środa, 16 listopada 2011

Zaczyna się :(((


Nie ma się co łudzić, ciepło już nie będzie. Gorzej. Będzie coraz zimniej i paskudniej. Gdy rano odprowadzałam Olę do szkoły towarzyszył nam pierwszy śnieg. Jeszcze nieśmiały, drobniutki, jeszcze nie sypiący, a raczej tańczący w powietrzu, jeszcze nie docierał do ziemi... Lada dzień będzie go więcej a z nim lód... na drogach też... nie lubię, bardzo nie lubię. Trauma powypadkowa wraca każdej zimy i nie puszcza do roztopów, choć minęły już trzy lata. Nie wiem czy kiedyś się przemogę. Mam wrażenie, że z każdym rokiem jest coraz gorzej. Gdy na drodze jest śnieg, czy lód, to nawet jadąc jako pasażer wciskam się z całej siły w fotel i zaciskam nerwowo ręce. Nie wiem, czy czegokolwiek boję się bardziej. Może tylko latania.

Póki jednak nie stać mnie na domek w Hiszpanii albo innej Toskanii muszę trwać w tym szczękościsku i odliczać dni do marca. Na szczęście istnieją takie zimoumilacze jak kominek z buchającym żywym ogniem, jak kot mruczący na kolanach, jak grzane wino. I włóczka. Wraz z nadejściem pierwszych chłodów wyciągam druty, skupuję włóczki i śmigam. Czapki, otulacze, mitenki. Przymierzam się do wielkiej kamizeli a może nawet swetrzyska. W liceum byłam mistrzynią swetrów-gigantów. Potrafiłam w tydzień śmignąć sweter do kolan cały z kwadratów 10 x 10 w różnych kolorach i wzorach. Nie zachował się niestety :(( Podobnie jak sweter-płaszcz zrobiony podczas dość nudnej miesięcznej praktyki studenckiej w bibliotece w Zielonej Górze. Służył mi przez całe studia, niestety też gdzieś go wcięło :( Mimo upływu niemal dwu dekad idealnie wpisałby się w obecne trendy. Wszak wszystko powraca... grube sploty, warkocze, patchworkowe wzory... to wszystko było modne, gdy byłam licealistką. A może to nie była moda, tylko konieczność. Ratunek w czasach pustych półek i identycznych szarych ubrań. Kto potrafił sobie coś sam uszyć i wydziergać miał szansę się z tej szarzyzny wybić, o dziwo nie pamiętam, żeby był problem ze zdobyciem tkanin czy włóczek. A nawet jeśli, to przerabiało się stare ciuchy, albo szyło z czegoś, co było. Czy ktoś pamięta spódnice z tetrowych pieluch farbowanych w garnku na dowolny kolor, albo z chustek do nosa, super się do tego nadawały męskie... a baletki wycinane z tenisówek... jest co wspominać.

Nie wiem co mnie tak naszło na licealno-studenckie wspomnienia. Może to ta szarość za oknem, może wczorajsza rozmowa z J. przyjaciółką od zawsze, daleką teraz ale zawsze bardzo bliską...

Żeby jednak nie tkwić w tych szaroburych nastrojach i nie dać się wszechogarniającej ciemności wdałam się w romans. Flircik w zasadzie, chyba krótkotrwały, bo to jednak nie moje klimaty. Ja jednak jestem bardzo mocno osadzona w sepii, oliwkowej zieleni i brązie. Dlatego tylko na chwilkę, dla odświeżającej odmiany poflirtowałam z różem. Chociaż ten róż to też taki naznaczony moimi nastrojami, nie słodki, nie cukierkowy, nie barbiowy, jak mawiała moja Ola. To róż nostalgiczny, przygaszony, odarty z lukru. Zresztą, co ja tu będę gadać o nim, popatrz, proszę. Chociaż zdjęcia też jakieś takie odarte ze światła i życia.

Mini komódeczka na naprawdę mini skarby...



Serducha...
... to małe robiłam dużo wcześniej, widać, że ma w sobie więcej optymizmu :))



Małe serduszko jest zawieszką przy wieszaczku z podobnym motywem...


Do kompletu mam jeszcze spory piórnik... tu nasycenie różowością zdecydowanie większe...



I pojemnik na listy i karteluszki ...




Blogger znowu "ułatwia" użytkownikom życie. Zmienił całkiem formatkę pisania postów i mieszanie zdjęć z tekstem trwa dwa razy dłużej. Jak ja lubię te ulepszenia ;)) Nie, żebym była przeciwna technicznym nowinkom, nawet staram się ich nie unikać, ale jak już coś sobie obczaję na tyle, by posługiwać się tym szybko i sprawnie, to zaraz wyskakuje jakaś aktualizacja, która stawia wszystko na głowie i moje wyuczone, niemal automatyczne ruchy muszą się iść bujać. Wrrrr! Ale udało się i chyba nawet pobiłam swój rekord ilości zdjęć w poście.

Nie mdli nikogo od tego różu? Mam nadzieję, że nie. Jeśli tak, to zapraszam na kubek gorącej, gorzkiej kawy. Ja sobie idę zaparzyć, bo lekko przymarzłam ...


Popatrzyłam na mojego kota moszczącego się w tym niewygodnym pudełku na ołówki i na moje cztery kąty i na tę zaokienną szarość i taki mały muzyczny PeeSik mi się narzucił. Ta piosenka zawsze będzie mnie przenosić do kursu tańca, który przerwałam już dawno i który był fantastyczną przygodą, relaksem i odskocznią od codzienności. Każde zajęcia wolnym tańcem do spokojnej muzyki. Kilka razy właśnie do tej piosenki ...




"... W nocy i w dzień bez makijażu
wie jaka jest...on ją taką widzieć chce...
silną,upartą i wierzy bardzo,
w piękno, które wciąż odkrywa w niej
W nocy i w dzień bez makijażu
wie jaka jest... on ją taką widzieć chce....
pełną sprzeczności w każdym wydaniu
nigdy nie opuści jej...


Lubi nudzić się i tkwić w bałaganie wolnych chwil
(kocha sobą być)
Kocha niebanalny styl,
koci świat i dobry film,
(nikt nie mówi jej jak żyć)
Jest jak deszcz w upalny dzień
nieprzewidywalna tak.....
(bywa zmienna tak)
On to wie i gotów jest jej na kredyt siebie dać
całego siebie dać..."

czwartek, 10 listopada 2011

O prezentach ciąg dalszy ...


Po króciutkim pobycie dygresyjnym na filmowym poboczu wracam do rozpoczętej kilka dni temu prezentacji cudowności, jakie dzięki zdolnym rączkom blogowych koleżanek oraz ich wielkim serduchom trafiły pod nasz dach. Zachowując chronologiczną kolejność zdarzeń zacznę od woreczka, który wylosowałam w candy u Madziki. Woreczek jest przecudnej urody, a jak się okazało na żywo, także przecudnej miękkości. Poza tym nawet pusty zachowuje kształt woreczka, co mnie urzekło najbardziej, ponieważ lubię takie pękate woreczki.


Woreczek nie przyleciał do mnie pusty, ale miał smakowity i pachnący wypełniacz. Wewnątrz był, jak to napisała Madzika w dołączonym liściku "zestaw ratunkowy na jesienne smuteczki", czyli smakowita czekolada z pomarańczową nutą, herbata zielona z jaśminem (mmmmmm!) i pachnące żurawiną, energetyczne jak diabli świeczuszki. Herbata jest przepyszna, czekolada na razie służy do ćwiczenia silnej woli (mojej i nieletnich czekoladożerców) i o dziwo nikt jej jeszcze nie pożarł chociaż zakusy były. Woreczek ukradła Ola, bo "przecież różowy ci do niczego nie pasuje..." No niby tak. :((((


To nie wszystko, co drapnęła moja Córa. Do jej pokoju trafił też uszyty przez Sunsette anioł, którego udało mi się wylicytować na aukcji dla Damiana. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Skojarzył mi się tak bardzo ze mną sprzed lat... łojeju!, nie powiem ilu..., że musiałam go mieć. Moje zdjęcia nie oddają jego urody, ani precyzji, z jaką został wykonany. Sweterek taki słodki, dzianinowy, ja nie wiem jak ta Agnieszka to zrobiła. Geterki, nonszalancko naciągnięte na chude nóżki. A pod spodem, ledwie widoczna tiulowa haleczka... Niedługo się cieszyłam moim aniołkiem, Ola zapiszczała, zatrzepotała rzęsami, potem zrobiła spaniela i cóż... Kiki, bo tak nazwałyśmy anielską laleczkę, powędrowała do jej pokoju. Poprzymierzała się w różnych miejscach, najpierw przysiadła na toaletce...

... potem zawisła na regale, ale tam strasznie żałośnie wyglądała...


... w końcu wylądowała na karniszu pod sufitem. Tam niegroźne jej kocie pazurki i łapki koleżanek.

Przy okazji namawiam wszystkich do wspierania Damiana. Na blogu, który założyła Agnieszka można wylicytować wiele wspaniałych przedmiotów wystawionych przez dziewczyny o wielkich sercach. Można też podarować coś na taką aukcję. Aktywny link do strony jest u mnie na bocznym pasku. Wszak razem możemy dużo więcej. Drobne gesty, niewielkie wpłaty składają się na całkiem zauważalną pomoc.

Magduś, Aguś, dziękuję i ściskam cieplutko. Moje Wy zdolne!!!!

niedziela, 6 listopada 2011

Habemus papam ?


Wiem, że miał być ciąg dalszy fotoopowieści o cudownościach, jakie dotarły do mnie w ostatnim czasie z różnych stron i z różnych powodów. Myślę jednak, że dziewczyny, które sprawiły mi radość swoimi ślicznymi wytworkami nie będą mi miały za złe tego małego poślizgu. Przez niemal dwa lata przebywania w blogosferze zdążyłam przekonać się, że spotykam tu osoby nie tylko o wielkich zdolnościach i talentach, ale też obdarzone wielkim sercem i ogromną wrażliwością . Nie są to osoby małostkowe i dlatego ze spokojem zostawiam "napoczęty" temat i na momencik zbaczam z drogi.

Przyczyną jest film, któremu nie wróżę długiego pobytu na naszych ekranach. Chyba dystrybutor też nie był w tej kwestii optymistą, bo nie wiem jak w innych miastach, ale w Krakowie film ten wyświetlany jest zaledwie w kilku kinach, na dwóch -trzech seansach dziennie (oczywiście w weekend) w bardzo późnej porze. Gdy sprawdzaliśmy w necie repertuar i próbowaliśmy zarezerwować bilety, to mapa sali była tylko gdzieniegdzie pokryta czerwonym kolorem zajętych miejsc. A była to, trzeba powiedzieć, jedna z najmniejszych sal multipleksu. Z ciekawości rzuciliśmy okiem na rezerwację miejsc na "Wyjazd integracyjny" - pojedyncze wolne miejsca... Trudno się dziwić, że opowieść o człowieku, którego przerosło wyzwanie, jakie postawił przed nim Kościół przegrywa w weekendowy wieczór z wesołą opowieścią o tym co dzieje się na legendarnych już korporacyjnych wyjazdach integracyjnych. Goły tyłek Karolaka i Kasia Figura w stroju dominy kontra starzy kardynałowie odmawiający litanię do wszystkich świętych. Nie jest to film na wesoły początek wieczoru przy popcornie i coli przed wypadem do dyskoteki.

Z drugiej strony, nie jest to także film, na który księża katecheci będą zabierać swoich podopiecznych w ramach lekcji religii. Bo chociaż tytuł przywołuje od razu skojarzenie z Janem Pawłem II nie jest to kolejna historia o życiu naszego papieża. Co więcej, jest to opowieść o kimś, kto tym papieżem zostać nie chciał nakręcona przez reżysera, który delikatnie mówiąc jest z Kościołem jako instytucją i z samym Bogiem trochę na bakier. I choćby z tego powodu, Ci, dla których istnieją tylko dwa kolory - czarny i biały, Ci, którzy widzą ludzi jedynie przez pryzmat my-oni nie pójdą na ten film do kina. Już gdzieś przeczytałam kilka głosów, że jest to kolejny przejaw antykościelnej nagonki. Nic bardziej mylnego, ale oczywiście jest to moje absolutnie subiektywne odczucie i można się ze mną nie zgadzać.

Film Nanni Morettiego nazywany jest przez jednych dramatem, przez innych komedią. Rzeczywiście trudno jest go jednoznacznie określić, zaszufladkować. Bo to film niebanalny, ale komedią chyba jednak nie jest, chociaż kilka momentów rozbawiło mnie do łez (scena, gdy lekarz przegląda z kardynałami ich leki uspokajające i nasenne...). Dla mnie to po prostu bardzo mądry film o człowieku, starym człowieku, którego przygniótł ciężar oczekiwań, który w chwili, gdy ma się stać kimś drugim po Jezusie odczuwa tak silnie swoją małość i bezsilność, że jedyne, co przychodzi mu do głowy to ucieczka. I nie ma w tym moim zdaniem żadnego ataku na Kościół, żadnej obrazy moralności, żadnego szargania świętości. Przeciwnie, pokazanie ludzkiej twarzy tych, których zazwyczaj widzimy w oficjalnych strojach i oficjalnych sytuacjach nie uwłacza ani Kościołowi jako instytucji, ani religii ani Bogu. Czy z chwilą wyboru ten człowiek stanie się automatycznie kimś innym, czy strach jest aktem niewiary w boski plan, czy jest grzechem? Szczerze mówiąc nigdy dotąd nie zastanawiałam się nad tym, ale wczoraj, po wyjściu z kina długo myślałam czy moment ogłoszenia werdyktu konklawe różni się tak bardzo od momentu ogłoszenia werdyktu sądu o skazaniu na wieloletnie więzienie za nieumyślne zabójstwo, albo od wylewu, który unieruchamia kogoś na całe życie w szpitalnym łóżku . Proszę mnie nie linczować za to porównanie, chodzi mi jedynie o jeden aspekt. I w jednym i w drugim i w trzecim przypadku człowiek jest nagle wyciągnięty ze swojego dotychczasowego życia. Jedna chwila przenosi go ze świata, który zna, środowiska, w którym pracuje i żyje do kompletnie innej rzeczywistości, do obcych wnętrz, obcych ludzi. Do zależności i rytuałów, na które nie ma wpływu. Czy nie boimy się nagłej choroby, która nas skaże na zależność od innych?? Nie wiem jak Ty, ale ja się boję. Więzienie ... wystarczy chwila nieuwagi, tragiczny splot wydarzeń na drodze i możemy stać się sprawcą wypadku... nie boisz się? Kardynał przyjechał na konklawe, zostawił swoje sprawy na kilka dni. A tymczasem ma nie tylko zostać na zawsze w Watykanie, ale ma też stać się przewodnikiem dla całego katolickiego świata... czy to nie może przerazić? Nie musi, ale może.

I taką sytuację opowiada Nanni Moretti. A opowiada ją przy udziale wspaniałych aktorów. Michele Piccoli w roli kardynała wybranego na papieża, Jerzy Stuhr jako rzecznik prasowy Watykanu (świetna rola, zagrana w całości po włosku, poza maleńkim polskim akcentem, ale to już trzeba zobaczyć samemu), cała masa kompletnie nieznanych aktorów w rolach kardynałów - miniaturowe perełki aktorskie. Sam reżyser wcielił się w rolę psychoanalityka, sprowadzonego do Watykanu, by pomóc papieżowi zwalczyć strach. Najlepszego specjalisty w kraju, ale niestety ... ateisty. "Uwięziony" razem z innymi kardynałami (do oficjalnego ogłoszenia papieża wiernym żaden z nich nie może opuścić Watykanu) wnosi trochę pozytywnego zamieszania w życie świątobliwych staruszków.

Film współprodukował Canal +, więc pewnie niedługo będzie go można zobaczyć w telewizji. Ja z pewnością nie przegapię okazji, by zobaczyć go jeszcze raz.




piątek, 4 listopada 2011

Chyba byłam grzeczna...

Chyba byłam grzeczna w tym roku, bo Mikołaj już w listopadzie postanowił mnie zasypać prezentami. Mam cichą nadzieję, że to nie koniec i że 6 grudnia też coś mi tam jeszcze przez komin pod poduszkę wpadnie ;))) Na razie jednak nie przez komin i nie na saniach zaprzężonych w renifery, ale całkiem zwyczajnym pojazdem mechanicznym przyjeżdża do mnie Ulubiony Pan Listonosz i przywozi mi rozmaite paczuszki.

Pierwsza była od Ani, cudownej, ciepłej Dziewczyny, wspaniałej Mamy i utalentowanej Artystki. Miałam niesamowite szczęście, że jej synek Antoś właśnie mnie wylosował w urodzinowo-rocznicowym candy Wymarzonego domu Ani. Na rysunki Ani, bardzo delikatne i subtelne jak Ona sama miałam wielką chrapkę i choć do kolejki stanęła niemal setka chętnych padło na mnie. Antosiu, ciocia Mira bardzo Ci dziękuje i posyła buziaka w słodki nosek. Oczywiście oprócz obrazków Ania sprezentowała mi śliczny zestaw drewniano-dekupażowy (ptaszek i ramka a w niej kolejny rysunek autorstwa Ani) a także przepięknie zapakowane ciasteczka i czekoladę. Czekolada (kawowa) tak niesamowicie pachniała, że przez kilka dni broniłam jej przed zakusami moich domowych czekoladożerców, żeby napawać się tym aromatem. Teraz oczywiście pozostało po niej jedynie wspomnienie i skrupulatnie schowany na wszelki wypadek papierek. Ptaszek i ramka też już mają swoje miejsce w salonie. Nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji gdzie i jak wyeksponować obrazki, więc póki co czekają na olśnienie (moje oczywiście).

A teraz czas dla fotoreporterów :))))

Tego zdjęcia by nie było, gdyby nie moja Ola, która widząc jak trzęsącymi się z wrażenia rękami zaczynam dobierać się do paczki krzyknęła "Poczekaj!", popędziła po aparat i kazała obfocić także to śliczne "zewnętrze" (chomik ukryty we mnie kazał mi oczywiście zachować ten rysunek na bliżej nieokreślone "przyda się")


A tu już cała zawartość w malowniczym nieładzie. Na pierwszym planie lawendowa zawieszka, o której zapomniałam wspomnieć wyżej. Zdobi teraz jedną z moich niezliczonych zielonych butelek po winie...

Wafelki i czekolada... wciąż czuję ten zapach.

Ptaszek w świetle lampy błyskowej dumnie pręży pierś.

No i obrazki... śliczne. Pudrowe kolory, teksty proste a jednak ważne... miniaturowe cudeńka .



Anulko, jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję, chociaż wiem że tego nawet nie przeczytasz, bo mój blog z niewiadomych powodów jest dla Ciebie niedostępny :((((

A w kolejnym poście, kolejne prezenty i kolejne "hendmejdowe" cudowności.
Dziś już padam na twarz. To był ciężki tydzień a dzisiejszy dzień był na tym torciku wielką, cierpką wiśnią. Idę spać. Dobrej nocy i niech już nastanie weekend.

czwartek, 3 listopada 2011

Z dziennika raczkującej bizneswoman (2)...

W życiu Raczkującej Bizneswoman zdarzają się takie sytuacje, że musi wstać z wygrzanego fotela, wyjść zza biurka i pozałatwiać różne urzędowe sprawy. Raczkująca bizneswoman nie przepada za urzędami, więc gdy tylko może wysługuje się swoim Małżem, który ma za sobą lata doświadczeń i kilka garniturów zębów zjadł w potyczkach z biurokracją wszelkiej maści. Czasem jednak nie można się wykręcić i wysyłać "harcownika", tylko trzeba stawić się na ubitej ziemi ciałem własnem uzbrojonym w dowód osobisty i pieczątkę. Tak też zdarzyło się w zeszły poniedziałek, gdy trzeba było odwiedzić...



Dzień powszedni, z racji ulokowania w okolicy świąt i weekendu zdawał się być idealny do załatwienia biurokratycznych konieczności. Naród zajęty czyszczeniem nagrobków, wybieraniem kształtu i rozmiaru zniczy oraz logistyką tego wszystkiego miał był okupować sklepy, targowiska i cmentarze. Przestrzenie urzędowych pomieszczeń miały być puste a załatwienie nudnej, acz koniecznej papierologii miało być tylko formalnością. Niestety naiwność Raczkującej Bizneswoman dostała pierwszego kopniaka już po przekroczeniu progu Urzędu. Wyjęty z maszyny bloczek o kosmicznym numerze 864 i dopisana pod nim informacja, że jest 118 oczekującym na audiencję zgasiły uśmiech z jakim ta naiwna kobieta wkroczyła do krainy formularzy, przepisów, stempli i paragrafów. Nie zawróciła na pięcie tylko dlatego, że Małż szybciutko "zeskanował " ilość oczekujących i stwierdził, że nie ma ich więcej niż kilkadziesiąt osób, że większość z tych 118 to martwe dusze, które wzięły bloczek i przerażone cyfrą dały sobie spokój. "Góra godzinka i wracamy" powiedział towarzyszący Optymista i upolował jakieś krzesła.

Rzeczywiście numerki na świetlnej tablicy migały dość szybko przy "relaksującej" melodii gongu. Ding-dong...wyświetla się numer 747 przy stanowisku numer 6...ding-dong 748 do stanowiska numer 11 ... ding-dong 749 do szóstki... rzeczywiście leci jak burza. Rozbieramy się, bo choć ludzi tłum, to okna szczelnie zamknięte i zaduch okrutny. Raczkująca Bizneswoman przygląda się współcierpiącym. Porównania z przychodnią ZOZ albo szpitalną izbą przyjęć narzucają się same. Ani tu ani tam nie przychodzi się dla przyjemności (choć są wyjątki), i tu i tam jedynym przejawem nowoczesności jest ten nieszczęsny automat z numerkami i klawiatury komputerów na biurkach. I tu i tam człowiek siedzi na niewygodnym krześle i z każdą minutą staje się mniejszy... traci kolory, indywidualne cechy, zlewa się z innymi w szarą masę. I nie ma znaczenia, że tam, w realnym świecie jest prezesem firmy przestawiającym personel jednym skinieniem palca, albo gwiazdą estrady ze znanym nazwiskiem (akurat razem z Raczkującą Bizneswoman tkwił w kolejce jeden z członków Grupy Rafała Kmity) . Przestajesz być człowiekiem, stajesz się petentem. Raczkująca Bizneswoman nie zabrała ze sobą niczego do czytania, nie ma też robótki ani nawet gier w telefonie. Dlatego zabija czas obserwując sąsiadów. Każdy inaczej radzi sobie z nudą i stresem oczekiwania. Wielu się "zaprzyjaźnia", w ciągu kilku chwil zwierzając się jeśli nie z całego życia, to z wydarzeń dnia bieżącego. I tu narzuca się kolejne podobieństwo z poczekalnią u lekarza. Tam przebojem jest tekst... pani to nic, mnie to dopiero boli... po czym następuje pasjonująca opowieść pełna kolorowych opisów boleści, skurczów, wybroczyn i strzykań. Tu można usłyszeć ekscytującą historię o tym, jak to Pan po kilku godzinach siedzenia w kolejce udał się na moment za potrzebą i w tym czasie minął jego numer ...

Mija godzina a szczęśliwy numerek nie doszedł nawet do 800. Ale teraz, to już żal wychodzić, skoro już tyle wysiedziałam... tylko dlaczego ludzi nie ubywa... i to upragnione ding-dong odzywa się jakby rzadziej. Mija kolejne pół godziny wypełnione wnikliwą obserwacją, ukradkowym ziewaniem i przeglądaniem po raz n-ty wypełnionego zawczasu "bardzo ważnego formularza". Nudę przeganiają atrakcje w postaci kolejnego Pana, któremu właśnie przed chwilą minął numer i dramatyczne decyzje "ławy przysięgłych" wpuścić go przy najbliższym nieobsadzonym numerku, czy zostawić, niech ma za swoje...

Jest już 17:30. Urząd pracuje do 18 a ludzi nadal strasznie dużo... czerwona tablica wyświetla kolejne numery 835, 836. Maszyna losująca dopiero przed chwilą przestała wypluwać kolejne bloczki. Raczkująca Bizneswoman zastanawia się na głos, co będzie, gdy owa 18:00 wybije. Wizje ma czarne, czuje się jak bohaterka filmów Barei. Z sąsiadującego z poczekalnią kantorka wychodzą dwie Panie Sprzątające uzbrojone w wiadra i mopy. Rzucają w tłum złowrogie spojrzenia... one już muszą zaczynać a powierzchnia płaska nie jest opróżniona :)))... ostentacyjnie wycierają więc wolne biurka. Raczkująca Bizneswoman ma pietra... przypomina sobie jak była wyrzucana z sali szpitalnej, gdy salowe zarządzały wietrzenie i mycie podłóg. Czuje że zawadza. Owo głupie uczucie potęguje się z chwilą wybicia 18. Wprawdzie żadna miotła nie wymiata tych co pozostali, żaden głos w głośniku nie obwieszcza końca pracy Urzędu, ale w powietrzu już czuć grozę. Atmosfera się zagęszcza. Zza jednego z boksów dobiega odgłos kłótni. Chociaż trudno to nazwać kłótnią, bo do uszu Raczkującej Bizneswoman dobiega jedynie podniesiony sopran Pani Urzędniczki, pojedyncze słowa... " jest już po 18... ja nic nie muszę... miał pan czas, mógł pan sprawdzić... trochę kultury..." wyśpiewuje na wysokich tonach Biuressa. Raczkująca Bizneswoman ma nadzieję, że to nie do jej boksu trafi, gdy czerwona tablica świetlna pokaże wreszcie upragnione 864.

Jakże się myli!

I nie pomaga najbardziej czarujący i nic a nic nie wystudiowany uśmiech, którym okrasiła szczere "dzień dobry" rzucone na początek. Dla wzmocnienia efektu równie uroczy uśmiech posyła osłaniający tyły Małż. Wprawdzie słyszą w odpowiedzi całkiem podobne w brzmieniu "dzień dobry", ale ani mina Pani Urzędniczki ani zapadające potem ostentacyjne milczenie nie wróżą dobrego. No cóż... skoro człowiek wysiedział te trzy godziny na niewygodnym krześle, to nie zniechęci go byle lód smagający zza biurka. Biuressa nie zagaja, nie zamierza nam ułatwiać, jej od pół godziny nie powinno tu być, ale skoro musi tkwić do ostatniego numerka na czerwonej tablicy, to zrobi to minimalnym nakładem energii. Raczkująca Bizneswomen referuje grzecznie po co przyszła, stara się być zwięzła, szanuje czas Pani Urzędniczki. Stara się nie zwracać uwagi na bogatą mimikę twarzy z drugiej strony biurka. W ciągu kilku minut biurokratycznego tete-a-tete Pani Urzędniczka prezentuje wachlarz min, jakiego nie powstydziłby się najlepszy aktor tatru kabuki, przewraca oczami, robi dziubek (tę minę chyba lubi najbardziej), wzdycha melodramatycznie. I mówi... coraz wolniej... niemal rozdzielając litery w wyrazach, aby zmieścił się miedzy nimi sssssyk... Gdyby była żmiją już konalibyśmy w konwulsjach na podłodze u jej stóp. A my nie dość, że nie konamy, to jeszcze mamy czelność żądać... potwierdzenia...podpisu... pieczątki. I znowu przewracanie oczami i znowu dziubek. Raczkująca Bizneswoman zaczyna się bać, że przez ten dziubek uleci z Biuressy dusza, kopie Małża pod biurkiem, żeby może ustąpił, zaprzestał eskalacji żądań, że pal licho potwierdzenie... Ale On, weteran biurokratycznych zmagań, nie takie rzeczy widział, nie takich ostentacji doświadczał... dostaje, czego chciał. Na odchodnym życzy pani Urzędniczce udanego wypoczynku. Cierpkość uśmiechu, który ich żegna psuje potem smak pysznego chilijskiego wina, którego kieliszek miał być zasłużoną nagrodą i relaksem po wyczerpującym dniu.

I tylko jak delikatne echo szumiały w głowie Raczkującej Bizneswoman słowa: przyjazne państwo, profesjonalizm, pieniądze podatników, etyka zawodowa i takie tam bzdury...





piątek, 28 października 2011

Księżyc w naszym domu...

Czy można zważyć szczęście? Można! Moje szczęście waży jakieś trzydzieści deko. A czy szczęście może mieć realny kształt? Pewnie że tak! Może mieć ciałko, dość rachityczne póki co, ale jednak wyczuwalne pod dotykiem dłoni. I głosik... mizerny i piskliwy, ale skutecznie przywołujący TYCH DUŻYCH, jeśli nieprzyzwyczajeni zamkną drzwi nie sprawdzając, kto za nimi został. Szczęście ma mnóstwo energii, którą zużywa na firankach zmienionych w "ścianki wspinaczkowe " albo w pogoni za chrupką kukurydzianą zakończonych najczęściej efektownym lotem ślizgowym pod kanapy i fotele. Szczęście najeża się widząc swoje odbicie w lustrze, spada z parapetów, których jeszcze do końca nie wymierzyło swoim "małym geodetą", wisi na kablach, daje nura pod narzuty kradnie spinacze i podgryza kwiatki doniczkowe. Pomimo swojego młodego wieku wie od początku gdzie jest spanie, gdzie miseczki i przede wszystkim gdzie stoi kuweta. Nie jest ideałem, przydarzyło mu się na początku to i owo, ale to były incydenty.

Szczęście ma na imię Luna i adoptowaliśmy ją (podpisałam bardzo oficjalny dokument adopcyjny) 15 października. Razem z innymi kocimi znajdami szukała domu w jednej z krakowskich galerii handlowych. Wystarczyło jedno spojrzenie smutnych oczu, żebyśmy wiedzieli, że nie zostawimy jej samej w tej wielkiej klatce. Pojechała z nami i została już nie na przychodne i nie na spółkę z sąsiadami jak Czarek (ten od raperskiego łańcucha na szyi), ale całkiem na stałe i na zawsze. Luna jest spełnieniem moich marzeń o kocie, który wskoczy mi na kolana, gdy przysiądę na kanapie i zaśnie na nich mrucząc swoje kocie kołysanki. O kocie, który będzie siedział w oknie i w zadumie kontemplował widoki, gdy będę pracować i o kocie, który będzie w amoku gonił za zabawką, gdy przyjdzie czas na zabawę.
I Luna jest właśnie taka.



Jeszcze wprawdzie nie wskakuje na kolana, ale posadzona na nich nie ucieka, tylko mości się wygodnie i zasypia. W ciągu dnia śpi sobie na biurku w strasznie niewygodnej skrzynce na długopisy, temperówki i papiery. Zabawne, że gdy próbowałam postawić w tym miejscu wiklinowy koszyczek wymoszczony chustą, to zignorowała mnie i poszła spać na fotel. Gdy kanciaste pudełko wróciło na swoje miejsce kot także powrócił i położył się tam znowu. Widać nie to wygodne, co się TYM DUŻYM wygodnym wydaje :))).




Oczywiście, gdy tylko schodzę z mojego fotela Luna zaraz ląduje na nim. Szkoda, że nie widzisz jej miny, gdy wracam i zganiam ją stamtąd. Ma coś diabelskiego w spojrzeniu, ale co się dziwić, kiedy jest czarna jak noc. I te oczy, brązowe, nic a nic nie kocie... Nawet na zdjęciach to widać, choć zdjęcia słabe. Tak trudno sfotografować czarnego kota.

Pewnie jeszcze nie raz pojawi się na blogu. Zwłaszcza, że już nieśmiało próbuje ingerować w jego treść :)))





"Wiem, o czym będzie twój następny post", powiedział Małż dwa tygodnie temu widząc mnie rozanieloną z Luną w objęciach. I pewnie by zgadł, gdyby nie te zdjęcia, a raczej ich brak w pierwszych dniach aklimatyzacji. Ale co się odwlokło, to nie uciecze.

Miłego weekendu.

wtorek, 18 października 2011

Idzie...nie ma na to rady.

Nie jesień oczywiście, bo ta już się rozgościła w swej kolorowej cudowności, rozsiadła na drzewach i trawnikach i niech sobie siedzi jak najdłużej, bo piękna jest w tym roku. O tej drugiej myślę, tej, która już próbuje się wychylać. Myślałam, że tylko nieśmiało wypuści harcownika przymrozka, delikatnie desancik w postaci szronu na szyby samochodowe zrzuci, takie tam subtelne podchody poczyni dla sprawdzenia, czyśmy gotowi. Przecież wie, że nie tylko drogowcy nie lubią jak ich zaskakuje. My też chcemy, żeby nam dała znać wcześniej, to i trawnik ostatni raz skosimy i zagrabimy, roślinki ciepłolubne schowamy, wykopiemy, zasłonimy, opony zmienimy na zimowe i garderobę przewrócimy tył na przód. W zasadzie nie ma się co czepiać. No siekło mi wprawdzie pelargonie i surfinie w jedną noc , i kany, którym kwiecie nawet w tym roku nie wyszło z łodyżki (no i nie wiem, czy dostałam czerwone, czy pomarańczowe), płot jeszcze wczoraj czerwony od liści winobluszczu też nagle wyłysiał. To wszystko mieści się jeszcze w normie. Połowa października, to i ogacać się czas. Kozaczki wypastować, paltot z moli otrzepać, czapki przymierzyć, czy nie ciasne... Ale na miłość boską, przecież to wciąż jest jesień !!!! J-E-S-I-E-Ń !!!!! Jeszcze pomarańczowy rządzi, Helołiny napływowe i Zaduszki nasze tradycyjne przed nami. Jeszcze nie wszędzie nawet znicze wyległy "na sklepy".

Czemu więc tak Boga wzywam nadaremno? No bo aż mnie zmroziło (tak jak te moje kwiatki nieszczęsne), kiedy wczoraj w sklepie meblowym na I... zobaczyłam dekoracje bożonarodzeniowe. Już lampki, już ozdoby, już papiery do pakowania prezentów. Ja wiem, że czas to pieniądz, zwłaszcza w handlu, że te kontenery chińszczyzny trzeba upchnąć w polskich domach, ale kurcze, połowę października mamy!!!!! Próbowałam jakoś zrozumieć szefów sklepu na I.... ale zabrakło mi konceptu. Całe szczęście, że jeszcze kolęd z głośników nie puszczali. Przecież jak zaczniemy kolęd słuchać od października, to w grudniu na pasterce dostaniemy odruchu wymiotnego. Gdzie magia, gdzie czar? Przecież Boże Narodzenie to też urok oczekiwania. Jak konkurencja zobaczy co w sklepie na I... piętrzy się przy kasach, to żeby nie tracić czasu znicze ubierze w mikołajowe czapki. A dla pewności, że czasu nie tracą, to może jeszcze bazie i palmy w szklane świeczniki wstawi. Czy ja się czepiam? Może przesadzam, ale czy takim traktowaniem jakichkolwiek świąt sami nie spłycamy ich i nie sprowadzamy jedynie do większych niż zwykle zakupów i większego zamieszania w głowach? I jak lubię sklep na I... , co widać po naszym domu pełnym mebli i pierdółek w nim kupionych, tak sobie obiecałam, że nie kupię tam niczego, ni-cze-go, z oferty świątecznej, choćby mnie w okolicach Wigilii kusili przecenami o 99,9%. Nie kupię i już! Dla zasady i na znak protestu. Bo ja chcę mieć Boże Narodzenie w grudniu.

A do zimy przygotuję się też w swoim tempie i na swój sposób. Nawet bym zaryzykowała stwierdzenie, że to zwierzę we mnie, którego nie zagłuszyła cywilizacja samo się do zimy szykuje. Niestety pierwsze co robi, to je więcej. I inaczej. Już mi nie smakują sałata z pomidorami i mozzarellą. Już bym zjadła coś cieplejszego. Organizm funduje mi zachcianki, którymi chce przy mojej pomocy wyprodukować tłuściutkie oponki na moich boczkach. Jakby mniej z tym walczę, nie, żebym całkiem się poddała, bo czerwona lampka z napisem Sylwester jednak się nad głową zapala, ale nie bronię się już tak mocno jak latem. I wino już nie smakuje tak dobrze, już się za grzańcem zaczynam rozglądać. I herbatki już inne chcę pić, bardziej korzenne w smaku, rozgrzewające. To wszystko tak jakoś naturalnie przychodzi.

I jeszcze coś. Świece. To już prawdziwy imperatyw zimowy. Jak wiewiórka orzeszki, tak ja znoszę do domu świece, świeczuszki, świeczniki i lampiony. Nawet z warzywniaka potrafię przynieść świeczkę. I obstawiam się tym wszystkim i świecę co wieczór i niestraszne mi zimno i ciemność, bo mam swój symboliczny ogień w domu.

Jakiś czas temu pewna miła Osoba poprosiła mnie o zrobienie zestawu świeczników. Poza sugestią, żeby ozdabiał je motyw lawendy pozostawiła mi wolną rękę. No to wolna ręka zrobiła coś takiego.





Mam nadzieję, że te świeczniki uprzyjemnią Pani Agnieszce zimowe wieczory. Mnie, przygotowanie ich sprawiło tak wielką radość, że już myślę o zmalowaniu kolejnych.

A na zakończenie dla tych, co na zimę czekają z utęsknieniem i dla tych, którzy chcieliby, żeby już była wiosna. Dla tych, którzy dziś mają wspaniały humor i dla tych, których dręczą smuteczki. Dla tych, którzy mają wrażenie, że wciąż maja pod górkę i dla tych, którym wciąż się spełnia. Dla tych, którzy czarno widzą i dla tych, którym różowe okulary przyrosły do nosa. Dla tych, którzy marzą by krokiem fokstrota sunąć z nią/nim po sali i dla tych, którzy wolą tańczyć solo. Dla tych, co daleko i tych, co całkiem blisko... Smile ...





A na koniec małe PS. do Małża
Widzisz, jednak nie było o tym, o czym myślałeś że będzie :)))))


piątek, 14 października 2011

Piosenka na dziś... Rod Steward

Bo za oknem ciemno jak w nocy, choć to dopiero popołudnie. Bo zimno i nawet herbata z imbirem nie rozgrzewa. Bo taki jakiś mam nastrój na "dłubanie widelcem w sercu". Całkiem bez powodu... ot tak...

Jedno z ładniejszych wykonań tej piosenki. Rod Steward jak zwykle w formie, Amy Belle, jak uczennica, wciąż zdziwiona, że stoi na jednej scenie z Mistrzem. Ale przede wszystkim to co mnie zawsze łapie za serce, czyli publiczność, która śpiewa, która przeżywa, która w tej chwili jest jednym wielkim organizmem czującym tak samo. Dla takiego uczucia warto czasem postać w kolejce po bilety a potem tłoczyć się pod sceną...






I can tell by your eyes that you've prob'bly been cryin' forever,


and the stars in the sky don't mean nothin' to you, they're a mirror.

I don't want to talk about it, how you broke my heart.

If I stay here just a little bit longer,

If I stay here, won't you listen to my heart, my heart?

If I stand all alone, will the shadow hide the color of my heart;

blue for the tears, black for the night's fears.

The star in the sky don't mean nothin' to you, they're a mirror.

I don't want to talk about it, how you broke my heart.

If I stay here just a little bit longer,

if I stay here, won't you listen to my heart, my heart?

I don't want to talk about it, how you broke this ol' heart.



W luźnym tłumaczeniu ...

"słuchaj mała, nie chce mi się o tym gadać.
jak masz mi tu ryczeć, to ja spadam...
kolorki, srorki, lamenty... nie mam do tego nerwów
pogadamy jak ci przejdzie..."


... bardzo luźnym ;))), wiadomo, że nie tak to leci...

Miłego i chociaż ciut cieplejszego weekendu.

czwartek, 13 października 2011

Czy ten Pan i Pani ... ?

Od razu mówię, nie lubię tej piosenki. Znam, bo trudno nie znać, gdy było jej pełno wszędzie swego czasu. Ale nie lubię i mnie drażni. Niemniej jednak tytuł pasuje jak żaden inny do tego o czym chcę napisać. Ale słuchać tego nie będziemy :)))

Kiedy zobaczyłam ten arkusz papieru ryżowego, to oczy mi się od razu zaświeciły. Piękne scenki rodzajowe, kobiety w długich sukniach, panowie we frakach. Jedwabne parasolki chroniące blade liczka przed słońcem, kwiaty w misternie upiętych włosach, czarne fraki i nieskazitelnie białe koszule. Wieczorki muzyczne , Chopin i Liszt, tańce pod czujnym okiem ciotek, Urok dawno minionych czasów.

Największy z motywów zachwycił mnie do tego stopnia, że już w sklepie wiedziałam, że zostawię go dla siebie. Na obrazku On i Ona, elegancko ubrani, siedzą jakby uchwyceni przez fotografa podczas dyskretnej rozmowy na jakimś raucie, wieczorku, przyjęciu... Pierwsze wrażenie - zakochani i tak właśnie zaczęłam nazywać ten papier... "Zakochani"...

Długo nie miałam pomysłu co tym motywem ozdobić. Czy ma to być szkatułka, taca, a może herbaciarka? Leżał więc sobie zwinięty w rulon, od czasu do czasu wyjmowałam go, ot tak, żeby sobie popatrzeć i za każdym razem zwijałam i odkładałam z powrotem, bo wciąż nie byłam gotowa. Ale za każdym razem, za każdym odwinięciem coraz mniej w nich widziałam tego zakochania. Im dłużej się im przyglądałam tym mniej oczywista wydała mi się ich historia. No bo popatrz tylko na Nią. Niby siedzi obok Niego, ale patrzy zupełnie w inną stronę. W zasadzie nawet nie patrzy, bo to spojrzenie jest jakby zamglone, jakby patrzyła raczej do wewnątrz, jakby przyglądała się swoim myślom. Siedząc tak z wyprostowanymi plecami i dłońmi splecionymi na podołku wydaje się być bardzo dumna i wyniosła. Wystarczy jednak przyjrzeć się jej smutnym kącikom ust, by zauważyć nie dumę, ale melancholię jakąś ...

On także, przyjrzyj się dobrze, choć zwrócony w jej stronę wzrokiem omija jej postać i wędruje gdzieś dalej. I też nie na inną osobę spoza kadru patrzy, też te oczy "widzą" coś, a raczej kogoś, kogo w tym pomieszczeniu nie ma.

Kim są ci dwoje? Dlaczego siedzą tutaj, choć wcale tego nie chcą? Ktoś inny zdecydował za nich... ludzie, okoliczności, czas, w którym żyją . Oto po uroczystym obiedzie całe towarzystwo przeniosło się do biblioteki na kawę i cygaro, młodych zaś zostawiono by gawędząc w swobodniejszej atmosferze poznali się lepiej. Bo ktoś już zaplanował, że On i Ona pobiorą się. Oni poddają się tej decyzji, bo nie mają wyjścia, bo żyją w czasach, które rządzą się pewnymi regułami, bo w ich środowisku nie mam mowy o małżeństwie z miłości. Bo małżeństwo, to interes, bo ktoś już ustalił to za nich, a oni nie mogą się przeciw tym decyzjom zbuntować... bo ludzie, bo okoliczności, bo czasy, w których żyją.

O tym, co zrobię z tym papierem też w zasadzie zdecydował za mnie przypadek. Przyjaciółka-sąsiadka długo nie reagowała na moje pukanie. Czekając aż zbiegnie do drzwi gapiłam się bezmyślnie na stos drewna kominkowego ułożonego pod ścianą jej domu. Równe, okrąglutkie klocki w kilku rzędach. Oko moje wyłowiło burzący tę okrąglakową harmonię prostokątny kształt. Kawałek deski aż się prosił, żeby sięgnąć po niego ręką... niewielki ścinek drewnianego blatu, resztka, pozostała po zrobieniu jakiegoś mebla. W jednej chwili pomyślałam, że to jest to! Że nie szkatułka, nie taca, ale obrazek na starej desce. Takiej nierównej, nie wygładzonej, właśnie. A potem nie lakier na wysoki połysk, nie gładziutko i śliczniutko, ale przeciwnie... matowe wykończenie i mocno zdarta powierzchnia obrazka. Pęknięcia, przetarcia, surowość, to mi pasowało do tej smutnej historii. I tak zrobiłam. I nadal sobie na nich patrzę od czasu do czasu.
Zakochanych... nawet bardzo, niestety ... nie w sobie nawzajem.



Szkoda, że nie mogę zedrzeć z nich też koloru...



A do słuchania w tle zdecydowanie wolę to...

niedziela, 2 października 2011

Wehikuł czasu Woody'ego A.


Zupełnie nagle okazało się, że z piątku na sobotę będziemy mieć wolną chatę. Ola pojechała na szkolną, weekendową wycieczkę w góry. To akurat nie było niespodzianką, ale w piątkowe popołudnie Synio oznajmił, że chciałby przenocować u kolegi i tym nas akurat zaskoczył. Gdybyśmy byli młodsi i mieli bardziej "dyspozycyjnych" znajomych to by się nawet dało wykroić jakąś imprezkę. Skoro jednak się nie dało, to postanowiliśmy pójść sobie w miasto bliżej nie określając planu wyjścia ani godziny powrotu. Szczerze mówiąc (i to również tłumaczę naszym wiekiem i co tu dużo mówić zmęczeniem materiału) owa podarowana nagle wolność, po pierwszej euforii spowodowanej tym faktem troszkę nas zakłopotała. No bo teoretycznie pomysłów i możliwości mieliśmy przynajmniej kilka, ale gdy przyszło do konkretów, to stanęliśmy przed ścianą. No bo fajnie by było pójść gdzieś potańczyć na przykład. Niby nic trudnego. W milionowym mieście wojewódzkim, pełnym lokali przeróżnych wystarczy wjechać w okolice szeroko rozumianego centrum i ruszyć przed siebie. Co brama, to pub, klub, piwnica itp. Nic tylko wchodzić i ... wyjść czym prędzej. Bo muzyka w głośnikach zdaje się służyć li tylko zagłuszeniu bełkotu wydobywającego się z przepitych gardeł. Niestety w większości nastoletnich gardeł. Wchodząc zawyżalibyśmy średnią wieku co najmniej o dyszkę, jak nie więcej. Poza tym jedyna forma tańca, jaką w warunkach klubowych można by było uprawiać nazwałabym raczej zawodami w nieskoordynowanym, ale zdecydowanie nakierowanym na pewne strategiczne punkty ciała wiciu się wokół partnera. Świetne, o ile jest się fanem ocierania o nabuzowanych hormonami nastolatków płci obojga z lepkimi łapkami i mętnym spojrzeniem. Nie takich jednak wrażeń szukaliśmy.

Dlatego skończyło się dość banalnie dla wielu, ale dla nas i tak wyjątkowo... po prostu poszliśmy sobie do kina. Znaczy na film. A dokładnie na "O północy w Paryżu". Z ilości osób na sali wywnioskowałam, że już chyba wszyscy ten film widzieli. Ale to nic nowego dla nas, że jesteśmy na szarym końcu. Zresztą uważam, że akurat ten film jest idealny do oglądania w kameralnej atmosferze małego kina. Woody Allen to Mistrz kina, reżyser z niesamowitym dorobkiem, człowiek, który o sprawach zasadniczych potrafi mówić w sposób żartobliwy, lekki. Scenarzysta, który mnie rozśmiesza, bym po chwili, gdy uspokoję nieco oddech po spazmatycznym rechocie odkryła tkwiące w skorupce skeczu sytuacyjnego ziarnko smutnej prawdy o życiu i o nas samych. Chociaż przyznaję, że na tym seansie zaśmiałam się na głos raptem dwa lub trzy razy. Tym razem był to raczej półuśmiech, który jednak nie schodził mi z twarzy długo po wyjściu z kina.

Bo ten film to była dla mnie prawdziwa przyjemność estetyczna i emocjonalna. Obrazki z Paryża (też uważam, że pięknie wyglądającego w deszczu), wspaniała scenografia wnętrz, pełna zgaszonych kolorów, brązów, sepii, muzyka i stroje od współczesnych po te z Belle epoque. Wszystko to stworzyło bardzo spójną i ciepłą całość. Ale najważniejsze, co mnie urzekło, to magia tej prostej w gruncie rzeczy historii. Historii odkrywania tego, co jest dla mnie najważniejsze, tego kim naprawdę jestem a kim w żadnym wypadku być nie chcę, chociaż ktoś może przekonuje mnie, że tak nie jest. Historii odwagi stawiania własnych pragnień przed oczekiwaniami innych. Czyż sama nie myślałam czasem, że urodziłam się jakieś dwadzieścia lat za późno? Czy nie marzyłam o przeniesieniu się choćby na chwilę do Warszawy lat 60-tych? Niestety, po mnie nigdy nie podjechała stara Syrenka i nie dosiadłam się do dziewczyn w szerokich spódnicach z natapirowanym kokiem na głowie. Nie zatańczyłam twista z chłopakiem w wąskich spodniach i kolorowych skarpetkach, nie usłyszałam Komedy na żywo. Ale czy Gil (bohater filmu) przeżył to wszystko? Czy spotkał Hemingway'a, Picassa czy Salvadora Dali ? Czy automobil przeniósł go w lata 20-te XX wieku, czy to było po prostu senne marzenie lekko zamroczonego winem i atmosferą Paryża przyblokowanego pisarza. To już każdy sobie sam musi zinterpretować. Bo każdy z nas nosi w sobie jakieś marzenie, albo jakieś wspomnienie. Pielęgnuje je, dopieszcza, często ubarwia. To jest właśnie piękno marzeń i siła wspomnień. Im dłużej wspominamy, tym bardziej rzeczywistość minioną idealizujemy, im bardziej do czegoś tęsknimy tym bardziej kolorowo to widzimy. Zapominamy, że uliczki Paryża toną nie w malowniczej poświacie jak z pejzaży impresjonistów, ale po prostu w śmieciach, że nie pachną świeżą zielenią ale spalinami i że wieża Eiffla błyska milionem światełek jedynie dzięki fleszom aparatów fotograficznych tłoczących się na niej turystów. Chcemy pamiętać to, co piękne, co nas zauroczyło i chwyciło za serce. Chcemy pielęgnować nasze wyobrażenia. Chcemy być tam, gdzie nas nie ma (przynajmniej czasami). Woody Allen pokazuje mi, że "chcieć" należy zamienić w "móc".
Tych kilkadziesiąt minut seansu to była także moja podróż wehikułem czasu do mojej własnej La Belle Epoque.

Nie mogę sobie odmówić zapisania w tym miejscu jeszcze kilku bardziej przyziemnych spostrzeżeń. Ciekawa jestem, czy tylko mi się tak wydaje i czy (jeśli mam rację) był to świadomy zamysł Allena, ale Owen Wilson niesamowicie mi go przypominał. Nie znam tego aktora zbyt dobrze, więc nie wiem, czy podobieństwo jest zagrane, czy istnieje naprawdę, ale co chwila powstrzymywałam się by nie krzyczeć Małżowi do ucha "przecież to cały Allen, te neurotyczne gesty, te miny, nawet to przygarbienie ramion ". Czy ktoś też tak myśli, czy to tylko moje odosobnione wrażenie?

Adrian Brody - niesamowicie zabawny, po raz kolejny udowodnił, że jest niesamowicie "plastyczny" jako aktor.

Corey Stoll - cały czas miałam wrażenie, że już go gdzieś widziałam, ale po przejrzeniu filmografii obawiam się, że tylko mi się wydaje. Jeśli Hemingway miał tak samo magnetyzujące spojrzenie, to nie dziwię się, że siał spustoszenie wśród kobiet ;)

Kathy Bates - świetna, jak zawsze

Michael Sheen- brrr. nie cierpię takich ludzi. Całe szczęście, że Paul "Pan Wiem-wszystko-najlepiej" to tylko wymyślona postać ;)))