy zjadamy jedną czwartą tego, co produkują nasi sadownicy, dwie czwarte przetwarza się na koncentraty, kolejną ćwiartkę wysyłaliśmy do Rosji.  Żeby "uratować" tę ćwiarteczkę wystarczy, że każdy z nas zje tylko dwa razy więcej niż do tej pory. Jadłeś jedno jabłko dziennie - zjedz dwa, jadłeś kilogram w tydzień - kup i zjedz dwa. To niewielka różnica dla jednej osoby ale gdy jest nas kilka milionów....
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy udowodniła, że nie trzeba przelewów z kilkoma zerami ani wielkich zbiurokratyzowanych organizacji, żeby "bezboleśnie" dla jednostki zebrać ogromne pieniądze. Z najmniejszych grosików wrzucanych przez dzieciaki budowały się niewiarygodne sumy.
Kilogram jabłek kosztuje jakieś dwa złote. To nie majątek. Dorzućmy do koszyka w supermarkecie dodatkowych kilka jabłek. Schrupmy je w drodze do domu. Z pozostałych upieczmy szarlotkę, usmażmy mus... 

Przyznam się Wam, że nie przepadam za jabłkami. Jem rzadko a lubię jedynie Lobo, odmianę miękką, nietrwałą i pogardzaną przez wielbicieli chrupiącego miąższu. Ale dla tej sprawy postanowiłam się przemóc i przywrócić jabłkom miejsce w moim codziennym menu. Rodziny nie muszę namawiać, to sami jabłkożercy. Dziś z zakupów, oprócz standardowej porcji przynieśliśmy dodatkowy kilogram antonówek na szarlotkę. I jeszcze cydr, wino z jabłek, idealny napój na upalne dni, wspaniała alternatywa dla kalorycznego piwa. Wieczorem wzniesiemy nim toast w modnej ostatnio sienkiewiczowskiej konwencji ;))) ... na pohybel!



A czy Ty zjadłeś już dzisiaj jabłko?

środa, 23 lipca 2014

bo ja lubię wracać ...

Powroty, powroty, powroty. Lubię wracać. Wracać do przeczytanych kiedyś książek, do filmów, które już widziałam, do wspomnień, do miejsc z przeszłości. Ale najbardziej chyba lubię wracać do domu. Do własnych czterech kątów, do własnego łóżka, do ulubionego kubka na kawę i do rytuałów niezauważalnych na co dzień, których brak czasem doskwiera, gdy jestem gdzieś poza domem na dłużej. I chociaż każdy wyjazd, nawet najkrótszy jest jak odświeżający powiew, jak zastrzyk nowości, odstępstwo od rutyny, to jednak dopiero otwierając furtkę podwórka, przekraczając próg domu czuję, że jestem we właściwym miejscu mojej życiowej układanki.


Miałam nadzieję, że po kilkudniowym pobycie w rodzinnych stronach będę miała materiał na długi post o powrotach do przeszłości. Niestety, w większości miejsc, które odwiedziłam nie znalazłam tego, co od tylu lat pielęgnowałam we wspomnieniach. Jedynie las wciąż stoi, jak stał i wciąż te same ścieżki go przecinają. I pachnie taka samo jak przed laty. Tak jak podejrzewałam dzieci nie dostrzegły tej magii, którą chciałam im pokazać. Grzybów niestety nie było, więc nawet tym nie mogłam ich zachęcić. Były za to pajęczyny osiadające na twarzach, kłujące gałęzie dzikich malin i jeżyn, tajemnicze "cosie" wpadające do kaloszy i uniemożliwiające chodzenie, ogólnie mówiąc NUDA i NIC CIEKAWEGO. Nawet jagody, wciąż przecież owocujące na krzaczkach były dla Młodej "jakieś dziwne" i na nic się zdało tłumaczenie, że te, które kupujemy w osiedlowym warzywniaku też ktoś zerwał w lesie. Tamte, pakowane w plastikowe pudełeczka były ok, te z krzaka były podejrzane. Przestałam namawiać, gdy zza pleców usłyszałam pytanie mojego dorosłego już od ponad roku Synia  "a te żółte robaczki ze środka jagód też się je?" Zamarłam, bo jak żyję ponad czterdzieści lat nie słyszałam o "żółtych robaczkach" w czarnych jagodach. Kazałam sobie pokazać to "dziwo" i zamarłam po raz drugi, gdy okazało się, że Synio żeby nie schylać się do krzewinek jagód zerwał sobie podobne z solidnego krzaka kruszyny (chyba!). Na szczęście nie były smaczne, więc co zjadł to wypluł, ale już do wieczora wypatrywaliśmy ewentualnych objawów zatrucia. 

W drodze powrotnej z lasu skręciliśmy jeszcze do wsi, w której mieszkali Dziadkowie, ale i tam ślady przeszłości zniknęły pod świeżym tynkiem nowych, murowanych domów i za coraz bardziej solidnymi i szczelnymi ogrodzeniami. A pamiętam, że gdy byłam dzieckiem płoty stawiano tylko od strony ulicy, z tyłu, za domami nie były potrzebne. Sąsiadom łatwiej było zachodzić do siebie od podwórza a my, dzieciaki ganialiśmy od końca wsi do końca niewstrzymywani przez furtki i parkany. A i te dwa wsi końce, między kościołem od wschodu i szkołą od zachodu teraz jakby zbliżyły się do siebie. Kiedyś była to wyprawa niemal po horyzont, teraz kilka chwil autem. Kościół już nie drewniany, sklepu od dawna nie ma, bo każdy i tak woli autem do pobliskiego miasteczka wyskoczyć a szkoła zamknięta na cztery spusty straszy pustymi oczodołami okien. I tylko jedno zostało jak wtedy - nadal nie ma chodnika, tylko piach ubity, teraz (o dziwo) już po obu stronach asfaltowej przelotówki. Pewnie już więcej tam się nie wybiorę, właśnie dlatego, by obrazy z teraz nie zatarły mi tych piękniejszych i bardziej kolorowych z przed wielu lat.


Tak jak nie wybiorę się już więcej na stary żydowski cmentarz leżący naprzeciwko domu moich Rodziców. W dzieciństwie właśnie tam najczęściej bawiliśmy się z naszą "bandą", przedzierając się przez krzaki, wspinając na drzewa i budując szałasy z gałęzi. Już wówczas cmentarzem był on tylko z nazwy, trzydzieści-kilka lat po wojnie nie było w miasteczku ani Żydów ani zbyt wielu śladów ich obecności. Wśród zarośli gdzieniegdzie tylko wystawały połamane resztki kamiennych macew, pod mchem skrywały się hebrajskie napisy. My dzieci, nie mieliśmy pojęcia czym były i skąd się tam wzięły. Świadomość, że "mogiłki" to nie przypadkowa kupa krzaków i drzew, ale miejsce pochówku i przede wszystkim fragment historii miasteczka przyszła dużo później. Poszłam tam z Małą, chciałam pokazać gdzie w jej wieku bawiłam się z przyjaciółmi w Tarzana, czy w Indian. Obeszłyśmy go wokół, ale nie miałam odwagi zapuścić się w głąb. Nie rozpoznałam tamtych ścieżek, zniknęły wszystkie "tajne wejścia", czyli dziury w drucianej siatce. Teraz nawet siatki już nie ma...

Nigdy więcej nie pójdę już na spacer wokół ogromnego sadu, na brzegu którego stał nasz dom. Można go było obejść naokoło, można było skrótem przebijać się przez środek. Stałym elementem naszych wakacyjnych zabaw były wyścigi do torów kolejowych (kto pierwszy do słupa?). Gdy przejeżdżał towarowy koniecznie trzeba było zatrzymać się i policzyć wagony, kiedy jechał osobowy machaliśmy do podróżnych i cieszyliśmy się jak wariaci, kiedy oni nam odmachiwali. Na końcu sadu stała drewniana komórka na skrzynki. Nikt jej nie zamykał, więc anektowaliśmy ją na nasz letni domek - meble ze skrzynek, jakieś naczynia przyniesione z domów, stare koce i już mieliśmy wspaniałą bazę na deszczowe dni. Od strony miasta był niewielki stawik w założeniu rybny, ale jedynymi stworzenia jakie w nim żyły były żaby. Był okropnie zamulony i zarośnięty zielskiem, ale komu to przeszkadzało. Kąpaliśmy się w tej błotnistej wodzie niemal codziennie, a jak nam się znudziło pływanie biegliśmy między drzewka i krzewy najeść się do woli owoców. Sad należał do szkoły ogrodniczej, więc rosło w nim wszystkiego po trochu - od czereśni, wiśni, śliwek po gruszki i jabłka w kilku gatunkach, porzeczki w trzech kolorach i agrest. Czegóż chcieć więcej ? Raj. 
A potem raj zmienił właściciela, potem kolejny raz a teraz jest wielkim polem rzepaku i nie ma już ścieżek wokół i na przestrzał. Zabrałam Małża na spacer pod te tory, piaszczystą ścieżką wśród rzepaku i owsa i chociaż pięknie zachodziło słońce i sarnę zobaczyliśmy to już też nie było to ...


Powrót do przeszłości nie zawsze się udaje. Na szczęście powrót do domu przebiegł bez niespodzianek. Dzięki fantastycznym sąsiadom nasze kwiaty nie zwiędły, pomidory nie oklapły a kot nie usechł z głodu i tęsknoty. Nawet przez chwilę sprawiał wrażenie, że się cieszy na nasz widok :)))



 Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale ja po każdym wyjeździe łapię "syndrom gniazda". Choćbym nie wiem jak posprzątała przed wyjazdem to po powrocie zaczynam układać, przekładać, pucować. Tak jak kot na powitanie ociera się o moje nogi tak ja "ocieram" się o moje cztery kąty. Ścierką do kurzu na przykład :))). Taki mus. Tym razem naszło mnie na pieczenie. Ledwie przekroczyłam próg domu dopadła mnie natrętna myśl, że muszę upiec drożdżowe bułeczki. Tym bardziej, że przywiozłam od Mamy słoik wiśni. No i upiekłam. I gdy z piekarnika zaczął dochodzić zapach ciasta, ciuchy kręciły fikołki w cicho szumiącej pralce a przede mną na stole stał mój ulubiony kubek z kawą poczułam, że jestem na swoim miejscu. Wróciłam.


Teraz sobie przypomniałam o tej piosence... wydaje mi się, że idealnie ilustruje powyższy tekst ...




środa, 16 lipca 2014

Urlop... urlopik maleńki ...

Mam i ja! To znaczy będę mieć. Od jutra. Całe sześć dni. Ktoś powie, co to za urlop, cztery dni z weekendem? Dla mnie jednak nawet taka niedługa przerwa w normalnym funkcjonowaniu praca-dom-praca-w-domu to spore wyzwanie. I powód do bezsenności już od kilku nocy. No bo jakże to? Nie przyjdę do biura? Nie zrobię SAMA, tego, co robię codziennie. Ktoś zrobi to zamiast mnie? Czy zrobi dobrze? A czy nie zapomni? Wiem, że to pytanie retoryczne, bo przecież nie ma ludzi niezastąpionych, a to co robię, to nie są jakieś magiczne sztuczki, które znają tylko nieliczni. Od tygodnia przekazuję moim dwóm niezrównanym pracownicom nowe obowiązki, spisuję procedury, żeby miały łatwiej, tłumaczę, wyjaśniam, pewnie już mają dość, bo wciąż dopytuję, czy już to im przekazałam, czy aby na pewno wiedzą? Nie śmiejcie się, ja wiem, że to pachnie zaawansowanym pracoholizmem, ale nic na to nie poradzę. Wiem, że dziewczyny sobie poradzą, są świetnie zorganizowane, inteligentne i znają temat a i tak zastanawiam się jak to będzie jak mnie przez tych kilka dni nie będzie... Małż mi cały czas powtarza, że normalnie będzie i żebym w to wreszcie  uwierzyła i zaczęła myśleć o pakowaniu walizki. I straszy, że jak będę nadal tak panikować, to mi jeszcze laptop schowa i nie pozwoli zabrać ze sobą na wakacje. A laptop przecież musi ze mną jechać już nawet nie z powodu pracy, która się w nim chowa, ale z powodu internetu i poczty i bloga przede wszystkim. Bo na wakacjach mam zamiar troszkę nadrobić blogowe zaległości i pobuszować po Waszych stronach. A może i napiszę coś, może jakiś króciutki raporcik z urlopiku wysmaruję. Kto wie, kto wie ...

Urlopik nasz króciutki spędzimy u moich Rodziców, w mojej rodzinnej miejscowości. Nie wiem już kiedy ostatnio pojechałam tam na dłużej niż dwa dni. Najczęściej wpadaliśmy jak po ogień zostawić dzieci na wakacje lub je z nich odebrać. Rekord pobiliśmy przyjeżdżając w sobotę po południu i jeszcze tego samego dnia wracając. A nie wspomniałam Wam, że to  ponad czterysta kilometrów w jedną stronę.  Tym razem pobędziemy kilka dni, będzie dość czasu i na rozmowy, na które zawsze go brak i na spacery po dawno nie widzianej okolicy i na odwiedziny u koleżanek z liceum (Reniu, będę na pewno!). Przede wszystkim jednak musimy pójść do lasu. Nie pierwszego lepszego, ale tego, który wciąż do mnie wraca we wspomnieniach z dzieciństwa. Lasu we wsi, w której mieszkała moja Babcia. Spędzałam tam niemal każde wakacje, cudownie beztroskie, pełne biegania z innymi dzieciakami a to od podwórka do podwórka, a to po ogrodach pełnych krzewów i drzew owocowych, które objadaliśmy bez opamiętania, a to nad stawy, w których kąpaliśmy się beztrosko nie zważając na wodę niezbyt czystą i na dno muliste i na kaczki i gęsi pływające obok. Najfajniejsze jednak były wyprawy do lasu, oddalonego od wsi na tyle blisko, by nie stracić z oczu dachów domów i na tyle daleko, by czuć emocje związane z prawdziwą wyprawą i nadzieję na ekscytujące przygody. A przygodą był wówczas wszystko. Ot, choćby przeganianie o świcie krów na pastwisko za lasem. Kuzynka, dla której był to codzienny obowiązek nie mogła uwierzyć w nasz entuzjazm dla wstawania o czwartej rano tylko po to, by pędzić na bosaka po piachu (wtedy we wsi był bruk na szosie i ubity piach w miejscu chodnika) i długą witką naganiać krowy na właściwą ścieżkę. I dla powrotu przez las wśród jagodowych dywanów, wśród krzaków malin dzikich i jeżyn. Dla nas to było warte i tej nocy krótkiej i zmęczenia i nawet tych cierni wyciąganych z brudnych pięt po powrocie do domu. Gdy wujek wybierał się rano na grzyby też bez zastanowienia wstawaliśmy z kurami i taszczyliśmy za nim niemal tak wielkie jak my sami kosze wiklinowe. I nurkowaliśmy pod drzewa w poszukiwaniu maślaków i robiliśmy zawody kto znajdzie największego i najpiękniejszego prawdziwka,  przekrzykiwaliśmy się kto ma więcej w koszyku i czy kurki się liczą, czy nie liczą. Mam nadzieję odnaleźć chociaż echo tamtych emocji wracając do tego lasu po tylu latach. I mam maleńką, choć pewnie płonną nadzieję, że moje dzieci chociaż iskierkę zachwytu nad tym miejscem z siebie wykrzeszą.
Ale nawet, jeśli one nie zauważą tej magii, nie poczują tego specyficznego zapachu, tego niesamowitego, niemal fizycznego "dotyku" lasu to ja na pewno, z przyjemnością powrócę do przeszłości...


Jeszcze tylko pakowanie (nie lubię, nie lubię) i śmigamy. Życzcie nam pogody!

niedziela, 22 czerwca 2014

No cóż ... i na mnie przyszło ...

To już się powoli staje tradycją, że gdy zbliża się weekend zacieram łapki z radości, że wreszcie odkurzę mój blog, uporządkuję kołaczące się po łepetynie myśli przeróżne i przeleję je w zgrabniutki, długi i obficie okraszony zdjęciami post. Niestety wbrew prawom fizyki im więcej mam czasu, tym mam go mniej, więc ostatnio na planach i zamiarach się wszystko kończy. Tym sposobem mijają tygodnie a mój blog rzęsą zarasta a "super przemyślenia" o świecie i życiu dezaktualizują się albo odlatują gdzieś w niebyt. Niewielka pewnie to strata dla czytającej ten blog "ludzkości", coraz mniej licznej, na co sobie oczywiście sama zapracowałam (chociaż tu by bardziej pasował neologizm "zaleniłam"). Nie mam poczucia misji, nie sądzę też, by moje wynurzenia na tematy aktualne były komukolwiek niezbędne do życia, ale mimo wszystko wciąż jeszcze  lubię ten mój blog i lubię czasem napisać w nim kilka zdań, jeśli nie dla czytelnika mniej lub bardziej anonimowego, to dla siebie samej, choćby "ku pamięci".

Miałam nadzieję, że weekend dłuższy o dwa dni pozwoli mi  jednak przełamać impas. Słowo honoru, miałam nie tylko szczerą chęć ale i bardzo głębokie przekonanie, że tym razem, to już nie ma siły żebym czegoś nie napisała.  Nawet się w głowie ułożył temacik zgrabny, nie zdradzę jaki, bo, kto wie, może jednak go w końcu wykorzystam, ale cóż... W środowy wieczór nie siadłam do pisania, bo "przecież ma jeszcze cztery dni wolnego", zresztą zaraz po pracy dopadła mnie przemożna potrzeba doprowadzenia chałupy do błysku i zamiast buszować po blogosferze latałam na mopie, przeganiałam pająki, zadomowione już bezczelnie w kątach za meblami, pucowałam szyby, lustra i półki, które zazwyczaj omiatałam jedynie wzrokiem a nie ścierką. W poczuciu prawdziwego spełnienia padłam późnym wieczorem na fotel i jedyne, na co miałam jeszcze siły to było obserwowanie jak na mundialu Chile ekspediuje do domu Hiszpanię (lampka chilijskiego wytrawnego wina zupełnie przypadkowo wpasowała się w klimat meczu).

W czwartek odsypiałam codzienne pobudki o świcie a potem przez pół dnia snułam się po domu zdziwiona, że nic nie muszę...

W piątek trochę popracowałam, ale tylko tyle ile chciałam i kiedy chciałam, więc to się nie liczyło jako praca, ale troszkę zniechęciło do komputera.

W sobotę rano stwierdziłam, że starczy już tego odpoczywania i nicnierobienia i marnowania wolnego czasu i ogłosiłam, że jedziemy do Wrocławia. Mój plan obejmował aquapark dla dzieciaków i saunę dla starszaków. Małż szybko omiótł internet i dorzucił wejście na skytower i oglądanie panoramy miasta z 49 pietra najwyższego wrocławskiego wieżowca i ewentualnie gokarty... Było fajnie... wróciliśmy koło północy, padnięci... nie było szans na pisanie.

Dzisiaj ... Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie niedziela to już przedsionek poniedziałku. Nie umiem się nią cieszyć, bo myślę, za często i za dużo o tym, co będzie jutro. I żeby zagłuszyć te myśli szukam zajęć odległych od tego, co kojarzy się z pracą, a więc też z komputerem. Dziś dopadła mnie potrzeba jakiejś zmiany w salonie. Impuls był nagły i tak silny, że musiałam coś zrobić już teraz, zaraz natychmiast. Moi chłopcy wiedzą, że gdy dopada mnie taki "mus", to nie ma co mnie studzić, odradzać, że nie wolno wówczas używać przy mnie słowa "później". Wiedzą, że choćby nie wiem co będę dźwigać, przesuwać, przewieszać i że w takiej sytuacji można mi tylko pomóc albo zejść z drogi. Tym razem pomogli, co więcej mieli własne pomysły i posunęli się dalej niż sama miałam śmiałość się posunąć. W ten sposób zrobiliśmy razem pierwszy, ale dość radykalny krok ku odkładanemu na bliżej niesprecyzowaną przyszłość generalnemu remontowi tej części domu, co nie ukrywam cieszy mnie bardzo, bo salon to wstyd przyznać najmniej spójna, najmniej przytulna i najmniej "moja" część domu i czas już najwyższy, żeby to zmienić. Mam nadzieję, że uda się to zrobić w te wakacje.

Jutro poniedziałek. Znowu pobudka o piątej, znowu stres i nerwy, jak niemal każdego dnia. Jedno jednak będzie ten dzień różniło od poprzednich. W zasadzie o tym miał być ten wpis i pewnie by był, gdyby powstał w środę. Bo w środę przeżywałam to straszliwie... bo to jak symboliczne przejście do kolejnego etapu, zamknięcie jakiegoś okresu. Wyjątkowo trudno było mi się z tym pogodzić, nie chciałam tego zaakceptować, pewnie dlatego zwlekałam z wizytą u lekarza. Bagatelizowałam objawy. Niestety nie dało się dłużej oszukiwać samej siebie ... 

Od środy moje widzenie z bliska wspomagają one...


Jutro po raz pierwszy zasiądę do pracy mając na nosie okulary do pracy przy komputerze i czytania.




W planach, dość bliskich niestety druga para do widzenia z oddali, do prowadzenia auta ...


Czas robi swoje...

niedziela, 1 czerwca 2014

Gdzieś ...

Opowiem Wam o mieście, w którym bywam najczęściej. Oczywiście nie licząc tego, w którym mieszkam i mojej rodzinnej miejscowości. To miejsce niezwykłe, trudne do jednoznacznego określenia. Ma wiele twarzy, można powiedzieć, że sprawia wrażenie ulepionego z różnych elementów.W zasadzie podczas każdej kolejnej wizyty odkrywam je na nowo, zawsze jest to jakieś zaskoczenie, bo za każdym razem trafiam w inną przestrzeń. Już sam wjazd do miasta jest inny w zależności od strony świata, z której się nadjeżdża. Najładniej jest od strony południowej. Ten wjazd jest najbardziej malowniczy, niemal bajkowy, bo wita nas ogromny, stary park. Wielkie drzewa, mnóstwo krzewów, trawniki okolone klombami. Przez środek parku przepływa rzeka, nad którą zwieszają swoje wiotkie gałęzie wiekowe, powyginane wierzby. Wyjątkowo duży, drewniany most jest jakby bramą wjazdową dla przybyszów. Mimo, że odwiedzałam to miasto wielokrotnie, tylko raz wjeżdżałam przez ten most. Była pełnia wiosny, wszystko niemal eksplodowało zielenią, słońce odbijało się od tafli wody, kolory kwiatów były tak czyste, tak intensywne, jak tylko w maju potrafią być. Dziwne, że nigdy potem do tego parku nie trafiłam, ale nie tracę nadziei, że jeszcze kiedyś go zobaczę. Wyobrażam sobie, że równie piękny jest jesienią, gdy wierzby płaczą liśćmi ...

Wjazd od północy to zupełnie inne klimaty. Trochę jak z amerykańskiego filmu, krajobrazy z jakiegoś prowincjonalnego miasteczka w Montanie, czy Utah, żółte łany pszenicy, czy innego zboża, może kukurydzy, nie pamiętam, w każdym razie żółte były i ciągnęły się niemal po widnokrąg. A miedzy nimi, to niewiarygodne, ale piaszczysta, nawet nie do końca ubita droga, dopiero przy wlocie do miasta przechodząca w bruk, prawdziwe kocie łby ciągnące się aż do samego rynku. Czy są jeszcze gdzieś, prawdziwe piaszczyste drogi? Nie wiem, wydawałoby się, że nie, ale tam taka droga jest. Nie mam pojęcia jak się po niej jeździ autem, zwłaszcza w deszczowe dni, ja pokonywałam ją pieszo, raz tylko gdy opuszczałam to miasto po jednej z wizyt. To było lato, do tej pory pamiętam jak pszeniczne kłosy falowały poruszane wiatrem. I zapach pamiętam rozgrzanego upałem piachu, z nutką sosnowej woni niesionej od okalających miasto lasów.

Miasto raczej nie jest małe. Jest chyba nawet dość spore. Nie wiem jednak dokładnie jaki obszar zajmuje ani ilu ma mieszkańców. Przedmieścia z wysokimi blokami usytuowanymi niemal na pustynnie bezdrzewnej przestrzeni sprawiają wrażenie, że ludzi jest tu sporo. Czy to osiedla sypialnie zbudowane dla pracowników okolicznych fabryk, których czarne i i dymiące złowrogo kominy widać z zachodniej strony? Nie jestem pewna, nie zapuszczałam się tam zbyt często. Zbyt są smutne, niemal orwellowsko przygnębiające i beznadziejne. Wielkie betonowe ściany i małe okienka, jak czarne kropki na tle betonowej szarości. I ten nisko snujący się ponury smog, nie tyle otulający, co obezwładniający domy paraliżującym uściskiem.

Jakże inna jest  centralna część miasta, wyraźnie widać, że dużo starsza, z niską kamieniczną zabudową, gdzieniegdzie tylko oszpeconą "nowoczesną" architekturą z epoki gierkowskiego PRL-u.  Obok stylowych, dwupiętrowych kamieniczek niskie, betonowe klocki-pawilony. Sprawiają wrażenie upchniętych naprędce, bez specjalnego pomysłu, wsuniętych w wolne przestrzenie na siłę. Szarobure, niedoskonałe łaty na rasowej, kolorowej, choć już dotkniętej patyną przestrzeni starego miasta. W idealnie odrestaurowanych, barwnych kamieniczkach ulokowały się banki, ekskluzywne restauracje, czy galerie (te prawdziwe... sztuki, a nie handlowe), pawilony to głównie sklepy, które też sprawiają wrażenie, jakby zatrzymały się gdzieś w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekspedientki mają tam nakrochmalone czapeczki na głowie i buty nazywane kiedyś zdrowotkami. Asortyment też jakby przeniesiony z tamtych lat. W sklepie tekstylnym są materiały nawinięte na kartonowe "deseczki", a w "1001 drobiazgów" jest tysiąc i jeden, a może i dwa tysiące drobiazgów przeróżnych. Wyobraźcie sobie, że znalazłam też sklep nabiałowy, w którym sprzedawano śmietanę nalewaną taką dziwaczną chochlą-miarką prosto do kanek i słoików przynoszonych przez klientów z domu. Ostatni raz widziałam coś takiego, gdy byłam małą dziewczynką... 

Zabawne, że moim najpiękniejszym wspomnieniem z tego miasta nie jest ani ten park bajkowy, ani panorama miasta oglądana z zamkowego wzgórza (tak, bo jest tam też zamek na wzgórzu), ani inny zabytek. Najpiękniejsze i najbardziej wyraźne wspomnienie stamtąd to ... sklep z używaną odzieżą, szmateks, lumpeks, "dior", czy jak tam jeszcze zwą to miejsce. Nie byle jaki jednak, nie taki, jakie widujemy w naszych miastach i miasteczkach. To był sklep magiczny niemalże. Ogromny, z mnóstwem pomieszczeń usytuowanych na kształt labiryntu, połączonych korytarzami, schodami raz w górę, raz w dół. W każdym pomieszczeniu był inny rodzaj towaru. Nie było to upchnięte byle jak na wieszakach ani skłębione w wielkich koszach. Nie było bezładnego przemieszania bluzek ze spodniami, szalików oplatających sukienki, nie było tego lumpeksowego chaosu. Niemal nieograniczona przestrzeń pozwalała wyeksponować towar w cudownie malarskich kompozycjach, ułożyć w martwe natury kuszące oczy, karmiące zmysły. Każde pomieszczenie stanowiło osobną całość, coś jakby dział, tyle, że w typowym sklepie są banalne podziały na odzież damską, męską, buty, akcesoria itp. Tutaj był na przykład pokój z szyldem "twój pierwszy bal" z sukniami, pantofelkami i biżuterią, albo inny o intrygującej nazwie "kiedy, jeśli nie dziś?" pełen kolorowych, szalonych w formie ubrań, peruk przeróżnych i butów na zwariowanych obcasach. Był pokój pełen starych winylowych płyt i kaset magnetofonowych, inny z regałami pełnymi buteleczek z perfumami o tak oryginalnych zapachach jak "pączki babci Józi", "fiołki z rowu przy cmentarzu", "słomkowy kapelusz zostawiony na łące za stodołą" czy "tatarak ze stawu przy pałacu". Zapamiętałam tylko nazwy tych perfum, które otworzyłam i powąchałam. Rzeczywiście pachniały tak, jak obiecywała etykietka. A było ich tysiące... Podobno spędziłam w tym sklepie kilka dobrych godzin, tak przynajmniej twierdził mój Małż, który czekał na mnie w pobliskiej kawiarni, aż w końcu zniecierpliwiony tym czekaniem i zaniepokojony moją nieobecnością oderwał mnie dzwonkiem telefonu od lady dokładnie w chwili, gdy wybierałam jedną z buteleczek. Dla mnie to było jak chwila, jakbym była poza czasem. I podobnie jak z parkiem bajkowym, czy drogą wśród wzgórz byłam tam tylko raz jeden. Zabawne, ale za każdym razem, gdy powracałam do miasta, pierwszym miejscem, do którego kierowałam swoje kroki był ten sklep. To znaczy miejsce, w którym wydawało mi się, że stał... Miałam wrażenie, że było to niemal w centrum rynku, nie sposób nie trafić, a jednak ... błądziłam wśród wąskich uliczek, zaglądałam nawet w podwórza... Niestety. Nikt z zagadniętych po drodze mieszkańców nie umiał mi wskazać drogi, mało tego większość nie miała pojęcia o czym mówię.

Wczoraj też byłam w tym mieście. Tym razem przyleciałam samolotem. Nawet nie wiedziałam, że jest tu lotnisko, szczerze mówiąc niewiele pamiętam z samego przylotu. Zresztą było ciemno, a ja byłam po kilku lampkach wina. Boję się latać, więc dość szybko staram się "znieczulić". I znowu, jak zwykle pobiegłam do rynku, mijając po drodze maleńki sklep z zegarami, znowu minęłam ratusz bo wciąż mi się wydawało, że to właśnie za nim był ten niesamowity sklep i znowu poczułam smak zawodu, gdy zamiast mojego sklepu zobaczyłam jakieś inne budynki. Czy to możliwe, żeby nie pamiętać drogi?

Co to za miasto spytacie zapewne, jak się nazywa? No cóż... sama chciałbym to wiedzieć. Na razie wiem tylko jedno. To jedyne miejsce, które śni mi się tak często i tak wyraźnie.

Dobranoc.


niedziela, 18 maja 2014

Casanova po przejściach ... czyli mężczyzna, który odczarowywał samotność

Kiedy Małż rzucił wczoraj po południu hasło KINO nie miałam problemów z podjęciem decyzji co tym razem chcę w tym kinie obejrzeć. I absolutnie głucha a raczej ślepa na gwiazdki i recenzje internautów, które mi małżonek przed oczy podstawiał uparłam się, że nic innego mnie w ten deszczowy i zimny wieczór z domu nie wyciągnie. Doświadczenie nauczyło mnie już, że gwiazdki internetowe, tak jak anonimowe komentarze na internetowych forach najczęściej nijak się mają do rzeczywistości i że najlepiej jest, gdy kieruję się własnym "trzecim okiem" ;)) Małż natomiast wybrał kino i okazało się, że oba nasze wybory były strzałem w dziesiątkę. Bo wybraliśmy się do kina, które swoje najlepsze lata ma już za sobą, które omijają amatorzy galeriańskich spacerów przed seansem i obowiązkowego popcornu w zestawie z wiadrem coli, ale które wciąż ma klimat kin sprzed epoki multipleksów, kina, które mimo ogromnej sali ma w sobie coś z kina studyjnego, czyli do "Kijowa". Urok tego miejsca, to nie tylko czar wspomnień z czasów, gdy po bilety stało się w długaśnej kolejce lub zdobywało od koników i czar filmów, które się wówczas oglądało z wypiekami na twarzach, to także urok niespieszności, smakowania czy nawet celebrowania przedsięwzięcia zwanego wyjściem do kina. 
O samym filmie, jak zwykle nie powiem zbyt wiele, z obawy, by subiektywnym opisem nikomu się nie narzucić i by rozpisując się zanadto nie zdradzić z rozpędu jakiegoś szczegółu, który by mógł popsuć innym samodzielne smakowanie historii. Chociaż chyba trudno mówić w tym przypadku o jakiejś historii, jest to raczej historyjka, przypowiastka króciutka, w Nowym Jorku się dziejąca. Gdzieś w bocznej uliczce, z dala od wielkomiejskiego zgiełku stary antykwariusz Murray Schwartz likwiduje swój sklep a w pakowaniu książek pomaga mu jego wieloletni pracownik, przyjaciel  o oryginalnym imieniu Fioravante. Obaj nie tylko zamykają sklep, zamykają także pewien etap w swoim życiu, pozostaną nie tyle bez pracy, co bez sensu, jakim była dla obu. Wprawdzie Fioravante wciąż pracuje dwa dni w tygodniu w kwiaciarni, gdzie układa oryginalne i subtelne bukiety, jednak to za mało, by zarobić na czynsz. A Schwartz, choć potrzebuje pieniędzy na życie, które dzieli z kobietą i jej trójką czy czwórką dzieci mam wrażenie, jeszcze bardziej potrzebuje kontaktu z ludźmi, bo to człowiek, który niemal żywi się rozmową, który mówiąc tworzy rzeczywistość, który mówiąc rozkwita. Z banalnego, zdawałoby się rzuconego mimochodem przez jego lekarkę zdania, że marzy jej się trójkąt miłosny z jej przyjaciółką i jakimś mężczyzną (cudnie brzmiące w ustach Allena "e menaż..") buduje scenariusz, w którym niezbyt młody i nienachalnie przystojny Fioravante, delikatny, spokojny, ze spojrzeniem spłoszonej sarny stałby się ucieleśnieniem macho, idealnym do spełnienia tej zachcianki. A on sam, delikatnie nazywający się menadżerem (bo przecież nie alfonsem) będzie takie spotkania organizował zadowalając się uczciwym procentem od stawki ustalonej za spotkanie. Mimo początkowych oporów Fioravante rozpoczyna swoją karierę i pod pseudonimem odwiedza znudzone żony bogatych mężów by spełniać ich seksualne fantazje (czy aby tylko takie...?). Do czasu, aż przyjaciel poleci go - jako świetnego masażystę Avigal, zniewolonej przez religijne zasady i obyczajowe konwenanse młodej wdowie po rabinie ...

Film ma cudowny klimat, lekko staroświecki, co podkreślają przygaszone kolory wnętrz (sepia!) i delikatnie jazzująca muzyka, której na pewno warto posłuchać także osobno. Woody Allen wciąż gada, John Torturro raczej milczy, Sharon Stone jest wciąż pełna seksownej drapieżności (chociaż w scenie pierwszego spotkania z "żigolakiem" jest uroczo zawstydzona i zdenerwowana). Mimo "wiodącego tematu" nie ma tandetnego epatowania seksem, jest natomiast, choć to w założeniu komedia kilka momentów refleksyjnych i melancholijnych. Jest też kilka "smaczków" dla poszukiwaczy aluzji i nawiązań, nie zdradzę jakich, ale na pewno je wypatrzycie.

"Casanowa po przejściach" to film napisany i wyreżyserowany przez Johna Torturro, jednak jest to film bardzo allenowski. Gdybym nie wiedziała, kto go zrobił byłabym przekonana, że to kolejna opowieść Allena, może troszkę słabsza od "O północy w Paryżu", dla mnie zdecydowanie ciekawsza niż "Zakochani w Rzymie". To chyba nic złego, że uczeń, czy może admirator wzoruje się na swoim Mistrzu, nic złego, że chce opowiadać podobnie, podobne historie. Ja na pewno będę wypatrywała kolejnej.

Spośród dostępnych w YT zwiastunów wybieram dla Was ten, który najdelikatniej odkrywa ten film. Jeśli macie ochotę na nienachalny humor i subtelne wzruszenia, jeśli lubicie klimat starych wnętrz i muzykę jak z lat 40-tych, to planując wyjście do kina spójrzcie łaskawie na ten tytuł.




Poprzedni tydzień upłynął większości z nas pod znakiem deszczu i zimna. Mam nadzieję, że był to tylko chwilowy kaprys wiosny. Niech zwiastunem pięknej pogody będzie tęcza, którą sfotografowałam nad naszym domem godzinę temu. 




Miłego tygodnia!

piątek, 16 maja 2014

Jak za dawnych lat ...


W przeciwieństwie do inżyniera Mamonia nie mam ścisłego umysłu i podobają mi się nie tylko melodie, które już znam. Niekiedy wpada mi w ucho coś takiego, co od razu, od pierwszej nutki mnie w sobie rozkochuje. Czasem porusza mnie melodia, a czasem wystarczy jedna linijka tekstu, która wywołuje jakieś pozytywne skojarzenie, wspomnienie. I wtedy chciałabym tego słuchać jeszcze raz i jeszcze i jeszcze. Nie zawsze jednak jest to możliwe, bywa, że trzeba się troszkę napracować, bo chociaż żyjemy w takich czasach i w takiej rzeczywistości, że kilka kliknięć w klawiaturę komputera, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyczarowuje nam wszystko, czego szukamy to jednak zdarzają się sytuacje, że i net bywa bezradny. Do pewnego czasu, bo przecież dla chcącego ... i gdy się odpowiednio głęboko kopie, to w końcu się człowiek dokopuje.

Tym razem było tak właśnie.  W sobotniej Markomanii usłyszałam tę piosenkę i "wpadłam". Oczywiście od razu wygooglałam we wszystkich możliwych miejscach tytuł, wykonawcę, niestety bez efektu. Ani teledysku ani tekstu, nic! Ale cóż się dziwić, gdy chodzi o piosenkę nigdzie wcześniej nie emitowaną, znaną tylko z nielicznych wykonań koncertowych, piosenkę z płyty, która jest w planach dość odległych zresztą. 

Gdy wujek Yutub zawiódł, zanurkowałam głębiej w odmęty Googla i nawet nie wiecie jak bardzo okrężną drogą wynalazłam wreszcie moją piosenkę. I jak za dawnych, szkolnych czasów odtwarzałam ją sobie raz za razem, spisując cały tekst ze słuchu. I kiedy tak wciskałam sobie play i stop i play i stop przypomniało mi się, jak ponad trzydzieści lat temu robiłam to samo przytykając ucho do mojego magnetofonu marki KAPRAL i przepisując mozolnie piosenki nagrane z radia, z trójki właśnie. I tak sobie zatonęłam przy okazji we wspomnieniach z tamtego okresu, wspomnieniach tamtej muzyki i tamtej mnie. A potem całkiem spontanicznie zajrzałam na LP3 i zagłosowałam na "Trzymaj się wiatru kochana". Teraz nie głosuje się już na kartkach pocztowych, teraz sprawę załatwia kilka kliknięć, ale emocje są podobne. No i wyklikałam jej 40 miejsce w dzisiejszym notowaniu, chyba nieźle jak na debiut :))


Trzymaj się wiatru kochana

"To był dobry dzień, wiatr rozwiał chmury nad lasem
I w powietrzu zamigotał srebrny pył
To był dobry dzień, taki, co zdarza się czasem
kiedy myślisz, że dziś nie starczy ci już sił

Jak wiosenny deszcz, tęcza w powietrzu rozwiana
Pojawiłaś się w środku miasta, w środku dnia
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów

To był dobry dzień, taki co zdarza się wszystkim
Jeden w życiu raz żeby zmienić życia bieg
To był dobry dzień, życie jak drzewo ma listki
Niech zielenią się nim je zetrze pierwszy śnieg

Gdy zawołasz mnie pójdę tam i na kolanach
By odnaleźć to, co zgubiłem dawno już
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów tu

Jak wiosenny deszcz, tęcza w powietrzu rozwiana
Pojawiłaś się w środku miasta, w środku dnia
Gdy zabraknie mnie trzymaj się wiatru kochana
Gdy zabraknie mnie wiatr poniesie cię znów ... "

słowa i muzyka Robert Kasprzycki

Czyż nie piękny tekst? Nie złamię chyba żadnych praw podając Wam link do miejsca, jedynego jak na razie, w którym można tej piosenki posłuchać w całości. 
https://soundcloud.com/agencjamaestrada/trzymaj-sie-wiatru-kochana-330 

A teraz zanurzam się w mój ulubiony piątkowowieczorny rytuał z cotygodniowym zestawem obowiązkowym - Lista Przebojów Trójki, kieliszek czerwonego chilijskiego (albo dwa) i oczywiście Wasze blogi.  

Do zobaczenia u Was!  



P.S. (aktualizacja 17.05 sobota)
Poranek przyniósł niespodziankę (dziękuję Lewkonio). "Trzymaj się wiatru kochana" jest już na YT, udostępniona przez samego autora, więc jeśli chcecie posłuchać odsyłam Was właśnie tam


niedziela, 4 maja 2014

Bo nawet najdłuższy kiedyś się kończy ...

No i minął. Do północy jeszcze kilka chwil, ale już teraz długi majowy weekend A.D. 2014 można wrzucić do szufladki "przeszłość". Chociaż aura nie mogła się zdecydować, czy chce być z nami, czy przeciw nam to jednak odpoczywanie i cudowne nicnierobienie można było uprawiać nie zważając na (nie)pogodę. Taki był mój zamysł - odzyskać dawno nieodczuwaną niespieszność, zapomnieć o słowach "trzeba" i "muszę" i przesnuć się przez te cztery dni bez żadnych planów i patrzenia na zegarek. Chyba mi się udało. Przede wszystkim się wyspałam. W czwartek prawie do dziesiątej. Dla kogoś, kto codziennie wstaje o piątej to podwójna porcja snu. Nawet nie wiedziałam, że potrafię tyle spać. Potem kawa, długo celebrowana w ogródku. Nogi wystawione do słońca, leniwie kartkowana gazeta, po obu stronach płotu sąsiedzi równie niespiesznie obchodzący Święto Pracy. Południe witamy w szlafrokach, cudowne słońce, ptaki śpiewają jak szalone, żaby z pobliskich stawów wtórują im, choć środek dnia to chyba nie pora na żabie koncerty. Jest cudnie! Obiad? Nie chce nam się spędzać tego dnia przy garnkach. Zjemy na mieście. Bawimy się w turystów. Znajdujemy w internecie restaurację, w której nigdy nie byliśmy, rezerwujemy stolik. Jedziemy na Rynek, tam zawsze się coś dzieje, a nawet jeśli nie, to też jest ciekawie. W tłumie przechodniów migają twarze znane z ekranu, Zbigniew Wodecki, Andrzej Sikorowski ...  Nie wychodząc z roli turysty zaglądamy do galeryjek i sklepów z pamiątkami. W jednym z nich Ola wynajduje maleńką ceramiczną, ręcznie malowaną broszkę. Obok na półce stoi maleńki, szkliwiony kubeczek. Jest uroczo niedoskonały i zupełnie niepraktyczny, ale to mnie właśnie w nim urzeka. Mamy swoje "pamiątki z Krakowa" :)) 

 
 
 
 Spacer kończymy w "Dynia Resto Bar" na Krupniczej. Miła obsługa, smakowite dania a do tego jeszcze bliskie mi klimaty w wystroju wnętrza - ściana z gołej cegły, stolarka okienna w szarych przecierkach, klimatyczny ogródek. Obiad dla czterech osób z deserem (pyszne crummble z malin !!) i kawą nie rujnuje kieszeni. Wracamy na naszą krakowską wieś, mimo późnego popołudnia wciąż skąpaną w słońcu. Sąsiedzi siedzą wciąż w swoim ogrodzie, prognozy na kolejne dni są nieciekawe, więc trzeba wykorzystać to cudowne, niemal letnie ciepełko. Lubię te nasze niezobowiązujące sąsiedzkie pogwarki, bez umawiania, bez przygotowania, ktoś przynosi wino, ktoś przypomina sobie, że ma w zamrażalniku lody... impreza bez imprezy. 

Cztery wolne dni mijają szybko... za szybko, ale dla mnie to niemal jak urlop. Komputer wyłączony,  nie zaglądam do firmy. Nawet, jeśli jest tam jakiś mail z super-mega-pilną-sprawą-do-załatwienia-na-wczoraj to i tak niczego nie zmieni, że przeczytam go w święto. Wybaczcie Klienci, ale my też jesteśmy tylko ludźmi, nie cyborgami albo krasnoludkami i mamy prawo do odpoczynku. W tych dniach całkiem świadomie i zupełnie bez poczucia winy z tego prawa korzystaliśmy. 

Zamiast maili i faktur i pism urzędowych było więc to:

 

Ciepła chusta (moja pierwsza) z 200 g angielskiej mieszanki 40 % wełny i 70 % akrylu powstała tylko dlatego, że natrafiłam na blog Drutoterapia, na którym znalazłam odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie - jak i od której strony zacząć? Zaczęłam, a potem to już żal było przerywać, tak fajnie i szybko szło. I dobrze, bo chusta bardzo się przydała w sobotnie, okropnie zimne popołudnie. 

 

 i to:
 
Nie, nie zmieniły mi się upodobania kolorystyczne i nie opanowało mnie pasteLOVE szaleństwo, ale chyba tak mi właśnie wczoraj w duszy grało. Wyciągnęłam z kąta stary obrazek zrobiony gdzieś na początku mojej zabawy z dekupażem, odarłam z pierwotnych motywów, zeszlifowałam ile się dało stare tło, dodałam "zepsute" kiedyś drewniane serce i zupełnie bezmyślnie zamieniłam w taki cukierkowy obrazeczek 3D, który całkiem niechcący wpasował się w kolorystykę łazienki dla gości. Nieskromnie powiem, że chociaż to zupełnie nie moje kolory to efekt końcowy bardzo mi się podoba.

Udało mi się wygrzebać z archiwum zdjęcie deski (bo raczej trudno nazwać to obrazkiem) w wersji sprzed metamorfozy ... tak to wyglądało do wczoraj


a tak wygląda dziś w miejscu docelowym...

Tak jak lubię, przedmioty zupełnie nieprzydatne, zajęcia niekonieczne, ale cudownie relaksujące, oczyszczające głowę i kojące nerwy. A w tle niemal przez cały weekend "Trójka" i  Lista Przebojów i Polski Top Wszech Czasów, Markomania i Sjesta. Muzyką więc kończę ten wpis. Chciałam Wam polecić najnowszą piosenkę Perfectu "Wszystko ma swój czas", niestety jest zbyt świeża i nie ma jej jeszcze w sieci (fragmentu można posłuchać na stronie LP3, bo jest już w zestawie do głosowania). Dlatego żegnam się cudownym, lirycznym, idealnym na tę porę "Pod niebem pełnym cudów" Raz Dwa Trzy.


Miłego i spokojnego tygodnia!

piątek, 18 kwietnia 2014

Spokojnych Świąt!






Odpoczywajcie

Wyciszcie się

Wsłuchajcie się w siebie

Zapomnijcie o kłopotach

Pooddychajcie świeżym powietrzem

Spotkajcie się z bliskimi

Uśmiechnijcie się

Spokojnych, zdrowych, rodzinnych świąt!
 

niedziela, 30 marca 2014

Metamorfoza komódki ...

Oj, przysmęciłam wczoraj. Całe szczęście mało kto przeczytał te moje śródnocne wynurzenia. Z założenia na blogu nie miało być tego typu tekstów, nie chce nikogo wciągać w moje smutki i kłopoty. Tutaj miałam się chwalić rękodziełem, opowiadać o książkach i filmach a czasem tak sobie blablać  o duperelkach. I tak będzie, bo na całe szczęście taki prawdziwie głęboki dół nie dopada mnie zbyt często a jak się to już przydarza, to internet jest ostatnią rzeczą do której mam ochotę zaglądać. Wtedy raczej szukam jakiegoś zajęcia, z pozoru bezmyślnego, które zajmuje mi ręce i troszeczkę głowę. Żeby nie myśleć o tym, co uwiera i boli, żeby się zresetować, a czasem, żeby w pocie wysiłku fizycznego "urodzić" niechcący rozwiązanie problemu. 

Komódka, którą dzisiaj chcę pokazać jest efektem takiego "zasypywania dołka". Pierwotna wersja powstała już dawno temu i w zasadzie zaraz po zrobieniu przestała mi się podobać. Mam wrażenie, że zrobiłam ją na siłę, zupełnie bez pomysłu i bez specjalnej potrzeby. Ot, stała sobie taka goła, ja akurat miałam wolną chwilę, więc złapałam pierwszą z brzegu serwetkę i ... machnęłam koszmarek. Motywy z tej serwetki, skądinąd bardzo fajne pojedynczo zupełnie zniknęły zestawione obok siebie na czterech szufladkach. Z bliska jeszcze można się było dopatrzeć sensu, ale z daleka widać było tylko jakiś szarobury chaos. Nie schowałam jej w kąt tylko dlatego, że była mi potrzebna w przedpokoju do przechowywania wisiorków, bransoletek i innej biżuterii, którą lubię zakładać na siebie tuż przed wyjściem. Jako praktyczny mebelek sprawdzała się doskonale, ale jej wygląd gryzł mnie coraz bardziej.
Do zeszłego weekendu. W ciągu jednego popołudnia rower, skuter i samochód zniknęły pod gorącym podmuchem z opalarki a na ich miejscu pojawiły się "moje" motywy. Mam wrażenie, że składowe elementy skomponowały się same, wycinałam i kleiłam je jak w transie. I teraz mam w stu procentach "moją" komódkę.

 
Przestawiając szufladki mogę delikatnie acz zauważalnie zmieniać obrazek.


 

A to wersja "before".  Komódka w miejscu docelowym.


 

Zasłuchana w cudowne "sjestowe" melodie pozdrawiam Was ciepło. Niech to cudowne, niedzielne popołudnie będzie zapowiedzią równie pięknego tygodnia. Nie tylko pod względem aury.  Ściskam Was!