piątek, 28 października 2011

Księżyc w naszym domu...

Czy można zważyć szczęście? Można! Moje szczęście waży jakieś trzydzieści deko. A czy szczęście może mieć realny kształt? Pewnie że tak! Może mieć ciałko, dość rachityczne póki co, ale jednak wyczuwalne pod dotykiem dłoni. I głosik... mizerny i piskliwy, ale skutecznie przywołujący TYCH DUŻYCH, jeśli nieprzyzwyczajeni zamkną drzwi nie sprawdzając, kto za nimi został. Szczęście ma mnóstwo energii, którą zużywa na firankach zmienionych w "ścianki wspinaczkowe " albo w pogoni za chrupką kukurydzianą zakończonych najczęściej efektownym lotem ślizgowym pod kanapy i fotele. Szczęście najeża się widząc swoje odbicie w lustrze, spada z parapetów, których jeszcze do końca nie wymierzyło swoim "małym geodetą", wisi na kablach, daje nura pod narzuty kradnie spinacze i podgryza kwiatki doniczkowe. Pomimo swojego młodego wieku wie od początku gdzie jest spanie, gdzie miseczki i przede wszystkim gdzie stoi kuweta. Nie jest ideałem, przydarzyło mu się na początku to i owo, ale to były incydenty.

Szczęście ma na imię Luna i adoptowaliśmy ją (podpisałam bardzo oficjalny dokument adopcyjny) 15 października. Razem z innymi kocimi znajdami szukała domu w jednej z krakowskich galerii handlowych. Wystarczyło jedno spojrzenie smutnych oczu, żebyśmy wiedzieli, że nie zostawimy jej samej w tej wielkiej klatce. Pojechała z nami i została już nie na przychodne i nie na spółkę z sąsiadami jak Czarek (ten od raperskiego łańcucha na szyi), ale całkiem na stałe i na zawsze. Luna jest spełnieniem moich marzeń o kocie, który wskoczy mi na kolana, gdy przysiądę na kanapie i zaśnie na nich mrucząc swoje kocie kołysanki. O kocie, który będzie siedział w oknie i w zadumie kontemplował widoki, gdy będę pracować i o kocie, który będzie w amoku gonił za zabawką, gdy przyjdzie czas na zabawę.
I Luna jest właśnie taka.



Jeszcze wprawdzie nie wskakuje na kolana, ale posadzona na nich nie ucieka, tylko mości się wygodnie i zasypia. W ciągu dnia śpi sobie na biurku w strasznie niewygodnej skrzynce na długopisy, temperówki i papiery. Zabawne, że gdy próbowałam postawić w tym miejscu wiklinowy koszyczek wymoszczony chustą, to zignorowała mnie i poszła spać na fotel. Gdy kanciaste pudełko wróciło na swoje miejsce kot także powrócił i położył się tam znowu. Widać nie to wygodne, co się TYM DUŻYM wygodnym wydaje :))).




Oczywiście, gdy tylko schodzę z mojego fotela Luna zaraz ląduje na nim. Szkoda, że nie widzisz jej miny, gdy wracam i zganiam ją stamtąd. Ma coś diabelskiego w spojrzeniu, ale co się dziwić, kiedy jest czarna jak noc. I te oczy, brązowe, nic a nic nie kocie... Nawet na zdjęciach to widać, choć zdjęcia słabe. Tak trudno sfotografować czarnego kota.

Pewnie jeszcze nie raz pojawi się na blogu. Zwłaszcza, że już nieśmiało próbuje ingerować w jego treść :)))





"Wiem, o czym będzie twój następny post", powiedział Małż dwa tygodnie temu widząc mnie rozanieloną z Luną w objęciach. I pewnie by zgadł, gdyby nie te zdjęcia, a raczej ich brak w pierwszych dniach aklimatyzacji. Ale co się odwlokło, to nie uciecze.

Miłego weekendu.

wtorek, 18 października 2011

Idzie...nie ma na to rady.

Nie jesień oczywiście, bo ta już się rozgościła w swej kolorowej cudowności, rozsiadła na drzewach i trawnikach i niech sobie siedzi jak najdłużej, bo piękna jest w tym roku. O tej drugiej myślę, tej, która już próbuje się wychylać. Myślałam, że tylko nieśmiało wypuści harcownika przymrozka, delikatnie desancik w postaci szronu na szyby samochodowe zrzuci, takie tam subtelne podchody poczyni dla sprawdzenia, czyśmy gotowi. Przecież wie, że nie tylko drogowcy nie lubią jak ich zaskakuje. My też chcemy, żeby nam dała znać wcześniej, to i trawnik ostatni raz skosimy i zagrabimy, roślinki ciepłolubne schowamy, wykopiemy, zasłonimy, opony zmienimy na zimowe i garderobę przewrócimy tył na przód. W zasadzie nie ma się co czepiać. No siekło mi wprawdzie pelargonie i surfinie w jedną noc , i kany, którym kwiecie nawet w tym roku nie wyszło z łodyżki (no i nie wiem, czy dostałam czerwone, czy pomarańczowe), płot jeszcze wczoraj czerwony od liści winobluszczu też nagle wyłysiał. To wszystko mieści się jeszcze w normie. Połowa października, to i ogacać się czas. Kozaczki wypastować, paltot z moli otrzepać, czapki przymierzyć, czy nie ciasne... Ale na miłość boską, przecież to wciąż jest jesień !!!! J-E-S-I-E-Ń !!!!! Jeszcze pomarańczowy rządzi, Helołiny napływowe i Zaduszki nasze tradycyjne przed nami. Jeszcze nie wszędzie nawet znicze wyległy "na sklepy".

Czemu więc tak Boga wzywam nadaremno? No bo aż mnie zmroziło (tak jak te moje kwiatki nieszczęsne), kiedy wczoraj w sklepie meblowym na I... zobaczyłam dekoracje bożonarodzeniowe. Już lampki, już ozdoby, już papiery do pakowania prezentów. Ja wiem, że czas to pieniądz, zwłaszcza w handlu, że te kontenery chińszczyzny trzeba upchnąć w polskich domach, ale kurcze, połowę października mamy!!!!! Próbowałam jakoś zrozumieć szefów sklepu na I.... ale zabrakło mi konceptu. Całe szczęście, że jeszcze kolęd z głośników nie puszczali. Przecież jak zaczniemy kolęd słuchać od października, to w grudniu na pasterce dostaniemy odruchu wymiotnego. Gdzie magia, gdzie czar? Przecież Boże Narodzenie to też urok oczekiwania. Jak konkurencja zobaczy co w sklepie na I... piętrzy się przy kasach, to żeby nie tracić czasu znicze ubierze w mikołajowe czapki. A dla pewności, że czasu nie tracą, to może jeszcze bazie i palmy w szklane świeczniki wstawi. Czy ja się czepiam? Może przesadzam, ale czy takim traktowaniem jakichkolwiek świąt sami nie spłycamy ich i nie sprowadzamy jedynie do większych niż zwykle zakupów i większego zamieszania w głowach? I jak lubię sklep na I... , co widać po naszym domu pełnym mebli i pierdółek w nim kupionych, tak sobie obiecałam, że nie kupię tam niczego, ni-cze-go, z oferty świątecznej, choćby mnie w okolicach Wigilii kusili przecenami o 99,9%. Nie kupię i już! Dla zasady i na znak protestu. Bo ja chcę mieć Boże Narodzenie w grudniu.

A do zimy przygotuję się też w swoim tempie i na swój sposób. Nawet bym zaryzykowała stwierdzenie, że to zwierzę we mnie, którego nie zagłuszyła cywilizacja samo się do zimy szykuje. Niestety pierwsze co robi, to je więcej. I inaczej. Już mi nie smakują sałata z pomidorami i mozzarellą. Już bym zjadła coś cieplejszego. Organizm funduje mi zachcianki, którymi chce przy mojej pomocy wyprodukować tłuściutkie oponki na moich boczkach. Jakby mniej z tym walczę, nie, żebym całkiem się poddała, bo czerwona lampka z napisem Sylwester jednak się nad głową zapala, ale nie bronię się już tak mocno jak latem. I wino już nie smakuje tak dobrze, już się za grzańcem zaczynam rozglądać. I herbatki już inne chcę pić, bardziej korzenne w smaku, rozgrzewające. To wszystko tak jakoś naturalnie przychodzi.

I jeszcze coś. Świece. To już prawdziwy imperatyw zimowy. Jak wiewiórka orzeszki, tak ja znoszę do domu świece, świeczuszki, świeczniki i lampiony. Nawet z warzywniaka potrafię przynieść świeczkę. I obstawiam się tym wszystkim i świecę co wieczór i niestraszne mi zimno i ciemność, bo mam swój symboliczny ogień w domu.

Jakiś czas temu pewna miła Osoba poprosiła mnie o zrobienie zestawu świeczników. Poza sugestią, żeby ozdabiał je motyw lawendy pozostawiła mi wolną rękę. No to wolna ręka zrobiła coś takiego.





Mam nadzieję, że te świeczniki uprzyjemnią Pani Agnieszce zimowe wieczory. Mnie, przygotowanie ich sprawiło tak wielką radość, że już myślę o zmalowaniu kolejnych.

A na zakończenie dla tych, co na zimę czekają z utęsknieniem i dla tych, którzy chcieliby, żeby już była wiosna. Dla tych, którzy dziś mają wspaniały humor i dla tych, których dręczą smuteczki. Dla tych, którzy mają wrażenie, że wciąż maja pod górkę i dla tych, którym wciąż się spełnia. Dla tych, którzy czarno widzą i dla tych, którym różowe okulary przyrosły do nosa. Dla tych, którzy marzą by krokiem fokstrota sunąć z nią/nim po sali i dla tych, którzy wolą tańczyć solo. Dla tych, co daleko i tych, co całkiem blisko... Smile ...





A na koniec małe PS. do Małża
Widzisz, jednak nie było o tym, o czym myślałeś że będzie :)))))


piątek, 14 października 2011

Piosenka na dziś... Rod Steward

Bo za oknem ciemno jak w nocy, choć to dopiero popołudnie. Bo zimno i nawet herbata z imbirem nie rozgrzewa. Bo taki jakiś mam nastrój na "dłubanie widelcem w sercu". Całkiem bez powodu... ot tak...

Jedno z ładniejszych wykonań tej piosenki. Rod Steward jak zwykle w formie, Amy Belle, jak uczennica, wciąż zdziwiona, że stoi na jednej scenie z Mistrzem. Ale przede wszystkim to co mnie zawsze łapie za serce, czyli publiczność, która śpiewa, która przeżywa, która w tej chwili jest jednym wielkim organizmem czującym tak samo. Dla takiego uczucia warto czasem postać w kolejce po bilety a potem tłoczyć się pod sceną...






I can tell by your eyes that you've prob'bly been cryin' forever,


and the stars in the sky don't mean nothin' to you, they're a mirror.

I don't want to talk about it, how you broke my heart.

If I stay here just a little bit longer,

If I stay here, won't you listen to my heart, my heart?

If I stand all alone, will the shadow hide the color of my heart;

blue for the tears, black for the night's fears.

The star in the sky don't mean nothin' to you, they're a mirror.

I don't want to talk about it, how you broke my heart.

If I stay here just a little bit longer,

if I stay here, won't you listen to my heart, my heart?

I don't want to talk about it, how you broke this ol' heart.



W luźnym tłumaczeniu ...

"słuchaj mała, nie chce mi się o tym gadać.
jak masz mi tu ryczeć, to ja spadam...
kolorki, srorki, lamenty... nie mam do tego nerwów
pogadamy jak ci przejdzie..."


... bardzo luźnym ;))), wiadomo, że nie tak to leci...

Miłego i chociaż ciut cieplejszego weekendu.

czwartek, 13 października 2011

Czy ten Pan i Pani ... ?

Od razu mówię, nie lubię tej piosenki. Znam, bo trudno nie znać, gdy było jej pełno wszędzie swego czasu. Ale nie lubię i mnie drażni. Niemniej jednak tytuł pasuje jak żaden inny do tego o czym chcę napisać. Ale słuchać tego nie będziemy :)))

Kiedy zobaczyłam ten arkusz papieru ryżowego, to oczy mi się od razu zaświeciły. Piękne scenki rodzajowe, kobiety w długich sukniach, panowie we frakach. Jedwabne parasolki chroniące blade liczka przed słońcem, kwiaty w misternie upiętych włosach, czarne fraki i nieskazitelnie białe koszule. Wieczorki muzyczne , Chopin i Liszt, tańce pod czujnym okiem ciotek, Urok dawno minionych czasów.

Największy z motywów zachwycił mnie do tego stopnia, że już w sklepie wiedziałam, że zostawię go dla siebie. Na obrazku On i Ona, elegancko ubrani, siedzą jakby uchwyceni przez fotografa podczas dyskretnej rozmowy na jakimś raucie, wieczorku, przyjęciu... Pierwsze wrażenie - zakochani i tak właśnie zaczęłam nazywać ten papier... "Zakochani"...

Długo nie miałam pomysłu co tym motywem ozdobić. Czy ma to być szkatułka, taca, a może herbaciarka? Leżał więc sobie zwinięty w rulon, od czasu do czasu wyjmowałam go, ot tak, żeby sobie popatrzeć i za każdym razem zwijałam i odkładałam z powrotem, bo wciąż nie byłam gotowa. Ale za każdym razem, za każdym odwinięciem coraz mniej w nich widziałam tego zakochania. Im dłużej się im przyglądałam tym mniej oczywista wydała mi się ich historia. No bo popatrz tylko na Nią. Niby siedzi obok Niego, ale patrzy zupełnie w inną stronę. W zasadzie nawet nie patrzy, bo to spojrzenie jest jakby zamglone, jakby patrzyła raczej do wewnątrz, jakby przyglądała się swoim myślom. Siedząc tak z wyprostowanymi plecami i dłońmi splecionymi na podołku wydaje się być bardzo dumna i wyniosła. Wystarczy jednak przyjrzeć się jej smutnym kącikom ust, by zauważyć nie dumę, ale melancholię jakąś ...

On także, przyjrzyj się dobrze, choć zwrócony w jej stronę wzrokiem omija jej postać i wędruje gdzieś dalej. I też nie na inną osobę spoza kadru patrzy, też te oczy "widzą" coś, a raczej kogoś, kogo w tym pomieszczeniu nie ma.

Kim są ci dwoje? Dlaczego siedzą tutaj, choć wcale tego nie chcą? Ktoś inny zdecydował za nich... ludzie, okoliczności, czas, w którym żyją . Oto po uroczystym obiedzie całe towarzystwo przeniosło się do biblioteki na kawę i cygaro, młodych zaś zostawiono by gawędząc w swobodniejszej atmosferze poznali się lepiej. Bo ktoś już zaplanował, że On i Ona pobiorą się. Oni poddają się tej decyzji, bo nie mają wyjścia, bo żyją w czasach, które rządzą się pewnymi regułami, bo w ich środowisku nie mam mowy o małżeństwie z miłości. Bo małżeństwo, to interes, bo ktoś już ustalił to za nich, a oni nie mogą się przeciw tym decyzjom zbuntować... bo ludzie, bo okoliczności, bo czasy, w których żyją.

O tym, co zrobię z tym papierem też w zasadzie zdecydował za mnie przypadek. Przyjaciółka-sąsiadka długo nie reagowała na moje pukanie. Czekając aż zbiegnie do drzwi gapiłam się bezmyślnie na stos drewna kominkowego ułożonego pod ścianą jej domu. Równe, okrąglutkie klocki w kilku rzędach. Oko moje wyłowiło burzący tę okrąglakową harmonię prostokątny kształt. Kawałek deski aż się prosił, żeby sięgnąć po niego ręką... niewielki ścinek drewnianego blatu, resztka, pozostała po zrobieniu jakiegoś mebla. W jednej chwili pomyślałam, że to jest to! Że nie szkatułka, nie taca, ale obrazek na starej desce. Takiej nierównej, nie wygładzonej, właśnie. A potem nie lakier na wysoki połysk, nie gładziutko i śliczniutko, ale przeciwnie... matowe wykończenie i mocno zdarta powierzchnia obrazka. Pęknięcia, przetarcia, surowość, to mi pasowało do tej smutnej historii. I tak zrobiłam. I nadal sobie na nich patrzę od czasu do czasu.
Zakochanych... nawet bardzo, niestety ... nie w sobie nawzajem.



Szkoda, że nie mogę zedrzeć z nich też koloru...



A do słuchania w tle zdecydowanie wolę to...

niedziela, 2 października 2011

Wehikuł czasu Woody'ego A.


Zupełnie nagle okazało się, że z piątku na sobotę będziemy mieć wolną chatę. Ola pojechała na szkolną, weekendową wycieczkę w góry. To akurat nie było niespodzianką, ale w piątkowe popołudnie Synio oznajmił, że chciałby przenocować u kolegi i tym nas akurat zaskoczył. Gdybyśmy byli młodsi i mieli bardziej "dyspozycyjnych" znajomych to by się nawet dało wykroić jakąś imprezkę. Skoro jednak się nie dało, to postanowiliśmy pójść sobie w miasto bliżej nie określając planu wyjścia ani godziny powrotu. Szczerze mówiąc (i to również tłumaczę naszym wiekiem i co tu dużo mówić zmęczeniem materiału) owa podarowana nagle wolność, po pierwszej euforii spowodowanej tym faktem troszkę nas zakłopotała. No bo teoretycznie pomysłów i możliwości mieliśmy przynajmniej kilka, ale gdy przyszło do konkretów, to stanęliśmy przed ścianą. No bo fajnie by było pójść gdzieś potańczyć na przykład. Niby nic trudnego. W milionowym mieście wojewódzkim, pełnym lokali przeróżnych wystarczy wjechać w okolice szeroko rozumianego centrum i ruszyć przed siebie. Co brama, to pub, klub, piwnica itp. Nic tylko wchodzić i ... wyjść czym prędzej. Bo muzyka w głośnikach zdaje się służyć li tylko zagłuszeniu bełkotu wydobywającego się z przepitych gardeł. Niestety w większości nastoletnich gardeł. Wchodząc zawyżalibyśmy średnią wieku co najmniej o dyszkę, jak nie więcej. Poza tym jedyna forma tańca, jaką w warunkach klubowych można by było uprawiać nazwałabym raczej zawodami w nieskoordynowanym, ale zdecydowanie nakierowanym na pewne strategiczne punkty ciała wiciu się wokół partnera. Świetne, o ile jest się fanem ocierania o nabuzowanych hormonami nastolatków płci obojga z lepkimi łapkami i mętnym spojrzeniem. Nie takich jednak wrażeń szukaliśmy.

Dlatego skończyło się dość banalnie dla wielu, ale dla nas i tak wyjątkowo... po prostu poszliśmy sobie do kina. Znaczy na film. A dokładnie na "O północy w Paryżu". Z ilości osób na sali wywnioskowałam, że już chyba wszyscy ten film widzieli. Ale to nic nowego dla nas, że jesteśmy na szarym końcu. Zresztą uważam, że akurat ten film jest idealny do oglądania w kameralnej atmosferze małego kina. Woody Allen to Mistrz kina, reżyser z niesamowitym dorobkiem, człowiek, który o sprawach zasadniczych potrafi mówić w sposób żartobliwy, lekki. Scenarzysta, który mnie rozśmiesza, bym po chwili, gdy uspokoję nieco oddech po spazmatycznym rechocie odkryła tkwiące w skorupce skeczu sytuacyjnego ziarnko smutnej prawdy o życiu i o nas samych. Chociaż przyznaję, że na tym seansie zaśmiałam się na głos raptem dwa lub trzy razy. Tym razem był to raczej półuśmiech, który jednak nie schodził mi z twarzy długo po wyjściu z kina.

Bo ten film to była dla mnie prawdziwa przyjemność estetyczna i emocjonalna. Obrazki z Paryża (też uważam, że pięknie wyglądającego w deszczu), wspaniała scenografia wnętrz, pełna zgaszonych kolorów, brązów, sepii, muzyka i stroje od współczesnych po te z Belle epoque. Wszystko to stworzyło bardzo spójną i ciepłą całość. Ale najważniejsze, co mnie urzekło, to magia tej prostej w gruncie rzeczy historii. Historii odkrywania tego, co jest dla mnie najważniejsze, tego kim naprawdę jestem a kim w żadnym wypadku być nie chcę, chociaż ktoś może przekonuje mnie, że tak nie jest. Historii odwagi stawiania własnych pragnień przed oczekiwaniami innych. Czyż sama nie myślałam czasem, że urodziłam się jakieś dwadzieścia lat za późno? Czy nie marzyłam o przeniesieniu się choćby na chwilę do Warszawy lat 60-tych? Niestety, po mnie nigdy nie podjechała stara Syrenka i nie dosiadłam się do dziewczyn w szerokich spódnicach z natapirowanym kokiem na głowie. Nie zatańczyłam twista z chłopakiem w wąskich spodniach i kolorowych skarpetkach, nie usłyszałam Komedy na żywo. Ale czy Gil (bohater filmu) przeżył to wszystko? Czy spotkał Hemingway'a, Picassa czy Salvadora Dali ? Czy automobil przeniósł go w lata 20-te XX wieku, czy to było po prostu senne marzenie lekko zamroczonego winem i atmosferą Paryża przyblokowanego pisarza. To już każdy sobie sam musi zinterpretować. Bo każdy z nas nosi w sobie jakieś marzenie, albo jakieś wspomnienie. Pielęgnuje je, dopieszcza, często ubarwia. To jest właśnie piękno marzeń i siła wspomnień. Im dłużej wspominamy, tym bardziej rzeczywistość minioną idealizujemy, im bardziej do czegoś tęsknimy tym bardziej kolorowo to widzimy. Zapominamy, że uliczki Paryża toną nie w malowniczej poświacie jak z pejzaży impresjonistów, ale po prostu w śmieciach, że nie pachną świeżą zielenią ale spalinami i że wieża Eiffla błyska milionem światełek jedynie dzięki fleszom aparatów fotograficznych tłoczących się na niej turystów. Chcemy pamiętać to, co piękne, co nas zauroczyło i chwyciło za serce. Chcemy pielęgnować nasze wyobrażenia. Chcemy być tam, gdzie nas nie ma (przynajmniej czasami). Woody Allen pokazuje mi, że "chcieć" należy zamienić w "móc".
Tych kilkadziesiąt minut seansu to była także moja podróż wehikułem czasu do mojej własnej La Belle Epoque.

Nie mogę sobie odmówić zapisania w tym miejscu jeszcze kilku bardziej przyziemnych spostrzeżeń. Ciekawa jestem, czy tylko mi się tak wydaje i czy (jeśli mam rację) był to świadomy zamysł Allena, ale Owen Wilson niesamowicie mi go przypominał. Nie znam tego aktora zbyt dobrze, więc nie wiem, czy podobieństwo jest zagrane, czy istnieje naprawdę, ale co chwila powstrzymywałam się by nie krzyczeć Małżowi do ucha "przecież to cały Allen, te neurotyczne gesty, te miny, nawet to przygarbienie ramion ". Czy ktoś też tak myśli, czy to tylko moje odosobnione wrażenie?

Adrian Brody - niesamowicie zabawny, po raz kolejny udowodnił, że jest niesamowicie "plastyczny" jako aktor.

Corey Stoll - cały czas miałam wrażenie, że już go gdzieś widziałam, ale po przejrzeniu filmografii obawiam się, że tylko mi się wydaje. Jeśli Hemingway miał tak samo magnetyzujące spojrzenie, to nie dziwię się, że siał spustoszenie wśród kobiet ;)

Kathy Bates - świetna, jak zawsze

Michael Sheen- brrr. nie cierpię takich ludzi. Całe szczęście, że Paul "Pan Wiem-wszystko-najlepiej" to tylko wymyślona postać ;)))







piątek, 30 września 2011

Szewc ma wreszcie buty...

Mało ostatnio dekupażuję. I może właśnie z powodu tych niemal homeopatycznych dawek, jakie funduję sobie wieczorami , decou- jest dla mnie teraz prawdziwym lekarstwem na zmęczenie firmowymi i domowymi obowiązkami. Godzinka skupienia nad przedmiotem, szukanie pomysłu na ozdobienie, odreagowanie przy wycinaniu wzorów z serwetek czy nakładaniu kolejnych warstw lakieru, to prawdziwy reset dla głowy, w której jeszcze szumią telefony i migają maile. Dla tych minut wyciszenia i zatrzymania po pędzącym dniu trzymam na środku salonu cały mój warsztat zwany mało subtelnie "pierdolnikiem". Wiem, że doprowadzam tym do szału mojego M., ale muszę, no po prostu muszę mieć pod ręką te wszystkie słoiczki i buteleczki, stosy serwetek i "golaski". Próbowałam kiedyś to wszystko ogarnąć, słowo honoru. Całą "chemię" poukładałam pięknie w skrzynkach i ustawiłam równiutko w garażu. Drewniane przedmioty ułożyłam w pudłach i też wyniosłam. Na serwetki, sznurki, rzemyki i koraliki wymodziłam nawet komodę na kółkach, żeby pochowane w szufladach nie rozłaziły się po domu. Stolik kawowy odzyskał swoją funkcję (niestety nadgryzionej lekko pryskającymi farbami i klejami urody już nie), ale ja w tym porządku czułam się zagubiona. Nie przeszkadzał mi ład, to akurat lubię, ale lubię też, gdy od czasu do czasu zamacha mi nad głową Wena, mieć pod ręką wszystko, co jest mi do dekupażowania potrzebne. A tu trzeba było rozłożyć deskę, przynieść "golaska", za chwilę iść po bejcę, potem po serwetkę, wstawać, siadać, szukać, przynosić. A tymczasem Pani Wena zmęczona moim dreptaniem na trasie garaż -salon rzucała mi słodkie Adieu! i znikała. No więc po jakimś tygodniu czy dwóch dyscypliny porządkowej i abstynencji twórczej bałaganik znowu opanował stolik, serwetki malowniczo rozłożyły się na kanapie a drewienka znowu leżały na wyciągnięcie ręki za fotelem. I wrócił cowieczorny rytuał odreagowywania.

Ale miało być o szewcu i jego butach :))

Chustecznik sobie zrobiłam! Jakoś do tej pory nie było okazji o sobie pomyśleć, chusteczniki przeróżnej maści rozchodziły się po ludziach a ja wciąż upychałam w szufladzie biurka zwykłe pudełko w sklepowej wersji sote. A ponieważ miałam ostatnio znowu fazę na zmiany i przewróciłam swój gabinet do góry nogami, to przy okazji dopieszczania go w szczegółach zapragnęłam mieć chustecznik pasujący do całości. No to mam! I jest on w stu procentach "mój" jeśli chodzi o estetykę, co oznacza, że pewnie nikomu poza mną się nie spodoba :))) Taki już mój pokręcony gust. Jest więc mocna bejca w odcieniu oliwkowej zieleni, są kwiaty w przybrudzonym patyną różu, są ważki z masy szpachlowej mocno przetarte, żeby nadać im wygląd nadgryzionych zębem czasu. I najważniejszy element, w zasadzie motyw przewodni, do którego cała reszta musiała się dopasować, czyli ..."stara pomarańczarka" . A dokładnie "Żydówka z pomarańczami" Gierymskiego, obraz, który urzekł mnie od pierwszego wejrzenia i którego kopie i wizerunki wycinałam skrzętnie z różnych gazet korzystając z medialnego szumu związanego z jej odnalezieniem i powrotem do Polski. Nie wiem co takiego jest w tym portrecie, ale mnie on wręcz hipnotyzuje . Smutek bijący z oczu starej kobiety, bezbronność a jednocześnie siła tkwiąca w tej drobnej kobiecie z magnetyczną siła przyciągają moje spojrzenia i myśli. Kim była? Czy sprzedając owoce utrzymywała rodzinę? Gdzie mieszkała?



Pudełko nie jest doskonałe.Jest wiele niedociągnięć, do których można by się było doczepić. Nie polakierowałam go jeszcze tyle razy ile powinnam, obrazek nie wtopił się w tło, powierzchnia nie jest jeszcze idealnie gładka. Może tak już zostanie, a może kiedyś dopieszczę szczegóły...nie wiem. Wiem, że jak najszybciej chciałam mieć swój chustecznik na biurku.


Mam to szczęście, że pracuję w domu. Pokój, który z założenia był pokojem gościnnym i jednocześnie gabinetem do pracy z komputerem stał się moim biurem. Po latach spędzonych w biurze, w pomieszczeniach wypełnionych przypadkowymi meblami, gdzie podstawowym kryterium urządzania było zmieszczenie jak największej liczby biurek i szaf na segregatory, gdzie jedynym prywatnym akcentem było zdjęcie dziecka czy kolorowy kubek na kawę postawione obok komputera doceniam fakt, że nie tylko mam ten pokój tylko dla siebie, ale że mogę go urządzić tak, by przebywanie w nim przez kilka czy kilkanaście godzin dziennie było prawdziwą przyjemnością. Domowe biuro jest pełne moich ulubionych brązów i oliwkowych zieleni. Bibeloty, książki i kwiaty sprawiają, że podnosząc wzrok znad ekranu laptopa natrafiam na "moje" obrazy, małe martwe natury. Wieczorem mogę zapalić świece i nasączyć potpourri ulubionym olejkiem cynamonowym. Z radia płynie muzyka, którą lubię. W takim otoczeniu nawet niezbyt miłe rozmowy służbowe dotykają mniej. Doszło do tego, że nawet przyjaciółkę-sąsiadkę wpadającą w ciągu dnia na szybką kawę przyjmuję w biurze. Troszkę z konieczności, bo kawka kawką, ale maile napływają na bieżąco i trzeba tak samo na bieżąco reagować , ale trochę też dlatego, że tu jest naprawdę przytulnie. Ja sobie coś tam klikam, ona się może rozłożyć wygodnie na kanapie i tak na pół biurowo na pół buduarowo miesza nam się praca z ploteczkami.


Miłego weekendu!



sobota, 24 września 2011

Nie chryzantemy, nie wrzosy ...




Na przekór jesieni, na przekór wrzosowym fioletom i chryzantemowym burgundom myślami wciąż błądzę wśród maków i bławatków. Jednak maki owe już nie całkiem letnie, nie całkiem czerwone. Już je mgła poranna lekko przydymiła, już smużki pajęczych nitek oplotły, już wieczorne chłody jędrność płatkom zabrały. Nie odebrały im jednak urody, choć piękno to już jakby bardziej ulotne, nietrwałe.








Mam nadzieję jednak, że zatrzymane na drewnianym przedmiocie zostanie z kimś dłużej niż do pierwszych przymrozków. Koralik-wisior, jeszcze wczoraj zdobił opalony dekolt. Bransoletka dopasowywała swoją czerwień i zieleń do letniej, białej sukienki. Jutro jedno i drugie będzie się miękko ocierać o ciepły, czarny golf i długą, jesienna spódnicę. Kolczyki jeszcze pamiętają chłodny cień rzucany przez słomkowy kapelusz. Już niedługo wtopią się w oliwkowe tło dużego, ciepłego szala.

Ale jeszcze nie dziś... jeszcze nie teraz...



środa, 21 września 2011

Nie do wiary, to już 20 lat!


Gdy mając -naście albo ledwo co -dzieścia lat zasłyszałam czasem o czyjejś dwucyfrowej rocznicy ślubu, przed oczami stawała mi para pomarszczonych staruszków trzymających się nawzajem pod łokcie w obawie przed upadkiem. Dla nastolatki dziesiąte gody niespecjalnie różniły się od srebrnych, czy złotych. Jedne i drugie były dla mnie wówczas odległe o lata świetlne. Nie przypuszczałam jednak, że owe lata świetlne, to taka króciutka jednostka czasu i że mijają naprawdę w kosmicznym tempie. Mam wrażenie, że nasza rakieta dopiero wystartowała a tu okazuje się, że bez specjalnego turbodoładowania, całkiem spokojnie dowiozła nas do porcelanowej dwudziestki.

Dwadzieścia lat razem! To przecież ponad siedem tysięcy dni i tyleż samo nocy. Tysiące wspólnych poranków, śniadań i kolacji. Rozmów, spacerów i podróży. Smutków i radości. Nie ma co ukrywać, także kłótni i cichych dni. Docierania się, żmudnej nauki drugiej osoby, kompromisów i wyborów. Codzienności i świąt. Szarości i błękitu. I stu innych kolorów. Zmian, których nie widać, gdy jest się ze sobą dzień po dniu.

Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, którzy 21 września 1991 roku wkładali sobie na palce cienkie złote obrączki. Zmieniliśmy się nie tylko fizycznie. Przy sobie i dzięki sobie zmieniliśmy się też w środku. Czy na lepsze? Zapewne na lepsze dla naszego związku, bo okres "burzy i naporu" mamy już chyba za sobą. A nie było łatwo, bo oboje mamy mocne charaktery, żeby nie powiedzieć charakterki. Oboje lubimy postawić na swoim, z tym, że ja jakby bardziej ;) Ośli upór, zapalczywość i mówienie przed myśleniem, to też niestety moje cechy. Dlatego Mężczyźnie, który mimo wielu moich przywar i narowów nie tylko wytrwał ze mną dwie dekady ale i jakoś nie wspomina, żeby na tym miał poprzestać należy się pomnik a przynajmniej statuetka lub puchar absolutnie nie przechodni.

Za cierpliwość.

Za wyrozumiałość.

Za spokój i bezpieczeństwo.

Za ogromne wsparcie w sprawach dużych i małych.

Za miłość wreszcie...


niedziela, 11 września 2011

Mój 11 września 2001


Tak, wiem... data 11.09.2001 i skrót WTC będą dziś na całym świecie powtarzane tysiące razy w dziesiątkach języków. Telewizje znowu przypomną nam obrazy, które wielu wciąż nosi pod powiekami. Obrazy, które do tego dnia kojarzyliśmy jedynie z amerykańskimi superprodukcjami, filmami, które pokazywały nam jak dzielny amerykański naród rękami i głowami swoich najlepszych i najodważniejszych przedstawicieli ratuje świat przed zagładą. Obojętnie, czy byli to najeźdźcy z kosmosu w swoich ogromnych jak miasto talerzach, czy obcy zrzuceni na Ziemię przed tysiącami lat i akurat teraz wyrwani z uśpienia, czy wreszcie terroryści, szaleńcy czy inni psychopaci owładnięci żądzą niszczenia, zabijania a w najlepszym przypadku porywania w celu przeróżnym zawsze celowali w tereny Stanów Zjednoczonych. Chociaż kula ziemska wielka jest i okrągła to tak się widać obraca, że dla wszelkiego Zła celem (przypadkowym) zawsze jest Ameryka. Oczywiście śmiejemy się z tej mocarstwowej megalomanii, ironicznie komentujemy fakt, że Obcy zawsze mówią po angielsku i mdli nas obowiązkowe zakończenie z brawami dla bohatera i łopotem amerykańskiej flagi zasadzanej z tryumfalną miną na czubku wrogiego pojazdu. To tylko film. Można oglądać i dać się porwać pewnej konwencji, można też wyłączyć i poczytać książkę albo iść na spacer.

Ale tego "filmu" nie można było wyłączyć, zignorować czy obśmiać. Ten film, chociaż pokazywany wielokrotnie tego dnia i przez dni kolejne nie nudził. Oniemieliśmy z przerażenia, że to się dzieje NAPRAWDĘ. Że to nie wizja Spielberga, Emmericha czy innego reżysera, tylko najprawdziwszy fakt. Fakt niepojęty, nieprawdopodobny, porażający w swojej bezwzględności. Fakt, który wyglądał jak początek końca, bo skąd mieliśmy wiedzieć czy to tylko tam i teraz, czy może dopiero się zacznie ogólnoświatowa masakra. Wyobraźnia karmiona latami przez hollywoodzkich scenarzystów podsuwała koszmarne dalsze ciągi. Cały świat zastygł w niemym bezruchu czekając aż opadnie dym, jaki wzbiły opadające jak domki z klocków wielkie wieże.

Ale zanim to wszystko się stało toczył się powoli całkiem zwyczajny wtorek. Ciepły, słoneczny, jeszcze letni. Dla naszej trójki szczególny, bo właśnie tego dnia wieczorem mieliśmy odlecieć na wymarzone wakacje do Grecji. Piszę "trójki", ale Ola też już z nami była. Jako dwumiesięczna fasolka bezpiecznie mościła się w moim brzuchu. Kubas poszedł rano do przedszkola, Małż do pracy a ja już miałam urlop i kończyłam pakowanie walizek. W zasadzie wszystko było zapięte na ostatni guzik, więc kręciłam się po domu, coś tam sprzątałam, zajmowałam ręce, żeby się nie dać opanowującej mnie zazwyczaj przed wyjazdami reisefieber. Akurat wycierałam kurz na regale, gdy w wiadomościach radiowych podano, że jakaś awionetka uderzyła w budynek w Nowym Jorku. Pamiętam, że przypomniał mi się od razu wypadek, w którym zginął JFK Junior i przez głowę przeleciało mi tylko krótkie "ciekawe kto tym razem?" Kompletnie bez jakichkolwiek emocji, przecież każda pełna godzina niesie właśnie takie wieści, o wypadkach, zamachach czy napadach. Oswoiliśmy się z tym bo przeważnie dzieją się "gdzieśtam" , a że jest tych zdarzeń dużo, to w tej masie serwowanej nam dzień w dzień tracą swoje jednostkowe tragiczne przesłanie. No więc jednym uchem wpadło, drugim wypadło. Skończyłam sprzątanie, wypiłam kawę, jakoś niedługo potem wrócili chłopcy i pojechaliśmy na lotnisko.

Godzina czasu do odprawy... łaziliśmy po hali, przyklejając nosy do wystaw. Trzy sklepiki na krzyż, więc nie było wiele do oglądania. Siedliśmy w końcu obok jakiegoś włączonego telewizora. Gadające głowy zebrane w studiu, nic nie słychać, bo to jednak lotnisko i gwar, ale za chwilę zamiast głów pojawia się film a na nim samolot wbijający się w wieżowiec. Pewnie jakaś zapowiedź wieczornego filmu. Jednym okiem wleciało, drugim wyleciało, oczy przecież muszą pilnować zwierconego sześciolatka, który już się nuuuuuuudzi. Tylko dlaczego wokół tego telewizora robi się tak tłoczno? I dlaczego ludzie mają takie przerażone miny. Film jak film. Nie takie "Armageddony" się widziało. Mniejsza o to, wołają nas do odprawy. Nareszcie!


Po zdaniu bagażu i przejrzeniu podręcznych maneli byliśmy już w zasadzie jedną nogą w samolocie. Tylko, że ta druga noga jakoś nie mogła dołączyć. No to czekaliśmy znowu gapiąc się w telewizor. A w nim znowu te same gadające głowy?

Już lepiej słychać. O czym oni mówią? Jaki rejsowy? Jakie wieże? Przecież mówili, że awionetka. Jaki atak? Jacy terroryści? Co się dzieje? Jeszcze nie było wiadomo co to. Nie pamiętam, czy mówiono już o pozostałych samolotach. Pamiętam tylko rozpływający się po mnie niemal namacalnie, jak rozlany, gęsty syrop wielki duszący strach... Co się tak naprawdę stało? I pytania przelatujące w głowie jak błyskawice. Czy to już koniec, czy dopiero początek końca? Co mamy robić? Przecież miało być tak wspaniale, wakacje, greckie plaże, ciepłe morze... jak teraz lecieć, kiedy tam spadają samoloty. Czy tylko tam? Czy na razie tam? Czy ... czy...czy?

Patrzyłam przerażona na Małża i wiedziałam, że musimy podjąć jakąś decyzję. Żadna nie wydawała się wtedy mądra i logiczna, ale w końcu zdecydowaliśmy, że polecimy. To miały być nasze pierwsze od kilku lat wakacje. Obiecaliśmy Kubie, że będzie pływał w ciepłym morzu. Jak mu teraz powiedzieć, że wracamy do domu, nie strasząc go opowiadaniem prawdy? Zresztą, jakiej prawdy? Przecież nikt nic nie wie! A co z Fasolkiem? Czy? ... nie, żadnych takich myśli. Lecimy na wakacje. Jeśli to miałby być koniec, to zdarzy się nam przynajmniej w pięknym miejscu. Tak mówiłam, a w środku trzęsłam się z przerażenia. Jak wsiąść do samolotu, kiedy przed chwilą widziało się na ekranie podobny samolot zamieniony w ognisty pocisk. Nigdy nie byłam fanką latania i zawsze powtarzałam, że gdyby Pan Bóg chciał żebyśmy to robili, to by dał nam skrzydła. Nie przemawiają do mnie statystyki, nie wpadam w euforię na widok ziemi z góry. Naziemne ze mnie bydlę i tyle. Muszę to lecę, najchętniej mocno zanietrzeźwiona, żeby nie myśleć. Wtedy jeszcze zanietrzeźwiano w cenie biletu...

Ale nie dane nam było od razu odlecieć. Teraz to brzmi jak jakaś fantazja scenarzysty filmów klasy C, ale gdy tam w telewizorze pokazywano po raz n-ty wieżę WTC obok nas z taśmy do prześwietlania bagażu zdejmowano właśnie niewielką podręczną aktówkę a jej właściciela ... młodego człowieka o śniadej cerze i krótkich czarnych włosach odprowadzano właśnie w asyście żołnierzy WOP gdzieś na stronę. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, żeby ciąg skojarzeń podpowiedział jedyne, logiczne wytłumaczenie. Młody Arab ubrany w skórzane spodnie i długi czarny skórzany płaszcz i ta aktówka o zawartości, która wzbudziła niepokój pograniczników. A więc u nas też ??? Zamiast kolorowych wizji błękitnego nieba, białego piasku na plaży i zieleni gajów oliwnych w głowie miałam tylko wielkie wykrzykniki i znaki zapytania. Ale dobrze... przecież "udaremnili atak". Niedługo pocieszałam się tą myślą, bo pierwszym, co zobaczyłam wysiadając z lotniskowego autobusu był długi, czarny, skórzany płaszcz.

I aktówka.

Lot był krótki, jakieś dwie godziny a ja już do końca nie mogłam opanować nerwowego drżenia kolan...

A na miejscu, w apartamencie kablówka bez polskich stacji (a miały być), więc przez dziesięć dni oglądaliśmy te same ujęcia tyle, że z greckim, angielskim albo niemieckim komentarzem. Słowo wojna przewijało się na dolnym pasku obrazu telewizyjnych wiadomości odmieniane przez wszystkie przypadki. W jedynym sklepie nie było żadnych, poza greckimi gazet, więc choć czas upływał my nie wiedzieliśmy wiele więcej niż we wtorek. Niewielkie greckie miasteczko na lewym "palcu" Chalkidiki żyło sobie tak, jakby za oceanem nie zdarzyło się nic godnego zakłócenia ich wrodzonej niespieszności. I ten ich kojący spokój udzielał się powoli i nam. Do tego stopnia, że gdy w samolocie powrotnym zobaczyłam tego samego "Araba" nie poprosiłam stewardessy o kolejnego drinka.
Może dlatego, że tym razem był od stóp do głów ubrany na biało ...




To było moje wspomnienie o 11 września 2001. Ciekawa jestem jak Ty pamiętasz ten dzień.


* - zdjęcie, to plakat, dostępny TUTAJ ...


czwartek, 8 września 2011

Komórka, czyli znowu King


Złapałam się na tym, że rzadko "recenzuję" książki zaraz po ich przeczytaniu czy wysłuchaniu (nieustannie twierdzę, że audiobook to pełnoprawna forma książki). Celowo daję w cudzysłów słowo recenzja, bo ktokolwiek kiedykolwiek zaglądał na mój blog, wie, że z recenzowaniem ma to niewiele wspólnego. Opisuję raczej swoje wrażenia, emocje związane z tekstem czy wreszcie skojarzenia jakie mi przyniósł. Mając nieskromną świadomość, że kilka osób czyta moje wpisy unikam opisywania fabuły, aby przypadkiem nie wypaplać jakiegoś szczegółu, który zdradzony przedwcześnie popsułby potencjalnemu czytelnikowi całą przyjemność stopniowego wgryzania się w opisywaną historię. Stąd zapewne mała przydatność merytoryczna mojego blablania (ukłony dla Nivejki), naznaczonego olbrzymim subiektywizmem i przefiltrowanego przez mój pokręcony gust.

Z momentem przewrócenia ostatniej kartki książki czy chwilę po usłyszeniu charakterystycznego szzzzzzzz wydobywającego się z kieszeni czytnika CD w moim "bumboksie"zapadam w coś w rodzaju zadumania. Nie jest ono wcale głębokie, nie zastygam z zaświeconym nad głową znakiem zapytania. Owo zadumanie jest raczej płyciuśkie i byle sprawa codzienna mnie z niego wybija, więc trwać sobie musi pod powierzchnią nieco dłużej zanim na własny użytek uświadomię sobie coś więcej niż banalne fajne-niefajne, świetne-bez sensu. Zresztą z tym fajne-bez sensu też różnie bywa. Czasem już w połowie książki coś zaczyna zgrzytać, coś jest nie tak, coś nie pasuje. Jakaś postać staje się "papierowa", jakiś wątek mocno naciągany. Niekiedy zgrzyta już do końca, ale (na szczęście) wiele razy zdarza się jakieś "bum !" , zdarzenie, zdanie, które wszystko tłumaczy, wycisza zgrzyt. A jak jeszcze owo "bum!" jest logicznie usprawiedliwione a nie wprowadzone przez autora ot tak, (bo cholera tak się zaplatałem w wątki, że nie pamiętam jak to miało być) to już jest fajnie, bo się dzieje, bo jest nieprzewidywalność, niepewność końca, ale taka zmyślna a nie "od czapy". A czasem... i cholerka tym razem tak było... jest super pomysł, mocny początek, akcja, akcja, akcja i ... kicha na końcu. Przy kichowatym zakończeniu mam zawsze uczucie, że to ja czegoś nie zrozumiałam, że być może umknął mi jakiś ważny szczegół (zdarza mi się zasnąć przy czytaniu, więc kto tam wie jak przyswajam te strony tuż tuż przed opadnięciem książki na mój chrapiący nos), że może powinnam zacząć jeszcze raz i wtedy koniec wyda mi się jedynym logicznym i jasnym ze wszystkich możliwych zakończeń.

Ale!

Ale!

Ale przecież "Komórki" S.Kinga nie czytałam przed zaśnięciem. "Komórki" słuchałam na audiobooku z największym skupieniem do jakiego jestem zdolna podczas mojej ulubionej czynności, czyli prasowania. Słuchałam jej w świetnej, nienachalnej interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza, we wczesnych godzinach wieczornych, gdy jeszcze nie padałam na dziób ze zmęczenia, więc nie było szans żebym zgubiła wątek. No więc może rzeczywiście "omskło się" coś królowi horroru, może goniły go terminy, wydawcy dzwonili i naciskali a wredna Wena nie robiąc sobie z tego nic wzięła i poszła precz.
Bo pomysł jest świetny (pamiętaj o moim pokręconym guście ;))). Boston, słoneczne popołudnie. Rysownik Clay Riddell podpisał właśnie kontrakt na wydanie swojego komiksu. Wraca do domu, by tą dobrą nowiną podzielić się ze swoją ex-, z którą pozostaje w przyzwoitych stosunkach ze względu na syna. W drodze na dworzec przystaje obok lodziarni. Niewielka kolejka, kilka osób... jakieś rozszczebiotane nastolatki, bizneswoman w eleganckim kostiumie, niespiesznie mijający ich przechodnie. Zwykły popołudniowy obrazek. I nagle dzwoni komórka jednej z dziewczyn. Krótka, banalna rozmowa. Jednak po jej zakończeniu z dziewczyną zaczyna się dziać coś dziwnego, wpada we wściekłość i bez mrugnięcia okiem ... No właśnie. :))) Clay dość szybko spostrzega, że napady szału i żądza mordu jaka opanowuje ludzi mają związek z rozmowami telefonicznymi. Wokół przybywa osobników o tępym spojrzeniu, ociekających krwią zatłuczonych czy wręcz zagryzionych przypadkowych ofiar. Clay nie ma przy sobie komórki, nie mają jej również ci, których spotyka w swojej pieszej już niestety wędrówce ku domowi i z którymi próbuje przeciwstawić się dziwnym gromadom ludzi-zombi zaprogramowanym na bycie bestią przez tajemniczy Puls przekazywany przez telefony komórkowe. Świetny, hitchcockowski wręcz początek. Niegłupi pomysł, bo przecież każdy, od przedszkolaka ( a już na pewno pokomunijnego drugoklasisty) po babcię emerytkę ma komórkę. Aż się prosi, by tę masowość wykorzystali terroryści, psychopaci czy inni popaprańcy. King wymyśla więc historię świata (no powiedzmy świata w rozumieniu Amerykanów, wiadomo, że wszystko, co ważne dzieje się jedynie u nich) po zainfekowaniu go wirusem nienawiści przy pomocy sieci telefonii komórkowej. Historię zaniku cywilizacji którą znamy i do jakiej przywykliśmy i historię gromadki "czystych", którzy dzięki przypadkowi akurat nie mieli przy sobie komórek i którzy teraz usiłują w tym chaosie przetrwać. Dłużyzny zaczynają się już w opisie ich wędrówki, najpierw ku miasteczku, w którym mieszka rodzina Claya (synek dostał w prezencie komórkę i chociaż ma zakaz zabierania jej do szkoły, to ... wiadomo jak to bywa z respektowaniem rodzicielskich zakazów), potem ku rejonowi, który znajduje się w sieciowej "czarnej dziurze" poza zasięgiem. Zaskoczeniem (dla mnie pozytywnym) jest fakt, że King nie chroni głównych bohaterów, a nawet uśmierca niektórych znienacka zaskakując tym nie tylko jego współtowarzyszy ale i czytelników. Niestety zakończenie totalnie zawodzi. Czy to rzeczywiście pośpiech autora i zanik pomysłów, czy może furtka dla ewentualnych part 2 czy part 3, ale faktem jest, że zakończenie nie dało mi odpowiedzi ani kto i po co to wszystko rozpętał, ani do czego tak naprawdę dotarli bohaterowie - do wyzwolenia i ratunku, czy przeciwnie, do sprytnie przygotowanej pułapki. I ta niewiedza mnie wkurza.

Obiecałam, że w tym poście ogłoszę do kogo pofruną pocztowym latawcem "Jasne błękitne okna". Postanowiłam wrzucić do losowania wszystkich, którzy nie napisali wprost że nie chcą, chociaż niektóre wpisy nie były dla mnie oczywistym CHCĘ. Gdyby się okazało, że wylosowana osóbka nie miała ochoty, to bym powtórzyła losowanie, ale padło na...


a Ona napisała "... z chęcią przeczytam :) oglądałam film i wzruszyłam się wtedy bardzo, pamiętamUsuń na zawsze... " , więc wszystko jest jasne. Joasiu, przeczytaj, porównaj z filmem, jeśli zechcesz, podziel się wrażeniami a potem puść książkę dalej. Niech krąży.