środa, 3 kwietnia 2013

Minorowo, choc rozum powrócił ...

Opuściłam rolety.  Nie mam już siły patrzeć na to, co dzieje się za oknem. Po raz kolejny tej wiosny (!) w ciągu jednej nocy ulice i chodniki przykryła gruba warstwa śniegu. I wciąż pada. Mało powiedziane, że pada, niemiłosiernie siecze ogromnymi płatami pod ostrym kątem. Nie wierzyłam w zapowiadane wczoraj zamiecie i zawieje... a jednak. Przed godziną przejechał przez nasze osiedle pług, teraz nie ma nawet śladu po odśnieżaniu. Ponoć jeszcze tydzień... przestaję wierzyć, tyle było już tych obietnic. A może ich nie było, może ja sama łapałam się każdej najmniejszej oznaki odwilży myśląc naiwnie, że przyniesie wreszcie wiosnę. Jestem już tą zimą i zimnem zmęczona. Poczucie bezradności wobec aury odbiera mi siły i wykańcza psychicznie. Tak jakby cały mój organizm wołał do mnie " a po co ma mi się cokolwiek chcieć?". No właśnie... po co? Do tego jeszcze dopadło mnie przeziębienie. Wszystkich nas dopadło. Zaczął Synio, jeszcze przed świętami a potem to już poszło. Ciekawe, ale nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek chorowali wszyscy razem. Nigdy. Nawet dzieci jakoś tak się nawzajem nie zarażały. A teraz mamy szpital w domu, każdy otoczony baterią chusteczek, Aspiryna i syropy schodzą hurtowo a w nocy fundujemy sąsiadom koncert kaszlowy na cztery głosy. Przepraszamy Was sąsiedzi.

Spinam się jako tako żeby przetrwać te godziny przy komputerze i telefonie, ale gdy wybija magiczna 16:00 nie mam żadnych skrupułów tylko rzucam pracę i pozwalam sobie leniwie chorować. Oczywiście owo "leniwie" jest bardzo umowne, bo gdy chore dzieci siedzą w domu, gdy mąż ledwo zipie, mimo, że do pracy chodzi, to ktoś przecież musi ogarnąć wszystko chociaż na poziomie podstawowym. Jeść trzeba dać, poświątecznym ciastem karmić się nie sposób, a żeby dać trzeba coś kupić. Wczoraj było czarno, to pojechałam do sklepu, dziś się nie odważę. Grajdołek też trzeba omieść z grubsza chociaż, bo nawet przymulona chorobą nie jestem w stanie znieść piachu zgrzytającego pod stopami i garów w zlewie. Ale wszystko robię w wersji najbardziej podstawowej, nie wychylam się, ponad niezbędne minimum. Nie chce mi się, nie mam siły, aktywność zero.

Nawet to pisanie jakieś takie nijakie dzisiaj. Sklejam te zdania jak przedszkolak niezdarnie, bez polotu. Po co piszę, spytasz pewnie... Czasami człowiek musi, żeby wyrzucić z siebie, żeby białemu ekranowi pożalić się, że taki biedny, taki chory, że dobija go bezsilność. Bo na zewnątrz musi trzymać fason, uśmiechać się i pocieszać innych. Chociaż tak naprawdę zajrzałam tu żeby obwieścić zainteresowanym, że wreszcie rozkminiłam tę magiczną formułkę i już wiem jak robić, żeby było dobrze. O szalu mówię oczywiście. Wpadłam na pomysł, że wezmę jakąś jednokolorową i grubszą włóczkę, żeby widać było na niej wyraźniej ażur. Nabrałam tylko tyle oczek, ile trzeba na zrobienie dwóch pełnych motywów i kombinowałam. No i teraz jest mi trochę głupio, bo to rzeczywiście nie było trudne, chociaż zapis z instrukcji mógł być mylący. Jednak gdy rozum człowiekowi wraca na swoje miejsce to i z taka zmyłką można się szybko uporać. To nawet nie była zmyłka, bo rzeczywiście trudno jest opisać te dwa "myki" krótko i czytelnie. Dlatego, jeśli ktoś jest zainteresowany moim przetłumaczeniem opisu z polskiego na nasze, to chętnie się podzielę, ale szykujcie się na łopatologię stosowaną, bo ja też krótko i czytelnie nie potrafię :)))

Kolory na zdjęciu zupełnie nie odpowiadają rzeczywistym ... nie przeskoczę tego :(((  
Szkoda, bo są pięknie nasycone i takie wiosenne.



Skoro już odkryłam Amerykę, to oczywiście w każdej wolnej chwili dzieję, szala przybywa powoli, ale już widać, że ażur jest taki jak trzeba, po blokowaniu będzie pełen profesjonalizm ;). I to jest światełko w tym okropnym, białym tunelu jaki nam zafundowała wiosna i w tej wielkiej czarnej dziurze bezsensu w jaką wpadłam na tym przeciągającym się przednówku.

A Wy? Trzymacie się jakoś?

sobota, 30 marca 2013

Wielkanoc 2013



Kochane Przyjaciółki Blogowe
Drodzy Obserwatorzy i Stali Bywalcy
i Wy, przypadkowi anonimowi Odwiedzający

Wam wszystkim

na te nietypowe pod względem aury,
lecz niezmiennie ciepłe i rodzinne
Święta Wielkanocne

posyłam moc życzeń
niech te dni będą takie, jakich oczekujecie

Mira






niedziela, 24 marca 2013

Wupia jestem ...




Niestety muszę się do tego przyznać publicznie. Mogłabym ten przykry fakt ukrywać, ale jak zmilczę, to owszem, uratuję resztki opinii o stanie mojego rozumu, ale niestety wtedy nie zrealizuję kolejnego z moich robótkowych marzeń. Dlatego, choć mi głupio i wstyd zalewa policzki to wyznaję Wam swoją indolencję, zanik zdolności myślenia abstrakcyjnego i totalną tępotę.
O co chodzi? Ano o szalik chodzi, ale nie taki zimowy, ciepły, gruby idealny na obecną tfu, tfu pogodę. Marzy mi się szal-mgiełka, duży, ale "dziurawy", więc lekki, którym bym się mogła otulać podczas wiosennych, letnich i jesiennych wieczorów spędzanych na  pogaduszkach w ogrodzie, przy lampce wina i pysznościach niewydumanych... Na to wymarzone cudo kupiłam (w e-dziewiarce) już jakiś czas temu dwa motki przepięknej Lana Grossa w odcieniach zieleni, na blogu nietylkoSZALenstwo znalazłam piękny wzór, ze schematem nie tylko rozrysowanym, ale nawet przetłumaczonym na polski (nie znamy się Kochana, ale bardzo Ci za tę chęć dzielenia się z innymi dziękuję), zaopatrzona w druty zasiadłam przed schematem i ... zderzyłam się ze ścianą.

Poległam na dwóch elementach opisu i choć wspomagałam się najpierw sporą ilością kawy (PONOĆ pobudza zwoje do działania) a potem podobna ilością alkoholu (PONOĆ rozluźnia i wyzwala fantazję i niekonwencjonalne pomysły ) to niestety nie rozgryzłam szyfru.

A szyfr jest taki...


gdzie: 
k - oczko prawe
K2tog - dwa przerabiane razem na prawo
yo - narzut
ssk - zdjąć dwa oczka jak do przerobienia na prawo, przełożyć z powrotem na lewy drut i przerobić razem na prawo
sl1 – K2tog -psso - zdjąć jedno oczko, przerobić, dwa oczka razem i przeciągnąć przez zdjęte oczko

"Ścianę" stanowią dwa ostatnie elementy schematu, czyli ssk i sl1 – K2tog -psso. Zdjąć, przełożyć z powrotem i przerobić razem... no to po co zdjąć, skoro zaraz po tym przełożyć z powrotem? Albo w tym drugim - zdjąć, przerobić a potem przez nie przeciągnąć dwa inne... to gdzie trzymać to przerobione? No nie wiem, nie wiem, nie łapię, nie chwytam, nie ogarniam...

Podejrzewam, że bardziej doświadczone dziewiarki potrafią przetłumaczyć  to bardziej łopatologicznie. Dlatego proszę o pomoc każdego, kto wie co znaczą tajemnicze zaklęcia i potrafi mi to wyłożyć. Ja oczywiście cały czas walczę sama metodą prób i błędów, na razie bez powodzenia :((((

Najśmieszniejsze jest to, że gdy rok temu robiłam TEN szal, to w jego opisie również była tajemnicza formułka "sl1 – K2tog -psso " i ja tę formułkę wówczas jakimś cudem rozkminiłam, bo szalik wygląda tak jak powinien i oczka układają się w zgrabny ażur. Próbowałam ten wzór powtórzyć tym razem i co? No kicha! Jakiś wtórny analfabetyzm drutowy. Zamiast płaskiego oczka, wychodziło mi coś na kształt szwu pijanego chirurga. Koszmarek jakiś. 

Całe szczęście sposób robienia szala boa jest dużo prostszy, więc w ramach terapii drutami wyprodukowałam kolejne :

w kolorach morza:



 bardziej ogniste:



 "sprane" brązy:



 a na koniec raczej kolorowa ozdoba szyi niż szal...




Dziewczyny kochane, za oknem wciąż zima. Śnieg troszkę stopniał, ale mróz nie ustępuje. Macie jeszcze nadzieję na wiosenne Święta? Lekkie pantofelki, płaszcze, ciepły powiew wiatru we włosach... Życzę nam tego z całego umęczonego zimą serca.
Buziaki!

piątek, 15 marca 2013

A idźże już !!

Obiecałam sobie, że nie napiszę ani słowa o tej, co to miała sobie już pójść w cholerę (przepraszam), ale z jakiegoś powodu zawróciła. Nie wiem, kluczy zapomniała, albo nie była pewna, czy żelazko wyłączyła, w każdym razie wróciła. I chyba jej mleko wykipiało, bo się wściekła i z tej złości na nas też wylała wszystko co w tych garnkach było. Cały śnieg, jaki jej został wywaliła na nas w trzy dni raptem. Zapasy mrozu też postanowiła zużyć do końca. No i mamy znowu wszechobecną biel, łopaty, skrobaczki, pługi, poślizgi, grube szaliki  i długie paltoty. I pomyśleć, że w zeszłym tygodniu śmigałam już w kusym, wiosennym płaszczyku. A może mi się to tylko śniło? Już nie jestem pewna. 

Obiecałam sobie, że zignoruję ten fakt, zacisnę zęby i przeczekam. Ponoć jeszcze tylko kilka dni i będzie wreszcie wiosna. Oby, bo już bym posprzątała ogródek, ogarnęła garaż (to taka nasza rodzinna tradycja), nawet okna bym umyła, choć nie przepadam za tym akurat. Strasznie mnie nosi a okoliczności przyrody nie pozwalają dać upust chuciom ;)). I zamiast "eksplozji namiętności" ograniczam się do "delikatnych pieszczot". A to okap przetrę, a to poprasuję odkładane na kiedyś prześcieradła i poszewki, garnki w szafce poprzekładam... satysfakcja niewielka, bo i efekt mało widoczny, ale jakoś człowiek przetrwa. Ja wiem, że to troszkę trąci skrzywieniem, ale dopiero jak się tak porządnie umorduję, ukurzę, jak wyniosę na śmietnik sterty niepotrzebnych klamotów składanych w garażu przez zimę, wory z zeszłorocznym zielskiem wyrwanym w ogródku, to wtedy dopiero czuję, że zima się skończyła. Spływa ze mnie ta zima symbolicznie pod prysznicem, który sobie funduję po takiej "gospodarczej" sobocie. Oby stało się to jeszcze przed świętami!

A pamiętacie, że w zeszłym roku było to samo? Też zima zawróciła. Pamiętam jak pewnej niedzieli, w pośpiechu wracałam na strych po odłożone tam zimowe kurtki i buty, bo nagle po kilkunastu pięknych, ciepłych dniach wrócił śnieg i mróz. Może to tak ma być, tylko  my robimy się coraz bardziej niecierpliwi i nie umiemy spokojnie poczekać aż przyroda sama da nam to, co dać powinna. Z naturą nie wygramy, to jeden z ostatnich bastionów nie zdominowanych przez człowieka. Przyroda, żywioł, potrafią pokazać nam, gdzie jest nasze miejsce. I nie trzeba do tego tajfunów i trzęsień ziemi, wystarczy "nieoczekiwany atak zimy" i mamy paraliż. I cóż możemy? Nic, co najwyżej ponarzekać... 

No i jak to u mnie, miało nie być o zimie a trzy akapity natrzaskałam. Mało tego, ten czwarty też jeszcze będzie "w temacie", bo tak mi właśnie zaświtało, że to może przeze mnie ta zima wróciła. Od razu uspokajam, to nie megalomania,  uświadomiłam sobie  tylko, że ja tej zimy ani razu nie wyrżnęłam dupskiem na chodnik a małą świecką tradycją jest, że przynajmniej jeden taki radosny upadek co roku zaliczam. A tej zimy nic, mimo, że mam dość śliskie buty, udało się jakoś uniknąć nagłego zetknięcia z podłożem. Zima też to zauważyła i wróciła, by odebrać swoje. I tak sobie myślę, że może ja dzisiaj wzuję te moje ślizgające się kozaczki i przejdę się z nonszalancką nieostrożnością po osiedlu, zaliczę malowniczą glebę i obwieszczę, że tradycji stało się zadość i niech już zima sobie idzie precz. Co Wy na to? Sama jestem ciekawa, czy to by pomogło. Ale zrobię to dopiero wieczorem, po ciemku, bo choć cel sam w sobie zbożny, to głupio tak publicznie robić z siebie przedstawienie. :)))

Tymczasem popracuję sobie jeszcze w ciepłym biurze, na szczęście dziś jest wyjątkowo spokojnie, dlatego jestem w stanie pozaglądać na Wasze blogi i sama coś skrobnę. Rzadko mam taką okazję w dni powszednie, dlatego rozkoszuje się tym faktem, smakuję tę niespieszność ... niby nic, a cieszy jak niespodziewany prezent. Korzystając z okazji posprzątałam też troszkę w moich plikach ze zdjęciami i znalazłam dowody moich dekupażowych poczynań z ostatnich miesięcy. Niewiele tego, ale wyciągnę je na światło dzienne, choćby po to, by umiejscowić je sobie w czasie.

Te dwa pudełka na płyty czekały na swoją kolej prawie dwa lata. Już wtedy wiedziałam, że ozdobię je tą piękną serwetką z kluczem wiolinowym. Czas jednak mijał, serwetki trafiały na inne przedmioty i gdy się w końcu dokopałam do zapomnianych i zakurzonych pudełek, to miałam już tylko jedną i to napoczętą. Starczyło na jedno pudełko. Na drugim wylądował więc kolejny serwetkowy "samograj" - kolorowe pojazdy na fajnym kolażowym tle. I teraz jedno pudełko jest muzyczne, a drugie kojarzy mi się z kinem lat 60-tych, więc będę w nim przechowywać stare filmy.

 
 


Zimą zrobiłam też kolejną skrzyneczkę na klucze. Tym razem mniejszą, bo do tych długich z dodatkową półeczką jakoś się zraziłam. W okienku znowu łódka, tło spokojne, barwione kilkoma odcieniami bejcy. Na razie nie znudził mi się jeszcze ten motyw, delikatny, nostalgiczny, taki po prostu "mój". Ten egzemplarz poszedł do ludzi, ale muszę w końcu zrobić podobny dla siebie, bo u nas klucze wciąż się poniewierają na komodzie w przedpokoju.





 Kwiatowe wieszaki też już kiedyś robiłam, ale znowu mnie naszło...



I to tyle z zimowych porządków. W kolejce do fotografa czeka kilka przedmiotów zrobionych dla Oli no i szale boa, które machnęłam hurtem w kilka wieczorów po mocno stresujących dniach. Niech no tylko wróci słońce, to zrobię im sesję w plenerze.

Tymczasem posyłam Wam weekendowe uściski i garść nutek na dobre popołudnie. Muzyka z cudownego, ciepłego filmu "Dom nad jeziorem" . A tytuł fragmentu pasuje idealnie do dzisiejszych moich rozważań.



Bardzo bym chciała mieć taką amerykańską skrzynkę na listy.


Miłego weekendu.



P.S. 22:02
Zrobiłam co mogłam, trzy kursy z domu do śmietnika. Żeby nie było, że łażę jak głupia po ciemku to wyniosłam trochę śmieci z garażu. Naprawdę się starałam... niestety, nie wyszło... przepraszam. Może jutro się uda. Dobranoc.






piątek, 8 marca 2013

08.03.

" Kobiety nie zmienisz... 
możesz zmienić kobietę, ale to niczego nie zmieni" 
Andrzej Poniedzielski

Dziewczyny kochane, dostaniecie dziś na pewno mnóstwo życzeń przeróżnych, kwiatów kolorowych , czekoladek słodkich i prezentów przeróżnych. Będą uśmiechy, uściski i pocałunki. Bliscy Waszemu sercu Panowie zadbają, by to był miły dzień. Panowie mijani na ulicy będą się uśmiechać, kierowcy-mężczyźni  nie wduszą klaksonu, gdy nasze auto zbyt wolno będzie ruszało na światłach, Pan z warzywniaka dorzuci pęczek koperku do siaty ziemniaków a klient nie będzie warczał do słuchawki. Tak... to będzie miły dzień.




A ja, mając dziś w głowie przemądry cytat z mojego ulubionego Pana Andrzeja, życzę Wam i sobie, żebyśmy po prostu mogły być sobą i żebyśmy się nie zmieniały, no chyba, że jest w nas coś, co nas uwiera. Wtedy nad tym pracujmy, ale tak dla siebie, nie dla ludzi.

Do życzeń dołączam prezent muzyczny, kolejne odkrycie, które zawdzięczam niezawodnej radiowej Trójce. Słuchajcie szybciutko, bo to nówka nie śmigana i pewnie szybko zniknie z YT.





piątek, 15 lutego 2013

Spore opakowanie tabletek...


Czas spory temu w jednym z postów nazwałam włóczkę moim "prozakiem" w motkach. Nie zmieniłam zdania, i nadal uważam, że nie ma nic lepszego na skołatane nerwy i rozbuchane emocje jak mały seansik z drutami. Skupienie nad skomplikowanym ażurkiem w cudowny sposób oczyszcza głowę ze wszystkich natrętnych myśli. Monotonia prawych i lewych oczek przepływających po drutach jest jak kołysanka. Cienka nitka, która jeszcze nie przybrała konkretnej formy już ogrzewa duszę jak ciepła chusta zmarznięte plecy. Uwielbiam ten stan, potrafię się w nim zatracić nawet na kilka godzin.

Tydzień temu, zgodnie z planem na dobrą sobotę podjechałam pod nowo otwarty sklep z włóczkami. Niestety, eufornia czmychnęła z głośnym jękiem zawodu, gdy na drzwiach sklepu  dostrzegłam kartkę "czynne w 1 i 3 sobotę miesiąca". Niestety nie była to ani pierwsza ani trzecia lutowa sobota :((( . Drzwi były zamknięte, mogłam tylko liznąć przez szybkę. A takie piękne miałam plany.... 

Oczywiście nie ma tego złego ..., bo przygoda ze sklepem stacjonarnym zmotywowała mnie wreszcie do zalogowania się na e-dziewiarce , a gdy już się tam zalogowałam, to zatonęłam. Nie wiedziałam, że włóczek może być aż tyle, szaleństwo kolorów, rodzajów, grubości. Wiem, wiem... Wy to już dawno wiecie ale ja, naiwna wciąż tkwię we włóczkowym PRL-u i taki wybór mnie lekko oszołomił. I jak dziecko w sklepie ze słodyczami, z wypiekami na twarzy klikałam w kolejne okienka ... i to bym chciała i tamto, i jeszcze to może... Na szczęście odrobina rozumu wydobyła się w ostatnim momencie spod kołderki z oksytocyny i ograniczyłam zakupy do kwoty, która nie zwali z nóg mojego Małża (mam nadzieję).


Okazuje się, że włóczka jest jeszcze lepsza niż Prozac, ponieważ działa już przed "zażyciem". Nie muszę Wam chyba opisywać jakie emocje towarzyszyły otwieraniu paczki i wydobywaniu z niej moteczków. To jest zawsze niesamowita chwila. A potem jest jeszcze dotykanie, zatapianie palców w tę niemal kocią miękkość i wreszcie wąchanie. Wąchacie czasem takie nowe motki? Zdarza się, że nie jest to miłe doznanie, zwłaszcza, gdy włóczka aż iskrzy, bo tyle w niej sztucznych tworzyw. Ale kłębuszki, które przyszły z e-dziewiarki pachniały ... wspomnieniami z dzieciństwa. Tak pachniały motki, które razem z Mamą zwijałam w kuliste kłębuszki, marudząc i narzekając na obolałe od trzymania motka ręce, tak pachniał każdy nowy sweter, który robiła mi Mama. Wspomnienia... czasem przywołuje je kilka taktów melodii niesłyszanej od lat, czasem jakiś obraz widziany kątem oka, a czasem właśnie smużka zapachu ...

Mój "prozak" jest już rozpakowany, pierwszy motek już jest na drutach. Będą nowe szaliki boa ...inne kolory, inna faktura. Nie wiem czy potrzebuję aż tylu szalików, ale to przecież nie jest istotne, bo nie muszę ich robić dla siebie. Bo przecież nawet robiąc coś nie dla siebie, robię to w pewnym sensie dla siebie. Może nawet bardziej.




A w cyklu "muzyka na dziś" przepiękny, nastrojowy i kojący chilloucik grupy Kinobe, w sam raz na dzisiejszy wieczór. Muszę się Wam przyznać, że ze wszystkich tańców tak zwanych towarzyskich najbardziej lubię dwa, chyba najbardziej skrajne w sposobie ekspresji - zmysłową rumbę i żywiołową, energetyczną sambę. Dziś mam chęć na rumbę. 

A Wy?




sobota, 9 lutego 2013

Piosenka na dziś - Jeszcze ...


 


Cudowna, niespieszna, leniwa sobota...


pospałam wreszcie długo i bez koszmarów...
chłopcy zrobili śniadanie...
śnieg przestał wreszcie padać...
Pan Marek dba o podkład muzyczny...
koty mruczą w pobliżu ...
piję kawę i słucham tej piosenki ...
zaraz pojadę do nowego sklepu z włóczkami...
zacznę kolejny szalik...
ugotujemy coś dobrego na obiad...
wieczorem pójdziemy do kina...

To będzie dobry dzień!

Czego i Wam życzę


poniedziałek, 4 lutego 2013

Machnęłam sobie boa ...


 Jak ja lubię to uczucie!!! Jak mi się od wczoraj buziol cieszy!!! Biegam po domu, podskakuję i w ręce klaszczę? Każdemu, kto w zasięg szczebiotliwych ochów i achów wpadnie, pokazuję to cudo i każę głośno podziwiać. Ja wiem, że dla wielu z Was to nic takiego, że Wy to jedną ręką i z zawiązanymi oczami. Ale dla mnie to debiut absolutny, dlatego pozwólcie mi się nieskromnie pochwalić i pozachwycać i poopowiadać jak to się stało, że machnęłam sobie boa.

A było to tak.

W piątkowy wieczór przechadzałam się niespiesznie po Waszych blogach (ach ten piątkowy wieczór w towarzystwie trójkowej Listy Przebojów), rozkoszowałam się pięknym słowem i obrazkami przecudnych wytworków ( głos Marka Niedźwieckiego był tego "spaceru" idealnym dopełnieniem ). Trafiłam między innymi do Lacrimy, której mistrzostwo w posługiwaniu się szydełkiem wszyscy dobrze znamy. Tym razem moją uwagę przykuły nie serwetki i nie firanki misterne, ale cudowne i oryginalne szaliczki. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia w tym energetycznym multikolorowym boa. I pewnie skończyło by się na tęsknych westchnieniach i marudzeniu pod nosem na własne łapy niezgrabne i brak umiejętności, gdybym nie włączyła filmiku z YT, który Lacrima wrzuciła pod zdjęciami. Nawet mój marny angielski nie przeszkadzał, by zrozumieć co i jak, bo wszystko jest pokazane na palcach (i drutach). A jak już zrozumiałam to dalej poszło sprintem - w sobotę rano pognałam do Galerii K., tam niestety moja euforia i radość lekko oklapły, bo niestety włóczki w wymarzonym jesiennym miksie kolorów nie było. Pasmanteria w Galerii K to jedyny znany mi sklep z włóczkami, w którym wybór Pań Ekspedientek bywa większy niż wybór włóczek, ale czasem nie mam wyjścia i zamiast jechać do lepiej zaopatrzonego sklepu, choćby na Karmelickiej jadę do GK.  Oczywiście nie zamierzałam wychodzić z niczym i zmodyfikowawszy lekko wizję mojego pierwszego boa nabyłam motek fioletowo-brązowo-szarej fantazyjnej niemieckiej Frilly (w domu okazało się, że ona niemiecka ale made in China) . Od razu też wzięłam się do roboty. Okazało się, że to rzeczywiście łatwizna, że robótki przybywa dość szybko i że zgodnie z obietnicą utalentowanej Pani z YT i niemieckich producentów włóczki na jeden szalik wystarcza jeden motek. W niedzielę po południu głośnym tadam! obwieściłam domownikom mój powrót do rzeczywistości otulona w cieplutki szaliczek. Nie jest to oczywiście to samo, co u Lacrimy, bo Ona robiła swój szal (piękny!!!!!) z trochę innej włóczki. Widziałam w necie, że gatunków fantazyjnej włóczki, którą można w magiczny sposób zamieniać w szale jest cała masa i zamierzam jeszcze wypróbować kilka innych. No bo nie odpuszczę i muszę sobie zrobić taki w kolorach jesiennych liści. I może jeszcze jakiś pastelowy... Tymczasem napawam się moim włóczkowym sukcesem  i  bezwstydnie spieszę pokazać Wam mój boa-debiut. Lacrimo, jesteś jego matką chrzestną :)) dziękuję Ci za inspirację!







Boa prezentuje półgolec, którego wycyganiłam od mojej Mamy. Może urodą nie powala, ale ciało ma niezłe. Na razie straszy zadziorami plastikowych szwów i nijakim kolorkiem, ale mam już na niego pomysł i mam nadzieje szybko się tym zająć. 

Tymczasem jednak zmykam do łóżka, bo adrenalina adrenaliną, ale spać też czasem trzeba. Spokojnej nocy i kolorowych snów!

niedziela, 20 stycznia 2013

To nie jest tak...


 Czy słyszałyście już to...?



David Bowie po latach przerwy wrócił do studia i nagrał nową płytę. Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką muzyki D.B., ale gdy byłam nasto-, czy wczesno-dziestolatką bardzo mi imponował. Wydawał mi się kimś niesamowicie silnym i charyzmatycznym. Sprawiał wrażenie kogoś, kto może mieć wszystko i zrobić wszystko, co zechce. Emanował taką nieokiełznaną, kosmiczną wręcz energią, która wydawała się nigdy nie wyczerpywać. Jako nastolatka marzyłam by być jego China Girl ;))),  jeszcze teraz na samo wspomnienie "Let's dance" czuję ciarki. A duet z Tiną Turner pamiętacie? Mmmmmm! W latach 80-tych Bowie był prawdziwym królem nie tylko sceny, ale też życia, "pożerającym" je ze zwierzęcą zachłannością.
A potem zniknął, wyciszył się i nagle... taki powrót. Nie słyszałam całej płyty, premiera zapowiadana jest dopiero na marzec, ale jeśli cała jest w klimacie tego singla, to ja kupuję ją w ciemno. I nie dlatego, że wracają wspomnienia, nie dlatego że "lew zaryczał". Wręcz przeciwnie. Od bardzo dawna nie jestem już naiwną pensjonarką zauroczoną siłą jego błękitnego spojrzenia i męskiej energii. Teraz doceniam wrażliwość i wzruszają mnie oznaki słabości. Bo tamtego Davida Bowie już nie ma. Jest starszy pan, który ma świadomość, że już nie jest herosem i że nie każdy już szczyt zdobędzie. I że już ma bliżej niż dalej... I chociaż jego błękitne oczy wypełnia smutek (jak bardzo go widać), a iskra w nich się ledwie tli, to ja grzeję się w tym nikłym światełku. I widzę prawdę o człowieku, i świadomość  przemijania i siłę wspomnień i nadzieję ...

Nie wiem, czy o tym właśnie są teksty na tej płycie, ale ja to właśnie "słyszę" w jego głosie, w sposobie śpiewania, nawet w tej ciszy na końcu. I choć to smutne, to ten smutek jest piękny. I dlatego kupię sobie tę płytę, choć nigdy nie byłam fanką Davida Bowie.

................................... * ...............................

Pozostanę jeszcze przez chwil kilka w klimacie zdarzeń i spraw pięknych, choć smutnych. Już od dawna miałam wielką ochotę podzielić się z Wami pewnym filmem z YT. Znalazłam go przypadkiem, pod koniec grudnia, gdy przeczesywałam YT w poszukiwaniu piosenki. Była rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego i strasznie chciałam usłyszeć i zobaczyć "Odchodząc". Odnalazłam ten teledysk a na pasku na ekranie pojawił się inny tytuł. Kliknęłam...chciałam zobaczyć... To nie była kolejna piosenka Republiki, to nie był wywiad z G.C, ale wrzucony przez kogoś prywatny film z pogrzebu  Grzegorza Ciechowskiego. Nie ma na nim sensacyjnych ujęć i dramatycznych obrazków. To, co mnie zatrzymało na kilka minut w moim codziennym biegu, co wbiło mnie w fotel i wycisnęło z oczu łzy to nie obrazek rodem z brukowców. To pożegnanie wygłoszone przez Jana Wołka,  człowieka, który jest poetą, osobą niezwykle wrażliwą, ale w tej sytuacji przede wszystkim przyjacielem.

Nie umieszczam tego filmu na blogu dla sensacji, nie chcę niczym epatować. Chcę Wam pokazać jak pięknie można mówić o drugim człowieku. Żyjemy w czasach, gdy dużo łatwiej jest mówić o innych źle, rzucać bezkarnie oszczerstwa, pomówienia, opluwać i obrzucać błotem. Dlatego, takie słowa, jak te należy w sobie zatrzymać i nauczyć się wypowiadać je wobec innych nie tylko przy okazji "ostatniego pożegnania". 

 

To nie jest tak, że na siłę szukam wokół siebie rzeczy smutnych. Naprawdę staram się z optymizmem przeżywać każdy dzień. Może po prostu moja wrażliwość odwróciła się na razie w stronę szarości, choć cały czas szukam kolorowych nitek do mojej tęczy szczęścia.


................................... * ...............................

Na koniec pokażę Wam efekt tych poszukiwań. Mam wrażenie, że ten drobiazg powstał przy niewielkim tylko udziale mojej świadomości. Nie wiem, czy czytałyście "Rękę mistrza" Kinga, ale to było własnie tak jak z bohaterem tej książki i jego obrazami. Powstawały pod wpływem jakiejś siły, która przyciągała go do sztalugi i kierowała jego ręką. Zeszłej niedzieli, pierwszej naprawdę spokojnej po tym całym grudniowym i noworocznym młynie, długiej i leniwej poczułam, że MUSZĘ coś zrobić. Spokojnie, nie zwariowałam i żadne głosy ani mroczne siły mnie nie opętały. Tylko takie poczucie, że jak nie wstanę z fotela, nie odstawię filiżanki z kolejną kawą, to zwariuję. Nie zważając zupełnie na to, że to niedziela i że "dzień święty należy święcić" popędziłam do garażu, wyciągnęłam pudło ze starymi klamotami, nieudanymi próbami z początków mojej zabawy z dekupażem, złapałam jakąś deskę z winogronowym obrazkiem, szlifierkę i w amoku jakimś zdarłam ją niemal do białości. Potem chwyciłam jakieś nieudane walentynkowe serduszko, opalarkę i parząc sobie palce zdarłam z serca całą czerwoność i różane ozdóbki. 
Zdarte do gołego drewna na tyle, na ile pozwoliła wżarta głęboko bejca pobieliłam lekko suchym pędzlem, skleiłam, dodałam sznurek, zawieszki kupione kiedyś w Beads z zamiarem robienia biżuterii i wreszcie naklejkę, którą przysłała mi kiedyś Roksana z Retro Feelings I już nawet nie lakierowałam tylko natychmiast złapałam za młotek, wbiłam gwóźdź w ścianę i zawiesiłam. 



I nie wiem czy to, co powstało jest ładniejsze od pierwowzorów poświęconych na ten cel. Nie ma to żadnego znaczenia, bo ten obrazek powieszony na wprost schodów, którymi co rano schodzę do kuchni by zrobić sobie pierwszą kawę ma w sobie tyle pozytywnej energii, że jest dla mnie jak amulet. Patrzę na niego ilekroć schodzę z góry i zawsze się uśmiecham. Wierzcie lub nie, ale on powstał sam, właśnie po to, bym mogła wreszcie zamknąć czas smutku i chmurnej szarości i odnalazła w sobie nadzieję na odnalezienie różowych okularów.







Dziękuję Wam za wszystkie wpisy pod poprzednim postem. Dziękuję za maile.  Dziękuję za dobre i ciepłe słowa. I za to, że jesteście. Bardzo, bardzo.

niedziela, 13 stycznia 2013

Wysiadłam, czyli spowiedź z nadzieją w tle ...



Jak zacząć? Co powiedzieć?

... bo przecież były Święta, "najpiękniejsze w całym roczku..." Święta, do których wszyscy przygotowywali siebie i swoje domy. Pieczenie pierników, wieńce i kalendarze adwentowe, własnoręczne przygotowywanie ozdób  i dekorowanie nimi nie tylko choinek. Krzątanina w kuchni - mieszanie, doprawianie, pieczenie i gotowanie. Pucowanie i polerowanie. Te wszystkie drobne czynności, którymi budujemy tę specyficzną, jedyną w swoim rodzaju atmosferę Świąt Bożego Narodzenia.
Tak było w większości domów, tak było u Was.

A u mnie? No cóż, czasem tak się składa, że nie ma czasu na pierniki i bombki, że w domu nie pojawia się choinka a na kuchennych szafkach pozostaje nie wytarty kurz. Jest za to ogromne zmęczenie, panika, że nawet z tym niezbędnym minimum się nie zdąży i są wielkie, niewyobrażalnie wielkie wyrzuty sumienia, że się zawiodło..

Bo to nie tak miało być.

Nie potrafię się usprawiedliwić, musiałabym powiedzieć więcej, niż mogę na otwartym, bądź co bądź blogu. Powiem więc tylko, że doszłam do takiego stanu, że ... wysiadłam. Fizycznie i psychicznie. Doszłam do ściany, przez którą nie potrafiłam przejść. Na bicie głową w mur najzwyczajniej w świecie zabrakło mi sił. Wysiadłam.

Przepraszam że nie wysłałam kartek, maili, sms-ów. Wierzcie lub nie, mimo braku "namacalnych" oznak pamięci byłam z Wami bardziej niż kiedykolwiek.

Dziękuję, że pomimo mojego milczenia dotarło do mnie od Was tak wiele ciepłych dowodów pamięci. Czytałam je ze łzami w oczach. Łzami ogromnej wdzięczności i jeszcze większego wstydu, że zawiodłam. Nie tylko Was. Zawiodłam moje dzieci, które zbyt często słyszały ode mnie "zaraz", "nie teraz", "potem". Zawiodłam Rodziców i Rodzinę, z którymi spędziłam Święta ciałem, ale nie do końca duchem. Zawiodłam przyjaciół z realnego świata - czy jeszcze będą chcieli być nimi , czy wykreślą mnie całkiem ze swojego życia i notesu?

Rok 2012 nie był dla mnie najlepszym rokiem a grudzień był jego najczarniejszym podsumowaniem. Mamy jednak 2013 i chcę wierzyć, że mimo trzynastki w numerze będzie lepszy od poprzednika.

Rozpoczęłam go bez noworocznych postanowień. I tak nigdy ich nie realizuję. Rozpoczęłam go z nadzieją że "jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie... " . Bo ponoć to właśnie nadzieja umiera ostatnia.




Kochane moje! Jeśli więc nie wykreśliłyście mnie jeszcze ze swoich notesów i zajrzałyście tutaj, to choć mocno spóźniona ślę Wam najszczersze życzenia dobrego i pełnego pięknych wrażeń roku. Niech będzie dla Was rokiem dobrych emocji i radosnych wydarzeń dzielonych z bliskimi Wam ludźmi. Niech będzie kolorowy i  inspirujący. Abyście jak najczęściej miały powody zakrzyknąć Trwaj chwilo, jesteś piękna!